Kiedy zaatakuje nas pryszczyca lub świńska grypa



Pobieranie 15,35 Kb.
Data24.11.2017
Rozmiar15,35 Kb.

Kiedy zaatakuje nas pryszczyca lub świńska grypa?

Żywność jest bezpieczna! Zapewniają o tym przedstawiciele oficjalnych organów odpowiedzialnych za zapewnienie konsumentom zdrowego mięsa.


pewne problemy kadrowe, ale w miejsce lekarzy prywatnych, którzy nie
podejmą pracy zostaną skierowani urzędnicy z inspektoratów weterynaryjnych. Zastąpią
oni lekarzy, którzy przez niepodpisanie corocznych umów zaprotestowali
przeciw niewłaściwemu ich zdaniem traktowaniu zawodu przez ministerstwo. Docelowo
lekarzy po pięcioletnich studiach mają zastąpić oglądacze legitymujący się
dwutygodniowym kursem przygotowawczym. Do tej pory o weterynarii słyszało
się wyłącznie w kontekście ptasiej albo świńskiej grypy, czy też szczepienia psa
przeciwko wściekliźnie. W grudniu zapanowało jakieś fatum powodujące, że
nieomal codziennie pojawiają się informacje o przyczynach i skutkach
weterynaryjnego strajku.

Najnowocześniejsza forma zatrudnienia.

Zacznijmy od kilku faktów. Strajkiem można nazwać przerwanie pracy przez pracownika najemnego. To określenie jest niezbyt adekwatne do sytuacji, bo lekarze weterynarii pracują dla administracji
rządowej reprezentowanej przez Inspekcję Weterynaryjną na zasadzie samozatrudnienia. Jest to bardzo modna, forma coraz wszechstronniej wykorzystywana przez nasz rząd. Odpadają problemy urządzenia stanowiska pracy, urlopów, zwolnień chorobowych. Inspekcja pracy też ma w tym wypadku niewielkie pole do popisu. Nazywa się to z angielska outsourcingiem.
W zasadzie każdy lekarz myślący o podjęciu pracy dla Ministerstwa Rolnictwa ma prawo nie podpisać corocznej umowy-zlecenia.
Uzależnione jest to akceptacją warunków kontraktu. Najczęściej zasadniczą rolę odgrywają warunki płacowe. Praca dla Inspekcji Weterynaryjnej najczęściej wiąże się z wykonywaniem badań zwierząt. Ochrona ludzi przed chorobami, na przykład gruźlicą, to nie wszystko. Praca lekarza weterynarii to zapewnienie jakości mięs, mleka, jaj, wszelkiej żywności zwierzęcego pochodzenia. Podczas immartykulacji lekarze przysięgają chronić zdrowie i życie ludzkie poprzez leczenie i kontrolę zdrowia zwierząt.
 
Nie tylko leczą.

Lekarze weterynarii kontrolują żywność wieloetapowo.


Pierwszy etap to pasze, którymi są karmione zwierzęta, poprzez badanie ich
zdrowia, leczenie, a kończąc na nadzorze nad ubojem, rozbiorem, przerobem
mięsa, transportem zwierząt, wyrobów. Większość czynności kontrolnych jest
ściśle obwarowana przepisami zarówno unijnymi, jak i krajowymi. Weterynaria
ma to swoje szczęście, albo i nieszczęście, że jej pion urzędowy jest umocowany
na garnuszku Ministra Rolnictwa. Zadaniem weterynarii jest kontrolowanie
swojego pracodawcy. Idealne rozwiązanie dla producenta żywności, kiedy można mieć
bezpośredni wpływ służbowy i ekonomiczny na dział, kontrolny. Na tym tle
dochodzi do licznych nieporozumień związanych z próbami przestrzegania
dyrektyw unijnych niezbyt wygodnych dla niektórych producentów. Wspomniałem, że
ministerstwo znajduje się w tym wypadku w bardzo komfortowej sytuacji. Może
coś nakazać, zabronić. Ot, zależnie od potrzeb związanych z produkcją żywności.
Inna kwestia, że odpowiedzialność za zagrożenie bezpieczeństwa żywności
spoczywa na weterynarii.

Obecnie pion weterynaryjny jest mocno rozbudowany, zaraz po akcesji z Unią został zobligowany do nadzoru nad bardzo szerokim wachlarzem zagadnień. Przepisy weterynaryjne są najbardziej rozbudowane, spośród związanych z rolnictwem. Kolejnym zadaniem weterynarii jest na przykład kontrolowanie niektórych zagadnień związanych z przyznawaniem rolnikom dopłat unijnych.


Tak rozbudowana weterynaria spowodowała konieczność reorganizacji, ponieważ w pewnym momencie mogłaby zacząć odgrywać zbyt znaczącą rolę w ministerstwie.
Powstały liczne projekty wiążące się z utworzeniem specinspekcji, w której
całkowicie zanika pion weterynaryjny, a całe kierownictwo przechodzi w ręce osób z
politycznej nominacji.

Zawód elitarny, czy uciskany kopciuszek?

Jak można się spodziewać, lekarze są zdecydowanie niechętni takiej pauperyzacji zawodu. Nie jest to po myśli ministerstwa, spotyka się z szykanami. Inspekcja weterynaryjna, mimo wykonywania trudnych i odpowiedzialnych zadań jest wynagradzana siermiężnie. Spowodowało to ogromne
problemy kadrowe i wprowadzenie w jej szeregi osób spoza zawodu. Zostały im przyznane funkcje kontrolerów, powierzona opieka nad działami niewymagającymi wiedzy lekarskiej. Obecnie Inspekcja zatrudnia zarówno lekarzy, magistrów zootechniki, rolnictwa i wielu innych kierunków. Niestety, lekarze nawet zaraz po studiach, gdy szukają pracy - niechętnie podejmują pracę w administracji, gdyż z założenia chcą leczyć, a nie kontrolować, nadzorować 

Czy administracja poradzi sobie sama?

Jest wiele zadań, których Inspekcja Weterynaryjna samodzielnie nie może wykonywać, ponieważ nie dysponuje odpowiednio przygotowaną kadrą.
Najczęściej są to obowiązki polegające na badaniu zwierząt. Sezonowość, konieczność pracy w survivalowych warunkach. Dzień i noc, światek i piątek. Na takich zasadach nie się zatrudnić urzędnika. Tu jest miejsce dla lekarzy urzędowych, zatrudnianych na zasadzie firm zewnętrznych. Taki lekarz musi, aby móc pobrać krew od świni lub krowy, posiadać lecznicę, samochód, internet, możliwość utylizacji odpadów, stół operacyjny. Wymagania są rozbudowane, niemniej wynikają z konieczności zapewnienia do pracy dla administracji lekarzy rzeczywiście znających się na leczeniu i badaniu zwierząt, a więc i wyposażonych w odpowiedni sprzęt.

Pranie pieniędzy.

Do czynności urzędowych, żeby zgodnie z przepisami, lekarz musi używać innego samochodu, niż podczas pracy w swojej lecznicy.
Stanowi to jedną z kości niezgody zakopywaną, po co większych zatargach pracodawcą,
ministrem rolnictwa. Kolejno pojawiające się problemy nigdy nie zostały
załatwione jak należy. Ministerstwo zawsze posługiwało się rozmaitymi protezami
prawnymi. Obecnie na przykład lekarz szczepiący zwierzęta na zlecenie
ministerstwa musi kupić własne lekarstwa, aby odsprzedać je ministerstwu po
cenie zakupu. W trakcie tej transakcji lekarstwa zostają opodatkowane, a
nawet wzięte w ochronę zdrowotną poprzez odliczenie od nich składki na ZUS.
Oczywiście saldo takiej operacji jest ujemne. Nie jest to jedyny przykład
intratnych kontraktów, jakie lekarze weterynarii zawierają ze swoim
resortem.

Weterynaria ma wiele problemów, których od lat nie może rozwiązać, nawet kwestie podatkowe, które w zasadzie by się dało wyjaśnić w rozmowach z Ministerstwem Finansów są torpedowane przez zleceniodawców lekarzy.


Żaden lekarz nie rozumie skąd biorą się rozmaite karkołomne sytuacje, które
stają się pożywką prawników. Utrudnienia w pracy lekarzy, choćby związane z
podatkami nie zostały wprowadzone jednorazowo. Pojawiały się etapami, krok
po kroczku, aż księgowość weterynaryjna urosła do absurdu i stała się odrębną
dziedziną wiedzy. Lekarze podczas stażu w ciągu kilku pierwszych lat
opanowują sztukę leczenia, lecz haczyki administracyjne dla wielu pozostają dziedziną
niezbadaną aż do śmierci. 

Dziel i rządź.

Część "urzędowych" usług weterynaryjnych wykonywana jest w oparciu o budżet ministerialny, a część poprzez opłaty podmiotów kontrolowanych. Pieniądze pochodzące z opłat odprowadza się na tak zwane konto specjalne, skąd po ofrankowaniu, a są płacone, jako wynagrodzenie. Wysokość
opłat za czynności urzędowe stała się bodźcem materialnego zainteresowania dla lekarzy,
gdyż graniczną wysokością wynagrodzeń jest kwota, pobrana od kontrolowanego.
Wygląda to podobnie, jakby pensja urzędnika wystawiającego prawa jazdy była
bezpośrednio związana z opłatą skarbową.

Od stycznia tego roku "konto specjalne" zostało zlikwidowane.


Zlecenia będą opłacane bezpośrednio z budżetu ministerstwa, niemniej zasada
regulująca wysokość wynagrodzeń pozostała niezmieniona. Lekarz pracuje na
akord. Jeżeli zbada więcej zwierząt, więcej zarobi, ale musi też odwiedzić
gospodarstwa, gdzie zwierząt nie ma. Nie zarabia podczas przestoju w uboju,
bo nie ma nic do badania. W zasadzie sytuacja dość jasna i logiczna, gdyby nie
ciekawe zjawisko. Minister rolnictwa reguluje wysokości opłat w zależności
od potrzeb swojego resortu. I tu pojawia się kwestia świadectw zdrowia dla świń,
 tak nagłośnionych przez ministra, że lekarze prywatnej praktyki nie podpisali z
nim umów-zleceń.

Zaczęło się to od tego, że rolnicy buntowali się przeciw ich zdaniem niesłusznym opłatom i zbędnym formalnościom, wynikającym z potrzeby


kontroli przemieszczania świń. Podobny nadzór wdrażany jest i u ludzi przy
dużej epidemii grypy, kiedy zamyka się szkoły, zakłady pracy. Na klika dni
przed wyborami samorządowymi, Minister z PSL nagle doszedł do wniosku, że
powinien ulżyć ciężkiej doli hodowcy i obniżyć opłaty. Konsekwencją była
obniżka powiązanych z nimi wynagrodzeń za kontrolę przemieszczeń. Lekarze
uznali to za świetny powód do zainicjowania protestu przeciwko pauperyzacji
zawodu. 

Mechanizm regulacji cenowych jest wspaniałą konstrukcją ekonomiczną umożliwiającą rządzenie wszystkimi podległymi grupami interesów.


Nie wiem, co zawinili właściciele ubojni i zakładów przetwórczych, że wobec
naszego wyraźnego niezadowolenia z wyborczej regulacji cenowej, minister
postanowił zwiększyć opłaty za nasze czynności wykonywane w rzeźniach,
wytwórniach kiełbasy. Koszt dla budżetu państwa zerowe, a jaka demonstracja
możliwości władzy, jakże roztropny podział dóbr! Czy to ważne, że powstały
niesnaski miedzy weterynarią i hodowcami, a kilka tygodni później między
przemysłem przetwórczym i weterynarią?

Jak się tłumi bunt.



Taką sytuację minister uznał za rokosz i zastosował radykalne rozwiązania. Po pierwsze - zastąpił lekarzy badających zwierzęta przez
urzędników, inspektorów z tytułami lekarskimi. Nieistotne, że często ci
inspektorzy od wielu, wielu lat nie widzieli zwierząt poza tymi na
obrazkach. Bywało też, że specjalistę od badania mięsa zastępował specjalista od administracji
weterynaryjnej, zupełnie tak samo jakby dentysta zastępował okulistę.
Potrzeba wyższa, konieczność troski o bezpieczeństwo żywności dla obywateli jest
zadaniem nadrzędnym! Kolejnym genialnym finansowo krokiem ministra jest
decyzja o zastąpieniu lekarzy kadrą złożoną z tak zwanych oglądaczy, przyuczonych
podczas dwutygodniowego kursu do wykonywania ściśle określonych ruchów. Nie
odbędzie się to natychmiast, a dopiero po wyszkoleniu kadr, ale całkiem
niedługo. Podobno jest to bardzo rozsądna zamiana, bo oglądaczowi wystarczy
zapłacić jedynie dwie trzecie pensji lekarza. Czy równie rozsądna jest ta zamiana dla
konsumenta żywności? A kto zastąpi lekarzy przy badaniu zwierząt na rozmaite
choroby? Sanitariusze? Czemu nie, ministerstwu takie rozwiązanie na pewno
wszechstronnie się opłaci! Największy zysk będzie polegał na tym, że
specjalistyczna kadra kontrolna po krótkich kursach będzie doskonale znała
swoje miejsce w szeregu czynności związanych z nadzorem żywności począwszy
od wideł na łące, aż po widelec konsumenta.



©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna