Jest taka sekta



Pobieranie 73,68 Kb.
Data01.03.2019
Rozmiar73,68 Kb.


JEST TAKA SEKTA

Wrota duszy trzeba zamknąć dla diabła, czyli rodziców

MACIEJ PIOTROWSKI

Zbigniew W. przyjechał aż z Wybrzeża. Zawód: mechanik. Niewysoki, w niebieskiej, wytartej kurtce, przycupnięty na brzegu redakcyjnego krzesła wyglądał tak, jakby bal się własnego cienia. Na pytania odpowiadał niechętnie. Właściwie tylko chciał się dowiedzieć, czy tu, w warszawskiej gazecie, nie słyszeliśmy czegoś na temat jego córki? Albo na temat tej sekty, do której wstąpiła? Zna tylko jej nazwę: “Rodzina Miłości". Nie wie, czym się zajmują: oni pozacierali, za sobą wszystkie ślady.


Beata
Nazwiska córki nie poda. Jeśli ci ludzie, tłumaczył, dowiedzą się, że nadal poszukuje Beaty, każą jej pojechać na drugi koniec Polski, albo w ogóle wywiozą z kraju. Stać

ich na wszystko, mają pieniądze i wpływy.

Zbigniew W. przyjechał do War­szawy również po to. aby zaintere­sować sprawą swej córki Urząd Ochrony Państwa. Rozmawiał tyl­ko przez telefon wewnętrzny z por­

tierami. Odesłali go do delegatury UOP w Gdańsku. A przecież właś-.nie tam zaczynał swoje interwen­cje jeszcze wtedy, gdy w tym sa­mym budynku urzędowała Służba Bezpieczeństwa. Teraz tam inni lu­dzie, inne nastawienie. Nikogo nie



• interesują, młodzi fanatycy, zajmu­jący się głoszeniem religijnych po­glądów. Jakiekolwiek by one były.

Widywał ich'często w śródmieś­ciu Gdyni. Stali w tunelu pod Dworcem Głównym, zatrzymywali przechodniów na ulicy Starowiejs-kiej. Rozdawali plakaty. Niewiel­kie, .^olorowe, przedstawiające młodych, uśmiechniętych ludzi na tle kwiatów. Na odwrocie kilka zdań mówiących o poszukiwaniu Boga, o miłości do Jezusa. Każdy tekst kończył się zapewnieniem:

“Kochamy Cię". Oprócz plakatów rozdawali również małe ulotki z po­dobnymi tekstami, na których był adres; ,,R. Czerwiński, Warszawa l, skr. poczt. 287". Któregoś dnia Bea­ta wysłała pod tym adresem list z prośbą o więcej informacji. W od­powiedzi otrzymała ankietę zawie­rającą wiele pytań: jak układają się stosunki w rodzinie, czy są konflik­ty, jak często chodzi do kościoła, w jakiej szkole się uczy, jakie zna

języki, czy ma pieniądze na własne wydatki. Beata wypełniła ankietę i wysiała ją pod tym samym war­szawskim adresem. Nieco później ktoś zadzwonił. Spokojny, kobiecy głos zaprosił ją na rozmowę o Bogu. Beata miała wtedy kłopoty na ucze­lni, potrzebowała psychicznego podparcia. Tamci ludzie spotykali się z Beatą gdzieś na mieście. Zbig­niew W. nie miał na to żadnego wpływu. Nie mógł się nawet dowie­dzieć, o czym rozmawiają podczas tych spotkań. Córka przynosiła do domu broszury, plakaty, kasety z dziwną muzyką. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej identyfiko­wała się z tamtymi ludźmi.

— Próbowałem ją śledzić — opo­wiadał Zbigniew W. — Wynająłem nawet ludzi z prywatnej agencji. Pieniądze wzięli, nic nie wykryli. Dopiero po wielu miesiącach do­wiedziałem się przypadkowo, że nie tylko moja Beata zaangażowała się w “Rodzinie Miłości". Inni ro­

dzice też szukali swoich córek, sy­nów. Wymienialiśmy adresy, wia­domości. Teraz uważają, że to był błąd:

należało szukać nie dzieci, tylko zająć się przywódcami sekty. Udało im się ustalić tylko tyle, że są to cudzoziemcy, oddzieleni od szere­gowych członków całym łańcusz­kiem pośredników. Wiele osób do­piero z gazet dowiadywało się, jak te sekty działają. Zbigniew W. zna jedną panią, która za darmo udos­tępniała pokój, aby ułatwić mło­dym działalność misjonarską. Za­trzęsła się ze zgrozy, gdy ktoś ją uświadomił, że “Rodzina Miłości" to nie głoszenie Słowa Bożego, tyl­ko pranie mózgów i narkotyczne seanse.

.. — Kiedyś zapytałem Beatę — opowiadał Zbigniew W. — czy zażywają narkotyki? Zaprzeczyła,



CIĄG DALSZY NA STR. 8

CIĄG DALSZY ZE STR. 1

ale przyznała, że zamierza odejść z domu, że pociągają życie w komu­nie. Za pierwszym razem zabloko­wałem własnym ciałem drzwi, nie wypuściłem córki za próg. Odeszła kilka tygodni później, gdy nikogo nie było w domu.

Po kilku miesiącach Zbigniew W. spotkał przypadkowo córkę na uli­cy w Gdańsku. Nie chciała rozma­wiać, rozglądała się tylko na wszys­tkie strony, jakby się obawiała, że ktoś ją obserwuje. Minęło jeszcze pół roku i zadzwoniła z zagranicy. Gdzieś z terenu byłego ZSRR. Po-tem z tego samego miasta wysłała list. Beata pisała, że zajmuje się działalnością misjonarską, że jest zdrowa i żeby się o nią nie martwić. Od roku nie dała znaku życia. Była córka — nie ma córki.

Dwa lata temu, podczas spotka-nia z papieżem w Masłowie pod Kielcami, Stanisława Napora ucze­stniczyła wraz z córkami w zbioro­wej modlitwie. Padał deszcz, gdy podeszła do nich młoda kobieta z parasolem. Porozmawiała chwilę z córkami, zapisała ich adres w Piń-czowie.

Parę dni później stanęła przed drzwiami ich mieszkania.

—Czy tu mieszka Laura?

— Tak — odpowiedziała Stanis-ława Napora. — A kim pani jest?

— Jestem chrześcijanką.

Nikt nie zamyka w Polsce drzwi przed kimś, kto przedstawia się w ten sposób. Młoda kobieta weszła do środka, w ręku trzymała Biblię.

Przyjeżdżała co kilka dni, zawsze tym samym samochodem — bu-sem.

To był biały “mercedes" na za­granicznej rejestracji. Chyba szwaj-carskiej. Kierowcą samochodu był zawsze ten sam młody mężczyzna. Niewysoki, szczupły, ciemne krę-cone włosy, okulary w drucianej oprawce. Na imię miał Gottfried. Mówił tylko po angielsku, młoda kobieta tłumaczyła mu każde sło­wo. Ona sama przedstawiła się jako Bogusława. Podarowała Laurze kieszonkowe wydanie Biblii.

Po jakimś czasie Stanisława Na-pora, z zawodu nauczycielka, do-wiedziała się, że nowi znajomi od­wiedzają jej córki w szkole. Laura kończyła wtedy 16 lat, Kinga była

rok młodsza. W lipcu Bogusława

i Gottfried przyjeżdżali do sióstr kilka razy w tygodniu. W sierpniu zapowiedzieli, że chcą je zabrać ze soba na cały miesiąc. Stanisława Napora zgodziła się. Mąż właśnie wyjechał za granicę, nie zdążyła załatwić dla córek żadnych waka-cji. Wróciły l września o czwartej nad ranem, zmęczone i brudne. Le­dwo zdążyły do szkoły na rozpoczę­cte roku. Ten miesiąc, spędzony nie w'iadomo gdzie i z kim, zmienił córki nie do poznania. Już nie wi-działy świata poza nowymi znajo-mymi z ,,mercedesa": Bogusławą, Gottrfiedem, Beatą, ciemnoskórą Niemką Aminą.

Od września do grudnia, przez bite cztery miesiące, “chrześcija-

nie" z "mercedesa" krazyli bez przerwy w okolicach Piсczowa.




— Wyglądało to tak — opowiada Stanisława Napora. — Poniedzia­łek: dzieci są. Wtorek: 7.30 — wy­chodzą do szkoły i nie ma ich do 23. Środa — dzieci są. Czwartek

— wracają o 23. Piątek — wychodzą do szkoły i wracają w poniedziałek nad ranem. Gdzie były, co robiły

— nie sposób się dowiedzieć. Do­tychczas uczyły się dobrze, ale przy takim trybie życia posypały się dwóje, pały. Zrozumiałam, że z cór­kami dzieje się coś złego. Aby obu­dzić w nich poczucie odpowiedzial­ności, zostawiłam' kiedyś pod ich opieką 2-letniego Maciusia, najmło­dszego braciszka. Zabrały go ze so­bą na cały weekend. Gdy wróciły, synek był jak w transie. Nie ruszał się, nie chodził, przez kilka tygodni w ogóle nie mówił. Jeśli nie był pod wpływem jakichś środków farma­kologicznych, to co mogło tak po­działać?

Ojciec dziewcząt, Mieczysław Napora, również nauczyciel prze­bywał w tym czasie w Chicago. Ledwo znalazł pracę, już zaczęły się te kłopoty z córkami. Żona dzwoni­ła niemal co drugi dzień, na same telefony wydała kilka milionów. Nawet ksiądy proboszcz radził wra­cać: bez ręki ojca córki schodziły na złą drogę. Ksiądz Roger z klasztoru w Pińczowie odwiedził dziewczęta, ale nie chciały z nim rozmawiać.

. Gdy Mieczysław Napora stanął na progu, córki nawet się z nim nie przywitały. Potraktowały go jak obcego. Całymi dniami wertowały Biblię, ściśle według wskazówek pozostawionych im przez ludzi z “mercedesa". Mieczysław Napora znalazł kiedyś w pokoju córek kart­kę z odręcznie zapisanym tekstem:

“Kto opuści ojca i matkę, będzie podwójnie wynagrodzony". Nie mógł uwierzyć, że takie słowa moż­na znaleźć w Biblii.

W ciągu tych kilku miesięcy nowi przyjaciele wprost zasypywali Lau­rę i Kingę listami i pocztówkami. Uzbierało się tego kilka kilogra­mów. Gdy Stanisława Napora skar­żyła się, że traci wpływ na córki, Bogusława odpowiedziała tak:

— Właściwie to jakie pani ma pra­wo do córki? To, że pani ją wydali­ła? Ona już nie ma matki.

W listopadzie '91 Laura uciekła z domu przez okno. Nie zrobiła sobie nic złego, bo mieszkanie jest na parterze. Wróciła po kilku dniach. W grudniu, tuż przed Wigi­lią, obie dziewczyny wyłamały drzwi i uciekły na 11 dni. Po tej drugiej ucieczce rodzice postanowi­li, że dziewczęta zostaną zamknięte w domu dopóty, dopóki nie ustaną kontakty z sektą. Stanisława Napo­ra osobiście spaliła wszystkie eg­zemplarze Biblii, które znalazła w domu. Córki wpadły w szał. Do­szło do rękoczynów. Kilka dni dzie­wczyny musiały spędzić w łóżkach, przykute do poręczy łańcuszkami. Uzgodniono ze szkołą, że będą uczyć się w domu. Stanisława Na­pora wspomina tamtą zimę jak pie­kło. Zabite gwoździami okna, drzwi pozamykane na klucz, w mieszka­niu zaduch i wilgoć.

— Na policji w Pińczowie byłam chyba kilkanaście razy — wspomi­na Stanisława Napora. — Dla nich byla to sprawa religijna. Nie chcieli sie tym zajmowac.




Prokuratura w Pińczowie ż po­czątku również odmawiała inter­wencji. Prokurator uważał, że có­rki mają prawo do wspólnych wyja­zdów ze znajomymi. Dopiero ad­wokat wskazał paragraf, z którego można było oskarżyć ludzi z “mer­cedesa". Art. 188 kk: “Kto wbrew woli osoby powołanej do opieki luB nadzoru, uprowadza lub zatrzymu­je małoletniego lub osobę nieporad­ną — podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 1,5 roku".


Ale sekta nie zrezygnowała. La­tem 1992 r. na przekór wyrokowi', wszystko odbywało się według sce­nariusza z poprzedniego roku. Bia­ły “mercedes-bus" po kilka razy w tygodniu pojawiał się w okolicy Pińczowa. Dziewczęta jeździły sa­modzielnie do Warszawy, otrzymy­wały od Bogusławy i Gottfrieda pieniądze na podróż i całe stosy żetonów telefonicznych. Żeby mog­ły dzwonić, gdy tylko pojawią się jakieś kłopoty. Państwo Naporowie


JEST

TAKA

SEKTA


Sąd Rejonowy w Pińczowie upo­rał się ze sprawą dość szybko: wy­rok zapadł 10 czerwca 1992 r. Pro­kurator udowodnił, że Bogusława Podbielska, zamieszkała w Warsza­wie, od sierpnia 1991 r. do stycznia 1992 r. co najmniej sześć razy upro-


obliczyli, że tylko w ciągu tego jed­nego roku sekta zainwestowała w ich córki kilka milionów złotych. Zastanawiali się, kto za to wszystko płaci: za prywatne mieszkanie, wy­najmowane w Warszawie, za po­dróże po całym kraju, za te kosze






wadziła wbrew woli rodziców ich małoletnią córkę Kingę i co naj­mniej 10 razy również małoletnią Laurę.

Bogusława Podbielska została skazana na jeden rok pozbawienia wolności (z zawieszeniem na 4 lata), grzywnę 2 min zł, zakaz wykony­wania zawodu nauczycielskiego przez piec lat. Panstwo Naporowie zaczeli wierzyc ze koszmar sie skonczyl.






jedzenia, z jakimi przyjeżdżali do P Pińczowa.

Laura odeszła jako pierwsza, .wiosną 1993 roku. Dokładnie na­stępnego dnia po przekroczeniu ka­lendarzowej pełnoletności. Wyjeż­dżając podała warszawski adres przy ul. Stokłosy, który już po paru tygodniach okazał się nieaktualny. Wszystkie te sekty bardzo czesto zmieniaja adresy, czasem wynajmuja po dwa-trzy mieszkania rowno-









noczesnie. To ułatwia zacieranie śladów.

Kinga nie ukrywa, że już za parę miesięcy będzie mogła pójść w śla­dy siostry. Tylko ona wie, gdzie jej 'szukać.



Izabella

Minęły trzy miesiące, a Dorota Ludwińska nadal nie może pogo­dzić się z wyrokiem radomskiego Sądu Rejonowego. Dlaczego unie­winnienie? W uzasadnieniu sędzia Kępa. napisał, że “nie ma dowodów na to, iż oskarżona dokonywała czynów sprzecznych z prawem, nieobyczajnych. Trudno bowiem medytacje, modlitwy, dyskusje re­ligijne i filozoficzne nazwać czynem zasługującym na potępienie".

— Ktoś tu chyba zasnął na roz­prawie — mówi z goryczą Dorota Ludwińska — bo przecież oskar­żenie nie dotyczyło dyskusji religij­nych, tylko wywożenia mojej niele­tniej córki, wbrew mojej woli, .w nieznane rodzicom miejsca, co wyczerpuje. wszelkie warunki do 'skazania z art 188 kk. Brak dowo­dów? Przecież oskarżona sama przyznała, że wiedziała o moim za­kazie. Mimo to zabierała Izę na te wycieczki. Sąd twierdził, że Iza wy­jeżdżała dobrowolnie, a oskarżona nie stosowała w stosunku do niej żadnego nacisku psychicznego, co świadczy na jej korzyść. A ja twier­dzę, że nacisk był i to wprost zabój­czy dla młodej psychiki mojej córki.
Na korytarzu sądu czekali świad­kowie, którzy mogli to potwierdzić, ale sędzia nie uznał za stosowne ich przesłuchiwać. Doszedł do przeko-nania, że “czyn oskarżonych zawie­ra znikomy ładunek społecznego niebezpieczeństwa".

— Tego to ja już zupełnie nie .pojmuję — kontynuuje załamującym sie glosem Dorota Ludwinska - Przeciez dokladnie z tego samego artykulu oskarzona Boguslawa

Podbielska odpowiadala rok wcze-śniej przed Sadem Rejonowym w Pińczowie. I tamten sąd ją skazał. Przecież mojej córki Izabelli nie wywożono samej, tylko w towarzy­stwie Laury i Kingi z Pińczowa, a może Bóg wie ilu jeszcze podob­nych ofiar.

— Czy paragrafy Rozmieniały się przez ten rok do tego stopnia — py­ta z pasją Dorota Ludwińska — że to co było przestępstwem w Piń­czowie, przestało być przestępst­wem w Radomiu? Skazanie Pod-bielskiej w Radomiu na jakąkol­wiek karę oznaczałoby recydywę i odwieszenie wyroku z Pińczowa. Podbielska .poszłaby siedzieć.

Ale nie tylko samo uniewinnie­nie wydane przez radomski Sąd Rejonowy 2 lipca '93 wywołuje tak gwałtowne protesty Doroty Lud-wińskiej.

— Dlaczego — pyta — na ławie oskarżonych nie pojawił się ten Au­striak, Gottfried Prieih, który jest przywódcą całej tej grupy? Który odpowiada za wszystkie jej działa­nia, zapewnia jej samochody, mie­szkania, a pewnie i pieniądze? Jak to się dzieje, że ten człowiek już od kilku lat grasuje po Polsce i żadne władze, dosłownie żadne, nie zain­teresowały się jego osobą?

Dosyć; przez zaciśnięte gardło Doroty Ludwińskiej nie przeciśnie się już ani słowo więcej. Jeszcze dwa lata temu wyglądała raczej na starszą siostrę swej córki. .W ciągu tych dwu lat zmieniła się w kłębek

•nerwów. Posiwiała, przeszła powa­żną operację, straciła córkę. Tyle nieszczęść z powodu kilkorga ludzi, którzy wtargnęli w jej życie z imie­niem Boga na ustach.

Dorota Ludwińska, z zawodu ekonomistka, zawsze była zbyt za­pracowana, aby mieć czas na stu­diowanie Biblii, na dyskusje religij­ne. Dopiero gdy córka poznała tych “chrześcijan", zaczęła szukać w Pi­śmie św. argumentów do dyskusji z Izą.

— Rozszyfrowałam ich — mówi

• ale za jaką cenę: córka odeszła. Przecież to nie przypadek, że Iza wpadła w sidła tej sekty właśnie w Częstochowie, podczas spotkania z papieżem. Tak samo jak tamte

• dwie; dziewczyny z Pińczowa. "Gdzie papież, tam i oni: Ile perfidii.'

Dorota Ludwińska nie zapomni tej daty do końca życia: 15 sierpnia 1991. Spotkanie z papieżem z okazji Światowego Dnia Młodzieży. Nie­zapomniana atmosfera nocnych medytacji na podklasztornych bło­niach. Setki tysięcy młodych ludzi odmawiających we wszystkich ję­zykach świata wyznanie tej samej wiary. Była już późna noc, gdy do Izabelli podeszła młoda kobieta i powiedziała po angielsku, że chce porozmawiać z nią o Bogu. Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby Iza uczyła się w szkole jakie­gokolwiek innego języka. Bo już następnego dnia po tej rozmowie córka chciała jechać do Warszawy, poznać bliżej tych ludzi. Kilka dni później ta sama kobieta — Bogu­sława Podbielska — przyjechała do Radomia i zostawila wiadomosc dla Izy. I tak to sie zaczelo: Izabella zaczela znikac z domu


Maria Jeżmanowska, nauczycielka języka polskiego i wychowawczyni w klasie Izabelli, zeznawała przed sądem.

- Na początku III klasy (liceal­nej) Iza zaczęła się dziwnie zacho­wywać. Coś się z nią działo. Pod szkolę przyjeżdżali po nią samocho­dem jacyś ludzie. Zabierali ją wprost z korytarza szkolnego. W poniedziałki Iza przychodziła do szkoły zmęczona, nie przygotowa­na do lekcji. Opuszczała się w nau­ce, nie uczestniczyła w życiu klasy. Któregoś dnia zobaczyłam panią Podbielską na korytarzu szkoły;

wyraziłam niepokój o dalsze losy Izy. Stwierdziłam, że po paru tygo­dniach znajomości z nią moja naj­lepsza uczennica zmieniła się nie do poznania. Pani Podbielską ucięła rozmowę w pół słowa. Nie docierały do niej żadne argumenty. Któregoś dnia zebrałam po lekcjach grupę uczniów, aby podyskutowali z Izą. Jej poglądy graniczyły z fanatyz­mem. Wyglądało na to, że “chrześ­cijanie" są już dla niej ważniejsi od własnej rodziny.

— Trzeba położyć miecz między matką i córką — mówiła Iza do matki cytując Biblię. Gdy Dorota Ludwińska nalegała, aby Iza przy­najmniej odrabiała . zaległości w szkole, córka przypomniała przy­powieść z Ewangelii o ptakach nie­bieskich, co to nie sieją i nie orzą. ale Bóg się o nie troszczy. Już miała argumenty na każdą okazję.

— Iza opowiadała mi, że wyjeż­dżają gdzieś aż pod granicę, wy­szukują polanki w lasach, śpią po­kotem w samochodach. Na tych biwakach czytali Biblię, spowiadali się sobie nawzajem, odmawiali mo­dlitwy, które nie wiadomo kto uło­żył. Iza wracała z tych wyjazdów zmieniona fizycznie i psychicznie. Nieruchoma twarz, “stojące" oczy. Jeśli tam nie było żadnych środków odurzających, to dlaczego Bogusła­wa i Gottfried z takim naciskiem nalegali, aby dziewczęta nie zabie­rały z domu żadnej żywności? Może podawali jakieś środki w jedzeniu przywożonym z Warszawy?

— Na biwakach spotykali róż­nych cudzoziemców: Austriaków, Węgrów, Niemców.

— A może — zastanawia się Do­rota Ludwińska — dyskusje religij-.ne służyły do zakamuflowania wła­ściwego celu tych Spotkań? Kto wie, czy nie szmuglowali czegoś lub kogoś przez granicę? Kiedyś zoba­czyłam w rękach Izy ulotkę zapra­szającą na spotkanie z “Dziećmi Boga", czyli “Rodziną Miłości". Co to za sekta, to my, rodzice wiemy teraz już aż za dobrze. Ale Podbiels­ką, zapytana o tę ulotkę, gorąco zaprzeczyła. .

— My jesteśmy po prostu chrześ­cijanami — powiedziała. — Nie ma­my nazwy ani lidera, żyjemy zgod­nie z nakazami Biblii.

Któregoś dnia babcia Izabelli, Zo­fia Cichoń, uparła się, że chce poje­chać razem z wnuczką na ten bi­wak, że też chce posłuchać Słowa Bożego. Wsiadła razem z Izą do “busa", złapała rękami za oparcie i oświadczyła, że nie wysiądzie. Gottfried Prieih wściekł się, krzy­czą) “weg", walił starszą panią pię­ściami po plecach i ramionach. Po­tem zaparł się plecami o siedzenie i wypchnął, a właściwie wykopał

Zofię Cichoń z samochodu. Amina Alschausky, ta ciemnoskóra

Niemka, szarpała Zofię Cichoń za nogę

- Chrześcijanie tak nie postępu-

ją — krzyczała starsza pani ostat­kiem sił. Iza oglądała zajście z wnęt­rza samochodu, ale nie stanęła w obronie babci. Do tego stopnia była już uzależniona od przywód­ców sekty.

Potłuczenia były dość poważne. Obdukcja lekarska wykazała u Zo­fii Cichoń obtarcia skóry i obraże­nia na głowie, ramionach i plecach. Protokół obdukcji dołączono do akt sprawy. Ale sędzia J. Kępa nie uznał za wskazane, aby powołać Zofię Cichoń na świadka.

— Nie umiała pani wychować sobie córki —- pouczał Dorotę Lud­wińska mec. Jerzy Tracz ż War­szawy, obrońca Podbielskiej. — Mając taki dom, córka musiała poszukać sobie innego autorytetu, innego wsparcia duchowego.-

Słysżąc te słowa Dorota Ludwiń­ska popłakała się na sali sądowej. Ten dom, rodzinny dom Izy, był zawsze czysty, zadbany, bezpiecz­ny. Iza, jedynaczka, miała w nim własny, ładnie urządzony pokój. Co ten adwokat mógł wiedzieć na te­mat trudu związanego z samotnym wychowywaniem córki? Iza uczyła się na same piątki, zanim nie spot­kała tamtych ludzi. Rozumiały się ze sobą doskonale. Jakich metod, perswazji używali ci ludzie, w jaki sposób udało im się do tego stopnia zmienić psychikę Izy, że kiedyś oświadczyła matce:

— Teraz wiem, że jesteś moim śmiertelnym wrogiem. Ale to nic nowego, bo my, prawdziwi chrześ­cijanie, zawsze byliśmy prześlado­wani.

Dopiero niedawno Dorota Lud-wińska dowiedziała się, jakie rady otrzymują członkowie sekty na wy­padek rozmów z rodzicami. Nie wo­lno im słuchać żadnych argumen­tów. Mają zamykać oczy, powta­rzać w myślach wersety z Biblii lub śpiewa'ć ulubioną melodię. Mówi im się, że uszy, te prawdziwe wrota duszy, trzeba zamknąć dla diabła.

Gdzie nie była, u kogo nie inter­weniowała Dorota Ludwińska w sprawie Swojej córki. W radom­ski biurze poselskim Jana Łopusza­ńskiego była ze cztery razy. Ani razu nie udało jej się porozmawiać z samym posłem, obrońcą chrześ­cijańskich pryncypiów. Za każdym razem wysyłał do niej pracownika swego biura. Dwukrotnie Dorota Ludwińska zorganizowała w swo­im mieszkaniu spotkanie córki z księdzem-wykładowcą z ATK w Lublinie. Ksiądz był w cywilnym ubraniu, ale Iza rozszyfrowała go po kilku minutach.

— Tylko my jesteśmy prawdzi­wymi chrześcijanami — powiedzia­ła. — Wy, to poganie.

Ksiądz-wykladowca , bezradnie rozłożył ręce.

Zimą 1992 roku Dorota Ludwińs-, ka zabroniła Izie dalszych kontak­tów z sektą. Wyłączyła telefon, za« broniła wychodzenia z domu, kont­rolowała jej korespondecję. Dyrek­cja szkoły wyraziła zgodę, aby Iza uczyła się indywidualnie w domu. Członkowie sekty stosowali różne podstępy, aby porozumiewać się z Izą. Jej opór podtrzymywał nawet sam widok “mercedesa-busa". sto­jącego na ulicy na wprost okien.


Nawet w tych warunkach Iza przeszła do ostatniej maturalnej klasy. Ale w październiku '92, równo

z ukończeniem 18 lat, opuściła

dom. Zamieszkała W Warszawie w mieszkaniu przy ul. Stokłosy, wynajętym na nazwisko Bogusła­wy Podbielskiej. Codziennie rano Iza dojeżdżała pociągiem z Warsza­wy do Radomia na zajęcia w szkole i codziennie po południu wracała do swoich “chrześcijan". W maju zrobiła maturę. Z tej okazji widziała się z matką. Domagała się pienię­dzy. Tylko tyle miała matce do powiedzenia.

Teraz obcy ludzie przywożą do Radomia wiadomości o Izabelli. Do­rota Ludwińska wie tylko tyle, że aktualnie Iza nie pracuje i nie uczy się. Cierpi na bóle kręgosłupa, cho­dzi na zajęcia rehabilitacyjne. Do­rota Ludwińska modli się,, aby to nie była zapowiedź jakiejś poważ­niejszej choroby. Adres przy ulicy Stokłosy już od kilku miesięcy jest nieaktualny. Nowego Dorota Lud­wińska nie zna. Powoli zaczyna się przyzwyczajać do pustego pokoju Córki. Już nie siedzi godzinami przy telefonie czekając na jakąś wiado­mość. Życie toczy się dalej, z Izabel-lą czy bez niej.

Na początku lipca pani Ludwińs­ka była w Warszawie na spotkaniu rodziców poszukujących swoich dzieci. Na spotkaniu była pani Da­nuta Cielecka, której syn, Andrzej, zaginął w marcu tego roku po na­wiązaniu kontaktu z sektą: “Ant-rovis". Pisano o tym w gazetach. Byli państwo Semczukowie z War­szawy i Wieruszewscy z Legiono­wa, którzy są już niemal pewni, że jćh córki. Anna i Erriestyna nie zagi­nęły w styczniu tego roku w Tat­rach. Może odezwie się również pan Edward Skwarek z Żagania, które­go córka w zimie, boso, wyskoczyła z okna na I piętrze, ponieważ cze­kali na nią ludzie z jej sekty.

Na tym spotkaniu w Warszawie rodzice postanowili, że założą sto­warzyszenie. Oceniają, że w całej Polsce co najmniej kilkadziesiąt ro­dzin poszukuje swoich dzieci nie dających znaku życia po nawiąza­niu kontaktu z różnymi sektami. Każda z tych rodzin mogłaby napi­sać książkę o swoich przeżyciach. I byłaby to książka mokra do łez.



MACIEJ PIOTROWSKI

PS. Autor tych słów przez wiele tygodni usiłował skontaktować się z Bogusławą Podbielską. Pytałem o nią w Wyższej Szkole Pedagogiki Specjalnej przy ul. Szczęśliwickiej 40, gdzie w tym roku ma zrobić dyplom, prosiłem o udostępnienie jej aktualnego adresu mec. Jerzego Tracza z Warszawy, byłem nawet z Zambrowie, gdzie przy ul. Grun­waldzkiej mieszkają jej rodzice. Wszędzie bez rezultatu. Mam na­dzieję, że Bogusława Podbielska ujawni się po przeczytaniu tego tekstu. Nie chodzi o jeszcze jeden artykuł. Dyskutowaliśmy przecież półtora roku temu w innej war­szawskiej redakcji i nie przekonali­śmy siebie nawzajem. Proszę o ko­ntakt w imieniu rodziców, którzy od wielu tygodni i miesięcy nie mają żadnej wiadomości od swoich córek..



M.P.




©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna