Jest rok 505 według kalendarza Alaryka Świętobliwego, jako mnichowi Wielkiego Zakonu Świętej Krwi zlecono mi trzydzieści lat temu spisanie dziejów powstania I rozkwitu Cesarstwa



Pobieranie 160,46 Kb.
Strona2/2
Data01.01.2018
Rozmiar160,46 Kb.
1   2
Pułkownik Riger Kragoth był niewątpliwie barwną osobistością, można by o nim opowiadać godzinami równocześnie ani trochę nie wyczerpując tematu. Przede wszystkim był żołnierzem z krwi i kości, a co za tym idzie kochał wojaczkę i garnizonowe życie. Nigdy nie lubił cywilów, którzy zawsze w czymś przeszkadzali i zawsze narzekali, zaczął ich jawnie nienawidzić gdy cesarz w reformatorskim szale rozkazał dowódcom podporządkowywać się gubernatorom, którzy pod jego rządami przestali wywodzić się z armii. Jako człowiek z silną manią wielkości ciężko znosił jakąkolwiek krytykę i dyrygowanie jego osobą, a cywile zawsze krytykują armię za szereg nic nie znaczących spraw i próbują wszystko postawić na głowie, zapominając przy tym o swym świętym obowiązku dostarczania świeżego rekruta i odpowiedniej ilości pieniędzy. Tęsknił za czasami gdy jako młody porucznik brał co chciał i gdzie chciał, gdy armii bano się ale równocześnie ją szanowano, gdy żaden nie umundurowany fircyk nie śmiał powiedzieć słowa krytyki pod adresem jakiegokolwiek nawet najmarniejszego wojaka, gdy droga do zaszczytów wiodła tylko przez liczne ongiś bitewne pola. Nienawidził więc cywilów, szczególnie pokroju Harlama le Quina, czyli takich których zgodnie z prawem powinien słuchać. Z drugiej zaś strony kochał swych żołnierzy, był dla nich surowy niczym ojciec i opiekuńczy niczym matka. Nie dawał ich ukrzywdzić i każdy z jego podwładnych mógł zawsze szukać u niego pomocy. Co prawda zdarzało mu się wpaść we wściekłość na przykład na ćwiczeniach, lub podczas musztry lecz niezbyt często i w czasie gdy dowodził szkołą kończyło się to mniejszą liczbą pogruchotanych szczęk i połamanych żeber niż kiedyś. Mimo to żołnierze szanowali go niepomiernie i rzeczywiście zdolni byli za nim iść w odmęty piekielne (niektórzy twierdzą, że było to spowodowane tym iż bardziej bali się swojego dowódcy niż króla piekieł, ale to zwykli złośliwcy i oszczercy). Jak już zaznaczyłem był to prawdziwy żołnierz i jako taki zamierzał potraktować swą świeżą oblubienicę po żołniersku, przedtem jednak zamknął ją w karcerze na terenie swoich koszar, i z nieukrywaną radością upił się do nieprzytomności wraz ze swym zastępcą. Pił tak długo, w takich ilościach i z takim uporem że przegapił wieczór i padł dopiero o brzasku następnego dnia. Męczyły go potem straszne sny, w których biegał po łące nago z poczuciem tego że wszyscy na niego patrzą i się naśmiewają, a on nie może ich dogonić i pourywać im głów. Obudził się trochę zły (sami wiecie jak drażniące potrafią być sny w których nie można nikogo dogonić i posiekać na kawałki), było prawie południe, a on musiał się zmagać z potwornym bólem głowy spowodowanym „przeklętym słońcem” oraz „brakiem pierdolonej wody”. Przez dłuższy czas szukał oczyma swojego miecza i dopiero wyczerpujący w tym stanie wysiłek umysłowy uświadomił mu, że dzień wcześniej poszedł podczas licytacji pod zastaw. To z kolei przypomniało mu że pokonał wczoraj tego żałosnego dupka („niechaj zdycha”) i wywołało radosny uśmiech na twarzy. Mimo złego samopoczucia, braku miecza, którego odziedziczył po ojcu, oraz długu, który zamierzał zwrócić wbrew obawom konhijczyka (w tej sytuacji chodziło o honor), był to dobry początek dnia, a zanosiło się na to że będzie jeszcze lepszy. Doszedł do wniosku że niezwłocznie należy odwiedzić symbol wczorajszego zwycięstwa („blond pieścidełko”) i wypocić na niej resztki alkoholu. Duma która malowała się w jej wielkich morskich oczach dzień wcześniej, musiała przez noc nieco skruszeć, Kragoth nie wierzył by będąc znawcą w tej materii mógł się choć trochę pomylić. Z prawdziwym trudem i determinacją zwlókł się z siennika, wyrzygał, dopiął pas, napił wody i z głową pełną pomysłów wyszedł ze swojej kwatery w kierunku garnizonowego karceru. Przeprawa była to doprawdy straszna, pułkownik zataczał się i z trudem utrzymywał równowagę, ćmiło mu się między oczami i szumiało w uszach- istny sądny dzień. Gdy w końcu zbliżył się do upragnionych drzwi na odległość, która pozwoliła mu przebić wzrokiem mgłę przesłaniającą mu oczy, dostrzegł, lub raczej nie dostrzegł czegoś co wprawiło go w lekkie zdenerwowanie - wartownicy („synowie zawszawionej obozowej kurwy i zadżumionego eunucha”), których tu wczoraj zostawił gdzieś przepadli. W jeszcze większe zdenerwowanie wprawiło go to, że drzwi były pozbawione regulaminowej sztaby i co gorsza lekko uchylone. Pełen najgorszych możliwych przeczuć Riger pchnął je lekko i wszedł do środka. Gdy już tam się znalazł przyzwyczaił oczy do ciemności i stwierdził... no właśnie stwierdził coś strasznego, po raz pierwszy w życiu nie był do końca pewny tego co jest rzeczywistością, a co snem. Przez dłuższy czas problem tego, czy faktycznie poniżył dzień wcześniej gubernatora, czy wydał astronomiczną sumę na nieziemsko piękną kobietę był dla niego nierozwiązywalny, szybko jednak przypomniał sobie brak wiernego miecza przy swym boku i co ważniejsze pod wpływem powoli rosnącej wściekłości zaczął dobrze widzieć, co pozwoliło mu znaleźć na ziemi długi jasny włos. To właśnie on ostatecznie wyrwał go z rozważań dotyczących nieokreśloności rzeczywistości i oddał w objęcia krótkiej, acz głębokiej filozoficznej zadumy nad kruchością ludzkiego, a właściwie wartowniczego żywota. Wściekłość po pewnym czasie była w nim tak duża, jak tylko może być w sytuacji gdy ktoś komuś kradnie ulubionego konia lub kobietę i na dodatek jest to jakiś skończony fajtłapa wartownik. Bo nie miał wątpliwości co do tego, że kradzieży dokonały te dwa barany, których nazwisk nawet nie pamiętał, ale szybko zamierzał je zobaczyć na dwóch zgrabnych nagrobkach... albo na jednym bo gdy wypuści ich z rąk to do dołu trzeba będzie ich nie wrzucić, lecz zagrabić. W końcu z pianą cieknącą z ust po przepitym czerwonym pysku pułkownik wyszedł z miejsca swej psychicznej tortury, powoli podszedł do alarmowego dzwonu po czym zaczął w niego bić. W zasadzie był to czyn bezsensowny, gdyż donośne spiżowe dźwięki ginęły gaszone potężnym rykiem Kragotha. W pobliskiej stajni bojowe konie przyzwyczajane od małości do okropnej wrzawy bitewnej, teraz przysiadły wystraszone na zadach. Równocześnie zaś z wszystkich okalających plac budynków zaczęli wypadać żołnierze i kadeci, wszyscy w regulaminowych zbrojach błyskawicznie ustawili się na w regulaminowym szyku tak sprawnie, że nim dowódca wyryczał pierwszy haust powietrza, opustoszały plac wypełniła zwarta masa wojska gotowego do jak zwykle krwawej i jak zwykle zwycięskiej bitwy w obronie cesarza i religii. Był to z pewnością najsprawniej przeprowadzony manewr w historii spowodowany tym, że mądry żołnierz, podobnie jak każde inne mądre bydlę, jak na przykład koń, przewiduje zły humor swego pana nim on w niego wpadnie. Tak więc wszyscy podwładni Kragotha czekali na tę chwilę już od dłuższego czasu, a gdy ujrzeli przez szpary w drzwiach i oknach jak wchodzi do karceru wszystkie ich mięśnie naprężyły się jak postronki. W chwilę później stali na baczność i czekali na dalszy rozwój wypadków przeklinając dzień swoich narodzin, lub jak co mądrzejsi dzień otrzymania „Cesarskiego biletu”. Ci w pierwszych szeregach próbowali napiąć mięśnie brzucha prosząc proroka Alaryka by pięść która weń trafi nie była wyposażona w kawał stali. Ci z drugiego szeregu modlili się w intencji pierwszego szeregu o to samo, gdyż obawiali się, że ów kawał stali może okazać się dłuższy niż odległość między ich brzuchami, a plecami, które z obawą teraz obserwowali. Następne szeregi skupiały się na tym by mięśnie ich „bezecnych fałszywych pysków” dziś nie wyrażały niczego ponad „święty obraz doskonałej czystości duszy i uczciwości” co zgodnie z ich przypuszczeniami nie wychodziło tak jakby chcieli.

- Wy bezrozumne gnoje!!! - zaryczał Piorun, poczym przerwał na czas potrzebny do zaczerpnięcia kilku oddechów, wysiłek trochę go zemdlił, co w obliczu tak strasznej bezczelności w wydaniu „jedynej rodziny jaka mu pozostała” jest w pełni zrozumiałe.

- Wy zdrajcy... tchórze... wy żałosne... - tu znowu nastąpiła przerwa spowodowana poszukiwaniem odpowiedniego epitetu w niezwykle opasłym słowniku mówcy. - wy końskie kupyyyyy!!!

- Wy ścierwa... wy... wy konhijczycy!!! - to była najcięższa obelga jaką mógł sobie wyobrazić ówczesny żołnierz, gdyż od czasów Lodowego Pobojowiska, słynnej historycznej bitwy, konhijczyków uważano za beznadziejnych i godnych pożałowania żołnierzy.

- Wy obmacywacze świń i kóz...-itd. Szeroki repertuar obelg i przekleństw spowodował, że żołnierze stojący w pełnym rynsztunku w palącym lipcowym słońcu mieli czas spłynąć potem. W końcu jednak pułkownik zmęczył się i zaschło mu w gardle. Otarł mokre czoło, powiódł wzrokiem po równych szeregach prosząc boga o to, by któryś z żołnierzy miał coś nie dopięte lub chociaż nie zachował właściwej postawy. Były to jednak próżne nadzieje, wszystko było w jak najlepszym porządku. Kragoth ponownie otarł czoło oblizał spieczone wargi, po czym wlepił oczy w najbliższego kadeta, który to od samego początku przeklinał w duszy niesłychanie małą odległość dzielącą go od dowódcy. Teraz zaś gdy poczuł na sobie jego wzrok zaczął po cichu odmawiać Modlitwę Umierających.

- Wy !..-Piorun zaczął jakby znowu przeklinać, co wywołało w kadecie szaloną radość. - stąp!!!- padło po chwili wystarczającej zaledwie na odrąbanie głowy dwuręcznym toporem i zepchnęło kadeta z powrotem w szaloną rozpacz. Słysząc westchnienia ulgi kolegów wyszedł, a właściwie wytupał niczym legendarny gigant, dwa kroki przed szereg, cały czas mamrotając swą litanię. Tymczasem Kragoth nieświadom tego, że człowiek, który przed nim stoi pożegnał się już z życiem zbliżył się do niego.

- Na...zwisko!!! - wyryczał prosto w twarz kadeta, równocześnie ją opluwając.

- Szeregowiec I...lia syn I...lii!!! – wyryczał Ilia jakby w odwecie opluwając twarz dowódcy.

- Za...!!! - w uszach wszystkich słuchaczy te „za” brzmiało niczym początek obietnicy której skutkiem byłoby to, że Ilia syn Ilii z pewnością nie będzie już miał szans spłodzić syna, któremu nadał by imię Ilia. Powszechnie wstrzymano więc oddechy, a nieszczęsny opluty kadet zamknął nawet oczy i wtedy po czasie krótszym niż potrzeba na mrugnięcie oka padła końcówka.- ...pierdalaj po ... wodę, pić mi się chce.- Kadet Ilia bezzwłocznie wykonał rozkaz i popędził w tumanie kurzu w kierunku studni, solennie sobie przy tym obiecując już nigdy nie zaniedbywać, jak dotąd, obowiązków religijnych. Kragoth zmęczony i spragniony oparł się o dzwon alarmowy zaczekał na wodę, której wypił pół wiadra zaś resztę wylał sobie z rozkoszą na głowę, po czym ociekając wodą wrócił do rozmowy, ze swoimi żołnierzami.

- Spieprzaj do szeregu! - Ilia posłusznie spieprzył do szeregu. – a wy bando baranich łbów posłuchajcie mnie uważnie! –Wszyscy, którzy usłyszeli ton głosu towarzyszący tym słowom zastrzygli uszami, konie w pobliskiej stajni dosłownie, a ludzie na placu w myślach, taki wysiłek włożyli w chęć pochwycenia tego, co chce im przekazać mówca.

- Wczoraj wsadziłem do tej komórki moją własność! –Pułkownik wskazał przy tym na otwarte drzwi przez, które całkiem niedawno wyszedł, ale myli się ten kto sądzi, że choć jedna głowa obróciła się we wskazanym kierunku, nawet największy bezmózgi idiota miał dość rozumu by pamiętać, że nie padła żadna regulaminowa komenda, a w związku z tym obowiązuje poprzednia, czyli „baczność”. Oczywiście nikt nie przysiągłby, że owe „baczność” słyszał, ale po pierwsze nie było nikogo w okolicy, kto zechciałby to zauważyć, a po drugie mogła faktycznie paść w czasie gdy dowódca ryczał jak potępieniec, dzwoniąc równocześnie na alarm. Tak więc wszyscy jak jeden zachowali w tym momencie poprzednią w pełni wyprostowaną i nieruchomą postawę, co jest kolejnym dowodem na to, że szeregowcy, są co najmniej tak samo inteligentni jak konie.

- Gdzie są te dwa trupy, którym kazałem pilnować tych drzwi?!! - po tym retorycznym jak się okazało pytaniu nastąpiła długa cisza, która oznaczała, że wartowników nie ma w zasięgu głosu Kragotha. Nie mogąc wywrzeć zemsty na winowajcach i spodziewając się, że zbiegli razem ze swoją zdobyczą, zawył pod niebiosa dochodząc do słusznego w tej sytuacji wniosku, że jest otoczony przez rzesze zdrajców, których trzeba będzie wszystkich komisyjnie wytłuc.

- A więc kuuurwaaa uuuciekliiii... Nieee to wyyyyy im pozwoliliście uciec!!! - W tym momencie Ilia, który czuł się od pewnego czasu względnie bezpieczny znowu zaczął odmawiać modlitwę, podobnie zresztą jak wszyscy, którzy go otaczali.

- Pozabijam was wszystkich niedojdy! - Tą obietnicą pułkownik odebrał resztki nadziei tym którzy się jeszcze łudzili.

- A zacznę... – po raz kolejny wstrzymano oddechy, ponieważ mówca zaczął przy tym wszystkim podciągać rękawy szykując się do pierwszej egzekucji.

- Kapitan Carrere, wystąp!!! - pierwszy raz szeregowcy cieszyli się, że są tylko szeregowcami, zanosiło się bowiem, iż kat będzie wzywał przed swe oblicze według starszeństwa, a przecież nikt nie spodziewał się, że jest w stanie ukręcić łby całej liczącej tysiąc pięćset ludzi jednostce w jedno popołudnie. Tak więc dostanie się najpierw oficerom, potem podoficerom, a najpóźniej potem trzeba będzie odpocząć i być może ochłonąć. Nawet najgłupszy koń by to zrozumiał, nie dziwota więc że, jedni żałośnie zaczęli przełykać ślinę, a inni rechotać przez zęby (ale tylko ci najodważniejsi, i tylko z ostatniego szeregu). Niestety dla pułkownika, kapitan był nieobecny, gdyż wciąż leżał nieprzytomny w swej kwaterze gdzie zanieśli go wierni żołnierze po tym jak stracił przytomność próbując dotrzymać kroku swemu dowódcy w ilości wypitego wina. Coraz bardziej rozsierdzony Piorun przypomniał sobie tę niemiłą okoliczność i postanowił odłożyć „rozmowę” z nieobecnym na później tymczasem jednak nie tracąc czasu wywołał:

- Kapitan Vance, wystąp!!! - tym razem nie było zawodu. Oficer wystąpił tupiąc przy tym tak jak poprzednio szeregowiec Ilia. Pułkownik miał do przebycia teraz około trzydziestu kroków, ruszył niezwłocznie w kierunku swego kapitana rytmicznie przy tym uderzając zaciśniętą prawą dłonią w otwartą lewą.

- A więc powiadasz, że pozwoliłeś im uciec - te ciche słowa dosłyszał wpatrzony przed siebie Vance, gdy czuć było już zbliżający się zapach alkoholu, a znaczyły one tylko tyle, że nie będzie żadnych dyskusji.

- Pa... - zaczął skrzekliwie kapitan, ale szybko się poprawił. - Panie pułkowniku melduję, że oni nie uciekli!- Powiedział to w ostatniej chwili łamiąc przy tym regulamin, gdyż odezwał się nie pytany.

- Taaak? - zainteresował się pułkownik. - to gdzie oni wszyscy są?

- Panie pułkowniku melduję, że po tym jak pańska własność została zarekwirowana, szeregowcy Hakki oraz....

- Co moja własność została zrobiona!!! Powtórz... – w tym momencie Piorun chwycił swego podwładnego obiema rękami za szyję tuż i trzymając w powietrzu, przybliżył sobie do twarzy. Nie była to łatwa sztuka, gdyż Vance był prawie tak potężny jak Kragoth, a napierśnik, miecz i tarcza czyniły go jeszcze cięższym.

- Panie pułko... – zaczął regulaminowo kapitan, lecz niecierpliwe dłonie zacisnęły się mocniej na gardzieli czyniąc oddychanie trudniejszym i dając jasno do zrozumienia, aby się streszczać nawet za cenę kolejnego wykroczenia przeciw dyscyplinie. - Zarekwirowana... - dokończył skwapliwie uniesiony w górę udowadniając, że nie jest głupcem i aluzję zrozumiał mimo poważnych problemów ze złapaniem oddechu (albo właśnie dlatego). Przez kilka chwil Piorun trzymał jeszcze kapitana w powietrzu próżno doszukując się w jego twarzy jakichkolwiek oznak uśmiechu, który oznaczałby, że to wszystko to jakaś krotochwila, poczym mięśnie jego rąk osłabły co zmusiło go do odstawienia ciężaru z powrotem na ziemię. Ledwo jednak stopy oficera dotknęły na powrót ziemi jego uszy zostały ogłuszone rykiem z najbliższej odległości.

- Kto!!!


- Panie puł... Har...lam le Quine.

- To wiem, nie jestem głupi kto mu ją wydał bez rozkazu!

- N...nie mo... gę... oddy... - kapitan Vance wciąż trzymający ręce na baczność wzdłuż siebie faktycznie jeszcze trochę by wytrzymał bez oddechu, tylko raz, że nie wiedział jak długo, a dwa odpowiedź brzmiała „ja”, a tego słowa akurat nie chciał wypowiadać. Słusznie się spodziewał, że w dowódcy ciekawość zwycięży nad żądzą mordu i po krótkiej chwili był wolny.

- Mów jak to było, tylko się streszczaj. - usłyszał, wyprostował więc szybko kolczugę, która wystawała spod napierśnika, poprawił pas i miecz po czym zaczął mówić tak szybko jak tylko potrafił.

- Panie pułkowniku melduję, że wczoraj o zmroku zgodnie z rozkładem zajęć przejąłem dowodzenie na terenie obozu. Dziś tuż przed wschodem słońca postawiłem garnizon w stan gotowości bojowej po tym jak obserwator zauważył maszerujących od strony miasta i fortu żołnierzy. Wkrótce do bramy zapukał główny skarbnik gubernatora Peter Coel i towarzyszący mu brygadier Luka Lutiens wraz z kompanią swojej piechoty oraz kompanią milicji miejskiej w łącznej sile pięciuset w pełni uzbrojonych i przygotowanych do walki ludzi. Zawezwano mnie do otwarcia bramy pod groźbą sądu wojskowego, czego początkowo nie uczyniłem. Niestety nie mogliśmy dobudzić pana pułkownika, nie miałem też poleceń na wypadek zaistniałej sytuacji, ponadto brygadier Lutiens sprowadził ze swojego fortu resztę swych ludzi oraz taran. Wobec tego nie mogłem dłużej czekać i w końcu wykonałem rozkaz starszego stopniem i otwarłem bramę. Poinformowano mnie, że znajdująca się na terenie obozu kobieta jest tu przetrzymywana bezprawnie i że gubernator zgodnie z obowiązującym prawem rozkazuje ją zwolnić i odprowadzić do swojej rezydencji. Szeregowcy Hakki i Gialia postawieni na straży obnażyli broń i nie ustąpili. Tylko moja zdecydowana postawa nie dopuściła do rzezi po tym jak wspomnianych szeregowców ostrzelano z kusz. Kadra i kadeci rwali się do walki, nie było jednak rozkazu. Szczegółowy raport oraz akt oskarżenia pod adresem pana pułkownika o niewolnictwo oraz akt oskarżenia pod moim adresem o nie wykonanie rozkazu znajdują się na pańskim stole. Chcę nadmienić, iż tylko twarda postawa naszych żołnierzy uchroniła pana, mnie, oraz rannych szeregowców Hakkiego i Gialię od natychmiastowego aresztowania... Skończyłem.- Wbrew pozorom kapitan Vance z pewnością nie był osobą posługującą się na co dzień literackim językiem, świadom jednak tego, że dowódca będąc na kacu nie przeczyta kartek leżących na stole w jego kwaterze przezornie nauczył się większości swego raportu na pamięć i aż do teraz trzymał wszystkich ludzi w gotowości spodziewając się alarmu zaraz po tym jak dowódca wytrzeźwieje i odkryje nieobecność kobiety. Przez jakiś czas rozważał nawet to, aby powiedzieć dowódcy wszystko zanim Piorun zdąży się wściec, lecz nie znalazł dość odwagi ani w sobie, ani w innych. Miał za to cichą nadzieję że komu innemu przypadnie wątpliwa przyjemność poinformowania pułkownika, koniec końców musiał to jednak zrobić on. Wbrew oczekiwaniom Riger Kragoth nie wpadł teraz w jeszcze większy szał, lecz był po prostu... zdziwiony.

- Konia, zbroję i miecz... i wody! - wykrzykną normalniejszym już głosem. - Vance ty i twój szwadron jedziecie ze mną.

- Tak jest, panie pułkowniku!!!

- Spocznij!!! - wydarł się Kragoth i potupał w kierunku swej kwatery z wielce enigmatyczną miną, która pojawiała się na jego twarzy zawsze, gdy musiał odłożyć zabijanie na później. W zasadzie był nawet zadowolony - dziewczyna nie uciekła, jego ludzie nie zawiedli, wszystko więc można było jeszcze naprawić. Czuł, że całe to zamieszanie wynikło tylko z powodu tego, że był „nieobecny”, bowiem żaden z tych oszołomów nie pozwoliłby sobie na to na co sobie pozwolił, gdyby on był na stanowisku. Święcie przekonany, o tym, że to tylko jakiś głupi żart gubernatora próbującego mu w ten sposób uprzykrzyć życie wyjechał ze swego warownego obozu w kierunku niedalekiego miasta. Po drodze minął fort Lutiensa, w którym na widok tego, że od strony akademii wojskowej zbliża się czarny szwadron zaczęło się małe zamieszanie. Na palisadzie pojawili się liczni kusznicy i zwykła piechota, tak że przejeżdżający pułkownik zażartował sobie nawet do jadącego obok kapitana, że wygląda to jak przygotowania do oblężenia. Po tym jak fort zostawili z tyłu zbliżyli się do miasta gdzie Piorun powtórzył swój żart gdyż zostali zmuszeni do zatrzymania się przed zamkniętą na ich oczach bramą. Dowódca milicjantów Harlama, a zarazem jego szwagier samozwańczy pułkownik Girim Sols (gubernator z trudem wymusił na nim by zrezygnował z tytułu generała) stwierdził, że jego przełożony jest zajęty, więc może pan pułkownik łaskawie zawróci konia i pojedzie skąd przyjechał. Kragoth odparł mu na to, że tego na pewno nie zrobi, natomiast może sobie dobrze zapamiętać jego paskudny ryj, w czym dotychczas nie widział jeszcze sensu. To z kolei ostudziło nieco butę szwagra gubernatora, choć był odrobinę słaby na umyśle zrozumiał nie jest dobrze gdy jest się pamiętanym przez Pioruna i przeprosiwszy za swą „niezamierzoną” nieuprzejmość popędził zawiadomić brata swej brzydkiej, starej i swarliwej żony, że przybył interesant. Nie minęło dużo czasu i otworzyła się mała furtka w bramie przez którą wychynęła głowa Solsa.

- Towarzyszu broni hę... pan gubernator zaprasza... hę prosi jednak, aby drogę od bramy miasta do jego rezydencji pokonał pan piechotą... bez broni i aby pańscy ludzi pozostali za murami... hę to jest palisadą.- w czasie gdy to mówił z siodeł swych koni zeskoczyło dwóch kawalerzystów, na ich twarzach malowały się szerokie uśmiechy, tak jakby zeskoczyli z koni od tak sobie, przez ból tyłka. Podeszli do niczego nie spodziewającego się Girima, który całe swoje możliwości umysłowe wkładał w tym momencie w sklecenie zdania i sprawnie wyciągnęli go z za furtki (naprawdę nie był to bystry człowiek). Kilku innych wskoczyło w chwilę później z obnażonymi mieczami przez furtkę, której nie zdążyli zamknąć zaskoczeni milicjanci. Po krótkiej bezkrwawej szamotaninie cała brama otwarła się na oścież ukazując oczom Rigera kilkudziesięciu zdezorientowanych obrotem sytuacji milicjantów celujących ze swych kusz i wymachujących krótkimi włóczniami oraz lekkimi toporami, a także kilkunastu jego ludzi, z których prawie każdy zasłaniał się rozbrojonym i wziętym do niewoli obrońcą bramy.

- Towarzyszu broni, hę... – zaczął z wyrzutem samozwańczy pułkownik niemile łechtany niezwykle dużym i ostrym nożem sierżanta Clijstersa w gardło, ale szybko przerwał po tym jak Kragoth na niego spojrzał.

- Jeszcze raz nazwiesz mnie towarzyszem broni, ty gubernatorska kurwo, a zrobię sobie z twoich flaków huśtawkę na najbliższym drzewie. - Powiedział Piorun, po czym machną na swoich żołnierzy i bez jakichkolwiek oznak strachu wjechał na ich czele przez bramę. Tymczasem po drugiej stronie palisady w kierunku całego zajścia pędziło coraz więcej uzbrojonych mieszkańców miasta. Zwabiały ich tam z powierzonych im przez przygłupiego dowódcę „stanowisk bojowych” krzyki kolegów. Wkrótce więc zebrał się spory tłum wymachujący dużą ilością żelastwa. Jednak mimo wojowniczych min nie wiedzieli co zrobić z tym co zobaczyli, Kragoth zgodnie ze swym przydomkiem błyskawicznie sforsował bramę, za którą czuli się bezpieczni i pojmał do niewoli dowódcę i paru bladych teraz jak topiący się śnieg „gwardzistów”. Jeżeli zaś dokonał w kilka chwil czegoś o czym ich wódz jeszcze rano zapewniał, że „jest niemożliwe, hę”, to zgodnie z logiką niewiele dłużej zajmie mu wyduszenie takich marnych robaków jakimi teraz się czuli. Tak więc gdy Piorun wjechał przez bramę nie zważając na wycelowane w niego kusze tłum posłusznie się rozstąpił. Zwarta kolumna pomaszerowała w kierunku skromnego drewnianego pałacu Harlama, gdzie zatrzymała się, poczym Dowódca wraz z kapitanem i nieodłącznym sierżantem Clijstersem zeskoczyli z koni. Kragoth nie zwrócił uwagi na małe drzwi z boku wsparł się ciężko i otwarł wielkie podwoje i wraz z dwoma swymi ludźmi pomaszerował przez liczące sobie ponad pięćdziesiąt kroków mocno zaciemnione pomieszczenie. Na bocznych skromnie przyozdobionych tandetną bronią ścianach paliło się kilka świec rozjaśniających półmrok. W końcu sali na podwyższeniu siedział gubernator przyjmujący teraz kilku zgiętych w ukłonie chłopów, którzy widocznie przyszli po prośbie. Po obydwu stronach siedzącego za stołem władcy tej marchii stało czterech strażników. Kilka kroków przed podwyższeniem i nieco z prawej miał swoje miejsce skarbnik i doradca jaśnie pana - Peter Coel, teraz skrzętnie zapisujący rozporządzenia. Niewątpliwie wszyscy ci ludzie doskonale wiedzieli co zaszło przed chwilą przy bramie lecz niczego nie dawali po sobie poznać. Skryba okazał nawet zdziwienie i zerwał się ze swego miejsca by zastąpić drogę nadchodzącym.

- Pan gubernator jest zajęty proszę zaczekać na swoją kolej! - krzyknął oburzony podbiegając i wymachując przy tym rękami. Kragoth podniósł prawe ramię i usunął nim ze swej drogi przeszkodę jakby od niechcenia w ogóle się przy tym nie zatrzymując, jednak na tyle energicznie, że młody Coel znalazł się na najbliższej ścianie, o którą jeszcze na dodatek rozbił sobie głowę. Pułkownik nawet nie spojrzał w jego kierunku, usunął sobie z drogi kopniakiem jednego z interesantów, który nie zdążył zrobić tego sam, poczym zbliżył się do sprawcy porannego „dowcipu” i z rozmachem uderzył pancerną pięścią w stół, który dzielił ich jako ostatni. Papiery znajdujące się na stole oraz przybory do pisania podskoczyły, a jeden z kałamarzy przewrócił się wylewając swą zawartość.

- O co chodzi? Słucham. - gubernator wydawał się zachowywać zimną krew.

- O co chodzi!? Ty się pytasz o co chodzi konhijski psie?! – pułkownik w gniewie wszystkich cywilów nazywał konhijczykami, nie zrobiło to więc na gubernatorze żadnego wrażenia tym bardziej, że uważał mieszkańców prowincji Dolna Lekesh, popularnie zwanych konhijczykani, za ludzi gospodarnych i pożytecznych.

- Myślę że powinien pan spuścić nieco z tonu, jako cesarskiemu... - zaczął Le Quine.

- A ja myślę, że zamiast z tobą gadać powinienem odrąbać ci ten głupi złodziejski łeb, może to nauczyłoby cię szanować cudzą własność! Oddawaj ją i oby była w dobrym stanie!

- Jeśli chodzi o tę kobietę którą dziś uwolniłem to sam pan przecież wie, że miałem obowiązek to uczynić jako strażnik prawa na tych ziemiach. - zareplikował ze spokojem gubernator.

- Obowiązek mówisz! Obowiązek, kurwa! Jaki obowiązek!? Przecież też masz niewolników... - W tym momencie pułkownik zrozumiał, że gubernator sam nie wierzy w to co mówi, a to znaczy, że próbuje mu coś powiedzieć między wierszami. Ponieważ nie był w humorze aby prowadzić gierki słowne, uspokoił się trochę i po chwili zadał rzeczowe pytanie, równocześnie opierając obydwie dłonie na dębowym blacie stołu.

- Oddasz kobietę?

- Oddam ci te trzysta sztuk złota, zmuszę Lutiensa by zwrócił ci jeszcze dziś twój katowski miecz i dorzucę za... - tu Harlam przerwał szukając odpowiedniego słowa - fatygę... kobietę, którą wczoraj kupił mój brat. Widziałeś ją jest bardzo piękna i z pewnością potrafi dać mężczyźnie wiele przyjemności. Myślę, że to uczciwy układ.

- To znaczy, że jej nie oddasz?

- Dostaniesz inną i swoje pieniądze, czego jeszcze chcesz? - zniecierpliwił się gubernator.

- Wy cywile wszyscy jesteście porąbani i pewnie dlatego nie jesteście w armii. - stwierdził Kragoth - Wczoraj mogłeś się targować do woli, dzisiaj ona jest już moja. Jak się nią zadowolę to może ci ją odsprzedam po tym jak przeżyje noc z moimi kadetami. Skończmy więc te bzdurne gadanie, bo nie mam czasu. Oddaj kobietę.

- Wciąż nie rozumiesz... – tu siedzący za stołem pochylił się lekko i podparł kciukami podbródek, przez chwilę marszcząc przy tym czoło jakby przypominając sobie jaki stopień ma jego rozmówca- poruczniku... - powiedział i na chwilę zamilkł napawając się wrażeniem jakie zrobiło na Kragothu to że świadomie zdegradował go o dwa stopnie w dół. Poczym bezczelnie wycedził resztę zdania – ta kobieta jest po prostu dla ciebie za dobra, ty zawszawiony nie znający swego ojca obozowy kundlu.

Piorun tymczasem dławił się potworną wściekłością. Znalazł się na tym pograniczu nie przez przypadek. Stało się to po tym jak został pozbawiony dowództwa przez swego bezpośredniego dowódcę marszałka Shornera i to za co, nie za przegraną bitwę, nawet nie za niewykonanie rozkazu, tylko, za tych parę głów za dużo, które strącił tłumiąc powstanie przeciwko cesarzowi. Banda nie znających się na prowadzeniu wojny idiotów. Shorner postawił go podstępnie przed sądem wojskowym, po czym zdegradował do najniższego oficerskiego stopnia - porucznika i skazał na śmierć przez wbicie na pal. Cesarz, który znajdował się dzień drogi od całego zajścia przybył błyskawicznie, ale zamiast pozbyć się tego żałosnego starca ograniczył się tylko do anulowania kary śmierci i nominowania świeżo upieczonego porucznika do stopnia pułkownika. A przecież był już generałem, w którym wszyscy widzieli przyszłego marszałka. Po tych upokorzeniach spotkały go następne, wysłano go tu wraz z nielicznymi oficerami z jego wiernego korpusu, aby założył... Uwaga! Uwaga! - szkołę na pograniczu. Wielu jego ludziom nie podobało się takie traktowanie dowódcy, ci trafili na pal, lub do twierdzy Brakh. Jego własny korpus... korpus kawalerii, który stworzył z takim wysiłkiem i który okazał się tak skuteczny- rozwiązano, ludzi rozproszono po innych jednostkach. Miał więc szkolić tu na tym osranym zadupiu młodych oficerów, podoficerów i szeregowców, co gorsza nie ufano mu i dano mu tutaj jeszcze strażnika, i to jakiego strażnika. Kiedyś brygadier Luka Lutiens oddawał mu z uniżonością honory wojskowe, teraz on musiał oddawać honory brygadierowi Lutiensowi. Mimo tego wszystkiego, całej tej niesprawiedliwości i niewdzięczności wykonywał swoje nowe obowiązki najlepiej jak umiał, tak dobrze, że szkoła kilkakrotnie zwiększyła swoje początkowe rozmiary i miał teraz pod bronią więcej ludzi, niż Lutiens. Właśnie dlatego gubernator wciąż słał listy z prośbami o dodatkowych żołnierzy, a także organizował swą godną pożałowania milicję.

Wszystko to wróciło do pułkownika w jednej chwili gdy usłyszał słowo „porucznik” i w tej samej chwili odebrało mu niemal mowę.

- Ty... pierdolący... swą... matkę... bezmózgi... - dławił się wściekłością, wyciągając równocześnie powoli z pochwy miecz z wyraźnym, usprawiedliwionym zamiarem odrąbania głowy zuchwalca - śmierdzący... ścierwojadzie... - tu gubernator okazał mocne zdenerwowanie tym, że nowy miecz Kragotha jest już prawie do końca wyciągnięty, cofnął się szybko na oparcie równocześnie lekko prawie niezauważalnie obracając głowę. Instynkt, który wielokrotnie ratował Piorunowi życie podpowiedział mu, że coś jest nie tak. Wszyscy wiedzieli, że tylko samobójca nazwałby go porucznikiem, a Harlam nie był samobójcą, czterej strażnicy byli zbyt spokojni, a kotara za gubernatorem lekko się poruszała, zupełnie jakby za nią stało jeden, lub nawet kilku ludzi z lekkimi kuszami. Tknięty tym przeczuciem odwrócił głowę, i przez drzwi które zostawił otwarte zobaczył swoich ludzi otoczonych przez ludzi Lutiensa, z których kilku weszło już do tego pomieszczenia. Gdyby był na miejscu Harlama wydałby teraz rozkaz ludziom, którzy znajdowali się za kotarą, do strzału. Czekał więc przez kilka chwil w pozycji w jakiej zrozumiał, że znajduje się w pułapce z na wpół wyciągniętym mieczem, po czym dopiero dotarło do niego, że le Quine wcale nie chciał go sprowokować, jak przed chwilą przyszło mu do głowy, tylko po prostu się zagalopował w rzucaniu obelg. Widocznie więc ludzie za kotarą byli tam tylko, na wypadek, gdyby Kragoth nie wytrzymał. Po raz niewiadomo, który w życiu jego zapalczywość okazała się słabsza od jego szczęścia, czy też jak kto woli głupoty innych ludzi. W owym czasie niewiele było głupszych pomysłów, od narażenia się w sposób, w jaki zrobił to gubernator, pamiętliwemu gorącokrwistemu Piorunowi. Na ten czas musiał się on jednak opanować, wepchnął miecz z powrotem na swoje miejsce zmełł w ustach niezrozumiałe dla nikogo przekleństwo, splunął na stół i ruszył w kierunku wyjścia mijając po drodze wciąż leżącego wieśniaka, na którego ustach pojawiła się krwawa piana. Jego przerażeni towarzysze nie zdecydowali się mu pomóc, gdyż bali się stojącego przy poturbowanym sierżanta patrzącego na nich wrednym wzrokiem. Pułkownik roztrącił na boki ludzi Lutiensa hardo próbujących go zatrzymać, wskoczył na konia przyprowadzonego mu przez podkomendnego i spojrzał przeciągle w niebo. Czuł że bóg daje mu jakiś znak, że to co się dziś zdarzyło nie jest zwykłym przypadkiem, męcząca go od wielu miesięcy łamigłówka rozwiązywała się sama.

- Niech tak będzie, skoro tak być musi. - rzekł i ukłuł konia ostrogami. Dwustu czarnych jeźdźców na ciężkich koniach ruszyło z kopyta i pomknęło między drewnianymi chatkami nie zwracając uwagi na nic co stało im na drodze. Nim dotarli do bramy przejechali kilku osadników i jednego żołnierza garnizonu, po raz kolejny w tym dniu prawie doprowadzając do zbrojnego starcia. Wypadli na drogę, gdzie jeszcze przyspieszyli, rozciągając się w długą podnoszącą kurz z drogi kolumnę. Cwałujące konie szybko przeniosły ich z powrotem na dziedziniec, z którego niedawno wyruszali. Pułkownik osadził konia nieomal w miejscu, także podkowy zryły ziemię. Plac właśnie zapełniał się na powrót żołnierzami, którzy pragnęli dowiedzieć się co przyniosła wyprawa do miasta, nie widzieli dziewczyny i doskonale rozumieli, że to zły znak. Tymczasem, dowódca zamienił kilka słów z Clijstersem, który przybył zaraz za nim, potem, gdy sierżant zasalutował, i oddalił się by wykonać rozkaz, Piorun rozkazał porucznikowi informować się o wszystkim co będzie się działo między fortem i miastem. I spojrzał krytycznie na wypełniony masą ludzi plac.

- Bacz... ność!!! - Wydarł się lekko zmęczony szybką jazdą kapitan Vance. Na tę komendę zbrojni błyskawicznie zwarli szyki i wyprężyli się tworząc obraz, który sprawił, że Kragoth poczuł się nieco lepiej. Przejechał wolno przed frontem swych żołnierzy patrząc na nich z uznaniem, podziwiając równość żelaznych szeregów i twardość spojrzeń, które wracały do niego niosąc ten sam podziw i uznanie. W końcu zatrzymał się tak, by mieć przed sobą centrum szyku.

- Gotowiście na śmierć?!! - zaryczał, wznoszą się w strzemionach, tak głośno, że mógłbym przysiąc, że krzyk ten odbił się echem między barakami. Odpowiedział mu ryk piętnastu setek gardzieli niosący się donośnie, aż do fortu i docierający głuchym pomrukiem, aż do uszów mieszczan. Żołnierze niczym wygłodniałe brytany czujące już zapach krwi i mordu złamali przy okrzyku szyki, jedni wyrwali miecze z pochew i zaczęli bić nimi w tarcze, inni wznosili długie piki, gizagmy, kusze i łuki w powietrze wymachując nimi przy okazji. Ziemia lekko drżała jakby przestraszona tym co działo się na jej powierzchni.

Tymczasem Brygadier Luka Lutiens z przypasanym do boku Himdalem stał z lunetą na wysokiej wieży obserwacyjnej stojącej w obrębie jego fortu, tak wysokiej (nie przez przypadek), że mógł z niej dojrzeć ponad drzewami co się działo wewnątrz palisady otaczającej szkołę. Patrzył i słuchał dochodzącego stamtąd dźwięku bez strachu. Był starym żołnierzem, który widział już kilka bitew w swym życiu, a śmierci się nie bał, podobnie jak ludzi i zwierząt. Wierzył w regulamin wojskowy i cesarza, pozostawiając ważkie decyzje i myślenie innym, dlatego właśnie wysłano go na tę odległą placówkę - bo ufano w jego wierność. Był tu po to by utrzymać spokój, i lojalność wobec cesarza i zamierzał tego dokonać, do dziś był nawet pewien, że mu się to uda, teraz jednak przez tego głupiego cywila całe jego starania rozsypywały się jak domek z kart podczas trzęsienia ziemi. Dziś rano próbował wyperswadować temu podstarzałemu bawidamkowi jego idiotyczny pomysł, lecz nic z tego nie wyszło, teraz sytuacja osiągnęła temperaturę piekielnego ognia i już nie ulegało wątpliwości, że ktoś się w tym ogniu będzie musiał usmażyć. Schodził z wieży powoli zastanawiając się nad tym co robić, doszedł do wniosku, że przede wszystkim musi pogadać z gubernatorem. Na dole czekał jego młody zastępca z nerwowym zapytaniem „co teraz?”.

- Nic. - odpowiedział Luka - jadę do miasta, a ty przejmujesz dowodzenie.

- Ale... - zdenerwował się wizją samodzielnego odpierania ataku, o którym myślał, że nastąpi zaraz po tym jak tamci skończą się wydzierać.

- Żadne „ale”, trzymaj bramy zamknięte i niczego się nie bój, a w razie czego wyślij do mnie kogoś z wiadomością.

- Ale… - zaczął znowu kapitan Menger.

- Odmaszerować! - Lutiens uciął dalszą dyskusję.

- Tak jest, panie brygadierze! - oficer zasalutował swemu dowódcy i poczłapał przygnębiony w kierunku schodów prowadzących na wysoką drewnianą palisadę, z której miał dowodzić. Brygadier powoli wsiadł na konia i pokłusował na nim niespiesznie w kierunku miasta. Przy okazji zobaczył ponad dwudziestu jeźdźców wypadających przez odległą bramę. „Rozpoznanie” pomyślał, wiedział że od teraz będą oni krążyć po najbliższej okolicy podobnie jak ci, których wysłał on sam, nad ranem zaraz po „odbiciu” tej przejmującej dreszczem w spodniach piękności. Dojechał do miasta, gdzie przyjął go zdenerwowany tłum z Harlamem le Quine na czele. Zsiadł z konia i poszedł porozmawiać z gubernatorem w cztery oczy do jego małego gabinetu. Usiedli naprzeciw siebie przedzieleni małym rzeźbionym biureczkiem, które zostało przywiezione ze stolicy, gospodarz nalał do pięknych kryształowych kielichów wina, po czym zaległa cisza, w której żołnierz ze spokojem delektował się trunkiem, natomiast cywil próbował opanować wreszcie drżenie rąk, które nie opuszczało go od czasu, gdy ręka Kragotha powędrowała w kierunku miecza. Zarówno wino, jak i kielichy były prezentami od żony, z czasów, gdy jeszcze dawali sobie nawzajem prezenty. Na kielichach widniały misternie wykonane malutkie przedstawiające biesiadujących ludzi „rzeźby” jak je nazwał w myślach, prosty nienawykły do zbytków brygadier. Przyglądał się z rosnącym zainteresowaniem dziecka, które dostało nową zabawkę, gubernator nigdy nie częstował go winem, uważając wszystkich żołnierzy, których znał za nędznych niewychowanych gburów, od których można się tylko czymś zarazić. Tak więc, aż do dziś stary wiarus nie miał u swego przełożonego większych względów niż przydrożny pies. Lekko oszołomiony zaskakującą gościnnością zapomniał o całym świecie podziwiając dzieło sztuki które trzymał w dłoni, z której nie zdjął rękawicy, i zastanawiając się dlaczego taki wielki pan pije z tak pięknych pucharów takiego sikacza. W końcu gubernator nie wytrzymał:

- No i…


- No i co? - Brygadier nie oderwał nawet oczu od kryształu wyraźnie lekceważąc swego rozmówcę.

- Co teraz!? - zdenerwował się Harlam.

- Nie wiem, myślałem że jaśnie pan - tu włożył maksymalną ilość szyderstwa na jaką było go stać - powie mi co teraz?

- Nie jestem żołnierzem i…

- A szkoda, bo gdybyś nim był, to wiedziałbyś, że nie należy wkurzać Kragotha, ale to już ci mówiłem - Lutiens pozwolił sobie przejść na ty ze zdenerwowanym gubernatorem.

- Proszę się nie zapominać oficerze, zwraca się pan do cesarskiego urzędnika.

- Mam to w dupie, muszę wykonywać twoje rozkazy, taki jest mój obowiązek, ale to nie znaczy, że cię szanuję. - Luka powiedział ze spokojem i satysfakcją słowa, które chciał wypowiedzieć już w dniu, w którym oddał władzę na tych ziemiach na ręce łysego i grubego głupka, który przed nim siedział.

- Postawię cię przed sądem! - Le Quine uniósł się honorem

- Zamknij się!!! - wrzasnął Luka, tak niespodziewanie porzucając swój spokój, że ręce Harlama zaczęły się mocniej trząść. - A teraz posłuchaj uważnie tego co ci powiem. Przez całe życie wykonywałem rozkazy, były wśród nich takie, które szanowałem i takie, których nie rozumiałem, a nawet takie, których nie chciałem wykonać, ale żaden z nich nie był tak idiotyczny, jak ten dzisiejszy. - tu brygadier nieco się uspokoił i znowu zapadła krótka cisza, którą już bardzo pokornie przerwał gubernator.

- Co pan proponuje?

- Oddaj mu tę kobietę, przeproś i módl, aby to wystarczyło.

- Nie! - urzędnik wyraźnie nie chciał współpracować.

- Zrozum durniu, że jeśli to zrobisz, to wszystko pewnie wróci do normy.

- Ten człowiek mi groził

- A komu on nie groził? – Luka machną ręką.

- Ale, po tym nieszczęsnym „poruczniku” on prawie obciął mi głowę.

- Jakim poruczniku?

- Wyrwało mi się - gubernator skłamał - przez roztargnienie nazwałem go porucznikiem.

- …???

- Co?! - Harlam zdenerwował się kwaśną miną brygadiera.



- Wiesz, chyba nie wystarczy, jak mu oddasz kobietę i przeprosisz, najlepiej weź mój miecz - tu Lutiens wyciągną swoją broń i podał ją zaskoczonemu Le Quinowi, który odruchowo wziął ją do ręki - idź przed bramę Kragotha i wypruj sobie na jego oczach flaki, to będzie…

- Zwariowałeś, co to, głupi żart! - Harlam odrzucił z przerażeniem miecz, ręce dygotały mu jeszcze bardziej.

- To nie żarty, jak to zrobisz…

- Nikt nie będzie nikomu wypruwał wnętrzności, zrozumiano!!! - cywil nerwowo sięgnął po wino i zaczął je rozlewać wokół kielicha, do którego nie mógł trafić.

- No nie wiem, powiedz to pułkownikowi. - zarechotał wyobrażając sobie próby takiego tłumaczenia.

- Wy żołdacy, nic tylko byście zabijali niewinnych ludzi! - Harlam zerwał się, i zaczął wymachiwać wskazującym palcem prawej ręki w powietrzu.

- Siadaj. - Harlam od razu opadł z sił i usiadł, a dowódca garnizonu kontynuował - Pozwól, że ci wyjaśnię, mam pod bronią tysiąc stu ludzi, z czego trzystu jest jak wiesz na patrolu razem z młodym Gerdem. Kragoth ma ludzi tysiąc pięciuset ma więc przewagę, ale najgorsze…

- A moja milicja?

-Twoja milicja to łajzy i tchórze, więc się nie liczą, ale niech skończę. Najgorsze jest to, że jego ludzie umrą dla niego z rozkoszą, a moi umrą bo muszą. - przyznał z rozbrajającą szczerością brygadier. - Chcę teraz wiedzieć co w związku z tym zamierzasz?

- Zaraz… przecież ty… ty chcesz stoczyć z nim bitwę! - gubernator wydawał się być zaskoczony - ja… ja zabraniam, to wbrew prawu! - Brygadier był skonfundowany, a o czym od samego początku rozmawiamy pomyślał.

- Jakie prawo, co ty gadasz? Zresztą nieważne. Zgodnie z regulaminem chcę się dowiedzieć czy mam wolną rękę?

- Nie!!!


- Jak to nie? To kto będzie dowodził w bitwie?

- Nie będzie żadnej bitwy! Rozumiesz?! Ty i twoi ludzie macie natychmiast stawić się w mieście, razem będzie bezpieczniej.

- Ale…

- Żadne ale! Natychmiast! - gdy Harlam usłyszał o bitwie zaczął się trząść cały.



- Zrozum…

- Nie! Nie! Nie!- rozhisteryzował się gubernator - Natychmiast! Słyszy pan natychmiast! To jest jakiś wasz spisek, wy wszyscy jesteście tacy sami! Z radością byście zabijali, gwałcili i rabowali! Ale ja nie dam się nabrać! Nie! Wiem, że razem to ukartowaliście, a potem wszystko spadnie na mnie! - Lutiens wstał w tym momencie z głośnym westchnieniem i zaczął zbierać się do wyjścia. - Natychmiast! Słyszysz to bezpośrednie polecenie! Ty i twoi ludzie, wszyscy tutaj macie być!

- Tak jest durniu. - powiedział jakby do siebie brygadier zamykając za sobą drzwi.

- Coś ty powiedział! - wrzasną przytłumionym przez drzwi głosem le Quine - złożę na ciebie raport! Tak nie wolno! Zrobię z wami wszystkimi porządek!

Brygadier wsiadł na konia z poczuciem, że całkowicie pokpił sprawę, głupi urzędas zdenerwował się i zaczął podejmować głupie decyzje. Miał pięć setek ciężkiej jazdy i co on teraz z nią zrobi każe tym wszystkim kawalerzystom piec placki za palisadą, i to palisadą przez którą przedostałyby się nawet dzieci. Można było myśleć, o otwartej bitwie, wtedy te pięć setek byłoby coś warte, albo bronić się w dobrze przygotowanym forcie, albo bronić się w mieście z gównianą i długą palisadą na którą nie starczy ludzi. Przez chwilę, pomyślał, aby nie wykonać rozkazu, i bronić fortu blokując tym samym każdy manewr wykonany przeciwko Mukadenowi. Nigdy jednak, nie wykroczył przeciw dyscyplinie i teraz również nie znalazł w sobie dość sił ku temu. Więc po tym jak wjechał do swego fortu zebrał swych ludzi i ogłosił im, że mają się zbierać, sam poszedł do swej kwatery, po dziewczynę którą wczoraj kupił i która tak mu smakowała. Była trochę narowista, lecz każda dzierlatka jest taka na początku, Luka solennie sobie obiecywał, spłodzić z nią kilku synów, o ile oczywiście przeżyje następny dzień. Niestety gdy otworzył małe pomieszczenie, przyległe do jego pokoju stwierdził, że dziewczyna odłamała z którejś z desek długą i ostrą drzazgę, którą wbiła sobie następnie w serce. I niech ktoś powie, że kobiety nie są niewdzięczne, wydajesz na nią wszystko co masz, okazujesz jej uczucie, a ona bezczelnie robi coś takiego, wszystkie one są takie same - bezduszne. A tak w ogóle przesądny żołnierz potraktował to jako naprawdę zły znak.

Rozdział 3.

Piorun nie mógł uwierzyć w to co widział ludzie Lutiensa wyjeżdżali na równinę obok swego fortu, może więc jednak nie doceniał odwagi ich dowódcy, dowódcy który zamierzał przyjąć bitwę w polu, który przejmował tym samym inicjatywę i który dawał mu wyzwanie. Więc dobrze - dostanie to czego chce. Zbiegł po schodkach z palisady i zebrał swych oficerów, by omówić z nimi plan bitwy, nim jednak zdołał przemówić, któryś z żołnierzy doniósł, że kawaleria, która właśnie wyszła z fortu zamiast przyjąć bojowy szyk frontem ku szkole zakręciła i zmierza w kierunku miasta. Kragoth pobiegł z powrotem na palisadę, by osobiście przekonać się czy to prawda, przyłożył do oka lunetę i zarechotał radośnie.

- Ha, ha, Głupcy! Chcą się bronić w mieście! Jeśli bóg chce kogoś zgubić, wtedy odbiera mu rozum! – wykrzyknął do sierżanta Clijstersa, stojącego tuż obok niego. Jeszcze raz spojrzał przez szklane oko, potem na chwilę się zamyślił, pomruczał coś pod swoim nosem, zlustrował szybko cały teren dzielący go od miasta, poczym zbiegł po schodach i wydał kilka rozkazów idąc w kierunku swego konia, którego trzymał jeden z szeregowców. Wskoczył na niego i obrócił się do ludzi Vanca, spojrzał na nich przeciągle jakby chcąc coś powiedzieć, lub może o coś zapytać, poczym zakomenderował.

- Otworzyć bramę!

Lutiens od dłuższego czasu biegał w kółko i wydzierał się na swoich oficerów, gdyż niezaplanowane opuszczenie fortu pociągnęło za sobą spory rozgardiasz. Piechota uszykowała się dość szybko, lecz z kawalerią było gorzej, zanim powyprowadzali konie, zanim założyli na nie i na siebie zbroje i zebrali się do kupy minęło trochę czasu, i zjadło to sporo nerwów brygadiera. Każdy z dwóch szwadronów, którymi dysponował, a które nazywano kopijniczymi składał się ze stu kopijników w pełnych zbrojach zarówno dla ludzi jak i dla koni, oraz ze stu pięćdziesięciu konnych kuszników w lżejszym uzbrojeniu ochronnym. Pierwszy szwadron którym dowodził osobiście był jak zwykle szybszy, tym bardziej, że to właśnie on był niedawno w mieście. Lutiens postanowił więc nie czekać na drugi, dowodzony przez jego zastępcę i wyjechał na szeroką ścieżkę prowadzącą ku miastu, zawczasu wydając rozkaz by piechota wyszła zaraz po jego oddziale, nieliczna nieuzbrojona czeladź miała wyjść na końcu, po drugim szwadronie. Fort był umieszczony na lekkim wzniesieniu w ten sposób, że jego brama skierowana była ku brodowi odległemu o dwa i pół tysiąca kroków. Jeśli przejechało się tysiąc kroków w kierunku brodu wtedy docierało się do drogi, gdy skręciło się w lewo na tym skrzyżowaniu wtedy miało się szkołę w odległości trzech i pół tysiąca kroków, a jeśli w prawo wtedy po przejechaniu dwóch i pół tysiąca kroków można było zapukać do bram Mukadenu. Tak duże odległości i rozproszenie sporych sił wojskowych spowodowane było, jak już wspominałem wzajemnymi antagonizmami trzech najważniejszych tutaj ludzi. Początkowo stacjonowali tutaj tylko żołnierze, czyli Kragoth i Lutiens, wkrótce jednak ktoś wykopał tu kawałek złota, i cesarz rozkazał założyć miasto. Ponadto region przemianowano z przygranicznego w gubernię a co za tym idzie przysłano cywilnego urzędnika i wraz z nim rzesze osadników. Harlam okazał się być sprawnym organizatorem, aczkolwiek na swoje nieszczęście, nieczułym na jakiekolwiek rady swego wojskowego zastępcy Lutiensa. Miał na uwadze tylko wygodę, a żeby ułatwić handel koniecznie musiał mieć pod ręką przystań, tak więc w ostateczności Mukaden zbudowano przy rzece z pominięciem jakichkolwiek reguł bezpieczeństwa z dala od silnie bronionego fortu i z marnymi perspektywami na odparcie jakiegokolwiek ataku. O tym właśnie myślał brygadier Lutiens, gdy jechał na czele swych ludzi. Zaraz za pierwszym szwadronem wymaszerowywała piechota, drwiąca z nie mogącego dojść do ładu drugiego szwadronu. Po dojechaniu do drogi Lutiens świadom tego, że jest bacznie obserwowany, zmienił kierunek i zakręcił w kierunku miasta. Nie ujechał jednak daleko, gdy zatrzymały go niepokojące krzyki z tyłu:

- Panie brygadierze! Panie brygadierze! – krzyczeli jego kawalerzyści pokazując palcami do tyłu. Lutiens nie mógł nic dojrzeć i zaniepokojony wyjechał na malutki pagórek nieopodal. Dostrzegł z niego , że ze szkoły wyjeżdża kawaleria. Natychmiast machnął na swoich ludzi, którzy zawrócili i pogalopowali za swym dowódcą na skrzyżowanie dróg. Tam rozkazał im ustawić się w cztery szeregi, dwa pierwsze po pięćdziesięciu pancernych z kopiami, dwa następne po siedemdziesięciu z okładem lżej zbrojnych, równocześnie pokrzykiwał na piechotę by szybciej zwierała szyk na jego lewym skrzydle, wysłał też posłańca by drugi szwadron czym prędzej wychodził z fortu. Tymczasem w oddali nie widać było ani pośpiechu, ani co ważniejsze błysków broni. Uspokoiło to trochę Lutiensa, a gdy zobaczył, że za dwiema setkami jeźdźców Vanca zamknęła się brama, uspokoił się już zupełnie. Przez lunetę wyraźnie widział Pioruna ustawiającego szwadron w czwórki, czyli szyk marszowy zanosiło się na rozmowę, na którą brygadier nie miał ochoty. Posłał następnego człowieka z informacją dla kapitana Mengera, z szyderczą informacją, że nie musi się już spieszyć, bo na bitwę się nie zanosi, po czym podjechał do szyku piechoty.

- Nie ma sensu abyście tu stali, ruszajcie do miasta - rozkazał porucznikowi Bernal dowódcy kompani piechoty, która właśnie skończyła ustawiać się na lewym skrzydle kawalerii - Kragoth nie jest głupcem – kontynuował już jakby sam do siebie - poczeka, aż zamkniemy się w mieście, potem o świcie wyprowadzi swój tysiąc piechoty i weźmie nas szturmem, w polu jesteśmy coś warci, a za palisadą Harlama - gówno, nic nie będziemy mogli poradzić, chyba tylko jakiś cud nas uratuje, albo może Gerd zdąży wrócić. Cholerny świat! – stary porucznik zasalutował i wydał kilka krótkich rozkazów, po których piechota zwinęła się jak wąż i pomaszerowała drogą ku miastu. Lutiens tymczasem dalej czekał na czele swych ludzi, aż pułkownik podjedzie bliżej spodziewał się, że ten będzie próbował namówić go na przejście pod swoją komendę, czyli na zdradę, pewnie odwoła się do swego autorytetu, powie coś o braterstwie broni i tak dalej, może wymyśli jeszcze jakieś kłamstwa, lecz przekona się, że Lutiens nie sprzeniewierzy się regulaminowi. Piorunowi jednak nie spieszyło się widać do rozmowy, gdyż jego kolumna poruszała się jak żółw, koń Lutiensa zaczął szczypać trawę, piechota oddaliła się mocno, a Menger zaczął w końcu wyjeżdżać z fortu gdy Kragoth wreszcie pospieszył trochę swą kolumnę, która przeszła ze stępa w kłus. Zbliżył się na trzysta kroków i podniósł zgiętą w łokciu rękę, czarni jeźdźcy zwolnili i zatrzymali się. Lutiens uderzył kolanami swego konia, zamierzał rozmawiać z pułkownikiem sam na sam w połowie drogi, w tym momencie jednak wzniesiona do góry dłoń Pioruna opadła w ten sposób, że cała ręka stała się prosta wskazując jego ludziom linię, na której mają się ustawić. Szwadron Vanca w ciszy ustawił się w ósemki, co poszło wyjątkowo sprawnie, raz dlatego, że żołnierz był doskonale wyszkolony dwa, uwierzcie mi, staremu wydze że przejście z czwórek w ósemki, to prawie najprostszy manewr w kawalerii, tak prosty, że prostszy jest tylko ten który następuje po rozkazie – „Gwałcić i rabować!!!”. Lutiens całkowicie zaskoczony obserwował co wyprawia się przed jego oczami. Kragoth tymczasem na skrajnym lewym miejscu pierwszego szeregu wyciągnął miecz z pochwy i pochylił go w przód, w tym samym momencie cała kolumna wciąż jeszcze cicha najeżyła się mieczami, a widoczna w oddali brama otwarła się wypuszczając galopującą z obnażoną bronią lekką kawalerię porucznika Stockiego:

- Szyk!!! Zewrzeć szyk!!! – zaryczał Lutiens do swych ludzi, gdy kolumna Kragotha ruszyła na przód. Pancerni Lutiensa nudzący się dotychczas rozluźnili odstępy między sobą, teraz jednak widząc czarną kolumnę pędzącą w ich kierunku błyskawicznie zwarli się na powrót. Na nic więcej nie starczyło jednak czasu. Pierwsze szeregi pochyliły kopie, a następne odrzuciły na komendę nie naciągnięte kusze i wyszarpnęły długie kawaleryjskie miecze. W tym momencie dziko rycząca wymachująca mieczami wataha wpadła na nich. Huk żelaza i kwik ginących koni zlał się z okrzykami wściekłości i przerażenia. Rozpędzeni Kragothijczycy, mimo lżejszych zbroi w pełni wykorzystali impet i efekt zaskoczenia. Ludzie Lutiensa gęsto zasłali pole na którym stali. Jednakże był to stary bitny żołnierz nie nawykły do łamania szyku. Szeregi zafalowały niczym ciało śmiertelnie ugodzonego smoka, nie pękły jednak. Zaczęła się krótka straszna rzeź, napastnicy uderzyli w lewe skrzydło głęboką kolumną, z mocą która sprawiła, że te cofnęło się i wygięło do tyłu, prawe skrzydło i centrum natomiast pozostały nienaruszone i choć czarni jeźdźcy nie przeszli od razu na wylot szyku pancernych, szybko przerąbywali sobie przezeń drogę. Kragoth prowadzący swych ludzi w pierwszym szeregu cudem ominął wycelowany w jego pierś grot kopii, by zaraz potem zderzyć się z jej właścicielem. Utrzymał się jednak w siodle, choć z trudem. Tamten nie miał tyle zwinności siły i szczęścia, i padł razem ze swym koniem pod kopyta. Kragoth błyskawicznie odzyskał równowagę, ściął najbliższego jeźdźca sparował dwa uderzenia z boków, kątem oka dojrzał, jak jeden z pancernych bierze szeroki zamach, by ugodzić Clijstersa. Był za daleko by sięgnąć tego człowieka, lecz dość blisko by końcówką miecza trafić łeb konia na którym tamten siedział. Koń skręcił się i upadł nie pozwalając dosiadającemu zadać ciosu. Piorun nie patrzył jednak na to, gdyż z trudem odbił kolejne dwa ciosy z lewej strony, wzniósł się w strzemionach i ciął potężnie przełamując zastawę i powalając kolejnego jeźdźca. Zawył przeraźliwie dodając tym otuchy swym ludziom i przerażając wrogów. Widząc jak zuchwale poczyna sobie ich dowódca Kragothijczycy niczym wściekłe wilki natarli na pancernych i nie zważając na straty zaczęli przeć przed siebie pchani dodatkowo z tyłu, przez rozpędzone następne szeregi. Przybywający na pomoc z prawego skrzydła i centrum nie zdążyli zatamować błyskawicznie rosnącej próżni, wkrótce wygięty do tyłu szyk kopijników został przerwany, i rozepchnięty. Kilkunastu z tych, którzy zostali po prawej stronie wyłomu, pozbawionych pomocy towarzyszy padło, lub cofnęło się, tak że ostatecznie lewa flanka Lutiensa przestała istnieć.

Tymczasem kapitan Menger z przerażeniem obserwował to co dzieje się na jego oczach. Jego ludzie wyjechali z fortu w dwójkach i byli rozciągnięci w długą kolumnę. Podobnie jak jego dowódca i jak wszyscy inni na tym polu spodziewał się, że Kragoth chce tylko rozmawiać, w końcu tylko głupiec porwałby się z jednym szwadronem lekko zbrojnych na pięć setek kopijników. Na czele swej kolumny marszowej był w odległości pięciuset kroków od miejsca gdzie stał pierwszy szwadron, gdy zobaczył „czarnych” Pioruna ruszających do szarży, był tak blisko, że usłyszał głos Lutiensa: „zewrzeć szyk”, który szybko zginął we wrzawie atakujących. Serce skoczyło mu do gardła, gdy zobaczył, jak szybko Piorun przerąbuje sobie drogę na wylot, od razu zrozumiał też, że trzeba iść swoim na pomoc, kompletnie zaskoczony nie wiedział tylko, czy ustawić wpierw zwarty szyk i szarżować, czy też może po prostu dołączyć się do zbijania. Stracił tak kilka cennych chwil, zobaczył jak Kragoth zabija konia na którym siedzi Lutiens, jak ten pada pod kopyta i zrozumiał, że na jakiekolwiek ustawianie nie ma czasu, wyrwał miecz rozkazał odrzucić kopie i pogalopował na nieprzyjaciela. Nie zdążył jednak, Kragothijczycy przeszli na wylot, nie zatrzymali się i znów zaczęli się rozpędzać. Wyglądało to, jakby ich celem nie byli wcale kopijnicy Lutiensa, lecz jakby ci po prostu stali im na drodze. Przebili się przez nich i kontynuowali kierunek swego ataku. Tak więc gdy Menger dojeżdżał do miejsca bitwy, to nagle opustoszało, nie zdecydował się natomiast na pościg, gdyż wpierw chciał uporządkować ludzi, ogarnąć sytuację i zobaczyć co z dowódcą. Lutiens żył, któryś z jego żołnierzy zdołał wyciągnąć go spod końskich kopyt nim czarni po nim przejechali i teraz trzymał go na rękach, ale widać było, że jego chwile są już policzone, zbroja była powyginana i oblepiona kurzem pomieszanym z krwią, gdy zobaczył kapitana czerwona piana wystąpiła mu na usta, wyciągnął do niego rękę i chciał coś powiedzieć. Kapitan zeskoczył z konia, podbiegł do brygadiera, ten chwycił go za bark przyciągnął do siebie, jego twarz drżała z wysiłku, tak bardzo chciał przemówić, nie zdołał jednak. Ostatkiem sił chwycił w lewą rękę miecz za głownię tuż pod jelcem i uderzył nim w pierś kapitana, aż zadudniło. Menger zaskoczony chwycił Himdala za rękojeść i w tym momencie ranny zemdlał.

- Co teraz? – zapytał któryś z sierżantów. Ale kapitan nie zareagował wpatrując się w miecz. Wtedy sierżant chwycił go za ramię i powtórzył

- Panie kapitanie!

- Słucham. – oficer w końcu się ożywił.

- Nasza piechota! – tu wyciągnął rękę w kierunku miasta. – i Stocki! – ręka sierżanta obróciła się w drugą stronę ukazując lekką kawalerię, która już prawie przy nich była. Menger spojrzał najpierw na piechotę Bernala, która nie stchórzyła i uszykowała się w czworobok. Była to piechota lekka, przygotowana raczej do obrony muru, niż walki w polu. Nie mieli też ani kusz, ani łuków, gdyż wszyscy piechocińcy wyposażeni w tę broń byli właśnie na patrolu z von Meninem, nie było ani pik, ani haków tylko gizarmy długie włócznie, miecze i kolczugi. Kragoth, który przejechał po kopijnikach Lutiensa teraz w kłusie zmieniał szyk swych ludzi w cztery szeregi i był już prawie przy czworoboku, jasnym było, że za chwilę przejdą w galop i nastąpi szarża, której Bernal choć liczniejszy nie wytrzyma długo. Z drugiej strony kawaleria Stockiego w pełnym galopie szła prosto na nich chcąc jakby poprawić po czarnych, byłby to czyn iście samobójczy, gdyż byli lżej zbrojni od szwadronu Vanca, a efekt zaskoczenia dawno już minął. Dalej za nimi przez bramę obozu warownego, którym szkoła faktycznie była, oraz przez liczne przejścia w palisadzie i kładki, które przerzucono przez okalający rów wychodziła już piechota i pędziła co sił w ich kierunku nie martwiąc się o szyk.

- Chwytać się za kusze, ci co nie mają kusz do mnie. – ryknął zdecydowanie kapitan. – Pomścimy dowódcę, wy za mną! – wykrzyknął do pancernych skupiających się wokół niego. – poruczniku Assoini zostajecie w odwodzie z kusznikami. – machnął ręką i ruszył na czele swych ludzi w kierunku szwadronu Stockiego. Jeśli pokona go jednym uderzeniem, wtedy zmusi do zatrzymania się piechotę i zada jej straty co utrzyma ją na jakiś czas z daleka, dzięki czemu zapewni sobie bezpieczny odwrót do Mukadenu. Bernal powinien wytrzymać jakiś czas, a potem kapitan nadjedzie i uderzy z wszystkimi ludźmi na czarnych. Z przodu Kragoth będzie miał piechotę, a z tyłu jego przyszłego barona, którym już się widział w nagrodę za wygranie tej bitwy i obronę honoru cesarza, nie miał wątpliwości, w chwili gdy utnie łeb Kragothowi jego własnym mieczem te starcie skończy się tak samo nagle jak się zaczęło.

Początek planu wymyślonego naprędce przez Pioruna poszedł jak z płatka, całkowicie zaskoczył Lutiensa, który być może już nie żyje, przecież nie bez powodu poprowadził kolumnę na to miejsce w szyku, w którym go dostrzegł, wiedział że na nic zda się namawianie go do sprzeniewierzenia się cesarzowi. Na razie nie wiedział jeszcze, że to właśnie jego posłał na ziemię wraz z koniem, gdy ratował życie Clijstersowi. W wirze bitwy ciężko jest cokolwiek dostrzec. Spodziewał się, że przełamanie szyku kopijników przerazi i wykurzy piechotę z pola za palisadę miasta, zawiódł się jednak, Bernal uszykował się w czworobok i spokojnie czekał na pułkownika. Kragoth wydał komendę jego ludzie zwolnili zwarli szyki i pomknęli do szarży tym razem wobec słabszego przeciwnika szerokim frontem. Stratowali z dzikim wrzaskiem pierwsze szeregi, następne stawiły jednak zaciekły opór zachęcani przez swego dowódcę do boju. Piechota szarpana z trzech stron ponosiła ciężkie straty, ale nie cofała się ufając zapewne w to, że wkrótce ich wódz Lutiens przybędzie im z odsieczą. Pułkownik w końcu to zrozumiał, skrzyknął więc kilkunastu swoich ludzi i naparł w jednym miejscu szczególnie mocno, by przebić się do środka czworoboku rozerwać go, lub chociaż zabić porucznika. W tym momencie jego koń padł trafiony w łeb gizarmą, na szczęście walczący obok niego Clijsters przytrzymał go i nie pozwolił mu upaść pod kopyta. Coraz bardziej rozwścieczony oporem i brakiem ukochanego miecza w dłoni, Piorun nie chciał się wycofać do tyłu przez lukę, którą uczynili mu jego podkomendni i w przypływie szaleństwa chciał walczyć pieszo, lecz Clijsters nie pozwolił mu na to i wyciągnął go z pierwszej linii. Kragoth złapał konia pozbawionego jeźdźca i chciał wrócić do walki, lecz zobaczył, że Menger zostawił część swych ludzi z kuszami, aby zajęli konnych łuczników Stockiego, a sam z resztą jedzie na odsiecz piechocie. Zrozumiał, że nie ma chwili do stracenia. Jeśli kopijnicy podjadą zbyt blisko i uda im się zaatakować, wtedy nikt z jego ludzi nie wyjdzie z tej opresji z życiem, potrzebował więc przestrzeni by ich wymanewrować. Bez hełmu z krwią na twarzy płynącą z rozciętej skóry na skroni zakrzyknął do odwrotu, a była to ostatnia chwila dla piechoty, gdyż zasłała ona pole, na którym stała tracąc połowę ludzi i nieomalże już łamiąc szyk. Czarni kawalerzyści cofnęli się do tyłu, oni też ponieśli straty, lecz w tej walce nie było to nawet czterdziestu ludzi. Odstępowali więc z żalem, bo widzieli już jak wrogowie łamią szyk i jak oni pędzą ich przed sobą, do nieodległej zamkniętej bramy Mukadenu tratując i tnąc po karkach uciekających. Szybko zerwali się do galopu na komendę Rigera pozostawiając za sobą stos ciał, wśród których między innymi znalazło się pozbawione prawego ramienia okrwawione ciało kapitana Vanca.

Harlam le Quine z poszarzałą ze strachu i obrzydzenia twarzą spoglądał na widowisko, które się przed nim działo. Pierwszy raz w życiu oglądał bitwę i nie mógł w niej dostrzec tego piękna, które dostrzega w nim wojownik. Ale z drugiej strony nie można się temu dziwić, wiadomo przecież, że prawdziwych mężczyzn potrafiących to docenić, można spotkać tylko w armii. Gubernator zaczął powoli rozumieć, że w ciągu ostatniej doby popełnił masę błędów, i teraz ogląda ich skutki. A oglądał jak ci sami ludzie, którzy dzisiaj rano wjechali do miasta za pułkownikiem Kragothem teraz wyrzynają liczniejszą od siebie piechotę Lutiensa. Widział jak Menger rusza na czele prawie trzech setek na spotkanie Stockiego i pierwszy raz w życiu modlił się za jakiegoś żołnierza, ale bóg mu nie pobłogosławił, ponieważ bóg nie słucha tchórzy. Stocki nie był głupcem i zanim nastąpiło zderzenie rozdzielił swój szwadron na dwie części które odskoczyły na boki dezorientując szarżujących kopijników. Ciężkie bojowe konie pokryte żelazem nawet gdyby chciały nie mogłyby w ostatniej chwili zmienić kierunku biegu. Porucznik słusznie ufając w lekkość i zwrotność swych koni w pełnym galopie ominął z obu stron pancernych Mengera. W chwilę potem konni łucznicy rozluźnili szyk, okrążyli ludzi, którzy zostali w odwodzie i zasypali ich gradem strzał, w odpowiedzi dostając rój bełtów z kusz. Ludzie Stockiego strzelali częściej i byli w ciągłym ruchu, co z jednej strony utrudniało im celowanie, ale z drugiej chroniło przed pociskami. W sumie jednak ponosili cięższe straty ponieważ nie chroniły ich żadne zbroje, a kusznicy nie dość, że w napierśnikach to jeszcze chronili się za końmi, z których zsiedli. Jasne było, że lekkokonni nie wygrają tego pojedynku, lecz przecież chodziło tylko o to by wytrzymali do momentu, aż dobiegnie piechota, zbliżająca się teraz szeroką chmarą do miejsca bitwy, Stocki miał po prostu umożliwić pikinierom przebycie drogi od szkoły do skrzyżowania szybko i bez przeszkód i to zadanie wykona z pewnością. Kapitan nie zawrócił co prawda, lecz nie zdecydował się na stoczenie boju z pięć razy silniejszym przeciwnikiem. Zmusił jedynie piechotę do tego, by się zatrzymała uformowała czworobok otoczony lasem pik. Stracił kilku ludzi, którzy padli trafieni bełtami wystrzelonymi ze środka czworoboku i zawrócił. Gdyby miał czas mógłby blokować w ten sposób piechotę dowodzoną przez kapitana Carrere, lecz niestety tego czasu nie miał, ludzie Bernala ginęli desperacko próbując utrzymać szyk - musiał przybyć im z odsieczą. Zawrócił więc i pogalopował w stronę Mukadenu, spróbował po drodze dopaść kilku chociaż kawalerzystów Stockiego, co nie udało mu się z tego samego powodu, co poprzednio, stracił tylko kilku kolejnych ludzi, którzy padli od strzał, które znalazły jakoś drogę przez płytowe zbroje okrywające ludzi i konie.

Czarni Kragotha zerwali się do galopu, który wkrótce miał przejść w cwał, początkowo chcieli oni powtórzyć manewr Stockiego, lecz szybko stało się jasne, że to nie będzie możliwe. Menger nie powtórzył drugi raz tego samego błędu. Jego ludzie rozpadli się na dwie części i jechali szeroko dwiema grupami po obu stronach drogi zaledwie kłusem, każda z grup ustawionych w trzy szeregi, mogła w razie czego wykonać skromny ale z pewnością wystarczający manewr. Dookoła miasta rozsiane były chatki w których mieszkali chłopi, pełno tu było bud dla psów, młodych drzewek w miniaturowych sadach i innych zawadzających w ruchu dupereli, a najgorsze były liczne drewniane płoty i ogrodzenia, praktycznie uniemożliwiające teraz jakikolwiek szeroki unik. Pozostawało Kragothowi uciekać w tył wzdłuż palisady miasta, lub przygotować się na czołowe zderzenie z pancernymi, które mogło mieć katastrofalne skutki. Każdy inny dowódca rozważyłby jeszcze w tej chwili krótkiej jak błysk światła na spadającym katowskim mieczu czy nie zrezygnować ze zwartego szyku i spróbować przejechać bokami luźną chmurą jeźdźców, ale pułkownik nie łudził się, wtedy zastępca Lutiensa, którego rozpoznał z daleka rozluźni też swój szyk i wykorzystując przewagę uzbrojenia wytnie w kilka chwil praktycznie bez walki przynajmniej połowę jego ludzi. Pozostawała mu więc tylko jedna silna karta w tej grze - dzięki swej szybkości i rozproszeniu przeciwnika to on mógł wybrać miejsce uderzenia. Czarni zwolnili by uszykować wąski klin i pomknęli na spotkanie kopijników. Kragoth wybrał grupę, którą miał ze swej lewej strony, brakowało tam wielu kopii, gdyż przeważali tam ludzie z tego szwadronu, który na początku bitwy je odrzucił. Łomot i trzask który nastąpił przy zderzeniu był tak mocny, że Harlam patrzący z palisady na starcie skulił się, a rzadkie włosy stanęły mu dęba. W mgnieniu oka z drogi podniósł się kurz i przykrył kotłowaninę ludzi i koni. Umierający wyli pod końskimi kopytami, a dźwięk stali uderzającej o stal mieszał się z przerażającym kwikiem miażdżących się nawzajem zwierząt. Te dźwięki nie pozwoliły spocząć włosom Harlama z powrotem na łysinie, najchętniej uciekłby teraz do swego gabinetu i wypił cały alkohol, który znalazłby na swej drodze, ale ciekawość i strach przed tym co stanie się, gdy Menger przegra zmusiły go do pozostania na miejscu. Chmura kurzu nie pozwoliła mu jednak dostrzec kto wygrywa, ostatnie co dostrzegł to drugą grupę kopijników wykonującą ciasny zakręt i wpadających w wir walki.

Tymczasem Kragoth był w ciężkich opałach, prawie udało mu się przejść na wylot, tak jak za pierwszym razem, ale tym razem szczęście i zaskoczenie nie dopisały. Jego ludzie, którzy znajdowali się przed nim padli przy zderzeniu, przewracając przy okazji kilku pancernych, Piorun świadom tego że nie ma czasu do stracenia, wbił miecz w przyłbicę najbliższego wroga i zaryczał:

- Naprzód!!! Naprzóóód!!! – A wszyscy którzy go słyszeli zdwajali wysiłki i parli do przodu, znowu pancerni zwierali szyk a oni znowu jak poprzednio, jak za pierwszym razem niesieni wściekłością i nienawiścią które czerpali od swego wodza przełamywali szyk elitarnej cesarskiej kopijniczej jazdy pancernej. Dokonywali tego, o czym opowiada się dzieciom i wnukom, stawali się bohaterami. Już prawie rozrywali szyk żelaznych jeźdźców, już okrzyki radości wyrywały się z ich ust, gdyż widzieli już wolność, wyjście z tej beznadziejnej sytuacji, gdy nagle przybył w to krytyczne miejsce kapitan Menger z Himdalem w dłoni. Miecz błysnął po trzykroć i po trzykroć ludzie kragotha spadli w czarne objęcia śmierci. Okrzyki radości zamieniły się w okrzyki przerażenia. Tymczasem gdyby nie opuszczona przyłbica pogromcy, wszyscy zobaczyliby na jego twarzy zamiast triumfu - zdziwienie. Kapitan był dobrym szermierzem potrafiącym docenić siłę i skuteczność każdej broni, całe dzieciństwo spędził na ciężkich ćwiczeniach szermierczych z braćmi i ojcem, które pozwoliły mu potem zostać oficerem w jednostce w której jego ojciec był zwykłym towarzyszem. Tutaj oficer musiał oprócz wzorowych ocen z dowodzenia mieć umiejętność walki wyższą niż przeciętny kawalerzysta. Tak więc Kith Menger był z pewnością dobrym szermierzem, ale pierwszy raz w życiu widział coś takiego. Gdy zadał pierwszy cios przysiągłby, że broń poprowadziła jego rękę dalej, jakby podpowiadała jak obrócić ostrze. Trzej czarni jeźdźcy padli i nawet nie dane im było zrozumieć co się stało, następny wytrzymał kilka uderzeń i on też padł, potem Clijsters spróbował przebić zuchwalca, ale jego pchnięcie odbite zostało z zachwycającą wirtuozerią i nim zdołał zasłonić się tarczą lub mieczem poczuł zimną stal w ramieniu. Z pewnością w następnej chwili zginąłby, ale w tym momencie kilku jego kolegów natarło na kapitana. Pułkownik zrozumiał, że nie zdoła się przebić, jego ludzie byli już zmęczeni i zaczynali coraz gęściej padać. Odrzucił tarczę i przytrzymał wolną ręką mdlejącego rannego Clijstersa. Wzniósł się w strzemionach i rozejrzał, stalowi jeźdźcy wykorzystywali wyższość jaką dawała im ich masa i spychali jego topniejący szwadron na pobliskie zabudowania, na razie jednak nie okrążyli ich zupełnie, właśnie ta strona, którą chcieli przyprzeć do płotów i ścian wciąż była wolna, choć i ta przestrzeń robiła się coraz mniejsza. Carrere właśnie kończył rozprawę z pozbawionymi dobrego oficera kusznikami, dawali oni teraz tył w nieładzie stale kąsani przez Stockiego, który widać nie zamierzał przyjść z mu z pomocą i narażać swe życie. Kątem oka dostrzegł jeszcze kolejnego ze swych ludzi padającego bez głowy przed Mengerem na ziemię:

- Do tyłu!!! Wstecz!!! Cofać się głupcy!!! – ryczał tłumiąc niemal bitewny zgiełk i wskazując swoim na lukę z tyłu – Komu wierność!!! Komu życie miłe!!! – Ten ostatni argument najlepiej trafiał w tym momencie do jego ludzi. Resztkami sił za cenę życia część wsparła zaciskające się kleszcze a reszta nie dbając o niepotrzebny w tej sytuacji szyk poczęła wyjeżdżać w tył. Ci co byli na pierwszej linii pozbawieni w jednym momencie wsparcia z dalszych szeregów padli skłuci i stratowani, wielu innych jednak wymknęło się z pogromu, i szybciej rozpędziło konie od ścigających ich kopijników, których zresztą zaraz zatrzymał w miejscu rozkaz dowódcy. Czarni wybrudzeni, okrwawieni i spoceni wymienili jeszcze kilka wściekłych ciosów z uciekającymi przed piechotą konnymi kusznikami i już po chwili wpadli w przejście, które uczynili im pikinierzy nadciągający w jednej dużej ciasnej kolumnie. Potem natychmiast zwarli szyk i na powrót zaczęli przypominać monolit. Na zewnątrz maszerującego równo w kierunku pancernych i miasta ugrupowania pozostała tylko trzymająca się blisko rozproszona kawaleria Stockiego.

Liczący niespełna trzydzieści wiosen Kith stał ze swymi ludźmi pod bramą Mukadenu, przez którą przed momentem przeszły resztki pobitej piechoty Bernala. Sam nie zamierzał się za nią chronić, była to jego pierwsza i jak słusznie przypuszczał ostatnia bitwa, ale nie znaczyło to w jego rozumieniu, że ma to być bitwa zakończona ucieczką. Przyniósłby tym ujmę wszystkim, którzy służyli w macierzystej jednostce, której większość znajdowała się teraz w stolicy pełniąc zaszczytną służbę przy cesarzu. Uszykował więc do szarży regulaminowo - z przodu ciężko zbrojnych z tyłu lżej zbrojnych i już chciał wydać rozkaz do ataku gdy z wnętrza zbliżającego się czworoboku wyjechał samotny jeździec trzymający w dłoni miecz za głownię na znak, że chce rozmawiać. Kapitan wyjechał sto kroków do przodu i zatrzymał się oczekując na zbliżającego się kłusem Pioruna, trzymając przy tym obnażony miecz w dłoni. Kragoth podjechał tak blisko, że aż obydwaj zetknęli się kolanami i powiedział:

- Przyłącz się do mnie.

- Nigdy! – odpowiedział dzielnie kapitan.

- Więc zginiesz!

- Idź do diabła!!! – odrzekł zdenerwowany trochę tą nieuchronną wizją obrońca Cesarstwa i nie czekając dłużej zawrócił do swoich, tu stanął z lewej strony pierwszego szeregu i podał komendę do ataku. Trzystu lśniących w słońcu promieniami odbitymi od mieczy i zbroi jeźdźców pomknęło na spotkanie swego przeznaczenia. Pikinierzy pochylili swoją broń, a w tylnych szeregach uniosły się kusze, haki, widły bojowe i gizarmy.

Jakiś czas potem w kierunku Mukadenu podszedł kapitan Carrere w celu rozmowy, z tyłu za nim zakończono sprzątanie pobojowiska z rannych, a zwycięska piechota uskrzydlona zwycięstwem, którego właśnie posmakowała szykowała drabiny w wyraźnym zamiarze wzięcia szturmem i wypatroszenia miasta, które mieli przed sobą.

- Bernal! – zawołał kapitan.

- Czego chcesz zdrajco!

- Jesteśmy towarzyszami broni pamiętasz! Więc czemu nazywasz mnie zdrajcą! – odparł jakby zdziwiony Carrere.

- Bo wystąpiłeś przeciw Cesarzowi Psie! Zabiliście brygadiera!

- To nie prawda! – obruszył się kapitan.

- Jak to przecież on nie żyje!? – teraz zdziwiony był porucznik.

- To się zgadza, ale nieprawdą jest to, że jesteśmy zdrajcami! – odpowiedział kapitan wywołując tym wybuch śmiechu wśród żołnierzy za palisadą.

- Może jeszcze powiesz, że to my jesteśmy zdrajcami, ha!?

- Właśnie, dobrześ to ujął to wy jesteście zdrajcy i psy! – spokojnie i powoli odkrzyknął Carrere.

- Ty zawszawiony kundlu zaraz poczęstuję cię bełtem z kuszy, choć jesteś posłem!

- Nie zrobisz tego znam cię jesteś honorowym wojownikiem, może któryś z tych tchórzliwych milicjantów zrobiłby to, ale oni zostawili cię samego i pochowali się w domach.

- Banda niedojd! – zaklął Bernal – nie są mi potrzebni!

- To prawda, ale czy warto za nich umierać!

- To mój obowiązek zdrajco i moja wierność Cesarzowi!

- Po raz drugi nazwałeś mnie zdrajcą, a sameś zdrajca!

- Dawaj kuszę! – krzyknął Bernal do jednego ze swoich ludzi, który zabrał tę broń jakiemuś czmychającemu milicjantowi.

- Nie chcesz wiedzieć czemu jesteś zdrajcą!? – głos kapitana lekko zadrżał gdy zobaczył on kuszę w rękach Bernala.

- Nie!

- Bo służysz zdrajcy! – Ta nieproszona wypowiedź padła w ostatniej chwili.



- … Jak to!? – podniósł zdziwiony głowę znad kuszy, która mierzyła już idealnie między oczy stojącego na dole.

- Gubernator jest zdrajcą! – wykrzyknął twardo i pewnie podwładny Pioruna. – To on doprowadził do tej bitwy!

- To prawda! – porucznik był jakby zaskoczony tym odkryciem.

- My tego nie chcieliśmy, ale Lutiens był niewzruszony, wiecie – tu zaczął zwracać się nie tylko do porucznika, ale do wszystkich jego ludzi. – wiecie, jaki był z niego służbista!

- Prawda. Prawda. - Zaczęli mówić do siebie wszyscy na palisadzie.

- Za bardzo się słuchał tych perfumowanych bawidamków!

-Prawda, prawda.

-Cisza tam! Bo łby poukręcam! – uciszył piechotę Bernal. – a ty nie wieszaj psów na dowódcy, bo w końcu się doprosisz!

- Dobrze! – skwapliwie zgodził się Carrere. – Widzieliście zabraliśmy waszych rannych z pola, od was też nic nie chcemy, starczy na dziś zabijania w imię tego trefnisia gubernatora! Przyłączcie się do nas i otwórzcie bramy!

- Nie mogę! Regulamin!

- Co to zmieni, że wytracisz swoich ludzi, tylko to że w stolicy będą się cieszyć, że nie muszą płacić wam żołdu!

- To prawda, ale nie mogę!

- Zastanówcie się, jak się zdecydujecie wezwijcie nas, nigdzie się nie ruszamy! – odkrzyknął kapitan i odszedł. Bernal tymczasem musiał stanąć oko w oko ze swoimi ludźmi, którym nie podobało się to, że zostali sami na palisadzie i czeka ich śmierć przez głupotę jakiegoś cywila. W końcu po długich prośbach i błaganiach porucznik skapitulował. Jemu też nie w smak było to, że ma położyć głowę w obronie kogoś kogo sam chętnie by ukatrupił. Przed zachodem słońca brama się otwarła i Kragoth wmaszerował do miasta. Gubernator nie mógł uciec, gdyż kawalerzyści Stockiego bacznie obserwowali całą palisadę, nikt się nie wymknął. Teraz miasto było opustoszałe, wszyscy mieszkańcy przerażeni tym co widzieli dzisiejszego dnia pochowali się w domach. Wojsko jednak zachowywało się bardzo spokojnie, nikt nie biegał i nie gwałcił, niczego nie spalono, jedynie dość szorstko poproszono mieszkańców aby pomogli przy rannych, których było zbyt wielu jak na możliwości garnizonowego lazaretu. Piorun tymczasem poszedł z kilkoma ludźmi prosto do rezydencji gubernatora. Przed jego gabinetem spotkał skamlającego o łaskę księgowego Coela z obandażowaną głową.

- Mogę się przydać! Mogę, naprawdę, jestem uczony w rachunkach! – nerwowo powtarzał młody Peter.

- Ja też! – odpowiedział mu na to Kragoth i wzniósł pięść do ciosu, który z pewnością roztrzaskałby przerażoną twarz.

- Wiem gdzie pieniądze! Zaczekaj!

- Może faktycznie się przydasz? – zastanowił się Piorun - Ale teraz nie mam czasu. – rzucił chłopaka do tyłu tam jakiś żołnierz schwycił go i zapytał.

- Ściąć?


- Nie. Wypłazować i wsadzić do jakiejś klatki, tylko go nie zatłuczcie i ma być przytomny, zrozumiano!

- Tak jest panie pułkowniku! – żołnierz pociągnął za sobą chlipiącego skrybę, który w głębi duszy gratulował sobie uratowania życia. Kragoth zrobił miejsce swoim ludziom, którzy wywalili balem drzewa zaryglowane drzwi do gabinetu, potem wszedł do środka i ryknął z wściekłości. Harlam nie był ciekaw co go czeka i zażył truciznę, potem zasztyletował związaną dziewczynę, którą odebrał o świcie prawnemu właścicielowi. Wszystko to musiało stać się przed chwilą, bo dziewczyna jeszcze żyła, podobnie jak siniejący i sztywniejący gubernator, który z uśmiechem wydukał:

- Masz, jest… twoja, ty… - i skonał nie zdążywszy wyrzucić z siebie obelgi.

- Nieeee!!! – zawył Kragoth – jak śmiesz pozbawiać mnie zemsty!!! Zabiłbym cię po tysiąckroć gdybym mógł, a nie mogę nawet raz!!! Boże, za co mnie prześladujesz!!! – tu Riger wzniósł głowę w poszukiwaniu nieba, z wyrazem cierpienia na twarzy, po chwili chwycił w obie ręce ciało Le Quina i niosąc je przed sobą obiecywał – Zbezczeszczę twojego trupa i nie koniec na tym, dopadnę wszystkich, którzy noszą w sobie twoją krew, zgwałcę i zarżnę twoją żonę i twoją matkę, ty psie, ty konhijski kundlu, a jak zdechnę to poszukam cię w piekle i wtedy się policzymy!!! – Z tymi słowami wyszedł wlokąc za sobą zwłoki, nie zwracając przy tym uwagi na to, że jeden z jego starych sierżantów pochyla się nad bladą jak płótno dziewczyną. Dostrzegł on, że sztylet nie wszedł tak jak powinien - prosto w serce i Marika choć lekko, ale jeszcze oddycha. Widocznie zabójca był zbyt zdenerwowany, a może nigdy wcześniej nie wbijał stali w czyjąś pierś, w każdym razie popełnił błąd. W normalnych warunkach sierżant nie kiwnąłby palcem by ratować jej życie, ale wiedział, jaką sumę dowódca wydał na nią dzień wcześniej, i pomyślał sobie: „Któż nie schyliłby się po trzysta sztuk złota.”




Rozdział 4
W jakiś czas po zachodzie słońca, wszyscy oddali się zasłużonym przyjemnościom - pułkownik ćwiartowaniu rodzeństwa le Quina, natomiast jego wilki pobijaniu rekordu w ilości wypitego wina i piwa. Tylko porucznik Stocki pozostał na służbie, była to kara za nie do końca dobrą postawę w bitwie. Tak więc konni łucznicy z zazdrością patrzyli na swoich kolegów radośnie uganiających się za mieszczankami i przewracających się o własne nogi. Następnego dnia o poranku wszyscy mieli się zebrać na placu w środku miasta, który wszyscy nazywali rynkiem. Piorun chciał ogłosić wielką nowinę, nieliczni domyślali się w głębi duszy co to za wiadomość i wpędzało to ich teraz w ponury nastrój tym bardziej, że te nie wesołe myśli miały do towarzystwa krzyki umierającej Dargi Sols. Większość jednak nie psuła sobie humorów próżniaczymi łamigłówkami. Słowem prawie wszyscy dobrze się tej nocy bawili, za wyjątkiem kilku głupców, którzy nie potrafią docenić kropli wina i dobrej kompanii. Nawet Kragoth zaczął w końcu odzyskiwać dobry humor i już prawie jego twarz się rozchmurzała, gdy przybył Stocki ze złą wiadomością. Stanął z daleka i zasalutował, kat właśnie zastanawiał się co jeszcze uciąć wykrwawiającej się Dardze, gdy go zauważył, od razu wyczuł, że porucznik nie ma dobrych wieści:

- Czego!


- Melduję, że mam złe wieści panie pułkowniku.

- Mogłeś wybrać sobie inny moment, teraz jestem zajęty. – odrzekł opryskliwie zagadnięty.

- Tak jest, panie pułkowniku! – odparł przybyły i czekał.

- Widzę, że nie zamierzasz sobie pójść?

- Nie, panie pułkowniku.

- A więc pewnie to coś ważnego, bo jak nie, to zaraz zajmiesz jej miejsce. – powiedział na to Riger wskazując na kobietę, która właśnie skonała.

- Tak jest, panie pułkowniku!

- Mów!


- Książe Gerd von Menin przybył.

- Kpisz ze mnie!?

- Nie, panie pułkowniku.

- Kurwa, czy nie będę miał chwili spokoju! Musieli kogoś po niego posłać przed świtem, ale i tak dziwne, że zjawił się tak szybko. – pułkownik przeszedł się kilka razy w kółko, poczym zatrzymał się przed swoim podwładnym stojącym na baczność. – Gdzie on teraz jest?

- Przeszli przez bród i idą w kierunku fortu.

- Dobrze, że Carrere tam został.Muszę pomyśleć, wyślij kogoś po oficerów. Chłopcy niech przestaną pić i zbiorą się do kupy, jak ktoś będzie pyskował, to osobiście z nim pogadam. Ruszaj!



- Tak jest, panie pułkowniku! – odrzekł łucznik i pobiegł

1   2


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna