Joe Alex Śmierć mówi w moim imieniu



Pobieranie 0,54 Mb.
Strona1/8
Data28.02.2019
Rozmiar0,54 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8



Joe Alex
      Śmierć mówi w moim imieniu
      STARY

      – To nie ja będę mówił…

      Przemówi w moim imieniu.

      Przekonasz się.

      STARA

      – Czy stanie się to dziś wieczorem?

      EUGÈNE IONESCO Krzesła

      I. Zbyt wielka torebka

      Kiedy inspektor Beniamin Parker, tak bardzo niepodobny do inspektora Scotland Yardu w swoim doskonale skrojonym wieczorowym stroju, zadzwonił do drzwi mieszkania Joe Alexa, ten ostatni zawiązywał właśnie krawat. On także nie przypominał autora powieści kryminalnych. Był wysoki, młody, przystojny i raczej pogodny, nie był także małomówny, co na ogól stanowi nieodłączną cechę detektywa amatora.

      Nikt także, spojrzawszy po raz pierwszy na Karolinę Beacon, nie przypuściłby, że jest ona obiecującym archeologiem. Była to dziewczyna śliczna, spokojna, włosy miała związane w długi jasny ogon i przypominała raczej młodą aktorkę niż młodego uczonego. W tej chwili, ubrana w wieczorową suknię, siedziała na poręczy fotela i przyglądała się Alexowi, który walczył z krawatem, starając się nie dotykać palcami gorsu koszuli.

      – Zwyciężysz w końcu… – mruknęła. – Człowiek zawsze w końcu zwycięża materię…

      – W miarę upływu lat zaczynam być o tym coraz mniej przekonany. – Alex spojrzał z uśmiechem na swoją piękną przyjaciółkę. Potem nie puszczając krawata, zerknął na zegarek. – Ben Parker powinien zaraz zadzwonić do drzwi.

      W tej samej chwili inspektor zadzwonił Alex przedstawił go Karolinie i wyciągniętą ręką wskazał mu fotel, ale cofnął ją natychmiast i zawołał:

      – Pomóż, człowieku!

      Inspektor zawiązał krawat i wszyscy usiedli.

      – Mamy jeszcze pół godziny czasu, a mój wóz stoi przed domem – powiedział Alex. – Będziemy na miejscu w ciągu pięciu minut. Powinieneś wzmocnić czymś nadwątlone siły… – zwrócił się do inspektora, a potem zerknął na Karolinę. – Czy napijesz się z nami?

      – Nawet sama – uśmiechnęła się skromnie panna Beacon. – Pan inspektor zapewne whisky bez wody? Ja też, ale z odrobiną lodu.

      Joe nalał, ostrożnie zanurzył w jednej ze szklanek lśniącą kostkę lodu i usiadł.

      – To dobrze, że nareszcie poznaliście się – powiedział ze szczerym zadowoleniem. – Lubię, kiedy moi przyjaciele chodzą stadami.

      Karolina uśmiechnęła się, a Parker skłonił lekko głowę.

      – Jestem zaszczycony poznaniem pani – szepnął, a potem normalnym już głosem dodał: – wiele o pani słyszałem, nie tylko od Joego. Ale wydaje mi się, że czytałem gdzieś w prasie o pani wyjeździe. Na pewno się mylę, ale kiedy pisano o ekspedycji, która miała wyruszyć do Persji, wydawało mi się, że wymieniono pani nazwisko.

      – Nie. Nie myli się pan. Ale nie odpłynęliśmy, bo kierownik wyprawy, sir Thomas Dodd, zachorował ciężko. To wprowadziło wiele zmian, a cała sprawa odwlekła się o dwa miesiące. Podobno jest mu lepiej, ale nie wierzę, żeby pojechał. Sir Thomas był operowany na raka… No, ale nie mówmy o tym, bo to smutne sprawy. Joe, jeszcze prędko kropelkę whisky i wyruszamy! Bardzo chcę zobaczyć te Krzesła. To dobrze, że pan nas zaprosił, inspektorze.

      Od rana do południa jechaliśmy dzisiaj samochodem z Torquay i zaledwie miałam czas pojechać do domu i przebrać się…

      Inspektor zauważył, że przy tych słowach Karolina Beacon zarumieniła się lekko, a Aiex sięgnął po butelkę i zaczął pośpiesznie nalewać do szklaneczek. Parker zsumował to błyskawicznie z trzema stojącymi w hallu walizkami i zrozumiał, że Karolina Beacon rzeczywiście jechała dziś w ciągu całego dnia autem z Joe Alexem, ale zapewne nie była jeszcze u siebie w domu i prawdopodobnie dzisiaj tam już nie dotrze. Ciekawiło go, dlaczego ta para interesujących, samotnych młodych ludzi, którzy nie mogli się już od roku bez siebie obyć, nie bierze ślubu. Ale inspektor Parker widział w swoim, życiu nie takie zagadki, a tej, na szczęście, nie miał obowiązku rozwiązywać. Przypomniał sobie tylko nagle, że prawdziwe zbliżenie między Karoliną a Joe Alexem nastąpiło właśnie przed rokiem, po tym, gdy obaj rozwiązali zagadkę śmierci ich wspólnego przyjaciela i kolegi z czasów wojny, Iana Drummonda… Więc to już pełny rok… pomyślał nagle z cichym zdumieniem, jakie ludzie często odczuwają na wspomnienie szybkości upływania czasu. Wyrwał się z zamyślenia i żeby nawiązać przerwane rozmowę, powiedział:

      – Podobno to przedstawienie jest bardzo, ale u bardzo nowoczesne. A przyznam się, że dla zwykłego policjanta sztuka nowoczesna jest trochę trudna…

      – Czytałam tę sztukę… – powiedziała Karolina – i myślę, że nie ma w niej niczego dziwacznego. Mówi ona po prostu, że życie ludzkie jest nonsensem, że do niczego ni prowadzi, niczemu nie służy, że nikt nikogo nie zapamięta i nikt niczego nigdy nikomu nie wyjaśni.

      – Hm… – mruknął Parker – jeżeli w takim stosunku żywego człowieka do życia nie ma niczego dziwacznego, to… – Urwał i spojrzał na zegarek. – Ale musimy już iść. A zresztą, mam nadzieję, wytłumaczy mi pani to po przedstawieniu, jeżeli będzie pani taka uprzejma, i to własnymi, przystępnymi słowami.

      – Odwagi! – mruknął Alex, nie wiadomo czy do inspektora, czy do Karoliny. Karolina wstała i ujęła Parkera pod ramię,

      – Nowoczesna sztuka służy do odgadywania podświadomości człowieka i ukrytych pobudek jego działania.

      – To znaczy, że służy mniej więcej temu samemu celowi co policja! – Alex roześmiał się.

      Zeszli do samochodu, a po paru minutach znaleźli się już na Crosby Street i zatrzymali przed jasno oświetlonym gmachem, wzdłuż którego frontonu biegł na wysokości pierwszego piętra ruchomy, migotliwy napis: DZIŚ KRZESŁA… DZIŚ KRZESŁA… DZIŚ KRZESŁA…

      Weszli.

      – Jeszcze tylko jednego papierosa! – powiedział Alex. – Zdążymy chyba. W przeciwnym wypadku będę się męczył pod koniec aktu. Nie umiem dłużej niż godzinę wytrzymać spokojnie bez palenia.

      W palarni było jeszcze dość dużo osób. Usiedli wszyscy troje przy jednym z ukrytych w rogu stolików i zapalili.

      – Pełno! – powiedział Parker. – Zdaje się, że pisarz, który mówi ludziom, że ich życie nie ma sensu, zarobi na tym tyle, że przynajmniej jego własne życie stanie się bardziej sensowne.

      Alex roześmiał się. Karolina potrząsnęła głową z dezaprobatą i otworzyła usta, ale jej uwagę przykuła mała grupka osób stojących niedaleko wejścia do foyer. Wskazała je oczyma Alexowi.

      – To właśnie oni, rodzina sir Thomasa Dodda. Żona, córka i narzeczony córki.

      – Czy to jest Anna Dodd? – zapytał Parker, wskazując młodą, ładną dziewczynę w prostej, doskonale skrojonej sukni.

      – Tak. Słyszał pan o niej?

      – Niewiele. Tylko tyle, ile podawała prasa. Od dwóch tygodni jest jedną z najbogatszych dziewcząt w Anglii. Jakiś spadek, zdaje się,

      – Tak. Umarł jej stryjeczny dziadek, sir Hugh Garry, ten potentat węglowy. Ona sama była najbardziej chyba zdziwiona tym spadkiem, bo poznała sir Hugha będąc dzieckiem i nie widziała go więcej niż pięć albo sześć razy w życiu. Ale podobno gdy jako dziecko była u niego kiedyś w odwiedzinach podczas jego choroby, pielęgnowała go nie odstępując ani na krok, płacząc i nie dając się odciągnąć starszym. Po paru dniach wyzdrowiał i wydawało się, że po latach nie będzie o tym pamiętał. Ale w testamencie napisał, że był to jedyny w ciągu ostatnich czterdziestu lat jego życia wypadek, kiedy któryś z krewnych bezinteresownie okazał mu sympatię. Cóż, pieniądze nie zawsze przynoszą prawdziwą przyjaźń, raczej przeciwnie. No i tej jedynej osobie, która mu współczuła nie licząc na jego pieniądze, zapisał je wszystkie. Był zresztą starym kawalerem i mógł z nimi zrobić, co zechce.

      – Tak. Czytałem. Nie był to długi testament. Prasa podała go w całości: Cały mój majątek, bez żadnych ograniczeń, zapisuję mojej krewnej Annie Dodd, a gdyby, czego niech Bóg nie da, zmarła przed jego uzyskaniem, przejdzie on na własność mojej dalszej rodziny, z tym że dziedziczyć po mnie mogą tylko ci, którzy połączeni są ze mną węzłami krwi, a nie powinowactwem… – I w ten sposób ta ładna dziewczyna stała się posiadaczką astronomicznej sumy dwudziestu pięciu milionów. Zdaje się, że przekazanie spadku nastąpić ma za kilka tygodni.

      – A czy ten młody człowiek otrzyma ową sumę wraz z jej ręką? – zapytał Joe.

      – Nie sądzę, żeby nalegał na to. Na szczęście sam jest dostatecznie bogaty, żeby nie mówiono o nim jako o łowcy posagu. Zresztą zaręczyli się, zanim komukolwiek przyszło do głowy, że Anna może uzyskać taką fortunę. W chwili zaręczyn to raczej on żenił się z nie bardzo zamożną panną. To Charles Cresswell, drugi syn lorda Conthorpe.

      – Jeden z najlepszych strzelców i fechtmistrzów, jakich mamy… – mruknął Parker. – Zetknąłem się z nim kiedyś w sprawie jednego z jego młodych przyjaciół. To dobry chłopak. Sportowiec, dobrze urodzony i bez zawodu, słowem, posiada wszystko, czego wymaga się od Anglika z towarzystwa.

      – Mimo to nie wyglądają, jak gdyby tych dwadzieścia pięć milionów dawało im wiele szczęścia – zauważył Alex. – Miny mają raczej jak ludzie o paru tysiącach funtów rocznego dochodu.

      – Na pewno znowu pogorszyło się zdrowie sir Thomasa… – powiedziała Karolina – ale w takim razie dlaczego są w teatrze?… W dodatku mama Dodd ma koszmarną torebkę.

      – Przestańmy plotkować o naszych bliźnich. Wystarczy, że oni plotkują o nas… – mruknął Alex, ale mimo to zerknął na torebkę, którą pani Angelica Dodd, matka Anny, trzymała w ręku.

      Rzeczywiście, torebka była kilka razy większa niż zwykłe teatralne maleństwa i jak gdyby wypchana czymś. Angelica Dodd była niewysoką kobietą o twarzy, której drobne, wyraziste rysy zachowały jeszcze wiele śladów piękności. W pewien sposób była nawet ładniejsza niż córka, chociaż policzki jej nie miały tej świeżości, którą może dać tylko nie przekroczony dwudziesty rok życia. Stała pomiędzy młodymi, wachlując się lekko programem. W pewnej chwili skinęła na Annę i ruszyła w stronę foyer.

      – Chodźmy! – Karolina uniosła się lekko z fotela i poszła w tym samym kierunku co znikająca w drzwiach trójka osób. Zadźwięczał dzwonek.

      Sala była pełna. Światła przygasły nieco, dając jak gdyby sygnał, że należy pośpieszniej zajmować miejsca. Alex kupił dwa programy, z których jeden podał Karolinie, a drugi Parkerowi. Usiedli. Miejsca ich były pośrodku czwartego rzędu. Tuż przed nimi, nieco na lewo, usiadła Angelica Dodd, mając po obu stronach córkę i jej narzeczonego.

      – Znakomite miejsca – Karolina uśmiechnęła się do Parkera. – Najbardziej lubię czwarty i piąty rząd. Nie jest tak blisko, żeby widzieć szminkę i szczegóły charakteryzacji, a z drugiej strony jest tak blisko, że widzi się każde drgnienie twarzy aktora. Zresztą ci, którzy się znają na tym, mówią, że z tych rzędów należy oglądać sztukę, bo właśnie siedząc w nich reżyser prowadzi próby.

      Alex pochylił się i zajrzał do programu, który Karolina trzymała na kolanach. Odczytał obsadę:

      STARY – lat 95 – Stephen Vincy

      STARA -lat 94- Ewa Faraday

      MÓWCA – lat 45-50 – Henryk Darcy.

      I WIELE INNYCH OSÓB

      Reżyseria: HENRYK DARCY

      W tej samej chwili światła zgasły zupełnie. Nastała chwila ciemności, rozświetlona jedynie czerwonym blaskiem maleńkich żarówek bezpieczeństwa nad wejściowymi drzwiami.

      Równocześnie zapaliły się dwa wielkie reflektory za plecami widzów, kładąc na powierzchni ciemnej kurtyny dwa nachodzące na siebie niemal kręgi ostrego światła. Niedostrzegalnie dla publiczności kurtyna uniosła się i blask reflektorów wyłonił z pustki scenicznej dwie postacie starych ludzi siedzących w krzesłach. Ubrani byli oboje dziwacznie. Stary miał na sobie luźną szarą bluzę, uszytą jak gdyby z worka. Do jej ramion doczepione były epolety. Granatowe spodnie zaopatrzone były w czerwony huzarski lampas. Na nogach, zarówno on, jak i Stara, mieli znoszone ciepłe bambosze. Stara ubrana była w suknię podobną z barwy i kroju do bluzy Starego, bezkształtną i workowatą.

      Przyglądający się kostiumom i dekoracjom Alex opuścił dwie czy trzy kwestie, ale zaraz potem tekst dotarł do jego uszu. Stary człowiek wstał i podszedł do jednego z dwu okien umieszczonych w lewym i prawym końcu dekoracji.

      – …Barki na powierzchni wody lśnią w słonecznym blasku… – powiedział w rozmarzeniu.

      – Nie możesz ich dostrzec. Słońce skończyło się. Jest noc, mój milutki.

      – Pozostał po nich cień…

      Kwestie biegły dalej, szybko, jedna po drugiej i Alex od razu, od pierwszych słów zrozumiał, że jest świadkiem niecodziennego wydarzenia w sztuce. Tekst obnażał prosto i przerażająco tragedię współczesnego człowieka, jego nie zrealizowane nadzieje, bezmierną samotność, nie wyzwolone marzenia i płaską rzeczywistość istnienia, którego jedyną drogą jest droga do grobu. Aktorzy mieli na twarzach maski przypominające maski greckie i wyrażające ogólnie pojętą starość. Głos i ruchy nie podlegały prawom starości, ale ukazywały wieczną, tragiczną młodość i naiwność człowieka wobec losu. W ten sposób aktorzy nie musieli grać starych ludzi, ale stwarzali na scenie sprawę o wiele ważniejszą: dawali syntezę starości, grali wszystkich starych ludzi, którzy istnieli i istnieją, co podnosiło wymiar tej zdumiewającej sztuki nieomal do godności greckiej tragedii.

      Alex spojrzał na Parkera. Inspektor siedział pochylony nieco ku przodowi, oczy miał lekko przymrużone i od czasu do czasu wykonywał drobne, potakujące ruchy głową. Karolina siedziała zupełnie nieruchomo, ale oczy jej błyszczały jak dwie błękitne gwiazdy.

      Sztuka doszła do momentu, kiedy Stary, zaprosiwszy wszystkich znanych sobie w przeszłości i znaczących coś obecnie ludzi, czeka na ich kolejne pojawienie się. Nie wszedł oczywiście nikt, ale wizja dwojga starych trwała nadal. Urojeni goście zaczęli przybywać, a starzy ludzie wszystkimi drzwiami wnosili krzesła dla tych cieni przeszłości. Stefan Vincy był niezrównany, kłaniał się w powietrzu, podawał rękę, tak sugestywnie brał pod ramię niewidzialnych, że cały ten pusty teatr zjaw zdawał się wypełniać uchwytnymi istotami. W tej chwili wprowadzał właśnie nowego urojonego gościa: Panią Piękną. Aksamitny, głęboki głos aktora zmienił się nagle w gruchanie gołębia:

      – …to jednak pani! Przed stu laty kochałem panią… Tak ogromnie zmieniła się pani… Zupełnie się pani nie zmieniła… Kochałem panią… kocham panią…

      Nieomal płacząc, Vincy mówił dalej:

      – …ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi…

      Zafascynowany głosem aktora, upojony tragikomiczną sytuacją, Alex usłyszał nagle stłumione westchnienie i cichy, urwany szloch. Odwrócił na chwilę wzrok od sceny. Któż to płakał? Rzadko spotykało się w Anglii ludzi, którym ciekły łzy podczas przedstawienia w teatrze. To nie były Włochy, ale spokojny, zrównoważony Londyn.

      Ku swemu zdumieniu dostrzegł, że płacze pani Angelica Dodd. Nie płakała w całym tego słowa znaczeniu, ale ocierała chusteczką załzawione oczy.

      To dziwne… – pomyślał Joe, którego pasją było ocenianie ludzi od pierwszego wejrzenia. – Byłbym przysiągł, że ta kobieta umie ukrywać swoje prawdziwe uczucia, a cóż.dopiero wzruszenia wywołane tekstem teatralnym.

      Ale pani Dodd wyprostowała się już i zauważył, że odwróciwszy głowę w stronę córki obdarowała ją lekkim, przepraszającym uśmiechem.

      Po chwili pierwsza połowa spektaklu dobiegła kresu i zabłysły światła.

II. Vin-cy! Vin-cy! Vin-cy!

      Dzwonek wzywający do zajęcia miejsc zadźwięczał powtórnie – długo i przenikliwie. Karolina dopiła kawę, którą Alex przyniósł jej z bufetu. Wokół palarnia szumiała fragmentami podnieconych rozmów. Ludzie dyskutowali zawzięcie, ożywienie było ogromne. Wstali. Parker potrząsnął głową,

      – Patrząc na to – powiedział ze zdziwieniem, które jak gdyby dopiero w tej chwili przeniknęło do jego świadomości – nie rozumiem zupełnie, dlaczego ludzie popełniają zbrodnie. Przepraszam za moją skazę zawodową, ale zbrodnia to, bądź co bądź, bardzo poważne wydarzenie w życiu mordercy, najczęściej decydujące. Po co zabijać? Po co niszczyć istnienie innego człowieka, jeżeli i on, i ja, i my wszyscy jesteśmy tak beznadziejnie, okropnie skazani na śmierć? Czy nie przyzwoiciej byłoby spokojnie przebyć życie, starając się, żeby było znośne dla nas i dla innych, równie skazanych jak my? Przecież po tej sztuce świat wygląda nieomal jak cela więzienna, z której jest tylko jedno wyjście: na szafot. A w celi powinna panować solidarność.

      – Morderca – odpowiedział Alex – myśli podobnie, ale trochę inaczej. Jeżeli nawet rozumuje tak jak Ionesco, że wszyscy ludzie muszą zginąć i nie pozostaje po nich nic osobistego, może jednak sądzić, że w takim razie wolno zabijać ludzi, których się nienawidzi, bo przecież przyśpiesza się tylko nieuchronny koniec, a równocześnie umila się życie sobie. Każda zbrodnia ma jakiś podstawowy motyw. Niszcząc kogoś, morderca zyskuje coś: skarby, miłość, zaspokojenie instynktu zemsty. Czasem jest to zbyt daleko posunięta samoobrona, czasem pasja. Ale każdy z tych motywów może być przedstawiony przez mordercę jako absolutna konieczność, a im bardziej literatura będzie przekonywała ludzi, że ich istnienie jest przejściowe i niezbyt ważne, tym bardziej usprawiedliwieni będą mordercy we własnych oczach. Na szczęście rzadko wywodzą się oni spośród miłośników nowoczesnej literatury.

      – Dosyć! – powiedziała Karolina. – Jeden z was zajmuje się zabijaniem ludzi na papierze, a drugi chwytaniem zabójców w rzeczywistości. Ale pamiętajcie, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludzi na świecie nie widziało nigdy zamordowanego człowieka, a gdyby nie prasa, nie słyszałoby o nim także. Zbrodnie zdarzają się zawsze gdzieś bardzo daleko i nikt nie wierzy w nie naprawdę, dopóki się z nimi nie zetknie. Stosunek do zbrodni nie należy do podstawowych cech światopoglądu.

      – Nie jestem tego taki pewien – zauważy! inspektor. Umilkli.

      – Ażeby zmienić temat – powiedziała Karolina – trzeba przyznać, że i reżyseria jest znakomita, Ale Vincy przechodzi samego siebie w roli Starego.

      – Wobec tego my zajmiemy się chwaleniem Ewy Faraday. Czy wiesz, że ona ma 25 lat? – powiedział Alex. – To wielki talent.

      – Tak, ale…

      W tej chwili przygasły światła, Karolina odwróciła głowę ku zapuszczonej kurtynie, jakby pragnęła przebić ją wzrokiem i wyłowić działające postacie. Zabłysły reflektory.

      Przerwa nie zatrzymała biegu spektaklu. Podczas niej narosły na scenie rzędy krzeseł, stanowiły już one całe góry i wąwozy, wśród których jak w upiornym pejzażu poruszali się aktorzy. Nagromadzenie urojonych gości doszło już do fantastycznych rozmiarów. Dwieście, trzysta krzeseł… a oboje Starzy wnosili coraz, to nowe. Atmosfera zagęszczała się coraz bardziej. Stary i Stara rozmawiali z nieobecnymi, strofowali ich, obsypywali komplementami, odprowadzali na przeznaczone miejsca. Lecz Alex, który nie spuszczał wzroku z aktorów, wyczuł inny nieco ton niż na początku. Vincy stał się bardziej twardy, bardziej był symbolem niż człowiekiem, jego tekst padał teraz jak tekst kogoś, kto nie chce widzowi powiedzieć: „Oto jestem Ja, aktor, i wcielam się w postać, którą widzicie!” – ale bardziej: „Wyrażam tylko tę postać i przy jej pomocy chcę się z wami podzielić myślą autora!”

      Alex wolał tę drugą koncepcję. Była mniej melodramatyczna i bliższa współczesnemu, myślącemu człowiekowi. Natomiast Ewa Faraday gubiła się trochę w roli i jakby nie wytrzymywała ogromnej koncepcji, którą narzuciła sobie w pierwszej połowie sztuki. Ale może to tylko olśniewająca, rozwijająca się z każdą sekundą kreacja jej partnera zepchnęła ją po prostu w cień? Zdawała się trochę szara przy tym fajerwerku ludzkiej myśli, jakim stawał się Vincy.

      Ale końcowa scena samobójstwa obojga Starych przemieniła się jednak w koncert gry obojga. Pożegnanie ich na parapecie okna, a później skok w szumiące w dole morze były wstrząsające. Tak kończy każdy człowiek – mówił widzom Ionesco – bez względu na to, ile wysiłku włoży w swoje życie i jak mu się ono uda. Ale sposób, w jaki Vincy wykonał swój samobójczy skok, był niespodziewanie pełen wyzwania i wiary, optymizmu i zuchwałej naiwności. Skok w przyszłość, nie w nicość. Ewa Faraday spadła jak tłumoczek, jak rzecz, która towarzyszy człowiekowi.

      Wiatr wydął teraz zasłony okien na scenie i powiały one jak sztandary. Światła zaczęły wzmagać się, rosnąć, osiągnęły kulminację i nieomal oślepiły widzów, odbijając się od białych, pustych ścian dekoracji. Środkowymi, wielkimi drzwiami wszedł ten, który miał przekazać światu myśli i idee Starego.

      Wszedł Mówca. Ubrany był zupełnie tak samo jak Stary, ale nie nosił maski. Głowę jego ocieniał wielki, czarny kapelusz. I teraz dopiero rozegrał się dramat właściwy. Z ust mówcy wydobył się nieartykułowany bełkot. Kilka razy zaczynał to, co miało być jego przemówieniem. Potem zrezygnował i rozejrzał się bezradnie. Obok niego stała wielka, czarna tablica. Mówca ujął lewą ręką kredę i spróbował pisać. Ale litery układały się w ten sam bełkot, którego treścią było tylko jedno: „Wszystko nie ma sensu, istnienie ludzkie jest bezproduktywne, tragiczne przez niemoc działania i niemoc porozumienia…”

      Kurtyna opadła wolno. Na sali była nadal cisza pełna skupienia. Aż wreszcie runął grzmot oklasków.

      Kurtyna uniosła się ku górze, ukazując stojącego pośrodku sceny Mówcę. Owacje, które go spotykały w tej chwili, były wyraźnie adresowane do niego jako do reżysera tego wstrząsającego spektaklu. Mówca – Henryk Darcy – skłonił się lekko. Ale publiczność nie przestawała klaskać. Czekała na dwoje bohaterów wieczoru.

      Kurtyna opadła i znowu poszła w górę. Z lewej strony weszła na scenę lekkim, młodzieńczym krokiem Ewa Faraday. Maskę trzymała w ręku przed sobą. Stanęła wyprostowana, podając spojrzeniom ludzkim swoją piękną, jasną twarz, tak bardzo niepodobną do twarzy, którą trzymała w ręce i która jeszcze przed chwilą była nieomal zrośnięta z całą jej sylwetką. Oklaski znowu urosły i opadły. A potem znowu urosły.

      – Vin-cy! – zawołał jakiś głos, a potem inne podjęły za nim: Vin-cy! Vin-cy! Vin-cy!

      Spojrzenia kierowały się w prawo, skąd według praw symetrii scenicznej powinien był się pojawić. Kurtyna opadła jeszcze raz i raz jeszcze poszła w górę, znów ukazując tylko Ewę Faraday i Henryka Darcy. Publiczność niezmordowanie biła brawo. Okrzyki: – Vincy! Vincy! – przerywały rytm braw i znowu rozpływały się w oklaskach. Kurtyna jeszcze trzykrotnie poszła w górę i opadła. Ewa Faraday i Henryk Darcy stali nieruchomo, jak gdyby zawstydzeni owacją dla nieobecnego. Wreszcie kurtyna ostatecznie zapadła. Zabłysły światła na widowni. Stefan Vincy nie ukazał się. Nieco zawiedziona publiczność ruszyła z wolna ku szatniom.

      – To dziwne – powiedziała Karolina, wsuwając dłoń w rękaw swego płaszcza trzymanego przez Parkera – wydawałoby się, że dla tych ludzi, którzy z takim napięciem walczą o to, żeby się podobać publiczności, ukazanie się w chwili takiego triumfu powinno być prawdziwą przyjemnością. Widziałam Vincy’ego już tyle razy i zawsze miałam wrażenie, że lubi to ogromnie. Bywał nawet trochę staroświecki na innych spektaklach. Przykładał ręce do serca, kłaniał się nisko jak aktor z ubiegłego stulecia. A przecież nigdy prawie nie było takiej żywiołowej owacji. Rzadko zdarza się taka reakcja sali. A dziś nie wyszedł.

      – Może to właśnie są ich sposoby… – mruknął Alex. – Jeżeli aż tak bardzo wam się podobam, to udam, że obojętne mi są wasze oklaski. Wtedy, oprócz podziwu, zyskam wasz szacunek. Może rozumować i w ten sposób. A może, po prostu, śpieszył się gdzieś bardzo? Na jakąś randkę albo pociąg?

      Wyszli pośród tłumu ożywionego jeszcze bardziej niż w czasie przerwy. Wsiedli do auta. Klub Zielonego Pióra, którego członkiem był Alex, znajdował się dość daleko od Chamber Theatre i dotarli tam dopiero po kwadransie. Przez cały czas milczeli wszyscy, rozmyślając nad sztuką. Dopiero kiedy zasiedli na wygodnych, miękkich krzesełkach, a Alex zamówił zakąski i napoje, nastrój pękł.

      – Bardzo panu dziękuję za zaproszenie – powiedziała Karolina do Parkera. – To był niezapomniany wieczór. Myślę, że jeszcze nieraz będziemy mówili o nim… Niestety, zapomniałam, że nasza ekspedycja wkrótce wyrusza… – Zamyśliła się, a potem spojrzała na Alexa. – A może przyjechalibyście tam, panowie, kiedy inspektor otrzyma urlop?

      Parker uśmiechnął się. – Znamy się już prawie dwadzieścia lat, ten oto Joe Alex i ja, i przeżyliśmy wspólnie tysiące przygód smutnych i wesołych. Ale w Persji jeszcze razem nie byliśmy. Oczywiście nie wspominam o przyjemności, jaką sprawiłoby mi spotkanie pani. Czy ekspedycja ma już ściśle z góry określony plan? To znaczy, czy wiecie, co chcecie wykopać i gdzie dokładnie?

      Rozpoczęła się rozmowa o archeologii i Alex z przyjemnością i z pewnym zdumieniem słuchał Karoliny, która z ładnej, nie za mądrej i nie zanadto błyskotliwej dziewczyny przeistoczyła się nagle w człowieka mówiącego z dużą pewnością o bardzo skomplikowanych sprawach, sypiącego jak z rękawa datami i faktami dotyczącymi czasów, o których on sam miał zaledwie mgliste pojęcie ze szkoły i kilku popularnych książek historyczno-geograficznych. Karolina-naukowiec, Karolina-badacz to był ktoś zupełnie inny niż Karolina w głęboko wyciętej wieczorowej sukni i z długim ogonem włosów wysoko upiętym nad karkiem. Wydawało się, że jedna z nich powinna być brzydka, mądra i nosić okulary w drucianej oprawce, a druga powinna paplać sympatycznie o nowoczesnej, modnej sztuce, doskonale tańczyć i być nieobowiązującą radością dla ciężko pracującego mężczyzny. Do tej pory widział tylko tę drugą, teraz zrozumiał, że Karolina była, szczerze mówiąc, bardziej wykształcona niż on sam. Nie przerywał jej ani jednym słowem. Słuchał, kiedy wyjaśniała Parkerowi stare sprawy ziem Bliskiego Wschodu w tak jasny i łatwy, a jednocześnie doskonały sposób, że przy rozmowie z ignorantem błysnęły jej wielkie talenty pedagogiczne. Zapalała się przy tym, koński ogon fruwał od czasu do czasu, gdy poruszała wysmukłą, gładką szyją, a niebieskie, młode oczy stawały się to promienne, to zamyślone. Parker także słuchał z przejęciem. Karolina urwała i roześmiała się.

      – Nalej mi czegoś, Joe! – powiedziała. – Zagalopowałam się. Archeologia to nie tylko mój zawód, ale wielka, jedyna miłość. Mogę nią zanudzić każdego; jeżeli mi tylko pozwoli.

      I Joe spostrzegł nagle, że nigdy jeszcze nie rozmawiała z nim o tych sprawach… Widocznie jej na to nie pozwalałem… – pomyślał ze zdumieniem.

      – Karolino – powiedział – jesteś największym zaskoczeniem tego wieczoru!

      Ale mylił się, bo w tej samej chwili nad ich stolikiem pochylił się kelner i powiedział cicho:

      – Pan Parker jest proszony do telefonu.

      – Przepraszam bardzo – inspektor wstał i oddalił się.

      – Karolino – powiedział Joe – o moja śliczna Karolino.

      – Prawda? Nie jestem brzydka. Czy lubisz mnie trochę?

      – Nad życie! – spoważniał. Roześmiała się.

      – Nie. Nie bój się. Nie złapię cię za słowo i nie wyjdę za ciebie za mąż. Tak jest lepiej. Należymy do siebie tylko o tyle, o ile chcemy. I nikt nas nie zmusza do niczego. Gdybym wyszła za ciebie, ciągle ścierałabym kurze i otwierałabym okna. A kiedy to robię teraz, myślę, że jest w tym trochę wdzięku kobiecego, bo w końcu pójdę do siebie, do własnego mieszkania, a ty zostaniesz sam i będziesz mógł robić, co zechcesz. Ale dobrze mi z tobą…

      – I mnie z tobą… – powiedział Joe Alex. – Chciałbym już wrócić do domu. Nastawiłabyś herbatę i posłuchalibyśmy muzyki przez radio. Wiesz, takiego cichego jazzu.

      – Och, znakomicie. A potem uśniemy i radio będzie grało aż do rana… Kiedy obudzimy się, będzie cichuteńko mówiło o hodowli buraków albo o kongresie urzędników pocztowych. Dobrze, Joe! Skończymy jeść i pojedziemy…

      Ale i ona myliła się, bo w tej samej chwili Ben Parker zbliżył się do stolika i nie siadając powiedział:

      – Musicie mi wybaczyć, ale odchodzę.

      – Dlaczego? – zapytał Alex. – Czy nigdy twoja praca nie może pozostawić ci godziny spokoju? Czy stało się coś?

      – Tak – powiedział Parker. Usiadł, pochylił się ku nim i powiedział półgłosem: – Stefan Vincy, odtwórca roli Starego w dzisiejszym przedstawieniu Krzeseł, został przed chwilą znaleziony w swojej garderobie ze sztyletem w sercu.

      III. Pamiętaj, że masz przyjaciela

      Karolina znieruchomiała z kieliszkiem wina przy ustach, potem postawiła go powolnym ruchem ręki na stole, ale nie powiedziała ani słowa,

      – Jak to? – Joe zerwał się i usiadł natychmiast. – Kiedy to się stało? Przecież… – urwał. – Czy już wiadomo, kto go zabił?

      – Na razie nic nie wiadomo. Za chwilę przyjedzie tu po mnie nasz samochód. Sierżant Jones jest już na miejscu. Nocny portier znalazł trupa i zadzwonił od razu do dyrektora teatru, pana Davidsona, a ten zna mnie, więc natychmiast połączył się z moim numerem w Yardzie.

      Sierżant Jones był na dyżurze. Kazałem mu jechać na miejsce zbrodni, bo od nas do Chamber Theatre jest kilka kroków, a potem miał natychmiast wysłać samochód po mnie. Powinni już tu być… – spojrzał na zegarek, potem na Alexa. – Czy chcesz tam ze mną pojechać, Joe? – zapytał bez żadnych wstępów.

      – Ja? Tak, oczywiście, jeżeli sądzisz, że…,

      – Twoja znajomość środowiska może okazać się bardzo ważna. Wiesz o wiele więcej niż ja o teatrze. Poza tym byliśmy dzisiaj razem na przedstawieniu. – Zwrócił się do Karoliny: – Przepraszam, miss Beacon, to na pewno jest bardzo niegrzeczne z mojej strony. Przyszliśmy tu razem i teraz nagle opuścimy panią obaj… Ale… – rozłożył ręce.

      – Oczywiście! – Karolina wstała. – Chodźmy. Daj mi tylko kluczyk od twojego samochodu, Joe. Wrócę nim do domu, a rano ci go odstawię… – Kiedy Parker oddalił się do szatni po okrycia, dodała półgłosem: – Daj mi prędko klucze od twojego mieszkania, bo klucze mojego są u ciebie w walizce.

      – Zaczekaj na mnie… – Joe dotknął lekko jej ramienia. – Nie mogę odmówić Parkerowi, a poza tym… za godzinę na pewno będę w domu.

      – Nie. Nie będziesz, ale to nic nie szkodzi. Mężczyźni mają swoje pasje, zupełnie jak kobiety. Będę spała jak kamień, kiedy przyjdziesz. Obudź mnie, dobrze? Nastawię herbatę i posłuchamy muzyki, tak jak chciałeś, jeżeli będziesz miał ochotę. To ci na pewno dobrze zrobi, bo za parę minut będziesz patrzył na umarłego. Człowiek nigdy nie może bezkarnie patrzeć na umarłych. Zawsze nam to przypomina o najważniejszym… Mój Boże, muszę być chyba bardzo zmęczona… To przecież takie okropne… Zamordowali człowieka, którego przed dwoma godzinami widzieliśmy i oklaskiwaliśmy… a ja myślę o tym, żeby położyć się i usnąć. Jestem na pewno znużona po tej podróży… Daj klucze! – dodała szybko, bo Parker ukazał się niosąc płaszcze.

      Joe podał jej nieznacznym ruchem klucze.

      – Do widzenia, Karolinko – uśmiechnął się do niej serdeczniej, niż chciał. Serdeczność była nieco poza granicą ich wzajemnych stosunków. Zawsze traktowali się jak koledzy, czasem jak przyjaciele, nigdy jak zakochani.

      Zeszli razem. Dziewczyna wsiadła do samochodu Alexa i zapuściła silnik. Kiwnęła im obu ręką i auto wystrzeliło do przodu jak torpeda. Na rogu ulicy o mało nie zderzyło się z wielką czarną limuzyną, która ze zgrzytem gum zarzuciła na pełnym gazie i zatrzymała się po chwili przed stojącymi.

      – Wsiadaj! – zawołał Parker.

      Tym razem droga trwała o wiele krócej. Samochód pędził jak gdyby nie jechali przez miasto, ale ustronną, wiejską szosą. Dwa razy przed większymi skrzyżowaniami kierowca włączył syrenę i wóz wyjąc przeleciał przed maskami hamujących pośpiesznie aut.

      – Świetna dziewczyna! – powiedział inspektor niespodziewanie.

      – Co? – Alex ocknął się z zamyślenia. – Kto?

      – Miss Karolina Beacon. Nigdy jeszcze nie spotkałem kobiety, która by po usłyszeniu takiej nowiny nie zadała stu niedorzecznych pytań. A ona wsiadła bez słowa do auta i zniknęła. Skarb!

      – Czy naprawdę nad tym się teraz zastanawiałeś? – zapytał Alex ze zdumieniem.

      – Nie. Ale nie chcę zastanawiać się nad tym morderstwem, dopóki nie dowiem się czegoś więcej. Nic tak nie przeszkadza w śledztwie jak podejrzenie czy uprzedzenie, które poweźmie się z góry. Wtedy mimowolnie człowiek chce nagiąć fakty do swojej tezy, co może mieć fatalny skutek, bo traci się ostrość widzenia i można nie zauważyć prawdy, która zwykle wygląda zupełnie inaczej, niż to sobie początkowo wyobrażaliśmy. Dlatego staram się odwrócić własną uwagę od tego zabójstwa. Będzie wiele hałasu w prasie… znowu wiele hałasu… Bez względu na to, czy przyjdzie to łatwo, czy trudno, chciałbym mieć mordercę w ciągu dwudziestu czterech godzin pod kluczem…

      – Nie wiesz przecież jeszcze nawet, czy nie ma już śladów, które pozwolą ci go zamknąć za pół godziny.

      Parker potrząsnął głową.

      – Już teraz nie bardzo mi się to podoba. Jeżeli aktor nie wyszedł się kłaniać, a potem pozostał w garderobie i nikt z kolegów ani nawet garderobiany nie zauważyli, że coś jest nie w porządku, to znaczy, że morderca działał nie w pasji, lecz z premedytacją, że wybrał odpowiednią chwilę, żeby zatrzeć za sobą ślady… Ale nie uprzedzajmy faktów.

      – Właśnie. Nie uprzedzajmy. Przecież mógł zginąć w godzinę po przedstawieniu. Mógł mieć gościa, mógł się ktoś na niego zaczaić…

      Parker położył palec na ustach.

      – Przestańmy wróżyć. Zaczekajmy.

      W tej samej chwili wóz zahamował gwałtownie. Wyjrzawszy przez okno Alex zauważył, że mijają fronton teatru i skręcają w jakąś małą uliczkę, Auto przejechało kilkanaście jardów i zatrzymało się.

      Wysiedli. Przed nimi było boczne wejście Chamber Theatre. Uliczka była wąska i cicha. Kilka kamiennych stopni prowadziło do oszklonych, zaopatrzonych misterną kratą drzwi, obok których lśniąca tabliczka głosiła: CHAMBER THEATRE WEJŚCIE TYLKO DLA PERSONELU TEATRALNEGO. Parker natychmiast ruszył w górę, przeskakując po dwa stopnie naraz. Na odgłos hamującego auta w drzwiach ukazała się rosła, barczysta postać w mundurze policyjnym.

      – Panowie do kogo?… – policjant urwał i usunął się salutując, wyprężony w służbistej postawie. – Dobry wieczór, panie inspektorze. Przepraszam, że nie poznałem pana.

      – Dobry wieczór, MacGregor – odpowiedział Parker i rozejrzał się.

      Wejście do teatru oświetlone było silną żarówką umieszczoną nad zasłoniętym żółtą firanką okienkiem łoży portiera. Od loży biegło kilka schodków w górę, gdzie była mała platforma. W ścianie po lewej stronie były zamknięte drzwi z napisem: SZATNIA PERSONELU TECHNICZNEGO, dalej był odchodzący w lewo korytarz. Wynurzył się właśnie z niego młody i pyzaty sierżant Jones.

      – Dobry wieczór, szefie! – Dostrzegł Alexa i uniósł brwi z wyrazem lekkiego zdziwienia, ale zaraz rozpromienił się. – Dobry wieczór panu! Spotykamy się znowu w takich okropnych okolicznościach. Pewnie będzie z tego nowa książka, co?…

      – Jones! – powiedział Parker – wasze zainteresowania literackie będziecie zaspokajać poza godzinami służbowymi. Na razie mówcie o tym, co się tu stało.

      – Tak jest, szefie! Ciało znalazł nocny portier… – Jones zerknął na zegarek – dwadzieścia minut temu, o godzinie dwunastej pięć, kiedy po zmianie obchodził gmach, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku i czy nikt nie zaprószył ognia. Natychmiast zadzwonił do dyrektora Davidsona, który połączył się z nami. Dyrektor Davidson jest u siebie w gabinecie i czeka na pana, szefie, tak jak pan sobie tego życzył. Stefan Vincy został zabity uderzeniem sztyletu, sądząc z tego, co widziałem. Albo może sam się zabił, chociaż nie wygląda mi na to. Leży u siebie na kozetce. Na razie nic więcej nie umiem powiedzieć. Doktor, fotograf i daktyloskop są zawiadomieni i zaraz tu będą. Ani dyrektor Davidson, ani portier nie informowali nikogo o zbrodni, tak że poza nimi i nami nikt jeszcze o niczym nie wie.

      – Wie o tym jeszcze ten facet, który wbił sztylet w Stefana Vincy – dodał Parker z ponurym uśmiechem – ale miejmy nadzieję, że dowie się on wkrótce wielu innych rzeczy, mniej przyjemnych dla niego niż mordowanie aktorów w ich garderobach. Chodźmy!

      Weszli po stopniach i skręcili w korytarz. Były tam tylko jedne drzwi, po lewej stronie, w dość dużej odległości od wylotu; dalej szedł inny, poprzeczny korytarz. Naprzeciw była ściana, a na niej wielki, czarny napis: CISZA!

      – To tam, szefie! – powiedział Jones, wskazując owe jedyne drzwi w korytarzu. Przed drzwiami stał barczysty mężczyzna w cywilnym ubraniu. Na widok inspektora wyprostował się.

      – Garderoba Vincy’ego?

      – Tak, szefie.

      – Stephens!

      Człowiek w cywilnym ubraniu zbliżył się i stanął na baczność.

      – Idźcie do dyrektora Davidsona, który oczekuje mnie, i powiedzcie, że musi jeszcze zaczekać, bo muszę załatwić najpierw pewne formalności.

      – Tak jest, szefie.

      Detektyw Stephens zawrócił i zniknął na końcu korytarza, zakręciwszy w prawo.

      – Gdzie jest nocny portier, ten, który znalazł ciało?

      – U siebie, w portierce. Ale kazałem mu siedzieć za firanką i zabroniłem kręcić się po gmachu. Czeka, aż go pan wezwie, szefie. Czy mam go zawołać?

      – Jeszcze nie. Tymczasem przyjrzymy się miejscu zbrodni, zanim przyjdzie lekarz i reszta ludzi. Niech nikt nam nie przeszkadza, Jones. Zawiadom mnie, gdy tamci przyjdą. Chodź, Joe.

      – Tak, szefie – powiedział Joe.

      Parker zbliżył się do nie domkniętych drzwi po lewej stronie korytarza i lekko pchnął je nogą. Na korytarz padła wąska smuga ostrego światła. Inspektor wpuścił Alexa do pokoju, osłaniając ostrożnie łokciem klamkę.

      W garderobie Stefana Vincy było niezwykle jasno..Oświetlona była ona kilkusetświecową żarówką umieszczoną pośrodku sufitu, a poza tym dwiema silnymi lampami, znajdującymi się po obu stronach wielkiego lustra wspartego o niską toaletkę, przed którą stało wygodne, proste krzesło z oparciem. Po prawej stronie pokoju stała wielka, zajmująca prawie całą ścianę, zamknięta szafa dwudrzwiowa. Po lewej stolik i dwa krzesełka, a naprzeciw drzwi kozetka, obita jasnym, kwiecistym materiałem.

      Na kozetce leżał Stefan Vincy. Był wyprostowany, lewą rękę trzymał na sercu, a prawa zwisała bezwładnie, dotykając podłogi. Tuż przy leżącym stał obok kozetki wielki kosz czerwonych róż, smukłych i eleganckich jak baletnice.

      Inspektor podszedł i pochylił się nad ciałem. Alex także zbliżył się i stojąc obok siebie, patrzyli przez chwilę w milczeniu na zmarłego.

      Leżąca na piersi ręka zabitego zamykała się na rękojeści pozłocistego sztyletu, jak gdyby pragnąc go wyrwać z rany albo spoczywając po zadaniu samobójczego ciosu. Był to prawdopodobnie ostatni odruch konającego: pragnienie oswobodzenia się od tkwiącego w piersi obcego ciała. Rana była na pewno straszliwa, bo sztylet tkwił wbity po samą rękojeść.

      – To nie wygląda na samobójstwo… – mruknął Parker. – Człowiek niełatwo może wbić sobie nóż tak głęboko, leżąc na wznak. Raczej zamordowano go… Doktor chyba powie to samo co ja… Chociaż oczywiście lepiej by było, gdyby to się okazało samobójstwem… – Urwał i po chwili znowu mruknął: – Byłoby znacznie lepiej… Kiedy człowiek odbiera sobie życie, to chociaż robi głupstwo, ale odbiera sobie tylko to, co do niego należy. Ale kiedy odbiera je drugiemu człowiekowi… – Znowu urwał. – Tak. To jednak chyba morderstwo. Nie mógł wbić sobie noża siedząc, a później upaść na wznak. Ciało nie miałoby takiego położenia. Nie, to byłoby niemożliwe. Zabójca pochylił się i uderzył z góry, dodając do ciosu całą wagę swego ciała. Vincy zginął w ułamku sekundy… A ty jak sądzisz?

      Alex stał nie odpowiadając i spoglądał w piękną, nieomal spokojną twarz umarłego aktora. Początki siwizny na skroniach. Gęste, ciemne brwi. Duże, zmysłowe usta. Prosty, wspaniały nos. Jakże inna twarz niż ta, którą wyrażała jego maska wieczorem na scenie. Tamta była stara i nieruchoma. Ta, nawet po śmierci, świadczyła o żądzy życia.

      Vincy ubrany był nadal w swój dziwaczny, na pół wojskowy, na pół błazeński kostium. Szara, workowata, bezkształtna bluza ze sztywnymi epoletami na ramionach. Huzarskie spodnie z czerwonym lampasem i bambosze na nogach. W miejscu, gdzie wbite było ostrze sztyletu, widniała wąska, ciemna, wilgotna obwódka. Poza tym krwi nie było widać. Ale na prawej piersi – na tle jasnoszarego materiału bluzy odcinała się jaskrawa, czerwona smuga. Parker pochylił się nad tym.

      – To szminka, prawda? – zapytał Alex nie poruszając się.

      – Tak… – inspektor wyprostował się.

      – Nie ma nic wspólnego ze zbrodnią – mruknął A!ex. – To powstało w czasie przedstawienia, w chwili gdy Stara obejmuje Starego i wtula twarz w jego pierś… Ewa Faraday jest… była o wiele niższa niż on i musiała go po prostu zabrudzić… – Wskazał twarz Vincy’ego. – Oni są oboje mocno uszminkowani, bo reżyser operuje w tym spektaklu nadzwyczaj silnymi reflektorami. Przyjrzyj mu się: ma grubą powłokę szminki na ustach i mocno ucharakteryzowaną oprawę oczu. Czoła, brody i policzków oczywiście nie charakteryzował, grając w nylonowej masce.

      – Tak… – Parker znowu się pochylił. Nie dotykając sztyletu, odczytał napis:

      Pamiętaj, że masz przyjaciela

      – Co? – Alex nie zrozumiał. Inspektor, nie mówiąc słowa, przywołał go ruchem dłoni. Joe pochylił się. Wzdłuż rękojeści sztyletu biegł wygrawerowany napis, który przed chwilą został odczytany przez Parkera.

      – Pamiętaj, że masz przyjaciela – inspektor podrapał się w głowę. – Mam nadzieję, że to nie śmierć z ręki jakiegoś tajnego stowarzyszenia albo sekty… Ale takie rzeczy nie zdarzają się. Ostatni wypadek tego rodzaju miał miejsce w roku 1899. Dwudziesty wiek jest o wiele mniej romantyczny. Ludzie zabijają wyłącznie z pobudek osobistych. Ale zaczekajmy… Może to jednak samobójstwo?

      Nie słysząc odpowiedzi odwrócił głowę, żeby zobaczyć, co się dzieje z Alexem. Joe stał przed koszem z kwiatami i przyglądał się różom.

      – Są śliczne… – szepnął – zupełnie na miejscu tutaj. „Umarły spoczywał w powodzi kwiecia…” Tak się to podaje w prasie, prawda? – Jeszcze raz spojrzał na kosz, a potem pochylił nisko głowę. Po chwili położył się na podłodze obok kozetki.

      – O co chodzi? – zapytał inspektor. – Uważaj, żebyś nie dotknął czegoś.

      Alex w milczeniu potrząsnął głową, a potem na pół wsunął się pod kozetkę, starając się spojrzeć od wewnątrz w lekko zaciśniętą, dotykającą podłogi dłoń zmarłego.

      – On coś trzyma… – powiedział – jakąś zmiętą kartkę papieru.

      – Tak? – Parker ukląkł. – To, niestety, musi zaczekać. Nie chcę niczego ruszać, zanim nie przyjdzie daktyloskop i lekarz…

      Rozległo się pukanie do drzwi, a potem w szparę wsunęła się pyzata twarz sierżanta Jonesa.

      – Wszyscy już są, szefie: doktor, fotograf i daktyloskop.

      – Dawaj ich tu – powiedział Parker, a jednocześnie ruszył ku drzwiom i wyszedł na korytarz. Alex otrzepał ubranie i rozejrzał się.

      Czegoś brakowało w tym obrazie. Ale czego? Czego? Zatrzymał się, rozejrzał marszcząc brwi i starając się wyciągnąć na powierzchnię świadomości myśl, która tkwiła gdzieś w głębi mózgu i nie chciała się wydobyć. Potarł ręką czoło. Nie. Nie wiedział. A gotów był przysiąc, że wie, że za sekundę zawoła: – Wiem!

      Podszedł ku drzwiom i zerknąwszy raz jeszcze na ciało Stefana Vincy i otaczające je przedmioty, wyszedł na korytarz, gdzie Parker przytłumionym głosem dawał instrukcje grupie tłoczących się przed nim ludzi,

      – Zaczynajcie, panowie! – powiedział inspektor. – Chciałbym przede wszystkim zobaczyć tę kartkę, którą nieboszczyk trzyma w ręce. Proszę mnie zawołać, kiedy będzie można ją wziąć. Nie chcę tam wchodzić i przeszkadzać wam, bo i tak dosyć ludzi wejdzie równocześnie do tej garderoby.

      Skinął na Alexa i ruszył wraz z nim w kierunku loży portiera.




  1   2   3   4   5   6   7   8


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna