Konie w pickdawon



Pobieranie 200,62 Kb.
Strona1/3
Data27.10.2017
Rozmiar200,62 Kb.
  1   2   3

Maciej Waszczyk. Opowiadania. Konie w Pickdawon

KONIE W PICKDAWON
Jonatan Kowan zawahał się. Jeśli pójdzie w stronę widniejących w oddali zabudowań miasteczka, grozi mu burza gradowa na otwartym terenie. Jedynym rozsądnym wyjściem będzie schować się do wnętrza starego paśnika, przy którym właśnie przystanął. Grad nie będzie trwał długo, ale o tej porze roku, gdy już się pojawia, to młóci grudami lodu wszystko, co nie ma na tyle rozumu by się ukryć w bezpiecznym miejscu. Jonatan poskromił głód, który odezwał się na myśl o bliskości domu i sapiąc wspiął się na koślawe rusztowanie z okorowanych drągów. Siadł ciężko na zatęchłe resztki siana zmieszanego z liśćmi i słuchał łoskotu spadającego z nieba na pokryty przerdzewiałą blachą dach.

Myśl o kolacji odeszła, przykucnął i wpatrywał się w szybko zapadającą ciemność. Zobaczył w niej sylwetkę kobiety, która przybyła wraz z mężem z zachodu, by zamieszkać w jednym z pustych domów jakich nie brakło w osiedlu. Kowanowie też tak zaczęli. Długo chodzili po tych kilku ulicach tam i z powrotem, zanim zdecydowali się na średniej wielkości dom otoczony, na ile to było możliwe, innymi zabudowaniami. To było kilka lat temu, teraz pustych domów jest już niewiele, a te w pobliżu centrum miasteczka niezależnie od ich stanu były już od pewnego czasu zamieszkane.

Ciekawe jak nowi się nazywają i jak chcą zarabiać na życie. Pracy w tartaku nie brakuje, ale najbardziej przydałby się garbarz. Tak, Kowan nie musiałby wtedy wyprawiać sam tych przeklętych skór, za to więcej czasu mógłby poświęcić obchodzeniu zastawionych przez siebie sideł i wnyków. Mógłby to robić na tyle uważnie i bez pośpiechu, że nie płoszyłby zwierząt na swojej drodze, ale je podchodził i strzelał do nich. Tak, wtedy kupiłby w magazynie porządny sztucer i polowałby.

Pogrążył się w marzeniach, w których krążył po bliżej nieokreślonej dolinie i tropił zwierzęta. W swojej wyobraźni zapuścił się daleko na północ z psami, aby móc przyciągnąć zdobycz. Kowan był mocnym mężczyzną i na pewno dałby radę takim samotnym wyprawom. Na myśl o swojej sile wyprostował zgarbione plecy, ale zaraz skulił je z powrotem. Tarł intensywnie głowę ręką w miejscu, gdzie zetknęła się z dwucalowym gwoździem wystającym z belki powały. Wymacał go i przymierzył kolbą dubeltówki by zagiąć go w drugą stronę, ale po chwili zaniechał tego.

Na zewnątrz było ciemno, lecz grad już nie padał. Poprzez strugi ulewnego deszczu widział kilka świateł miasteczka oddzielonego od niego lasem młodych brzóz. Połamane od gradu sprawiały, że były jeszcze mniejsze niż wskazywałyby na to ich wątłe pnie. Zeskoczył na ziemię, podjął porzucony pęk powiązanych królików i skierował swoje kroki w kierunku domu.
*

Kedrowy Las kończył się w tym miejscu. Gren prawie dotykał wilgotnym nosem kaskad żółtych, lancetowatych liści, poza którymi przeczuwał obecność Góry Szapoka. Jeśli teraz zawróci może nic się nie stanie. Zapomni po prostu, że doszedł aż tutaj i nikt nigdy się nie dowie, iż złamał zakaz zbliżania się do tego miejsca. Pochylił ciężko głowę i czarna jak dym mieszanina wątpliwości i nadziei na zaspokojenie ciekawości zaczęła dusić go gdzieś wewnątrz.

Już miał zawrócić kiedy usłyszał nad sobą trzask rozdzieranego listowia i łamanych gałęzi. Obok niego głucho uderzyło w poszycie lasu coś, co znał aż nazbyt dobrze. Jeżeli szybko się gdzieś nie schowa ciężki i twardy grad połamie mu kości. Nie miał na to ochoty więc nerwowo rozejrzał się wokół. Żadnych szans. Smukłe i chwiejne pnie drzew nie dawały schronienia. Jedyną nadzieją była niewiadoma, która mogła oznaczać bezpieczeństwo. Wyciągnął przed siebie krótkie, pokryte rudym włosem ręce i zaczął biec w kierunku granicy lasu. Rozgarnął nerwowo liście.

W jaskini, którą znalazł było ciemno, sucho i pachniało czymś znajomym. Gren nie zastanawiał się jednak co to za zapach. Patrzył na zewnątrz oparty o zimną ścianę i podziwiał siłę z jaką grad młócił krajobraz. Takie ataki z nieba nie były na szczęście zbyt częste i trwały krótko, ale szkody powstałe w ich wyniku nie dawały się szybko naprawić. Rośliny odrastały zatraciwszy pierwotną dziewiczość kształtów, zwierzęta umierały, albo powracały do zdrowia z ciałem pokrytym ranami i guzami...
— Mamo, czy to był taki grad, jaki padał przed chwilą za oknem ? — Eli Kowan świdrował czarnymi oczami twarz czytającej mu matki a głęboka zmarszczka na dziecięcym czole świadczyła o powadze zadanego pytania.

— Tak, taki sam — kobieta podniosła się i rozchyliła zasłony. Niewiele było widać, słychać było tylko szum deszczu.

— W takim razie jego mama niepokoiła się, że stanie mu się krzywda, prawda? — mały nie dawał spokoju.

Kobieta nie odpowiedziała, skierowała swoje kroki w stronę kuchni. Otworzyła drzwiczki od pieca i dołożyła kilka szczap drewna. Nalała wody do stojącego na blasze garnka i wsypała zbożowej kawy.

— Mamo... — Eli oparł głowę o framugę kuchennych drzwi.

— Tak, jego mama niepokoiła się. Idź do spiżarni i przynieś garnuszek z tłuszczem z półki koło drzwi.

— Ale ja nie dosięgnę.

— Dosięgniesz. Masz rączki? Weź stołek to dosięgniesz.

— O jaaa... — rozdzierające westchnienie wydostało się z płuc chłopca, ale szybko urwało się na widok niezbyt zadowolonego wzroku matki.

Mały sięgał właśnie po stołek, gdy rozległo się szuranie w sieni.

— Tata! — rzucił się na klamkę do drzwi i za chwilę ciągnął po podłodze ociekający wodą i krwią pęk królików.

— Nie tutaj! Nie tutaj! Pobrudzisz.... Jonatan, powiedz mu bo nie mam już siły. Czemu tak długo, zawsze wracasz przed zmrokiem.

— Grad mnie złapał przy paśniku. Gdzie zamieszkali ci nowi? — wysiłek w głosie mężczyzny z głębi sieni świadczył o tym, że właśnie ściąga buty.

— Tato, Grena też złapał grad, tylko że znalazł jaskinię! — Eli rozcapierzył palce nad głową i zrobił duże oczy.

— Miałeś przynieść garnuszek z tłuszczem! — przerwała mu pani Kowan. — Ale to już! I zabierz te króliki z powrotem do sieni! I wytrzyj podłogę!

— To co mam w końcu zrobić? Przecież się nie... aaa... — mężczyzna podniósł syna z ziemi i posadził na kolanie.

— Pamiętaj, że każdy Kowan pomaga mamie, a teraz idź zrobić co kazała.

— Już nie trzeba, sama przyniosłam co chciałam, tylko zabierzcie stąd te króliki — kobieta postawiła kubki z nalaną gorącą kawą na kuchennym stole, pierwszą porcję placków i mus z owoców pigeli.

Były to dość drobne owoce, żółte i pomarańczowe o słodko-kwaśnym smaku. Ludzie zbierali je w zagajnikach krzewów na granicy skał. Wybornie smakowały z plackami kukurydzianymi. Ziarno na mąkę sprowadzał zza gór dużymi transportami pan Gumn, przybysz z północy. Handlował głównie deskami i kantówkami wycinanymi z drzew w miejscowym tartaku, a także meblami wytwarzanymi przez stolarzy.

— No więc gdzie zamieszkali ci nowi? — Kowan ponowił pytanie gdy zaspokoił pierwszy głód.

— Lunsch, tak się nazywają. Wzięli ten piętrowy dom przy lesie — kobieta zsunęła na talerz męża następną porcję placków.

— Bardzo dobry wybór. Dziwię się, że do tej pory nikt tam nie zamieszkał. Las stanowi doskonałą osłonę przed północnymi wiatrami. Musiał ktoś mądry im doradzić. Tak, sami by na to nie wpadli. Jaki on ma zawód?

— Nie wiem. Nie rozmawiałam z nimi i nie pytałam o to pani Gumn — zająknęła się jakby powiedziała coś nie tak.

— Znowu byłaś w składzie. Mam nadzieję, że nic nie wzięłaś na nasze konto. Wiesz, że...

— Tato, poczekaj, pokażę ci... — Eli nagle wykrzyknął i wybiegł z kuchni do pokoju. Wrócił by pokazać ojcu kolorową książkę, Jonatan wziął ją do ręki i z zaciekawieniem oglądał kolorowe obrazki.

— Eli, przeczytaj tytuł — ojciec polecił, ale chłopak odwrócił się bezradnie w stronę matki.

— To dla mnie za trudne, mamo przeczytaj tacie.

Kobieta popatrzyła niepewnie w stronę męża, ale ten tak był zajęty oglądaniem obrazków, że zapomniał o nieprzewidzianym uszczerbku w stanie ich konta w magazynie.

Gren i skalna kraina — wymówiła tytuł książki.

— Ładnie, przeczytasz nam? — Jonatan rzucił w stronę żony.



— Tak, oczywiście Jona. Kobieta usiadła przy piecu i zaczęła czytać.
Przypomniał sobie osadę, którą opuścił przed dwoma dniami. Domy z wkopanych w ziemię bali z twardego drewna stanowiących mocne oparcie dla uplecionych z korzeni dachów stały poprzedzielane dużymi obszarami pustej przestrzeni. Gdzieniegdzie tylko grunt wybrzuszał się nieregularnie świadcząc o tym, że w tym miejscu mieści się ziemianka pełna smakołyków ukrytych tam przez właściciela, z którego domu prowadził do niej podziemny tunel.

Nie pierwszy raz oddalił się samotnie na tak długo. Nie miał ochoty na brak towarzystwa, ale jego rówieśnicy nigdy nie rozumieli podniecenia, które on odczuwał na myśl o współzawodnictwie, hazardzie i poznawaniu rzeczy zakazanych. Woleli dorastać coraz bardziej stając się replikami swoich zapobiegliwych i małostkowych rodziców.

Matka nigdy nie broniła mu łazikowania i zbijania bąków. Dziwne, przecież to ona powinna nakłaniać go do dbania o to, żeby wszyscy naokoło nie wskazywali go jako wzór złego postępowania. Jednak nie robiła tego, a on wykorzystywał to skrzętnie dla pobłażania swoim złym nawykom. Przymknął powieki, a przed jego oczyma pojawił się masyw paleniska w ich domu obrysowany niezrozumiałymi dla niego znakami. Miały ciepłe kolory i uspokajający kształt.

Kiedy się ocknął na zewnątrz zaczynało zmierzchać. Niewiele widział, ale jednego był pewien. Nie mógł się podnieść! Nie mógł przekręcić głowy! Czuł, że jego ramiona i tułów są objęte jakby kleszczami, na tyle jednak miękkimi, że nie czuł bólu. Spróbował spojrzeć w bok bez przekręcania głowy. Wrzask, który wydobył się z jego piersi wstrząsnął z pewnością podstawami góry, która najwyraźniej wciągała go w siebie. Zachodzące poza Kedrowy Las słońce ostatnimi promieniami odbijało błękitne i czerwone refleksy na gładkiej, skalnej ścianie, z której wystawała tylko jego twarz i nogi. Splecione na piersi dłonie były prawie niewidoczne pod skałą.

Zapadła całkowita ciemność kiedy Gren przestał wrzeszczeć. Nie miał już wątpliwości, że starszyzna plemienia miała rację zabraniając komukolwiek kierować swoje kroki na wschód od rzeki, za którą rósł Kedrowy Las. Mówili, że nawet spoglądanie na wierzchołek Góry Szapoka, widoczny przy ładnej pogodzie nad lasem, może ściągnąć na wioskę niebezpieczeństwo nieznanych czarów. Na myśl o czarach, które musiały przyczynić się do jego obecnego położenia Gren zaczął wierzgać nogami. Tumany kurzu, które wzbił w powietrze dość szybko przerwały jego wysiłek powędrowania do domu w kawałku. Kichał i charczał dopóki kurz nie opadł.

W czasie Nocy Korzeni, najważniejszego dorocznego święta ich plemienia zasiadali wokół Świętego Paleniska, jedli najdelikatniejsze korzenie turzyc zbierane o świcie na moczarach i słuchali opowieści Brata Kardueana. Nikt w wiosce nie pamiętał dnia jego narodzin. Niektórzy powiadali, że w młodości był uczestnikiem Wojny CZa. Jeżeli byłaby to prawda znaczyłoby to, że żył od bardzo, bardzo dawna, a jego umiejętności leczenia i wróżenia znalazłyby swoje usprawiedliwienie. Ta wojna polegała na staczaniu bitew między poszukiwaczami magicznego dziedzictwa a wojownikami. Tak przynajmniej mówiono.

Brat Karduean nie wyglądał na czarnoksiężnika. Przeciwnie był najzwyklejszym przedstawicielem plemienia Tkiomalów, i z racji pełnienia roli szamana i ojca wcale nie był bardziej dostojny i powściągliwy. Jego prawie niewidoczne pośród licznych fałd mlecznobiałej skóry czarne oczy patrzyły na świat z dziwną mieszaniną naiwności i chytrości. Rzadkie owłosienie pokrywało całe krępe ciało i gęstniało na krótkich kończynach. Głęboko osadzona głowa miał nieregularny kształt, a najbardziej zauważalnym przy pierwszym spotkaniu dla obcych elementem twarzy był duży, różowy i wilgotny nos pocięty mozaiką zakamarków i otworów.

Właśnie posiadanie takiego nosa było dumą i chlubą każdego członka plemienia. Służył on do poszukiwania jedynego wartościowego pożywienia. Słodkie i gorzkie korzenie ziół, cierpkie korzenie drzew, miękkie i ślimaczące korzenie wodnych roślin stanowiły obiekt pożądania każdego prawdziwego Tkiomala. Byli potomkami ludzkiej rasy, tak jak i inne plemiona, ale w przeciwieństwie do nich nie cierpieli mięsa. Widok i zapach surowego mięsa stanowił widok bardziej obrzydliwy niż cokolwiek na świecie. Nie, Brat Karduean nie mógł być czarnoksiężnikiem chociażby z tego powodu, że podczas zdobywania wiedzy o magii niejednokrotnie jej adepci musieli pić krew i jeść wnętrzności zwierząt...
Nagle zgasło światło. Jonatan wyrwał się z zasłuchania.

— Dzisiaj już tego nie naprawię. Cholerna prądnica, muszę lepiej zabezpieczyć ją przed deszczem.

Kowanowa zapaliła lampę naftową i wytarła ręce w spódnicę. Rozniósł się charakterystyczny zapach. Zapas nafty, którym dysponowało miasteczko nie był zbyt duży, ale wystarczający żeby nie myśleć, że może jej zabraknąć. Tam, gdzie dolina otwierała się na wschód stała kiedyś stacja przekaźnikowa rurociągu i mimo, że została zniszczona, to pod wybetonowanym placem zachowało się kilka zbiorników nafty.

Prądnice zresztą napędzali głównie wiatrakami, rzadziej silnikami parowymi, więc nie szło zbyt dużo paliwa, jak mawiał Burmistrz: tyle co do natarcia pleców.

— No tak — pani Kowan westchnęła zdejmując chustkę z włosów, usiadła obok męża, oparła głowę na zaciśniętych pięściach i zaczęła wpatrywać się w nierówny płomień za brudną szybką lampy. Wsłuchiwała się w równy oddech syna, który zmęczony usnął na ławie.

Jonatan objął ją i powąchał włosy pachnące mydłem i octem. Ogarnęło go pożądanie. Wsunął rękę pod jej bluzkę i międlił w dłoni miękką pierś. Myślał jednak o kimś innym. Pani Lunsch była stanowczo zbyt ładna, aby o niej nie myśleć. Machnął drugą ręką jakby odganiał natrętną muchę i odłamał z postawionego na stole talerza kawałek placka z kolacji, po czym włożył go w usta żony.



*

Wincent Lunsch wspiął się po połamanych schodach na strych domu, który zajęli razem z Koran. Dobrze, że wczoraj zdołali rozładować wóz z dobytkiem zanim spadł ten grad. Zresztą deszcz, który przyszedł zaraz potem i aż do teraz padał też nie pozwoliłby na wydobycie spod plandek zbyt wielu rzeczy. Badał uważnie dach czy nie przecieka. Byłoby dziwne, gdyby opuszczony tyle lat temu dom nie zniszczał. Istotnie, w dwóch miejscach dach nieznacznie ciekł, w jednym jednak woda lała się jak z pompy przy studni. Lunsch znalazł kawałek ocynkowanej blachy, stare wiadro i przy pomocy rusztowania z połamanych mebli skierował strumień wody prowizoryczną rynną poza okienko, którego nie potrzebował otwierać, gdyż było wybite.

Podłoga była przegniła i zagrzybiona. Także cała ściana kominowa, po której też ciekła woda. Właśnie — komin — przecież po to tutaj przyszedł! Otworzył ostrożnie przerdzewiałe drzwiczki, jakby bał się nieznanych lokatorów, którzy mogli być niegościnni. Komin jednak wyglądał na niezamieszkany, włożył do środka głowę i popatrzył do góry. Nikłe światło wskazywało na to, iż w tym kierunku jest drożny, a w dół? Spuścił przywiązany do przyniesionej przez siebie liny mosiężny świecznik. Metr, dwa, pięć, poczuł zwiotczenie sondy. Wyciągnął świecznik z powrotem razem z kilogramem pajęczyn, wysuszonych pająków i skorupek ich ofiar. To budziło nadzieję na ciepło. Zaraz, mimo deszczu, pojedzie do tartaku, który zauważył po prawej ręce, gdy wjeżdżał wczoraj pomiędzy domy.

Myśl o cieple spowodowała, że zszedł na parter, badając po drodze stan okien. Szpary, brak szyb — na razie pozabija deskami. Cholernie dużo roboty. Otworzył blachę od pieca i włożył zgniecione w kule, zadrukowane karty papieru, które leżały na stosie pod stołem. Jedną wziął do ręki i przyjrzał się jej uważniej. Cyfry były podobne do tych, które znał, ale litery były dziwne. Była wydrukowana dawno temu, wtedy się pewnie urodził, nie wie zresztą kiedy, przecież to nieważne.

W kuchni zaczął grzebać w stosie walizek i wyjął z jednej z nich zapalniczkę. Poczuł zapach nafty, gdy ją zapalił. Papier zajął się, ale komin cugu od razu nie złapał. Dokładał stare gazety, aż powietrze w kominie ogrzało się i płomień zaczął huczeć. Gdy włożył ostatnie gazety rozejrzał się po kuchni, w kącie zauważył skrzynkę z wysuszonymi na pieprz szczapami drewna, wiedział, że na długo nie starczy.

— Koran, jadę po opał — rzucił w stronę pokoju, gdzie spędzili tę noc. W drzwiach pojawiła się zaspana kobieta otulona w dwa koce. Czarne, tłuste włosy były rozrzucone bezładnie wokół drobnej, bladej twarzy.

— Dobrze Wincent, sprawdź po drodze..., o ogień! — w jej oczach pojawiła się radość — a tak się martwiłeś, zobaczysz, że się uda. Zrobimy z tego domu cieplutkie gniazdko, zobaczysz.

Przysunęła się do niego, stanęła na palcach. Pocałował ją w czoło i objął rękami.

— Idę zaprzęgnąć konie — powiedział, poczym otworzył drzwi na zewnątrz i zeskoczył z werandy w gęsto porastające podwórze chaszcze. Zagadnął do koni stojących pod przeciekającym okapem drewutni i zaprzągłszy je do wozu skierował na drogę.
— Dzień dobry panie..., ee... przepraszam...

— Lunsch, Wincent Lunsch — mężczyzna zatrzymał wóz, zeskoczył z niego i podszedł do werandy domu, na której stał zgarbiony, gruby człowiek ze skośnymi oczami i okrągłą twarzą o żółtej cerze. Wyglądał na starego. Starszego przynajmniej niż większość z tych, których znał.

— Nazywam się Gumn, Hen Gumn — mówił w dziwny sposób. Przeciągał słowa pod językiem jak ślinę przed splunięciem. Znaczenia niektórych z nich Wincent raczej się domyślał niż je rozumiał.

— Sprowadzam jedzenie i towary zza gór na południu. Tam jeszcze ziemie rodzą jakieś zboże, nie tak jak na zachodzie.

— Był pan, panie Gumn na zachodzie? — zainteresował się żywo Lunsch.

— No nie, ale wiele słyszałem... .

— Ja przyjechałem stamtąd. — Zrobił półobrót i popatrzył na nieregularny, wyszczerbiony rząd drewnianych domów po obu stronach drogi przecinającej dolinę.

— Tak... — Gumn zmrużył oczy jeszcze bardziej, choć wydawałoby się, że to niemożliwe. — To co masz pan do zamiany, co będziesz tu robił?

— A co można tu robić?

— Tartak. Pracować w tartaku. Większość, co nie potrafią nic innego pracują w tartaku. Na południu uprawiają zboże, ale nie ma drzew. Jak coś wyrośnie to zaraz wyrywają do ostatniego korzonka. A tu są drzewa. Dużo drzew, starczy jeszcze na wiele lat. Na zachodzie, jak słyszałem, nie ma drzew? — Stary człowiek zaczął nabijać niewielką fajkę. Po chwili rozniósł się swąd palonej kory brzozowej i..., tak Lunsch się nie mylił, tytoniu.

— Nie ma, drzew nie ma. — Lunsch stracił ochotę do rozmowy. — Do zobaczenia panie Gumn. Jadę po opał do tartaku.

Gumn uniósł rękę z fajką w geście pożegnania, ale nic nie powiedział. Wincent usiadł na wozie i smagnął konie batem. Znalazł je po drodze, gdy wędrowali w te strony. Były dzikie, wynędzniałe i głodne. Za jedzenie dały się okiełznać. Pomogły mu w zbieraniu dobytku. Czasem coś się znalazło: siekierę, kufer z ubraniami, broń, amunicję, fotel. Ogarnęły go posępne myśli i wspomnienia.


Lunsch wjechał na teren tartaku. W pobliżu głównego budynku stała stara lokomotywa, z jej komina wydobywały się kłęby pary i dymu. Jak się domyślił pełniła rolę agregatora. Bez prądu elektrycznego w tartaku nie chodziłyby maszyny konieczne do wydajnej produkcji listew, desek i kantówek, tak poszukiwanych na południu. Nieźle im się powodzi — pomyślał.

Z budynku wyszedł mężczyzna, w ręku trzymał parasol, ale go nie otworzył.

— To ty jesteś nowy, co? — Jego piskliwy głos drażnił Lunscha, ale twardy akcent wydał mu się dziwnie znajomy.

— Tak. Lunsch, Wincent Lunsch się nazywam.

— A ja Walden Bach, ale w mieście mówią na mnie Paluch. — Uniósł w górę dłoń posiadającą tylko kciuk. — Straciłem je jak rozruszałem pierwszą maszynę w tym pieprzonym tartaku, ale do rzeczy, pewnie szukasz roboty, co?

— To też, ale najpierw chciałem dostać trochę opału — Lunsch spojrzał na widniejącą pod ścianą kupę obrzynków i trocin.

— Mała zaliczka, co? — Paluch podszedł bliżej wozu. Poklepał jednego z koni po karku.

— Gdzieś znalazł takie porządne konie, co? Trochę trudne tu warunki jak na konie ale ściągać drzewo z lasu mogą.

Lunschowi zrobiło się żal koni, ale wiedział, że z czegoś musi żyć.

— Kiedy?


— Jak się urządzisz, powiedzmy za trzy dni, a teraz załaduj ile dasz radę — machnął ręką w stronę sterty. — Każdy mieszkaniec może brać według potrzeby o ile pracuje, ale w przeciwnym razie musi płacić. Pamiętaj, żebyś nie musiał przywozić tego z powrotem.

— Nie ma obawy, odpracuję. Tyle, że trzy dni o tej porze roku to krótko, coraz krócej...— Paluch już jednak tego nie słyszał, ponieważ szybkim krokiem zmierzał w stronę budynku. Nie bawił się nawet w omijanie kałuż, ale brnął przez nie jakby sprawiało mu to przyjemność, na dodatek otworzył parasol, mimo że i tak był już kompletnie mokry.

— Może jesteś garbarzem? — Wincent usłyszał za sobą głos. Odwrócił się. Miał przed sobą rosłego mężczyznę w swoim wieku, może trochę starszego. Jego twarz pokrywał gęsty zarost. Przez ramię miał przewieszoną dwururkę.

— Garbarzem?

— No, garbarzem.

— Nie, pewnie będę pracował w tartaku.

— No tak, masz konie, Paluch nie przepuściłby takiej okazji.

Pewnie te obrzynki dał ci na zaliczkę, ale nie przejmuj się, całe miasto je bierze za darmo — nieznajomy wyszczerzył zęby, ale się nie uśmiechnął. — Więc nie jesteś garbarzem?

Lunsch ładował opał na wóz. Był mokry i zziębnięty.

— Pomogę ci, a ty podrzucisz mi kilka desek pod dom, to po drodze, muszę naprawić dach od agregatora — Lunsch nie odpowiedział tylko skinął głową.


Kiedy zajechali pod dom nieznajomego i ten zrzucił z wozu swoje deski powiedział, że się nazywa Kowan i że następnego dnia wieczorem Lunsch może przyjść do niego ze swoją kobietą na kolację. Lunsch ucieszył się z tego, że będzie mógł porozmawiać o tym jak wygląda życie w miasteczku i się zgodził. Miał nadzieję, że Koran zaprzyjaźni się z panią Kowan, gdyż bardzo doskwierał jej brak towarzystwa podczas ostatniej wędrówki. Kobiety muszą przebywać w towarzystwie innych kobiet i Lunsch to rozumiał, chociaż starał się przecież być dla niej przyjacielem. Niestety zbyt milczącym.

Smagnął konie batem i pozwolił powrócić do siebie ponurym wspomnieniom. Całe jego życie nie było przyjemne, urodził się w dziwnych czasach, przez pierwsze lata poza niemą matką nie widział innych ludzi. Myślał, że on i matka to cały świat. Szperali właśnie po okolicy w poszukiwaniu czegoś do jedzenia kiedy natknęli się na grupę na wpół zawalonych zabudowań, matka weszła w otwór jednego z domostw. Kiedy umilkł huk walonych ścian i opadł pył, a matka nie wychodziła ze środka przez kilka dni, zaczął szukać jej stopniowo oddalając się od zabudowań. Spotkał pierwszych ludzi, nakarmili go i mu pomogli. Było ich tak mało, że woleli sobie pomagać, niż się zabijać. Nauczyli go mówić językiem, który był zlepkiem różnych języków, potem spotkał Koran. Odtąd wędrowali razem, aż dotarli tutaj. To Koran odczytała jego imię i nazwisko z kartki którą dostał od matki, Koran lubiła wymyślać różne rzeczy, była starsza od niego i znała z dzieciństwa dużo bajek. Opowiadała mu je, a kiedy się im znudziły wymyślała nowe, sama, on nie potrafił nic wymyślić, nie wiedział co było tego powodem, ale nie potrafił. Potrafił tylko milczeć i słuchać. Nie potrafił nawet powtórzyć sobie tych bajek, kiedy był sam.

Zatrzymał wóz przed ich nowym domem i wszedł do środka, był głodny. Z kuchni dobiegł go głos rozmawiającej ze sobą Koran. Zrzucił na podłogę naręcze obrzynków. Koran pocałowała go mocno w usta i podniosła na wysokość jego twarzy łyżkę z kawałkiem mięsa wyłowionym z garnka, poczuł ostry zapach zająca. Ustrzelił go zanim tutaj dotarli.

— Był tutaj mężczyzna, który przedstawił się jako Burmistrz — Koran odwróciła się by zamieszać w garnku.

— Mmm...? Co chciał? — Wincent przełknął kęs mięsa.

— Spytał się czy wszystko w porządku i powiedział, że jeśli potrzebujemy czegoś, jakichś materiałów do reperacji domu, to masz się zgłosić do niego.

— Damy sobie radę, chciał coś jeszcze? — mężczyzna sięgnął łyżką do garnka po jeszcze jedną porcję.

— Nic, zaraz poszedł, tylko się porozglądał — Koran splotła ręce na piersiach. — Widziałeś ludzi?

Czekał na to pytanie.

— Trochę... — usłyszała niewyraźne mruknięcie.

— Długo tu mieszkają? Są jacyś starsi? — Koran nie dawała spokoju.

— Deszcz pada, niewielu widziałem, idę do koni. Trzeba pomyśleć dla nich o czymś na zimę, porozglądam się.

— Porozglądaj się — Koran odprowadziła go wzrokiem do drzwi, a gdy wyszedł popatrzyła na schody. Czemu jeszcze nie była na górze, dziwne, powinna poznać swój dom. Tam skąd przybyli domy były zniszczone, a te które ocalały zamieszkiwali ludzie, było ich niewielu, ale domów było jeszcze mniej. Czasem mieszkali jakiś czas z innymi, ale chcieli znaleźć coś tylko dla siebie, dlatego dotarli aż tutaj.

Schody skrzypiały, poczuła zimno bijące od nie ogrzanych ścian, wszystko przykryte grubą warstwą kurzu, pod oknami mokra podłoga, porozrzucane ubrania i naczynia. Nieraz musieli przychodzić tu ludzie, aby znaleźć coś dla siebie. Przełamany na wpół talerz, obok głowa lalki oderwana od korpusu — zszyje i będzie miała do kolekcji. Gdy podnosiła ją z ziemi głowa się rozsypała w chmurę pyłu z siana i trocin. Teraz dopiero dojrzała jak dużo na podłodze wala się mysich bobków. Położyła jeden na języku, słodkawy smak, skurcz w gardle, splunęła. Jak była mała i coraz trudniej było znaleźć w ruinach domów i sklepów cukierki zaczęła jeść mysie bobki. Odkąd pamięta wszędzie było ich zawsze pełno. Dopiero jak przeczytała w znalezionej książce, że myszy przenoszą groźne choroby to zaprzestała tego robić.

Książki, o tak, czytanie książek to było to co lubiła najbardziej. Nauczyła się czytać jeszcze zanim zdarzyło się to wszystko w wyniku czego została na świecie sama, potem wyszukiwała książki i czytała bez wytchnienia. Dzięki temu wiedziała jak było kiedyś, jakie były zwierzęta, krajobrazy i ludzie. Nie wszystkie książki mogła czytać, nie zawsze te, które znajdywała były napisane w zrozumiałym języku, ale z czasem nauczała się rozumieć także te.

Myśl o czytaniu spowodowała, że Koran zeszła po schodach do kuchni. Wzięła do ręki jedną ze swoich książek, ale zaraz ją odłożyła i zabrała się do sprzątania i układania ich rzeczy. Rzeczywistość była o wiele bardziej pasjonująca niż świat z książek, szczególnie teraz.


Rozległ się słaby odgłos uderzenia pioruna. Zapadł zmierzch, a oni nie mieli światła. Siedzieli w ciemności czasem rozświetlanej błyskawicami.

— Czemu się nie boisz? Zawsze się boisz? — Wincent przyciągnął Koran do siebie.

— Bo mamy dom - odpowiedziała.

— Dom - powtórzył bezwiednie.


*

Burmistrz otworzył drzwi i wszedł do magazynu. Naprawdę nazywał się Amadeusz Weitz, ale wszyscy mówili na niego Burmistrz. Działo się tak dlatego, że zamieszkał tu na długo przed tym jak zjawił się pierwszy z przybyszów. Zamieszkał tu nawet wcześniej niż Gumn, którego dziwny język przez długi czas nie pozwalał im porozumiewać się normalnie. Właśnie teraz usłyszał odgłosy rozmowy Gumna i jego żony. Nie znosił tego bełkotu, ale nie przerywał im tylko od niechcenia słuchał niezrozumiałych dźwięków. W końcu zza zasłony wyłonił się Gumn. Kiwnęli sobie na powitanie głowami.

— Widziałeś konie tego nowego? — Gumn wyciągnął z kieszeni spodni butelkę ohydnego bimbru, który dla wyrafinowanego smakosza, jakim był Burmistrz, był źródłem przyjemnego ściśnięcia w żołądku.

— Gdzie on je znalazł i jak je oswoił?

Niektórzy mówili, że bimber Gumna zawdzięczał swoją moc w równym stopniu szyszkom, co sowim wypluwkom. Gumn rzeczywiście miał słaby wzrok i mógł pomylić te dwa dary zagajnika, ale Burmistrza starał się w tym momencie nie myśleć o pochodzeniu płynu, który pokaźną strugą przepalił ścieżkę poprzez gardło do jego wnętrzności.

— Co tam konie, przyjdzie zima to zdechną — wycharczał.

— Prędzej sam zdechniesz, mocne konie. Jak zrobi im porządny kojec to nie zdechną, sam mu pomogę — Gumn zmrużył oczy. Na jego rzęsach pojawiły się krople potu kiedy przechylił kubek z rzeźbionego szkła i wlał w siebie jego zawartość. — A na wiosnę, jak Iwan nie naprawi naszej dobrej lokomotywy, może trzeba będzie nimi ciągnąć na południe wagony; konie i kilku silnych bydlaków...

— I tak nie dadzą rady, Iwan zresztą lokomotywę naprawi, a konie bardziej się przydadzą w tartaku... — Burmistrz poczuł znajome pulsowanie w skroniach i chęć do kłótni.

— A jak nie naprawi? — Gumn nie czekał, aż minie kaszel, który właśnie przeszkodził Burmistrzowi i ciągnął za niego dalej. — Niełatwo będzie znaleźć nową lokomotywę po pierwsze, a po drugie ją tu ściągnąć.

Przerwał, gdyż na werandzie domu rozległ się stukot podkutych butów i po chwili do pomieszczenia wszedł rudy jak lis Iwan.

— Daj mąki Gumn i słoniny, jak masz to cebuli — Burmistrz lubił słuchać melodyjnego dźwięku mowy Iwana, dlatego gestem ręki zaprosił go do tego, aby usiadł z nimi za stołem, a Gumnowi dał znak żeby nalał też dla Iwana, któremu zaświeciły się wyraźnie oczy.

— Naprawiłeś? — Gumn sięgnął po kubek do kredensu i postawił napełniony przed Iwanem.

— Jeszcze nie.

— Napraw to dostaniesz mąki, śmieję się, śmieję się! — Gumn sprostował od razu gdy zobaczył wściekły wzrok Iwana i Burmistrza.

Nienawidzili żartów Gumna. Wszyscy, którzy pracowali mieli takie samo prawo do zapasów zgromadzonych w jego magazynie.

— Da się naprawić? — Gumn próbował załagodzić.

Iwan nie zdążył dać odpowiedzi ponieważ nagłe poruszenie i gwar rozmów przed wejściem do sklepu zaprzątnęło ich uwagę. Mężczyźni wyszli na zewnątrz, gdzie w strugach deszczu grupa kilku mieszkańców miasteczka o czymś zawzięcie dyskutowała. Jeden z nich zwrócił się w stronę wychodzącego z magazynu Burmistrza.

— Ten nowy wystrzelał za górką cały magazynek amunicji i nie mów nam, że nic o tym nie wiesz.

Burmistrz powiódł zmętniałym od bimbru spojrzeniem po grupce stojących w błocie mieszkańców miasteczka, aż w końcu zatrzymał go na sygnecie ozdabiającym jeden z palców zaciśniętej na barierce werandy ręki.

— O co pytałeś się, Karl?

— Nie pytałem się, tylko stwierdzam do cholery, że ten...

— Zdaje mi się, że na tym wspaniałym kawałku tego pięknego świata każdy człowiek może wziąć i wystrzelać tyle naboi ile ma w magazynku, we wszystkich magazynkach jakie posiada i nam nic do tego.

Burmistrz wytrzeźwiał równie szybko jak się upił i zdał sobie nagle sprawę z tego, że jego wypowiedź doskonale przeczy temu co próbował od tak dawna przekazać tym ludziom.

— Zajmijcie się lepiej swoimi żonami, kto ją ma, zamiast hałasować jak rozwrzeszczane stado wron — spróbował zmienić ton.

Wiedział, że jak pozwoli sobie na utratę kontroli nad tym, co mówi, to utraci kontrolę nad tymi ludźmi, a bez nich nic nie znaczą wszystkie przeczytane przez niego książki i przetrawione teorie jak powinno wyglądać społeczeństwo.

— Zresztą żony mogą poczekać, w przeciwieństwie do Gumna, który zaraz schowa swoje wyroby z powrotem do piwniczki.

Tłumek najwyraźniej się ożywił, a z piersi mężczyzny nazwanego Karlem wydobył się świst jakby spuszczanej z lokomotywy pary, by przejść w niespokojny i chciwy upicia śmiech. Stało się to jakby zezwoleniem na rechot dla wszystkich stojących na i przed werandą mężczyzn. Ci, którzy głośno nie objawiali swojej wesołości, przynajmniej uśmiechali się wyrażając w ten sposób aprobatę dla zaproszenia Burmistrza.

— Chodźcie na łyk lekarstwa, bo rozpuścicie kości na tym obrzydliwym deszczu — Gumn przytaknął w końcu głośno temu, o czym każdy z nich myślał i wkrótce drzwi do magazynu zamknęły się za ostatnim z mężczyzn.

— Obrzydliwe to nie deszcz tylko te twoje lekarstwo, he he... — Karl wzniósł toast za czekające ich tego dnia pijaństwo. Skrzywił błazeńsko twarz i wlał w usta zawartość szklanki, a jasnożółty płyn spienił się na jego wstrząsanych wstrętem wargach.



  1   2   3


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna