Josef jonas



Pobieranie 0,49 Mb.
Strona1/6
Data21.11.2017
Rozmiar0,49 Mb.
  1   2   3   4   5   6

JOSEF JONAS

TAJEMNICE ENERGII ŻYCIA



Część pierwsza

Przewodnik po książce

o zdrowiu i szczęściu

Każdy może być zdrowy, ten, kto nie jest, sam


sobie jest winien.

Pewnego dnia zaskoczyło mnie zdanie Bernarda Shawa. Nie znałem całego dorobku twórczego tego sławnego męża, ale znałem jego opinię o lekarzach. Wyraził ją lakonicznie i sarkastycznie, ale jakże praw­dziwie: „Lekarzowi, który zachoruje powinno się zabrać dyplom". Mój dyplom nagle znalazł się w niebezpieczeństwie. Miałem trzydzieści pięć lat. Wieczorami zaczynałem drzemać w fotelu ze zmęczenia — oczywiście, każdy dzień był bardzo męczący. Czasami musiałem unosić grzebień lewą ręką, ponieważ prawe ramię strasznie bolało. Wytrwale uprawiałem sport, więc dolegliwości tłumaczyłem prze­trenowaniem. Dziwiło mnie tylko, że pomimo intensywnego ruchu przybierałem na wadze. Kilka zapaleń gardła i katarów w roku uważałem za cywilizacyjną normę. Denerwowały mnie natomiast zmiany nastrojów, często pojawiające się przygnębienie i stany po­drażnienia. Przestudiowałem rodzinną anamnezę i stwierdziłem, że mamy pewne skłonności do tego rodzaju słabości psychicznej. Pogo­dziłem się z tym. Powoli zacząłem ustępować przed życiem. Przestałem na przykład latać samolotem, gdyż podczas podróży ogarnął mnie lęk, który fachowo nazywa się klaustrofobią. Do przychodni przychodziło setki ludzi z podobnymi problemami. Przepisywałem lekarstwa, kierowałem na dalsze badania. Dla siebie nie znalazłem rozwiązania. Pewnej nocy obudziłem się z ostrym bólem w okolicy biodra. Musiałem poddać się operacji kamienia nerkowego. Nie wiedziałem jednak, jak ustrzec się przed nawrotem choroby. Na szpitalnym łóżku zacząłem rozmyślać o liczącej tysiące lat medycynie tradycyjnej, która spogląda innymi oczami na świat i człowieka. Zacząłem ją studiować i wszystko, czego się nauczyłem, sprawdziłem na sobie. Moje życie zmieniło się na wskroś. Znikły problemy, o których mówiłem. Czuję się zdrowszy niż wówczas, gdy miałem dwadzieścia lat. Pomogłem też wielu innym ludziom.



Choroba uświadamia człowiekowi, że powinien coś zmienić w swoim życiu. Stan harmonii ciała i duszy oznacza zdrowie. Utrzymanie zdrowia wydaje się zatem być proste. A jednak połowę mieszkańców cywilizowanego świata koszą choroby serca i naczyń, trzecią część złośliwe nowotwory. Pozostałe kilka procent ulega urazom połączonym z infekcjami, chorobom wrodzonym, marskości wątroby, cukrzycy i dziesiątkom innych chorób. Nieliczni są ci, którzy umierają ze starości lub popełniają samobójstwa. Jeśli nauczymy się walczyć ze sklerozą naczyń i nowotworami, to najgorsze będziemy mieli za sobą. Wielu lekarzy sądzi, że jest to możliwe.

Wiadomo, że nadmiar jedzenia, cukru i tłuszczu w pożywieniu, lenistwo, palenie tytoniu, substancje chemiczne w powietrzu i jedzeniu oraz stresy zmniejszają nasze szansę na dożycie w zdrowiu późnych lat. Chcemy żyć, chcemy być zdrowi, ale mało kto skłonny jest coś w tym celu zrobić. Trywializując, ludzie umierają dlatego, że mają w domu wygodne fotele, z których nie chce im się wstawać. I na nic tu dobre rady. Źródło problemu tkwi w ludzkiej psychice. Zmienić ją to poznać prawa przyrody, włączyć się w jej porządek i harmonię. Tylko w ten sposób człowiek uzyska wystarczająco dużo energii, by poradzić sobie z negatywnymi skutkami cywilizacji.

Przeczytałem gdzieś takie zdanie: „Jeśli znajdziesz się w płonącym pokoju, to na nic się zda opisywanie twoich odczuć". A jednak w ten właśnie sposób postępuje znaczna część ludzi. Ich organizm cierpi na degenerujące choroby somatyczne lub psychiczne, a oni ograniczają się do referowania lekarzowi swoich odczuć i czekają na receptę. Czasem otrzymają radę, na przykład taką: „W przypadku sytuacji stresowej skoncentruj się na punkcie znajdującym się nad twoją głową, rozluźnij pas, weź głęboki oddech, wyobraź sobie, że przez twój mózg przepływa chłodna, czysta woda". Po czym zaistnieje stresujące wydarzenie i okazuje się, że rada nie skutkuje. Nie potrafimy się rozluźnić, uwolnić od myśli, skoncentrować na punkcie znajdującym się nad naszą głową. Nie jesteśmy przygotowani i wystarczająco silni. Sposób, w jaki żyjemy, niszczy nas, powoduje pogorszenie kondycji fizycznej, utratę zaufania do siebie, zwiotczenie organów wewnętrznych, labilność aparatu krążenia, przewrażliwienie mózgu. To wszystko - podobnie jak powoli działająca trucizna — pewnego dnia osłabi organizm do tego stopnia, że ulegniemy chorobie. Wiadomo, że organizm pozbawiony odpowiedniej ilości substancji mineralnych, witamin i błonnika szybko upodobni się do grzęzawiska, na którym nie da się budować. Biała mąka, cukier, sól, szklarniowe warzywa, których błony komórkowe składają się z azotanów i wody, mięso zawierające więcej wody, chemikaliów i hormonów niż wysokowartościowego białka i substancji mineralnych stopniowo doprowadzają do takiego osłabienia organizmu, że stres staje się dla niego brzemieniem nie do zniesienia. (Trzydniowy silny stres potrafi wywołać u pozornie zdrowego człowieka owrzodzenie żołądka).

Zmierzenie się w samym sobie z nieprzyjacielem wymaga silnej woli. Wymaga poświęcenia i energii. Gdyby ktoś odrzucił radio, samochód czy kuchnię gazową, zostałby uznany za niedorzecznego dziwaka, my zaś odrzucamy tysiącletnie doświadczenia ludzkości dotyczące własnego organizmu. Spróbujmy spojrzeć na tajemnicę ludzkiego życia z punktu widzenia wschodniej nauki o zdrowiu oraz w ogóle tradycyjnych doświadczeń medycyny ludowej. Otwórzmy nasze myślenie na wszystko, co służy dobru i powstało na tej Ziemi.

Wiemy, że problemy psychiczne mogą spowodować problemy cielesne. I odwrotnie, choroby ciała wpływają na myśli każdego chorego. Tłumione napięcie i agresja mają swój udział w powstawaniu nadciśnienia, zaś silne uczucie strachu może spowodować zawał serca. Nasz organizm stanowi całość i wszystkie jego funkcje są wzajemnie powiązane. Jesteśmy także powiązani ze wszystkim, co nas otacza. Pitagorejczycy twierdzili, że z chaosu i nieładu rozwinął się regularny porządek i harmonia, czyli kosmos. Rządzą w nim stałe reguły, którym podporządkowany jest każdy element owego kosmosu, or­ganizmu człowieka nie wyłączając. W tym miejscu chciałbym przyto­czyć jeszcze jedną myśl filozofa i artysty. Bernarda Shawa: „Nau­czyliśmy się jak ptaki fruwać w powietrzu, pływać jak ryby. Pozostaje tylko jedno, nauczyć się żyć na Ziemi jak ludzie".

Przenikamy do jądra komórki, potrafimy preparować tkanki, zręcznie wyjmujemy zużyte organy i zastępujemy je zdrowymi. Znamy tysiące chorób i leków, jednak nie znamy samej istoty zdrowia. Paniczny strach przed śmiertelnymi epidemiami należy do przeszłości. Nadszedł nowy czas, nowe choroby. Ludzkość jest dziesiątkowana przez stwardnienie naczyń, tkanki są dewastowane przez nowotwory, stawy zużywają się przedwcześnie, chociaż powinny jeszcze służyć przez wiele lat. Stresy, chemiczne substancje rakotwórcze, nieograniczona wiara w wiedzę medyczną i niski stopień osobistej odpowiedzialności, oderwanie człowieka od naturalnego środowiska, to wszystko w na­szych rękach jest jak materiał wybuchowy. Operujemy pojęciem „udo­wodniono naukowo". Ile z tych naukowych dowodów przestaje obo­wiązywać po kilku dekadach? Jak bardzo zmieniły się poglądy na żywienie niemowląt, wychowanie dzieci czy kwestię porodu? Przed laty na podstawie badań naukowych ustalono, że człowiek po zawale nie powinien nawet się poruszyć, dzisiaj panuje całkiem inny pogląd. Sądzę, że każde z tych pytań i odpowiedzi powinniśmy przesiewać przez sito czasu, które najlepiej oddzieli ziarno od plew. A geniusz medycyny, Hipokrates, napisał: „Lekarz musi znać nauki swoich poprzedników, o ile nie chce oszukiwać siebie i innych".

Człowieka w szczególny sposób wyróżnia jedna cecha — niemal wszystko potrafi obrócić na pożytek lub na zgubę. Nie inaczej dzieje się z medycyną: z jednej strony ratuje życie, z drugiej dokonuje spustoszeń w osobistej odpowiedzialności, intuicji i instynkcie samoza­chowawczym.

Jeśli na jednym biegunie umieścimy racjonalną, choć ograniczoną wiedzę analityczną nowoczesnej cywilizacji, nasz słuch i wzrok prze­dłużone dzięki całemu arsenałowi lekarskich narzędzi, to na drugim znajdzie się subtelna filozofia i medycyna Orientu. Spróbujmy przejąć z tej kultury to, co dobre, tak samo jak kiedyś przyjęliśmy papier, jedwab czy kompas. Orientalny medyk opierał się na sieci bardzo delikatnych zjawisk, które dotyczyły zarówno człowieka, jak i przyrody. Jeśli dzisiaj interesujemy się pojemnością płuc, to jogin posługiwał się pojęciem niematerialnej, ale wszechobecnej prany. Podczas gdy my masujemy całe płaszczyzny ciała, to Chińczyk uciskał punkty na ludzkiej skórze jak przyciski tablicy rozdzielczej. Kiedy nasi przodkowie stawiali bańki, to lekarze Wschodu wkłuwali w ciało cieniutkie igiełki, regulując przepływ energii, by zlikwidować stan nierównowagi. Jest godne podziwu, jak swoje umiejętności potrafili rozwinąć bez in­strumentów i przyrządów pomiarowych. Tylko dzięki bystrej obser­wacji, intuicji i mózgowi, co świadczy o nieskończonych możliwościach tego organu.

Funkcje organizmu ludzkiego traktowano jako część kosmicznej filozofii. Takie same prawa ustalano dla ruchu ciał kosmicznych i dla ruchu energii w organizmie. Energia, która spaja kosmos, a jednocześ­nie umożliwia jego rozprzestrzenienie się, istnieje również w nas. W Indiach nazywano ją prana w Chinach chi, w Japonii ki. Tą siłą życiową człowiek może posługiwać się za pomocą myśli, ruchu, masażu, oddechu, pożywienia, igieł, nagrzewania, leków i lewatywy. Energia życiowa, jak każda, ma swój biegun dodatni i ujemny. Bieguny, które warunkują stan równowagi, w Chinach nazywane są jang (zasada męska) i jin (zasada żeńska), a w Indiach purusha (męska energia zapładniająca) i prakriti (żeńska energia twórcza). Choroby pojmowane są jako zaburzenia w dystrybucji tej energii, natomiast równowaga między zasadami zapewnia stabilność wszystkiego, co znajduje się w kosmosie. Takie myślenie umożliwiało ludziom Wschodu przybliżenie się do ideału każdej medycyny, jakim jest prewencja. Cały system diagnozowania sprowadzili do problemu regulacji organizmu. Obserwowali zaburzenia równowagi sił i energii życiowej, które prowadziły do choroby. Starali się interweniować zanim choroba się objawiła. Była to wspaniała myśl, do której powoli i my dochodzimy, choć z innej nieco strony. Widzimy chociażby, że podczas dłużej trwającego rozstroju psychicznego, stresu, obniża się odporność organizmu i łatwo go opanowują zarówno infekcje, jak i nowotwory. Może uda się nam posiąść umiejętność likwidowania choroby na poziomie biofizykalnym, a nie dopiero na poziomie biochemicznym czy patomorfologicznym.

Lekarze Wschodu nauczyli się wykrywać zaburzenia, badając puls, obserwując zachowanie, wyraz twarzy, zmiany fizjonomii czy uczuć. Na tym poziomie człowiek miał szansę własnymi siłami zmienić niekorzystny stan organizmu. Albert Einstein uświadomił ludziom Zachodu, że masa to energia. Mędrcy Orientu już przed tysiącami lat obserwowali zmiany energii wiedząc, że sygnalizują one zmiany masy. My nie potrafiliśmy wykorzystać ich dorobku. Organizm jest do­stosowany do pewnego poziomu bodźców, jakimi są dźwięki, zapachy, światło, pole elektromagnetyczne i inne formy energii. We współczes­nym środowisku ich natężenie wzrasta. Organizm posiada dużą tolerancję, ale przecież ona się wyczerpuje. Dlatego też jednym z ważnych środków zapobiegania chorobom jest kontrola działających bodźców.

Pilnym zadaniem jest wypracowanie systemu, który umożliwi nam zachowanie zdrowia w znacznej mierze dzięki temu, że pomożemy sami sobie. Stan zdrowia współczesnych społeczeństw nie napawa optymizmem. Coraz więcej osób cierpi z powodu chorób stawów, kręgosłupa, serca i układu krążenia, nowotworów, alergii czy też AIDS. Jest to dowód malejącej odporności człowieka. Zafascynowani osiągnięciami w dziedzinie transplantacji, genetyki, biotechnologii tracimy z pola widzenia problemy profilaktyki chorób psychicznych, chorób serca i układu krążenia czy nowotworów. Zapobieganie zawsze bardziej angażuje pacjenta niż lekarza. A ludzie woleliby na odwrót. W tej książce będziemy mówić przede wszystkim o profilaktyce, o odżywianiu, które jest pierwszą ludzką potrzebą i elementem życia silnie wpływającym na stan zdrowia, o potrzebie kontroli naturalnych bodźców, które oddziałują na nasz zegar biologiczny. Człowiek z pewnością nie musi czekać na cios zadany mu przez los.

Zarysowane tematy będziemy omawiać z punktu widzenia systemu terapii refleksowej — celowego wpływania na organizm bodźcami sztucznymi lub naturalnymi. Do tej pory nie jest dobrze opracowana diagnostyka refleksowa i przede wszystkim profilaktyka refleksowa. Z pewnością rozwój elektroniki przyniesie na tym polu nieoczekiwane wyniki. Zmiany energetyczne muszą z zasady wyprzedzać zmiany organiczne. Jeśli wychwycimy te odchylenia już na pierwotnym poziomie energetycznym, to osiągniemy najdoskonalszą profilaktykę. Z pewnością niełatwo nam zrozumieć, że angina i schizofrenia mogą mieć wspólny mianownik. Jest nim pierwotny przejaw życia, czyli ruch cząsteczek lub przepływ energii. Tak daleko jednak sięgało subtelne myślenie ludzi żyjących przed tysiącami lat.

Lekarz Orientu indywidualnie oceniał każdego człowieka (zin­dywidualizowane były zalecenia dotyczące pożywienia, ćwiczeń i pun­któw, które należało masować). Rozpoznawał, kiedy trzeba czekać, aż narządy podlegające zaburzeniom dojdą do normy. Lekarze Wschodu znali tysiące znaków, na podstawie których można określić konstytucję człowieka i aktualny stan organizmu. Swoją diagnozę stawiali na podstawie niezmierzonej liczby informacji, od rodzaju zmarszczek po sposób chodzenia czy postępowania z drugim człowiekiem. Czas byśmy i my zrozumieli, że dużo można się dowiedzieć o niedomagającym organizmie bez pomocy skomplikowanych przyrządów. Odrzućmy więc skostniałe myślenie i starajmy się zrozumieć świat pełen zagadek. Każdy promień poznania może nam pomóc.

Naszym obowiązkiem jest żyć pełnią życia do końca przeznaczonych nam dni, zachować sprawność, by nie obciążać innych swoją niedołężnością, a przeciwnie, pomagać słabym i czynić to z radością.

Tajemnicze mikrosystemy

Spośród tego, co człowiekowi szkodzi,

wymienię na pierwszym miejscu samo życie.

A co mu śluzy? Jestem przekonany, że także życie.

Jak zapewnić naszemu organizmowi i środowisku równowagę, którą uważa się za konieczny warunek życia i zdrowia? Wiadomo, że skomplikowany system makroświata może istnieć jedynie dlatego, że posiada zdolność samoregulacji, przejawiającą się w istnieniu nie kończącego się łańcucha sprzężeń zwrotnych. Sposób zorganizowania tego makrosystemu powtarza się w każdym mikrosystemie, w każdym żywym organizmie.



Orient widział problem na swój sposób. Siła będąca nośnikiem równowagi kosmosu i organizmu człowieka jest tożsama. Dzisiaj możemy ją nazywać energią. Otacza nas wszędzie. Różne rodzaje energii podlegają w człowieku przekształceniu w dobrze znane zja­wiska, które my nazywamy biofizykalnymi. Ich nośnikiem jest system nerwowy, krwiobieg czy też system hormonalny. W każdej sekundzie człowieka atakuje energia przybywająca z kosmosu, wpływa na niego pole geomagnetyczne, padają kwanty energii świetlnej. Po­między Ziemią a górnymi warstwami atmosfery powstaje olbrzymia różnica potencjału elektrycznego (kilkaset woltów na jeden metr). Nie możemy też zapominać o dźwięku, o energii mechanicznej powstającej w wyniku kontaktu z przedmiotami, o energii chemicznej i o wielu innych formach energii. Człowiek, by wykorzystać tę energię, musi stanowić system otwarty, system, w którym następuje nieprzerwana komunikacja pomiędzy środowiskiem wewnętrznym i zewnętrznym. Musimy poszukiwać receptorów zapewniających tę komunikację. Ze środowiskiem zewnętrznym spotykamy się za pomo­cą pięciu zmysłów, pożywienia i powietrza. Orient zna także drogi bioenergetyczne przebiegające po powierzchni ludzkiego ciała. Są to meridiany (nadi), po których zgodnie z tradycyjnymi wyobrażeniami przepływa energia chi. Większość tych meridianów umieszczona jest w bezpośredniej bliskości splotów nerwowych, naczyń krwionośnych czy limfatycznych. Tory te, rozprowadzające energię uzyskaną przez organizm z różnych źródeł, tworzą skomplikowany system podłuż­nych i poprzecznych dróg prowadzących od wierzchołka głowy do palców ręki czy nogi i odwrotnie. Inne otaczają ciało jak obręcze.

Meridiany stanowią jedynie zewnętrzne gałęzie całego systemu. Od każdego z nich odchodzi gałąź wewnętrzna, przebiegająca od organu do organu. Nie udało się odkryć żadnych struktur w miejscu przebiegu meridianów, które mogłyby wyjaśnić, czym jest chi, która tędy przechodzi. Być może meridiany są stworzonymi w wyobraźni łącz­nikami punktów czynnych, które w sposób obrazowy łączą miejsca o wzajemnej zależności.

Na meridianach opisano kilkaset punktów, które ze względu na ich szczególne właściwości nazywamy punktami czynnymi (biologicznie aktywnymi = BAP). Na znajo­mości tych godnych podziwu punktów polega cały system terapeutycz­ny zwany akupunkturą. Współczesne badania pokazują, że punkty czynne są w istocie miniaturowymi źródłami prądu elektrycznego. Dlatego będziemy obserwować ich funkcje w zależności od otaczającego nas pola elektromagnetycznego. Aby sprawa nie była tak prosta, stwierdzono laboratoryjnie, że punkty zmieniają swoje właściwości nie tylko w polu elektromagnetycznym, ale również pod wpływem radio­aktywności, energii cieplnej lub świetlnej.

Teraz możemy spróbować odpowiedzieć na pytanie, jaki jest sens istnienia meridianów i punktów czynnych na powierzchni naszego ciała. Meridiany możemy uważać za kanały kontaktowe pomiędzy organizmem a źródłami energii w naszym otoczeniu. Żywe stworzenie jest otwartym organizmem zdolnym do kontaktu z otoczeniem na poziomie energetycznym. Nie wiemy wiele o aktywności elektrycznej organizmu. Znamy pole elektryczne serca i mózgu. Pozostałe organy są przedmiotem badań. Punkt biologicznie aktywny jest niewątpliwie interesujący pod względem elektrycznym. Odznacza się na przykład dziesięciokrotnie mniejszą opornością elektryczną niż jego otoczenie. Tworzy kanał przewodzący, a otaczająca skóra spełnia rolę izolatora przeciwdziałającego nie kontrolowanym impulsom energetycznym. Jesteśmy w stanie mierzyć prąd wypływający ze wspomnianych punktów. Specjaliści stwierdzili, że jego wartość wynosi około trzech mikroamperów, a jego biegun ujemny jest skierowany na powierzchnię ciała. Dlatego na przykład po burzy czujemy się tak dobrze. Przed burzą na powierzchni chmur znajduje się warstwa jonów dodatnich, tworzących biegun przeciwny do naszego organizmu. Taka chmura jest czymś w rodzaju odkurzacza wyciągającego energię. Osłabia nas fizycznie i psychicznie. Po burzy powietrze jest silnie zjonizowane ujemnie i tworzy wokół nas warstwę uniemożliwiającą ubytek energii. Czujemy się wypoczęci, pełni sił. Jony ujemne mają przewagę również w górach, w pobliżu morza czy płynących wód. Z jonami o przeciwnym ładunku spotykamy się w miejscach silnie zanieczyszczonych odpadami i wy­ziewami. Systematyczne pomiary pozwalają stwierdzić, że opór elekt­ryczny punktów nie jest stały, ale ulega zmianie wraz ze stanem zdrowia organizmu i poszczególnych organów. W przypadku obniżenia lub podwyższenia naszej oporności nie musimy natychmiast obser­wować pogorszenia zdrowia. Jest to jednak sygnał, że coś się dzieje. Okres, w którym zaburzenie przejawia się tylko na poziomie energetycz­nym, jest względnie długi. W tym czasie można łatwo zapobiec wybuchowi choroby. Ta obserwacja była podstawą profilaktyki Orientu. Chińscy cesarze mieli nadwornych lekarzy, którzy śledzili stan ich zdrowia za pomocą diagnostyki pulsowej, a następnie — po stwierdzeniu zaburzeń doprowadzali energię do stanu równowagi z pomocą igiełki, papierosa z piołunu lub palców czy zalecając ćwiczenia oddechowe, zmiany w odżywianiu oraz zioła.

Meridian i punkt biologicznie aktywny działają autodiagnostycznie w ten sposób. że organ, którego działanie uległo zakłóceniu, wysyła sygnał na odpowiedni tor. Tu następuje zmiana wrażliwości skóry na bodźce elektromagnetyczne, jak również zmiana przy odczuwaniu ciśnienia, bólu i ciepła. Często odczuwamy w tych miejscach drętwienie, swędzenie, cierpnięcie, bóle, tak jakby z organizmu wydostawało się coś, co do niego nie należy. Dlatego nie zawsze jest korzystne natychmiastowe uśmierzenie bólu lekiem lub w inny sposób. Powinniśmy to uczynić dopiero wówczas, gdy ból stanie się niefunkcjonalny. Bodziec wysłany przez otaczające zagrożony organ pole energetyczne powraca do organu i reguluje jego działanie. To jest moment samokontroli. Bodziec ma konkretny adres i jest ściśle dozowany.

Wydaje się jednak, że ten system pełni również funkcję samodoskonalącą i samoorganizującą. Mianowicie umożliwia organizmowi adaptowanie się do zmienionych warunków. Im sprawniej działa ten system, tym organizm lepiej się dostosowuje, ponieważ otwartość pozwala mu nawet zmieniać otrzymaną energię na procesy psychiczne na energię mentalną. Będziemy o tym mówić w następnym rozdziale.

Drugim systemem, na którym opiera się organizm przy regulacji energetycznej, jest zespół mikrosystemów. Jeśli uznamy, że w systemie obronnym meridiany stanowią wały, punkty biologicznie aktywne strzelnice, to mikrosystemy możemy nazwać wieżami strażniczymi. Spróbujmy je zdefiniować. Są to obszary skóry i śluzówki kopiujące schemat naszego organizmu. Na oku, małżowinie usznej, ręce, nodze, plecach, szyi, twarzy, w jamie ustnej, na języku, owłosionej części głowy, dłoniach, genitaliach, nogach znajdujemy swój własny portret — „ludzika" zwanego homunkulusem. (Rys. l) Odzwierciedla on uporządkowanie tkanek organizmu i jakość jego działania. Obraz ten jest zadziwiająco dokładny. Każda komórka ma swoje miejsce. Mikrosystemy, które wymieniłem, umieszczone są na powierzchni ciała ludzkiego. Nie wątpię, że inne znajdują się we wnętrzu ciała. Sądzę, że organizm wykorzystuje każdą komórkę do tego, by czuwała nad zdrowiem całości.

Wszyscy ci „człowieczkowie" mogą zastępować siebie nawzajem. W trakcie rozwoju gatunku niektórzy z nich utracili znaczenie, inni wysunęli się na czoło. Wszystko w zależności od potrzeb. Na przykład, gdy przestaliśmy chodzić boso, to stopy utraciły wiele bodźców. W zmienionych warunków małżowiny uszne zajęły ważną pozycję.

W Europie już od dobrych stu lat wiadomo, że takim niezwykle dokładnym mikrosystemem jest tęczówka oka. Oko przyjmuje pro­mienie słoneczne i zamienia je na siatkówce w impulsy elektryczne. W mózgu z tych impulsów powstaje synteza obrazu tego, co widzieliś­my. Tęczówka pokryta jest plamami pigmentu, zagłębieniami, wy­brzuszeniami i innymi specyficznymi tworami. Jest rzeczą oczywistą, że tęczówka tak zróżnicowana pod względem barwy i ukształtowania będzie różnorodnie reagować na promieniowanie, które w każdym ułamku sekundy działa jak igły w akupunkturze. Stan organizmu odzwierciedla kształt tęczówki (regulowany poprzez setki mikroskopij­nych mięśni), skład pigmentu, jego zgrupowanie i inne zjawiska obserwowane na tęczówce, a także skład chemiczny łez i obraz białka oka. W rezultacie otrzymujemy bardzo interesujący mikrosystem.


Rys. l. Mikrosystemy znajdujące się na powierzchni naszego ciała.



Francuski lekarz Nogier przyczynił się do rozpowszechnienia w Europie wiadomości na temat kolejnego mikrosystemu, umiejs­cowionego na uchu (rys. 2).

Rys. 2. Obraz płodu na małżowinie usznej

Zastanawiający jest fakt, że piraci wkłuwali sobie złoty kolczyk w miejsce, w którym nasz „człowieczek" ma umieszczone oko. Czyżby dawni filistyni wiedzieli coś o różnym potencjale elektrycznym na czubku złotej i srebrnej igły? Tubylcy afrykańscy przewlekali patyczek przez małżowinę uszną w miejscu odpowiadającym narządom płciowym. Czy można wykluczyć, że był to rodzaj antykoncepcji hormonalnej?

Na małżowinie usznej znajdujemy punkty i strefy o zmieniającej się w zależności od stanu organizmu przewodności elektrycznej. Tak samo zmienia się wrażliwość skóry małżowiny na ciśnienie i odcienie barw poszczególnych obszarów (od bieli poprzez czerwień do ciemnego fioletu). Być może, że po przeczytaniu tego wstępu popatrzycie się na swoje ucho i zauważycie miejsca o naruszonej powierzchni; gdzienie­gdzie skóra się łuszczy, w innym miejscu jest obficie naznaczona żyłkami lub „ozdobiona" brodawką. Znakiem zdrowia jest ucho czyste, bez zmian skórnych. Wszystko inne świadczy o czekających nas problemach.

Obserwacje można by rozpocząć od jamy ustnej, w której przeżu­wane potrawy w sposób mechaniczny i chemiczny wpływają na systemy autodiagnostyczny i samo-regulacyjny umieszczone na błonie śluzowej ust lub języka, a zakończyć na stopach, które kiedyś były stymulowane przez nierówny bruk, zroszone łąki i wysłane mchem lasy.

Spróbujmy te uwagi podsumować.

1) Wszystkie fizyczne i psychiczne przejawy funkcjonowania or­ganizmu człowieka mają związek z jego otoczeniem. Na kondycję cielesną i psychiczną wpływają wszystkie elementy naszego środowiska, od bezpośredniego otoczenia poczynając, poprzez atmosferę, klimat, pory dnia, roku i wieku na wpływach kosmosu (promieniowanie, wybuchy, wibracje, ruchy ciał niebieskich) kończąc.

2) Wewnętrzne środowisko człowieka pozostaje we wzajemnej relacji ze środowiskiem zewnętrznym. Wszystkie składniki środowiska zewnętrznego przyjmowane przez nas jako energia — promieniowanie, powietrze, woda, rośliny, zwierzęta, substancje mineralne — formują nasz organizm i wpływają na stan narządów.



3) Równowaga między środowiskiem wewnętrznym i zewnętrznym decyduje o jakości stanu fizycznego i psychicznego człowieka. Nasz organizm kontroluje wszystkie procesów ten sposób, by równowaga została utrzymana. Brak równowagi oznacza chorobę psychiczną lub fizyczną. Właściwy sens choroby tkwi w dążeniu organizmu do przywrócenia równowagi, choroba nie jest stanem, ale sposobem istnienia.


Jeden organizm — pięć kręgów funkcjonalnych

Człowiek jest bez wątpienia najbardziej interesującym


tępakiem., jakiego można sobie wyobrazić.


  1   2   3   4   5   6


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna