Kapłan, który ukochał świat



Pobieranie 207,66 Kb.
Strona1/5
Data04.06.2018
Rozmiar207,66 Kb.
  1   2   3   4   5

Kapłan, który ukochał świat




1. Nędzne źródło ubóstwa i miłości

- Pamiętam dobrze tę scenę. 22 listopada 1972 roku, sala gimnastyczna Szkoły Brafa, przemieniona w aulę, wypełniona po brzegi, a w centrum ksiądz Escrivá. Pada pytanie, gdzie jest mowa o ludziach, którzy całymi dniami narzekają na to, co się wokół nich dzieje: „Ojcze, co możemy zrobić, aby pomóc w walce przeciwko tej krytyce, tym żalom i tej całej pesymistycznej wizji? I natychmiastowa odpowiedź, w duchu zrozumienia, zakotwiczona w przekonaniu o własnej słabości: Miałem i nadal mam wiele wad. Cóż, któż ich nie ma? Tego, który nie ma wad, lepiej od razu umieścić w muzeum...! Ja mam wiele ułomności i od dziecka z nimi walczę, i dopóki będę żył, będę walczył.



Kiedy przyglądamy się Założycielowi Opus Dei, te wady stają się niczym w obliczu wielkości podejmowanej przez niego walki, która doprowadziła go do praktykowania cnót w stopniu heroicznym, jak to ogłosił w 1990 roku Ojciec Święty Jan Paweł II. Ale właśnie te niezauważane przez innych wady, czy cnoty w sposób przesadny przez nich wychwalane, w rozmiłowanym sercu wywoływały reakcje najbardziej bolesne. Nie sposób tego wyjaśnić w oderwaniu od modlitwy Magnificat, którą ksiądz Escrivá de Balaguer nieustannie odmawiał, co sprawiło, że podczas obchodów złotej rocznicy święceń kapłańskich w 1975 roku czuł się niczym gaworzące dziecko.

Wobec nas, którzy tylko od czasu do czasu widzieliśmy Założyciela Opus Dei i byliśmy wówczas gorąco zachęcani do współpracy z wolą Bożą, jego wady – niedoskonałości - były jakby zakryte. To samo przydarzyło się księdzu Javier Echevarría, zgodnie z jego wspomnieniem z 1950 roku, podczas wspólnego pobytu formacyjnego w Castelgandolfo.
Miało to miejsce pod koniec sierpnia. Zdałem sobie sprawę, że skoro my będąc w Castelgandolfo z ledwością znosimy upał, to cóż dopiero ksiądz Escrivá de Balaguer, który pozostał w Rzymie. Miał zwyczaj codziennie około piątej po południu przyjeżdżać fiatem „topolino” – w towarzystwie księdza Álvaro del Portillo i kogoś jeszcze – aby osobiście zajmować się formacją pierwszych członków Opus Dei włoskiego pochodzenia i tych, którzy przybyli z innych krajów.

Pouczał nas o duchu Dzieła, rozmawiając o naszym życiu i udzielając nam wiele rad przydatnych w walce o świętość. Podejmował to zadanie po całym dniu pracy, w którym poza kierowaniem Opus Dei, zajmował się dodatkowo budową siedziby centralnej, która w tym czasie z powodu braku środków posuwała się z wielkim trudem.

Wówczas nie zdawałem sobie sprawy z wielkiego ciężaru, jaki wziął na swoje barki, ani z jego wycieńczenia, które było spowodowane ciężkim przypadkiem cukrzycy. Jego miłość i poświęcenie przezwyciężały te przeszkody. Gdy w sposób porywający przekazywał nam swoją radość i oddanie, zupełnie zapominał o sobie.
- Myślę, że była to stała zasada. Za jego uśmiechem i nieustannie dobrym humorem trudno było dostrzec kłopoty i cierpienie. Otwarcie zwierzał się jedynie Custodes w poufnych rozmowach prowadzonych prawie nieustannie. Ksiądz Javier Echevarría bardzo szybko miał okazję poznać z bliska tę świątynię wewnętrznej walki księdza Escrivy.
Byłem Custos przez prawie dwadzieścia lat i mogę powiedzieć, że zawsze dziękował za otrzymywane od nas wskazówki czy uwagi, które mu robiliśmy. Nie meczył się walką, dzięki której przybliżał się coraz bardziej do Pana. Z zapałem zakochanej osoby, która pragnie okazać całą swoją miłością Temu, którego kocha, zmagał się z najmniejszymi wadami: codziennie, w tym co trudne i w tym co łatwe, w pracach ważnych i w takich, które wydają się niepozorne.

Miał zwyczaj nie odkładania niczego na później, szczególnie jeśli musiał coś poprawić: gdy tylko to dostrzegł lub gdy mu na coś zwróciliśmy uwagę, dokładał wszelkich starań, aby niczego nie zostawiać na następny dzień. Nie usprawiedliwiał się nawet zmęczeniem i z całych sił pracował nad poprawą swojego charakteru i pogłębieniem pragnienia kochania Boga coraz bardziej. Z jego ust płynęły rady pełne zapału i Bożej pedagogii: Oto co zazwyczaj doradzam: do dobrych rzeczy zabierać się czym prędzej! a przecież w powierzaniu się Bogu nie wiążą nas żadne łańcuchy, mamy wolność dawania siebie zawsze więcej. Starał się, aby jego odpowiedź nigdy nie była poniżej poziomu tego, o co prosi Bóg. Dlatego nie przestawał błagać Pana o przebaczenie za wszystkie zaniedbania w swoim życiu, za nieuwagę w Bożych sprawach.

Aż do ostatniego dnia na tej ziemi prosił swoich synów Custodes, aby mu pomogli stawać się coraz bardziej pobożnym, bardziej radosnym, większym optymistą, dokładniej wypełniać swoje obowiązki, lepiej znosić chorobę, pracować bez wytchnienia z całkowitym poświęceniem. Myślę, że mogę obiektywnie stwierdzić, iż nigdy świadomie nie powiedział nie Panu Bogu i nigdy nie odpowiedział połowicznie na Boże prośby.

Innym doradzał to, czym sam żył: „Trzeba zawsze być przygotowanym i mieć świadomość, że w każdym momencie naszego życia może przyjść chwila ostatniej walki”. Wyrażał to też innymi słowami: „Najważniejsze jest to, aby Pan znajdował nas zawsze przygotowanych do ostatniej walki, która może nastąpić w każdej chwili”.

Sam również nie szczędził wysiłku w tych zmaganiach. Wydaje mi się, że jego wrażliwość sumienia i podeptanie własnego ja, aby móc w pełni przyjmować wolę Bożą, zawiera się w tym, co stwierdził w 1971 roku: Świętość jest nieustanną walką z własnymi wadami. Jest wypełnianiem obowiązku w każdej chwili, bez szukania wymówek. Jest służbą na rzecz innych bez oczekiwania jakiejkolwiek rekompensaty. Świętość jest szukaniem obecności Boga – niezmiennym obcowaniem z Nim – przez modlitwę i pracę, które się stapiają ze sobą w nieustannym dialogu z Panem. Świętość jest gorliwą troską o dusze, która prowadzi do zapomnienia o samym sobie. Jest zawsze pozytywną odpowiedzią w każdym momencie naszego osobistego spotkania z Bogiem.
- Może Ksiądz Biskup pomóc czytelnikom opisując, choćby pokrótce, niektóre aspekty walki prowadzącej przez Założyciela w celu doskonalenia własnego charakteru.
Od młodości posiadał wielkie ludzkie przymioty. Co do wad, to musiał bardzo uważać na gwałtowność i spontaniczność charakteru i na dużą wybuchowość, której zazwyczaj doświadczał, kiedy uważał, że coś zostało zrobione źle lub nie tak, jak należało.

W każdym razie, te cechy charakteru, które mogły stać się poważnymi wadami, posłużyły mu jako punkt oparcia do rozwijania osobowości i stały się fundamentem do kształtowania silnej woli, której później tak bardzo potrzebował, aby zmierzyć się z tym, co przygotował dla niego Pan Bóg. Jego niecierpliwość przemieniła się w świętą odwagę, a impulsywny temperament w wymaganie od samego siebie i w zrozumienie wobec innych. Wielokrotnie zwierzał się nam z tego, co nosił w głębi swej duszy: Proszę, abyście mi wybaczyli przykrości, jakich mogłem być powodem dla każdego z was. Zapewniam was, i jest to moja niezmienna intencja, że nie chcę nikogo umyślnie urazić moim sposobem bycia. Bez względu na wszystko, nalegam, wybaczcie mi, jeśli kogokolwiek uraziłem moim sposobem bycia czy zachowaniem.

Zmagał się, aby przemienić swoje naturalne skłonności w pozytywne cechy: moc i energię; szybkość w podejmowaniu decyzji; przenikliwość umysłu; zdolność zdawania sobie sprawy z tego, co dzieje się wokół; czy umiejętność logicznego myślenia w rozwiązywaniu trudności. Nie dawał się ponosić własnemu ja, opanował swoje primo primi (reakcje natychmiastowe), i dokładał wysiłków, aby przez szczerość w mówieniu i prostotę w działaniu służyć Bogu i duszom.

Obserwując jego życie, ośmielam się zapewnić, że pokazuje zwycięstwo jego woli i rozumu – złożonych w Bogu – nad jego charakterem. To zwycięstwo jest owocem nieustannego czuwania nad sobą, chociaż nie przestawał nas błagać, abyśmy mu w tym pomagali. Widziałem, jak zmagał się z tymi subtelnymi nitkami, które - jeśli się ich nie zerwie natychmiast – zamieniają się w więzy oddalające od Boga. Umiał osiągnąć pogodną równowagę, a nadzwyczajną żywotność swojego temperamentu zawsze miarkował rozumem i męstwem.


- Natomiast wciąż jest zdumiewające, że ksiądz Escrivá de Balaguer nigdy nie przeżywał wątpliwości co do wiary.
Nigdy nie zwątpił ani w Boga, ani w prawdę o Nim. Stąd czerpał siły, by postępować w praktykowaniu wiary zawsze z coraz większym przekonaniem, nawet jeśli jego ciało było umęczone lub gdy czuł się wyczerpany pracą: Bóg – powtarzał, mówiąc obrazowo – nigdy nie może się mylić.

Często mi mówił, że głęboko wierzy w Trójcę Świętą i we wszystkie prawdy objawione przez Boga. Jego wdzięczność okazywana Bogu była powszechnie znana, a realizowała się w wypowiadaniu wielu aktów wiary. W 1972 roku zapewniał nas: Na ziemi nigdy nie możemy posiadać spokoju tych wygodnickich, którzy dają się ponieść marzeniom o bezpiecznej przyszłości. Nasza przyszłość, każdego z nas, jest nieznana, w tym sensie, że możemy zdradzić naszego Pana, możemy ponieść fiasko co do powołania lub porzucić wiarę. Dlatego codziennie musimy robić postanowienie, aby walczyć do końca.


- Także nigdy nie zwątpił w swoje Boże powołanie do kapłaństwa i co do Opus Dei.
Często mówił, że ze względu na miłość Boga, z powołaniem nigdy się nie igra. Używając słów, które były prawdziwą treścią jego życia – na podobieństwo powracającego refrenu, brzmiącego w jego duszy i nieustannie znajdującego oddźwięk w całej jego postawie – powtarzał: Nigdy nie zwątpiłem w Miłość.

Jego powołanie kapłańskie nie było w żaden szczególny sposób naznaczone jakąś trudnością, rozczarowaniem czy upadkiem; ani też obciążone jakimiś wydarzeniami społecznymi czy rodzinnymi. Nie doświadczał uczuć lęku wobec życia ani pragnienia odizolowania się z powodu niepowodzenia ekonomicznego swojego ojca, z powodu zmiany miejsca zamieszkania czy z innych racji. Nie odczuwał niepewności w obliczu przyszłości. Także podczas lat spędzonych w seminarium, nie miewał kryzysów ani momentów zniechęcenia czy rozpaczy.

Na jakieś cztery miesiące przed jego święceniami kapłańskimi zmarł nagle jego ojciec, José Escrivá. Było to 27 listopada 1924 roku. Wiele lat później słyszałem, jak wspominając te szczególnie trudne chwile, mówił: Gdyby śmierć taty miała miejsce kilka miesięcy wcześniej, prawdopodobnie uznałbym za konieczne skorygowanie mojej drogi. Ale ponieważ miałem już za sobą święcenia subdiakonatu, nie wahałem się ani przez moment. Tym stwierdzeniem dał do zrozumienia, że nawet cień wątpliwości nie przeszedł mu przez myśl.
- Mimo to ksiądz Escrivá de Balaguer cierpiał wewnętrznie wobec własnych błędów i wyrażał swoje uczucia używając mocnych słów, takich jak: nic lub nędza czy słabość...
Kiedy dostrzegał swoje błędy, reagował skruchą serca i jednocześnie jeszcze bardziej opierał się na łasce. Miał zwyczaj mówić: Ja jestem niczym, niczego nie mam, nic nie mogę, nic nie znaczę, nic! nic! Ale z Nim mogę wszystko, tak jak mówił Apostoł: Omnia possum in eo qui me confortat („Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia”: Flp 4, 13). Sądzę, że wiele dusz nauczył, jak przezwyciężać kompleksy, smutek, lęki, chęć ucieczki w duchowej walce, przez to że pokazywał, że Pan każdego powołał do życia z jego słabościami i takiego właśnie wzywa do uświęcania się; a zatem, z Nim można wszystko.

Pragnąc być zawsze uległym narzędziem, w 1962 roku mówił nam tak: Pozwólmy, aby Pan Bóg działał, ufając Mu pomimo naszych słabości i osobistych wad. Nic na tym świecie nie jest ważne ani konieczne, nawet sława czy osobista godność. Już wiele lat temu zwróciłem się do Pana, aby Mu powiedzieć: Jeśli Ty nie pragniesz mojego honoru, dlaczegóż ja miałbym go pragnąć? I tak z całą pewnością mogę stwierdzić, że Dzieło jest Jego: ja nie uczyniłem nic, nic ponadto, że przeszkadzałem, dlatego z całej duszy prosiłem Pana o wybaczenie, ale też z pełnym spokojem, ponieważ to On troszczy się o swoje Dzieło. Każdego dnia coraz bardziej dostrzegałem konieczność, aby wobec Boga stawać się niczym, ponieważ tak właśnie się czułem: niczym.

To była zasada, którą stosował wobec samego siebie. W marcu 1970 roku wyraził to w bardzo dosadnych słowach: Nasze osobiste siły można nazwać tylko w jeden sposób, określić jednym słowem: słabość. Takie jest moje życiowe doświadczenie. Jesteśmy mocni tylko wtedy, gdy głęboko zdajemy sobie sprawę ze swojej słabości. Gdybyśmy uznali, że jesteśmy mocni sami z siebie, natychmiast zarylibyśmy nosem w najbardziej śmierdzące gnojowisko.

To przekonanie o własnej nicości, o swojej mizernej wartości jako narzędzia, nie powodowało, że zwalniał się z obowiązków. Nigdy nie dopuścił, aby osobiste ułomności stały się dla niego przeszkodą czy wymówką dla spuszczenia z tonu czy obniżenia intensywności modlitwy. Dlatego 6 marca 1972 roku stwierdził z całą mocą: Non est opus valentibus medicus, sed male habentibus! ( „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają”: Mt 9, 12). Moją stałą modlitwą podczas całego dnia były słowa: Panie, oto ja, jestem nieuleczalnie chorym, który potrzebuje Ciebie!


- Ostatecznie, to przekonanie o własnej słabości zobowiązywało do stałej walki, której nie da się pogodzić z rutyną czy przyzwyczajeniami.
Bardzo głęboko pozostała mi w pamięci prośba, z jaką zwrócił się do mnie w 1950 roku, kiedy miałem zaledwie dwadzieścia lat. Z całą spontanicznością zakochanego człowieka zwierzył mi się: Boleję dzisiaj z powodu mojego braku pobożności: pomóż zadośćuczynić! Ta usilna prośba poruszyła mnie do głębi, ponieważ znałem jego wysiłki, by być bardzo pobożnym. W 1953 roku tymi słowami dodawał nam otuchy: Nic nie szkodzi, abyśmy zachowywali się, zawsze gdy będzie to konieczne, jak syn marnotrawny: zaczynajmy od nowa, ze szczerą skruchą prośmy o wybaczenie i powracajmy. To podoba się naszemu Bogu, bo dobrze zna glinę, z jakiej zostaliśmy ulepieni: dlatego zawsze powracajmy, i powracajmy z miłością, ponieważ Bóg na nas czeka.

Ta konieczność coraz większej miłości Boga staje się nieustającą potrzebą. W 1966 roku, tak jak i podczas wielu innych okazji, przekonywał nas: Spróbujmy spojrzeć na nasze osobiste życie z nadprzyrodzonego punktu widzenia: jeśli poszukujemy samych siebie, jeśli przyzwyczajamy się nie przywiązywać wagi do tego spotkania z Miłością, to znaczy, że podążamy za tymi przyzwyczajeniami, że nasza miłość zaczyna chylić się ku upadkowi, ta miłość, która jest treścią naszego życia i czyni nas naprawdę skutecznymi. A rankiem 14 lutego 1970 roku zwrócił się do mnie: Ten dzień rozpocząłem postanowieniem, aby dobrze się sprawować; jeszcze bardziej przylgnąć do Boga; starać się nie ujmować chwały Bogu. A wszystko to patrząc na moją nędzę, która jest tak wielka! Był zdecydowany szukać Boga bez wytchnienia.


- Chciałbym w tym miejscu wprowadzić jeszcze inny aspekt, który jakby w sposób oczywisty wypływa z tego: a mianowicie problem znużenia tą nieustanną walką. Tylko jeden raz widziałem księdza Escrivę de Balaguera tak wyczerpanego, że nie miał nawet siły wydobyć z siebie słowa. Po powrocie z podróży do Ameryki w 1975 roku, przebywał wówczas w Colegio Mayor Montalbán w Madrycie. Paradoksalnie, ten właśnie widok okazał się bardzo budujący. Pozwolił mi dostrzec to, o czym mówiłem wyżej na temat uśmiechu Założyciela Opus Dei, który zawsze się widziało, a który ukrywał przed oczami innych tak wiele cierpienia i trudności.
Założyciel wielokrotnie stwierdzał, że ojciec, matka żyją dla swoich dzieci, także wtedy, gdy pod koniec dnia są już bardzo zmęczeni. Porównanie to odnosił do swojego życia, pomagało mu ono przezwyciężyć zmęczenie, nie pozwalając mi ani na moment ulec wygodnictwu. 5 marca 1972 roku tak nas pouczał: Chciałbym, abyście byli wrażliwi niczym żywa rana, abyście tę ofiarę Miłości, którą Chrystus przyjął na siebie za nas, odczuwali w waszym życiu. W taki właśnie sposób nasza gorliwość w zdobywaniu dusz i pragnienie poświęcania się nie podda się zmęczeniu w walce, nawet gdybyśmy mieli wiele powodów do zmęczenia.

W 1968 roku, wzruszony i pełen ufności w Panu, wspominał: Przez te czterdzieści lat zawsze, gdy czułem się wyczerpany, znużony, z ufnością modliłem się: Panie Jezu, odpoczywam w Tobie! Matko, Święta Maryjo, odpoczywam w Tobie!. Nawet w obliczu bardzo trudnych sytuacji, po ludzku nie do pokonania, był spokojny i wyciszony: pracował jak zwykle, tak jakby się nic nie wydarzyło, a jednocześnie właśnie tym zachowaniem sprawiał, że wszyscy wokół niego czuli się bezpiecznie.

Nigdy nie widziałem, aby był zniechęcony, wątpił czy o coś się niepokoił. W jego obecności wręcz namacalnie dotykało się tego, co tyle razy nam powtarzał słowami świętej Teresy od Jezusa: „Temu, kto ma Boga, nie brakuje niczego”. Swoją postawę podsumował w prosty sposób podsumował w 1966 roku: Niepokój i smutek absolutnie przeciwstawiają się samej istocie Boga, który jest szczęśliwością w najwyższym stopniu. Jeżeli jesteście zmęczeni, powiedzcie to Panu; jeśli natrafiacie na zdecydowane trudności, powierzcie je rękom Pana. Ale podkreślam, nie dopuśćcie do tego, aby ktokolwiek z waszego zachowania mógł wywnioskować, że jarzmo Mistrza nie jest słodkie, że nie jest jarzmem miłości.

Namawiał nas, abyśmy rozmyślali o nagrodzie wiecznej, którą Bóg dla nas przygotował. A gdy coś okazywało się dla nas zbyt trudne i stawało się powodem usprawiedliwień i wykrętów, zachęcał nas do wielkoduszności słowami: Panie! Co chcesz mi dać, że prosisz o tak wiele! W tym samym duchu zwracał się do nas w 1964 roku: Uwaga na smutek! To choroba ciała i duszy! Smutek nie ma usprawiedliwienia dla członka Opus Dei! Nic go nie usprawiedliwia! Chcę wam powiedzieć, że wiele razy znajdowałem się sam między niebem i ziemią i musiałem uchwycić się tylko modlitwy. Wy – ponieważ Bóg tak chciał – możecie się modlić, a ponadto macie możliwość otwarcia serca w kierownictwie duchowym. Dzieci moje! Usuńcie smutek z waszego życia! A jeśli w ten sposób nie odejdzie, wyrzućcie go przez okno.

Z tym samym zamiarem odsłaniał swoją duszę: Przypominam wam, moje dzieci, że wszystkie Psalmy kończą się chwałą. I dodawał: Przez wiele lat starałem się z całej siły przylgnąć do Boga, tylko do Niego, cierpiąc, ale pełen nadziei. W ten sposób przeżyłem wiele lat: et tuus calix uberrimus, quam praeclarus est! Nie mogłem odrzucić tego kielicha, który mi podał nasz Ojciec Bóg.
- Umęczenie i praca, cierpienie i radość, ciemności i olśnienia ostatecznie łączą się w głębokiej jedności życia, o której będziemy mieli okazję mówić, ponieważ jest ona centralnym rysem ducha Opus Dei.
Nie mam najmniejszej wątpliwości, że dzięki swojej modlitwie ksiądz Prałat Escrivá zachowywał spokój i pogodę ducha, zarówno w sensie nadprzyrodzonym, jak i ludzkim. W 1966 roku zwierzył się: Co do mnie, to zasmuca mnie myśl o tym, że niektórzy rezygnują z walki usprawiedliwiając się zmęczeniem. Rozumiem, że może przyjść zmęczenie – od wielu już lat pracuję na przekór znużeniu - ale wtedy należy o tym powiedzieć, a nie przedwcześnie opuszczać ramiona. Wytrwałość w modlitwie i pracy, nawet jeśli kosztuje, to jest ofiara, której Bóg oczekuje z naszej strony. Jak również spodziewa się, że nie będziemy się smucili ani też wycofywali przygnębieni, kiedy coś się nam nie powiedzie – nie powiedzie się po ludzku, to chciałem powiedzieć – bo wobec Pana Boga nigdy nie jest tak, żeby się nie powiodło, jeżeli szukaliśmy Jego chwały. To jest dobry moment, żeby pomyśleć też o tym, że niekiedy Boże plany nie zgadzają się z naszymi. Ale my nie możemy się nigdy z tego powodu smucić. W obliczu przeciwności powinna wzrastać nasza wspaniałomyślność poprzez szczere zrozumienie, że nasze życie zostało nam dane z miłości.

Trudno opisać jego gorące pragnienie, aby każdą czynność przemieniać w modlitwę, nawet te najbardziej zwyczajne obowiązki; posiłki czy spacery. Owocem jego zmagań mogą być te słowa, które wypowiadał z naciskiem: Módlcie się, zawsze się módlcie, aby wejść w ten dialog dusz kontemplacyjnych, które są przekonane, że Bóg na nas patrzy, słucha nas i kocha. Kontemplujących pośrodku ulicy! Co do mnie, to nawet po ludzku, wypełnia mnie radość płynąca ze świadomości, że nigdy nie jestem sam. Dlatego mam zwyczaj powtarzać, że w moim życiu nigdy się jeszcze nie nudziłem. W każdej chwili wynajdował mnóstwo powodów, aby się modlić: za Kościół, za papieża, za Dzieło, za dusze, za dzieła apostolskie, za rodziny. I uciekał się do modlitwy zawsze pewny, że Bóg nasz Pan przemieni ten skromny środek w skuteczną pomoc, potrzebną Kościołowi w pracy apostolskiej: Bóg nie oczekuje pięknych zdań, górnolotnych modlitw. On pragnie, abyśmy zawsze byli z Nim, czy jest zimno czy gorąco, czy jesteśmy zdrowi czy chorzy, czy mamy na to ochotę czy nie; nigdy się nami nie zniechęca, ani nie męczy wysłuchiwaniem nas, zawsze jest gotowy nas przyjąć.

Założyciel zawsze budował nas własnym przykładem, również wtedy, kiedy był bardzo zajęty pracą lub poważnie cierpiący. Pewnego dnia 1969 roku zwierzył się nam, księdzu Álvaro del Portillo i mnie: Wczoraj wieczorem, gdy już czułem się bardzo zmęczony, postanowiłem się pomodlić. Będąc w kaplicy, zwróciłem się do Pana: oto jestem jak wierny pies u stóp swojego pana; nie mam nawet siły, żeby Ci powiedzieć, że Cię kocham. Ty to widzisz! Kiedyś mówiłem Mu: oto jestem jak wartownik na straży, czuwający, aby dać Ci wszystko, co mam, nawet gdyby miało to być bardzo niewiele.

Chyba w 1954 roku, a może w 1955, dostała się w jego ręce marmurowa figura w kilku fragmentach. Polecił ją złożyć, bez maskowania pęknięć kamienia, pozostawiając ją także bez głowy, tak jak przybyła. Umieścił ją na tarasie Siedziby Centralnej Opus Dei, aby wszystkim, którzy na nią patrzą, przypominała, że gdyby nawet nasza nędza i słabości były tak bardzo oczywiste, wciąż musimy od nowa podejmować wysiłek poprawy, aby służyć Bogu. Pod tą figurą chciał wyryć napis. Pewnej bezsennej nocy, parafrazując słowa świętego Bernarda, ułożył następujący tekst: Non est vir fortis / pro Deo laborans / cui / non crescit animus / in ipsa rerum difficultate / etiam si aliquando / corpus dilanietur („Nie jest silny ten mąż, który trudząc się dla Boga, nie wzrasta duchem w obliczu trudności, choćby nawet poświęcił swe ciało w tym wysiłku”).


- Dzisiaj mamy uniwersalną formułę duchowej komunii, której Josemaría Escrivá nauczył się w Barbastro od starego Pijara. Powiedział, że napełnia ona duszę pokojem i ciszą, nawet w chwilach oschłości i zwątpień., W jaki sposób Założyciel Opus Dei zmagał się z tymi stanami duszy. Czy mógłby Ksiądz opowiedzieć jakiś przykład.
Zachęcał, aby trwać na modlitwie myślnej i ustnej także wtedy, gdy zmęczenie przybierana sile. 26 listopada powiedział do mnie: Wczoraj nie byłem w stanie odmówić w skupieniu nawet dwóch Zdrowasiek. Żebyś widział, jak cierpiałem! Ale jak zwykle, nawet wtedy, gdy mnie to kosztuje i nie porafię już tego zrobić, nadal się modlę: Panie, wspomóż mnie! Powiedziałem Mu: – Teraz Ty musisz prowadzić te wielkie sprawy, które powierzyłeś mi, ponieważ jak widzisz, ja nie jestem w stanie zrealizować nawet najmniejszej rzeczy: oddaję się jak zawsze w Twoje ręce.

I nie obawiał się czynić tych wynurzeń przed swoim dziećmi. Nie oczekiwał na współczucie ani się nie usprawiedliwił. Chciał nas tylko zachęcić do wytrwania, gdy będziemy przechodzić przez chwile oschłości. Podobnie w listopadzie 1970 roku zwierzył się członkom Rady Generalnej Opus Dei: Oschłość, moje dzieci! To jest to, co właśnie przeżywam. Lecz Pan mnie podtrzymuje, ponieważ ja sam jestem tylko workiem nieczystości. Nieustannie szukam zjednoczenia z Bogiem, a Pan daje mi głęboki spokój i wielką radość: ale na modlitwie odczuwam oschłość, także na tej ustnej. Zdarzają się dni, kiedy nawet nie potrafię się zmusić, aby odmówić jedno Zdrowaś Maryjo: natychmiast rozpraszam się. Ale nigdy nie ustaję w zmaganiach: nigdy nie przestaję się modlić o to, o co muszę się modlić. Modlę się, zawsze się modlę: staram się to robić wkładając w to całą moją miłość – wykorzystując okoliczności, w jakich się znajduję. Od razu robię też postanowienie, że tego jeszcze wieczoru dobrze odmówię różaniec. Dlaczego wam to mówię? Ponieważ mam potrzebę ukazania wam tego. Nigdy nie mówię wam niczego, co mogłoby wam zaszkodzić. Wiem, że to, co wam przed chwilą wyjawiłem na temat mojej sytuacji, pomoże wam; ponieważ także i wy, czy niektórzy z was, być może kiedyś odczujecie tę samą oschłość, przez którą ja teraz przechodzę. I jest to czas, aby nadal się modlić, podejmować modlitwę myślną i ustną, tak jak wtedy, kiedy modlitwa przychodziła nam z łatwością.

Bardzo mu zależało, aby zwrócić naszą uwagę na to, że nawet w najbardziej zwyczajnych wydarzeniach, mogą pojawić się kłopoty ze względu na miłość Boga, które wydadzą się nam nie do pokonania z powodu naszej marnej natury. W sierpniu 1972 roku będąc na północy Włoch, zwierzył się nam serdecznie, księdzu Álvaro del Portillo i mnie: Czy w życiu zawsze pracujemy z ochotą? Nie! Wielokrotnie mówiłem wam, że już czterdzieści lat, i to z okładem, pracuję na przekór sobie. I dodał: Nie możemy zapominać, że podczas naszego ziemskiego życia, będzie nam towarzyszyć pycha, próżność, zmysłowość. Dlatego jeśli ktoś wymawia się argumentując: dostrzegam w sobie taką czy inną wadę... odpowiedzcie mu: a zatem walcz i dziękuj Bogu za to, że żyjesz i możesz Mu ofiarować swoją duszę i ciało. To jest pociecha dla chrześcijanina: Bóg nie opuści nas, tak samo jak my nie opuścilibyśmy kogoś, kto chce nam wspaniałomyślnie i szczerze służyć.

Właśnie dlatego za akty strzeliste służyły mu słowa wypowiadane podczas liturgii: lux in Cruce, requies in Cruce, gaudium in Cruce! („swiatło w Krzyżu, odpoczynek w Krzyżu, radość w Krzyżu”). I niezmiennie uważał Krzyż za najbardziej przejrzysty testament miłości Boga, który traktuje nas tak, jak potraktował własnego Syna.

Wielokrotnie w różnych sytuacjach przestrzegał nas: Nie sądźcie, że nadejdzie taki moment, iż wszystko stanie się proste: przyjdzie taki czas – mówię wam to z własnego doświadczenia – że będziecie musieli prowadzić walkę, nawet z całych sił, ponieważ diabeł pojawia się w sposób najbardziej podstępny.

Widziałem, jak co tydzień przystępował do sakramentu pokuty z autentycznym żalem i miłością. Klękał przed swoim spowiednikiem, księdzem Álvaro del Portillo, pełen skruchy. Czasami mnie uprzedzał: Nie ma potrzeby, abyś odchodził. Przez delikatność zawsze odchodziłem, ale jednocześnie dostrzegałem tę jego przejrzystą prostotę, przyzwolenie na ufne otwieranie przed nami swojej duszy, ponieważ tego oczekiwaliśmy. Jego życie było całkowicie oddane Bogu, a mimo to dostrzegał konieczność kochania jeszcze bardziej i zwracania się do Boga o wybaczenie. 7 października 1973 roku stwierdził przy nas, że część dziękczynną Mszy świętej – pełen skruchy wobec dobroci Bożej – zakończył z takim oto przekonaniem: Jestem nędznym źródłem ubóstwa i miłości.





  1   2   3   4   5


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna