Jest rok 505 według kalendarza Alaryka Świętobliwego, jako mnichowi Wielkiego Zakonu Świętej Krwi zlecono mi trzydzieści lat temu spisanie dziejów powstania I rozkwitu Cesarstwa



Pobieranie 160,46 Kb.
Strona1/2
Data01.01.2018
Rozmiar160,46 Kb.
  1   2

Rozdział 1.

Jest rok 505 według kalendarza Alaryka Świętobliwego, jako mnichowi Wielkiego Zakonu Świętej Krwi zlecono mi trzydzieści lat temu spisanie dziejów powstania i rozkwitu Cesarstwa . Słusznym jest bowiem aby młodzi uczyli się mądrości swych przodków, a i błędom uważnie się przyjrzeli. Przez ponad dwadzieścia lat studiowałem nieliczne dokumenty, pisma, listy i księgi aby dojść prawdy, która jest przecież największą z cnót. Rozmawiałem ze starymi ludźmi, słuchałem legend i opowiadań, które przekazywano sobie ustnie z pokolenia na pokolenie i teraz już wiem, że wielu bohaterów, o których marzyłem w dzieciństwie istniało naprawdę. Tak więc z wielkim mozołem uchyliłem rąbek tajemnicy skrywającej dawne czasy, lecz za mój trud spotkała mnie sroga kara. Mą księgę spalono, a mnie starca wyrzucono z zakonu, co poczytuję sobie za łaskę, gdyż jak mi doniósł mój bratanek, nie skazano mnie na uwięzienie w twierdzy Brakh tylko ze względu na mój wiek i wcześniejsze zasługi. Miłościwie nam panujący cesarz Dragan III raczył też zauważyć, że jeśli kiedykolwiek jeszcze napiszę podobne jak to ujął „porąbane idiotyzmy” to on nie zawaha się posłać mnie na tortury. Teraz jestem już dość stary aby nie czuć strachu przed bólem i śmiercią, a i agenci Ochrony nie kontrolują mnie już tak dokładnie i często jak kiedyś, uważając mnie za zgrzybiałego starucha, którym zresztą jestem. Ja jednak oszukałem ich: wiele dokumentów ukryłem u przyjaciół, pamiętam też wiele rzeczy mimo upływu lat i podeszłego wieku. Biorę więc na powrót pióro do ręki, abyś ty czytelniku, który się jeszcze nie narodziłeś mógł kiedyś poznać prawdziwą historię i wspomniał mnie, który jej odkrywaniu poświęcił życie. Nim jednak przejdę do spraw szczegółowych spróbuję nakreślić pobieżnie całą sprawę, tak abyś potem przyszły badaczu nie zgubił się w gąszczu dat, nazwisk i zdarzeń, które będę opisywał.
Początki cesarstwa są owiane mgłą tajemnicy. Sześćset, czy też może siedemset lat temu ludzi znających sztukę pisania było niewielu, a ci nieliczni zajmowali się ważniejszymi sprawami niż opisy otaczającego ich świata. Szczegółowo analizując mapy oraz kilka wzmianek w kronikach Trasków doszedłem do wniosku że wcale nie jesteśmy rdzennymi mieszkańcami tego terytorium, jak wielu chciałoby przypuszczać. Najprawdopodobniej nasi przodkowie wywodzili się z koczowniczych plemion z południa, lub co pewniejsze z zachodu (kolor oczu i włosów przeciętnego obywatela wyklucza północ). Jakiś wojowniczy wódz, którego imienia nigdzie nie zapisano na sto, może sto pięćdziesiąt lat przed Alarykiem scalił tych kilka plemion siłą, lub podstępem i ogłosił się królem. Traskowie zignorowali go, za co sto lat później zaczęli płacić wysoką cenę. Prężne państwo szybko rosło w siłę, a jego obywatele błyskawicznie się rozmnażali, konfrontacja z pokojowym imperium Trasków była nieunikniona. Wojny prowadzone przez kilkadziesiąt lat, zakończyły się całkowitym zwycięstwem barbarzyńców, którymi wtedy jeszcze byliśmy. Armia Dragana I Wielkiego tak dobrze dzisiaj wspominanego, o którym wciąż wymyśla się nowe coraz to wspanialsze baśnie, nie pokonała jak uczy współczesna historia „potężnego imperium zła zamieszkanego przez niewiernych” lecz w rzeczywistości zadała śmiertelny cios wspaniałej żywotnej cywilizacji bezpowrotnie zaprzepaszczając wielowiekowy dorobek ich nauki i kultury. Przez wiele późniejszych lat ścigano i mordowano potomków tych Trasków, którzy przetrwali rzeź i nie chcieli się zasymilować z najeźdźcami. Kres wiecznej ucieczce i degradacji tego wielkiego narodu położył dopiero Ulman IV Litościwy, w ostatniej chwili ratując go od kompletnej zagłady. Niestety spis ludności przeprowadzony w roku 269 wykazał 15340 Trasków, gdy tymczasem na tych ziemiach, w szczytowym okresie rozkwitu ich cywilizacji mogło ich zamieszkiwać nawet cztery miliony...Jak wielkimi zbrodniarzami byli nasi przodkowie i jakże łatwo rozgrzeszają ich nasi historycy, nie ja jednak będę ich sędzią, byli w końcu niewolnikami swej wojowniczej mentalności.

Faktem jest, że Dragan I, a potem jego następcy Ulman I i Ulman II oraz Deniss po pokonaniu Trasków przez wiele lat prowadzili wojny z wszystkimi plemionami, które spokojnie żyły w tym regionie przez wiele lat. Skutkiem czego Cesarstwo Camaign rozrosło się do monstrualnych rozmiarów częściowo cywilizując się dzięki styczności z lepiej rozwiniętymi narodami. Erę wielkich podbojów zakończył dopiero Ulman III, który postanowił umocnić kraj gospodarczo i skonsolidować jego ludność. Jego syn objął w 265 roku władzę w wieku niespełna dwudziestu lat, w tym momencie jego cesarstwo rozciągało się na niemal dwa tysiące mil szerokości i tysiąc sto długości. Wschodnią granicę obmywały wody Oceanu Wiecznych Burz, południowa część była wsparta o Wielkie Stepy, północna o morze Vorgha, od zachodu zaś przebiegała stosunkowo świeżo utworzona granica częściowo na rzece Inie, częściowo zaś na górach Mglistych i morzu Słonym, będącym faktycznie wielkim śródziemnym jeziorem. To właśnie wschodnia granica była powodem największych zmartwień młodego cesarza. Południowi koczownicy, górale zamieszkujący nad oceaniczne pasma górskie, oraz północni żeglarze zamieszkujący drugą stronę morza Vorgha, jak się zdawało nie stanowili, zagrożenia. Największy problem stanowiła zachodnia marchia odcięta od reszty cesarstwa górskimi łańcuchami, jeśli jakakolwiek armia chciała się w owych czasach dostać do Mukadenu nad Iną miała do wyboru tylko jedną sensowną drogę - ciężki i poskręcany trakt na styku gór Mglistych i morza Słonego (w owym czasie nie istniała regularna komunikacja wodna w tym rejonie, a próby obejścia gór od południa przez stepy z uwagi na odległość i dzikość terenów zawsze kończyły się źle). Armia została poważnie zredukowana ponieważ młody cesarz potrzebował pieniędzy na nowe drogi, uniwersytety, akwedukty, porty, wsie, miasta i tak dalej. Miłośnik nauki i sztuki nie zapomniał o potomnych i z czasów jego panowania mamy wiele informacji w postaci licznych kronik i dokumentów. Dzięki jego wysiłkom kraj bogacił się i rósł w siłę, podbite narody, z nad których pleców zdjęto bicz dozorcy, poczynały współpracować ze znienawidzonym najeźdźcą. Oczywiście na pełną asymilację i rezygnację dążeń niepodległościowych trzeba było czekać jeszcze sporo czasu, lecz pierwsze kroki poczyniono. Tymczasem w roku 278 spełniły się najgorsze oczekiwania Ulmana Łaskawego zachodnią marchię ogarnął pożar wojny, co gorsza wojna nie toczyła się z wrogiem zewnętrznym, lecz z buntownikami. Na dobrą sprawę nie wiadomo co stało się bezpośrednim powodem wybuchu rebelii, która wstrząsnęła całym ówczesnym światem i której polityczne skutki odczuwamy do dziś…
Fort Mukaden i pobliskie miasto o identycznej nazwie położone w odległości 1000 mil na zachód od stolicy imperium w pobliżu rzeki Iny pełniły wieloraką funkcję: były równocześnie nadgraniczną bazą wojskową, obozem szkoleniowym, składem dóbr ściąganych z okolicznych wiosek, oraz pełniły funkcję obronną dla największej w tym regionie kopalni złota. Stacjonujące tu dość duże siły wojskowe składały się przede wszystkim z piechoty i kawalerii brygadiera Lutiensa, stacjonujących w dobrze przygotowanym do obrony forcie i kadetów pułkownika Kragotha, których szkoła przypominała obóz warowny, z lekką palisadą i głębokim rowem dookoła. Dodatkowo można by doliczyć uzbrojoną milicję tutejszego gubernatora rekrutującą się z górników i mieszkańców miasta. Początek 278 roku był bardzo spokojny i wyjątkowo pogodny, wszystko zdawało się być w najlepszym porządku. Piętnastego lipca, jak zwykle o tej porze, przybyli do tego miasta handlarze niewolników wioząc ze sobą żywy towar. Rozłożyli się obozem w niedalekim sąsiedztwie miasta ignorując jak zwykle zaproszenie do wejścia w obręb palisady, które niezmiennie pachniało dla nich katowskim toporem. Tym razem jednak oprócz mężczyzn i kobiet, nadających się tylko i wyłącznie do pracy, na wozach znajdowało się coś wyjątkowego - trzy młode, niebieskookie blond piękności, czyli prawdziwe kobiety, które w rozbudowującym się nadgranicznym zmilitaryzowanym miasteczku przykuły uwagę każdego normalnego mężczyzny. Była to niespotykana gratka, gdyż z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów młody cesarz tolerował niewolnictwo tylko o tyle, o ile go nie widział, czyli na najdalszych krańcach swego imperium. Oficerowie z braku innych możliwości topili smutki w alkoholu i oddawali się cielesnym uciechom z tutejszymi kobietami, o których można było powiedzieć tylko tyle, że z pewnością nie mają w sobie nic z przysłowiowej zmysłowości marindzkich dziewcząt. Teraz mieli szansę wydać długo odkładane żołdy na prawdziwe rarytasy. Tymczasem łowcy bez zwyczajowej kilkudniowej akcji „marketingowej” przystąpili do licytacji. Było to trochę dziwne gdyż łatwo mogli się zorientować, że młodego księcia von Menin nie ma ani w mieście ani w garnizonie, a przecież był to człowiek zdolny oddać połowę majątku za piękną kobietę, a o takie miały iść targi. Z jakichś im tylko znanych powodów nie zamierzali zabawić w tym miejscu dłużej niż jeden dzień, może bali się, że gubernator zmieni nagle zdanie i stosując się do prawa każe ich powbijać na pale, a może spieszyło się im do innych ciekawszych spraw, w każdym razie licytacja miała być wyjątkowo szybka. I taka też była, po sprzedaży towaru „drugiej” kategorii, przystąpiono do spieniężenia towaru kategorii „pierwszej”. Z pewnością były to córy północnych piratów, na co wskazywał ich wygląd, nikogo jednak nie interesowało z jakiego bojowego okrętu je ściągnięto i jak to się stało, że dały się wziąć żywcem. Wszyscy, którzy zdążyli na licytację podbijali cenę, a handlarze nerwowo zacierali ręce. Pierwsza ze sprzedanych dziewcząt, kopnęła swego nowego właściciela w krocze i przeorała mu twarz paznokciami wściekle wykrzykując przy tym w swoim języku obelgi najcięższe z możliwych. Nie ostudziło to bynajmniej kupujących, wręcz przeciwnie gdy zobaczyli z jakim temperamentem mają do czynienia, krzyki stały się jeszcze głośniejsze, a twarze bardziej spocone z podniecenia. Sprzedaż drugiej „piratki” poszła również bez problemu, rzeczy nadzwyczajne zaczęły się dopiero przy trzeciej. Nieco niższa od swych towarzyszek Marika jak nazywali ją handlarze obdarzona była dziwnym magnetyzmem i dumą, która sprawiała że wydawała się być córką króla, lub też boginią lodowych mórz. W przeciwieństwie do dwóch pozostałych nie ciskała obelg i zachowywała się bardzo spokojnie wodząc tylko spojrzeniem, które na przemian zmrażało i rozpalało serca otaczających ją mężczyzn. Gdy w końcu przyszła na nią kolej zapadła więc cisza, która wobec hałasu sprzed chwili brzmiała jak wyzwanie na pojedynek. W końcu jednak ktoś krzyknął „dziesięć, dam dziesięć !!!” i dalej wszystko potoczyło się utartymi torami, handlowcy biadolili nad sknerstwem Camaignczyków, które wobec urody Mariki była wręcz obelgą, a oficerowie i urzędnicy cesarscy, w odpowiedzi wywracali mieszki i kieszenie na druga stronę. Wkrótce wszyscy zauważyli, że kadeci pobliskiej szkoły wojskowej nie biorą już udziału w licytacji, ponieważ włączył się do niej ich dowódca - sławny pułkownik Kragoth. Bardzo szybko zrezygnowali z niej też oficerowie regularnej armii, po części z szacunku, po części ze strachu przed człowiekiem, który ma opinię szaleńca i kogoś, kto nie bałby się wyzwać na pojedynek samego Gebha Armusa i jeszcze na dodatek go pokonać. Bardzo szybko na placu boju pozostali już tylko on oraz gubernator Harlam le Quine - ludzie nienawidzący się całymi duszami bezustannie uprzykrzający sobie życie na wszystkie możliwe sposoby. Widzowie świadomi uczuć jakie żywili do siebie ci dwaj ludzie z zaciekawieniem oczekiwali zakończenia licytacji.

- Dwieście! - ochryple krzyknął Harlam wycierając przy tym mankietem spoconą twarz. Suma była zawrotna i mało kto spodziewał się aby pułkownik miał ilość pieniędzy, która wystarczyłaby na zakup dwudziestu czystej krwi konhijskich rumaków (faktycznie nie miał ich). Nie oznaczało to jednak końca licytacji, podwładni swego dowódcy zebrali wszystko co przy sobie mieli i po szybkich obliczeniach pochmurna twarz „Pioruna” (tak powszechnie go nazywano) rozpromieniła się.

- Dwieście dwanaście sztuk złota!!!

Teraz z kolei le Quine znalazł się w kropce. Miał jeszcze sporo pieniędzy, ale był sknerą, a poza tym wiedział, że będzie musiał wytłumaczyć się z tak dużego wydatku przed żoną. Gdy wyjeżdżał na tę odległą placówkę po ciężkiej kłótni musiał się pogodzić z pewnymi niedogodnościami, nie mógł niestety pozwolić sobie na porzucenie jej ani na tak modne w tych czasach otrucie. Zamiast tego musiał wysyłać jej regularnie zarobione pieniądze, oraz księgi tak aby miała pewność, że nie zdradza jej z jakąś panną wysokiego urodzenia. Znosiła myśl, że jej mąż obmacuje wieśniaczki- w końcu ona też miała kochanków, lecz brała ich sobie z gminu i tego samego wymagała od męża, z którym już nie żyła pod jednym dachem. Mimo pokręconej moralności nie była pozbawiona swoistej logiki i słusznie mniemała że starego i niezbyt przystojnego Harlama można pokochać tylko za pieniądze. Zadbała więc o to aby przysyłał jej wszystko i nie miał żadnych nadprogramowych dochodów. Była córką marszałka Schornera, oznaczało to że lepiej jej zbytnio nie drażnić przynajmniej dopóki żyje jej porąbany tatuś, oznaczało to też, że miała specjalne względy u cesarza. W końcu nie przez przypadek trafił na koniec świata, mógł więc być pewien, że szef Ochrony Ivan Nagy przysłał tu swoich najlepszych ludzi i lepiej nie próbować robić przekrętów na cesarskim złocie, ani przyjmować łapówek. Oczywiście Wera le Quine próbowała wymusić na cesarzu aby po prostu pilnował gubernatorskiego penisa, lecz ten na to nie przystał, powiedział za to:

- le Quine niezbyt długo będziesz pamiętał dzień w którym ukradniesz moje pieniądze.

Harlam doskonale rozumiał co to oznacza, więc nie bez powodu dysputa z młodym skarbnikiem była tak burzliwa - wymachiwali rękami marszczyli czoła i pochylali się nad kartkami z rzędami cyfr, zaciskając pasa gubernator zdołał odłożyć przez cztery lata trochę złota, ale czy aż tyle. Sprzedający nie przeszkadzali im, gdyż z doświadczenia wiedzieli, że stracić już nie mogą, a zyskać tak. Po czasie jaki potrzebuje mała klepsydra aby przesypać się trzy lub czterech razy gubernator i jego księgowy doszli do jakiegoś porozumienia.



- Dwieście trzydzieści sztuk.- powiedział Harlam. Pokrzykiwania i hałasy które od pewnego czasu zamieniły się w cichy szmer rozmów prowadzonych półgłosem teraz ucichły zupełnie. Kragoth musiałby teraz zacząć sprzedawać swój dobytek aby przebić propozycję przeciwnika. Z drugiej zaś strony nie chciał, albo wręcz nie mógł, pozwolić aby poniżył go ten żałosny cywil. Teraz on wdał się w dyskusje ze swym zastępcą - kapitanem Carrere. Handlarze dalej spoglądali na widowisko ze stoickim spokojem, gubernator wyglądał jakby miał zaraz dostać zawału serca, a jego księgowy jakby właśnie przed chwilą połknął szczura w całości, Marika stała dumnie wyprostowana z rękami związanymi z tyłu, wszyscy inni zaś oszołomieni w ciszy zastanawiali się czy cała ta historia nie zakończy się przez przypadek rozlewem krwi. W końcu po długiej dyskusji pułkownik i kapitan musieli wpaść na jakiś pomysł gdyż padł krótki rozkaz i jeden z żołnierzy wskoczył na konia i jak poparzony pognał w kierunku fortu Lutiensa. Tymczasem Kragoth wyciągnął swój miecz nazwany przez jego prapradziada Himdal i zaczął mu się przyglądać, jakby trzymał go pierwszy raz w rękach. Broń to była doprawdy niezwykła, musiała pamiętać czasy cesarza Dragana, lub może jeszcze dalsze, w każdym razie choć na taką nie wyglądała, była to bardzo stara stal. W lipcowym słońcu jej błękitnawa powierzchnia świeciła zimnym oślepiającym blaskiem, który przywodził na myśl odległe szczyty gór mglistych. Ostrze długie na dwa i pół łokcia i szerokie na cztery palce przy rękojeści zwężało się stopniowo przy końcu tracąc jeden palec szerokości. Pokryte było znakami w nieznanym, być może Traskijskim lub może jakimś innym języku. Kragoth wierzył, że znaki te pomogą pokonać każdego żywego człowieka, gdyż z pewnością niosą ze sobą klątwę. Na klindze widać było kilka głębokich szczerb, lecz nie pojawiły się one, ani za życia obecnego właściciela, ani poprzedniego, choć zadano tym ostrzem w tym czasie niezliczoną ilość ciosów. Rękojeść była długa, tak że nieraz zdarzało się Kragothowi chwycić miecz w obie dłonie i nie było wtedy tarczy, która nie rozpadłaby się w drzazgi pod potężnym uderzeniem. Miecz miał przy tym kilka dziwnych właściwości ułatwiających walkę, choć cięższy od zwykłych kawaleryjskich mieczy pozwalał zadawać ciosy szybciej, i częściej, a co ważniejsze gdy przeciwnik próbował się zasłonić przed ciosem zadanym Himdalem, wtedy zdarzało się, że ręka drętwiała mu nienaturalnie, tak jakby uderzenie zadał ktoś o sile Giganta. Wspomniana już rękojeść nie była bogato zdobiona drogocennymi kamieniami z wyjątkiem jej końcowej części, w której znajdował się sporej wielkości klejnot przejrzysty niczym kryształ, czasem tylko przybierający błękitnawy odcień. Ten kamień był tak wkomponowany w broń, jakby właśnie nie miał jej zdobić, lecz spełniać jakąś inną nieznaną funkcję. Do całości obrazu dopowiem jeszcze, że tuż przy klindze rękojeść otoczona była kilkoma wąskimi paskami metalu przypominającego swym połyskiem srebro, które to paski pokryte były zrozumiałymi już napisami. Były to oznaki uznania kolejnych władców, za szczególnie bohaterskie czyny, dokonane przez właścicieli ozdobionych później mieczy. Żaden władca nie nadawał ich nigdy w czasie pokoju i nigdy więcej niż kilkanaście w ciągu swego życia, a zwyczaj ten zapoczątkował Dragan Wielki. Himdal miał trzy takie metalowe obręcze i wszystkie one zostały zdobyte przez szlachetnych przodków pułkownika. Trzy napisy łączące za każdym razem nazwisko nadającego, miejsce historycznej bitwy oraz nazwisko bohatera: „Dragan Lithia Kragoth” głosiła pierwsza z nich i była chyba pierwszą taką grawerowaną pamiątką w historii, „Ulman II Palladium Kragoth” oraz zdobyta przez ojca za młodu „Deniss Lodowe Pobojowisko Kragoth”. Oczywiście marzeniem pułkownika było przekazanie synowi, (którego jeszcze nie miał) miecza ozdobionego jeszcze jednym takim napisem, lecz chroniczny brak wielkich bitew w ostatnich czasach bardzo to utrudniał, za co można było mieć pretensje tylko i wyłącznie do dwóch ostatnich cesarzy. W tej chwili jednak właściciel miecza zachwycał się jego pięknem, zapominając o wszystkim co go otaczało. Z zadumy wyrwał go dopiero przyjazd Lutiensa, to właśnie on musiał pozbierać się po kopniaku w genitalia, na twarzy zaś widać było o wiele więcej zadrapań niż w momencie gdy wyjeżdżał z dziewczyną do siebie. Musiał więc, jako prawdziwy żołnierz, próbować skonsumować swoją własność bez specjalnych ceregieli.

Mało kto jednak zwrócił na to uwagę, nastąpiły krótkie targi zakończone uściskiem dłoni. Kragoth oczywiście nie sprzedał swej broni, po prostu oddał ją swemu koledze jako gwarancję tego, że zwróci pożyczkę. Mimo wszystko przyznać jednak trzeba że był to lekkomyślny czyn, może po prostu nienawiść do gubernatora i chęć zdobycia tej kobiety były większe od miłości jaką żywił do spadku po ojcu. W każdym razie transakcji dokonano i miecz przynajmniej na jakiś czas zmienił właściciela, natomiast Piorun zakrzyknął:

- Dwieście osiemdziesiąt dwie sztuki złota!!! - po czym zaczął się ostentacyjnie śmiać z Harlama. Ten spurpurowiał powiedział coś do skarbnika na co ten rzucił się na kolana z błaganiem:

- Nie, panie nie rób tego, nie stać nas na taki wydatek, jak weźmiemy te pieniądze to naszymi ciałami nakarmią psy!

- Ha, ha Tchórzysz co ty... - zaczął Kragoth.

- Dwieście dziewięćdziesiąt… nie trzysta sztuk złota! I co teraz powiesz, nie stać cię co... chcesz być ode mnie lepszy, ale nie będziesz. To ja posiądę tą kobietę, a ty będziesz mógł sobie tylko pomarzyć. - Zaśmiał się dziko, a księgowy zajęczał u jego stóp

- Zgnijemy... wszyscy zgnijemy w twierdzy Brakh…

Pułkownik zacisnął zęby tak mocno, aż zadrgały mu mięśnie twarzy po czym wysyczał:

- To jeszszszcze nie koniec... Clijsters do mnie.

Do pułkownika podbiegł i zasalutował ten sam człowiek, który wcześniej pojechał po Lutiensa. W chwilę potem gnał na swym koniu w kierunku centrum miasta. Minęło trochę czasu podczas, którego przeciwnicy rzucali na siebie najohydniejsze obelgi i wyzwiska próbując przy tym wyrwać się ludziom, którzy trzymali ich za ręce i skoczyć sobie do gardeł. W końcu jednak Clijsters przybył wioząc przed sobą na koniu jednego z dwóch w tej okolicy lichwiarzy. Dla wszystkich stało się jasne co teraz nastąpi - próba wyłudzenia od starca pożyczki obciążonej zwyczajowo potężnym procentem. Stary myszowaty konhijczyk - Dal początkowo nie chciał się zgodzić, słusznie przeczuwając że grupa jego umięśnionych i pozbawionych skrupułów „pomocników” może mieć w tym przypadku pewne problemy ze ściągnięciem długu. Kragoth obiecał mu więc, że w najbliższym czasie kompania piechoty z jego szkoły przećwiczy na jego córce ulubioną przez wszystkie armie „operację dezorganizacji tyłów i osłabiania morale ludności cywilnej nieprzyjaciela”. Dal zbladł lecz chciwość przezwyciężyła, w końcu córka przynosiła mu tylko straty i utrapienia, z zaciśniętymi ustami odmówił więc, równocześnie bełkocząc coś o znajomości swoich praw. W jego głowie kłębiły się teraz straszne myśli, z jednej strony miał potwornego i nieobliczalnego żołdaka sławnego ze swych kawaleryjskich zagonów, których trasy przeważnie znaczyły trupy i zgliszcza, z drugiej zaś człowieka władnego jednym podpisem ukrócić jego złodziejski interes i pod byle pretekstem wsadzić na długie miesiące, lub nawet lata do miejskiego lochu. Pierwszy raz w życiu prawie żałował, że ma pieniądze. Liczył jeszcze, że może le Quine wybawi go z tej nieciekawej sytuacji co pozwoli mu zbiec z pieniędzmi najbliższej nocy na skraj świata. Gubernator jednak nie był aż takim głupcem, w zasięgu jego wzroku było tylko dwa razy więcej wiernych mu ludzi niż lepiej uzbrojonych i wyszkolonych ludzi Kragotha gotowych iść za swym dowódcą do samego piekła. Konfrontacja zakończyłaby się masakrą, a na tym Harlamowi nie zależało, przynajmniej jeszcze nie i nie w taki sposób. Stał więc cicho czekając na rozwój wypadków i po cichu licząc na to że w konhijczyku zwycięży jego sknerstwo. Tymczasem Dalowi przedstawiono nową propozycję, „operacja dezorganizacji i osłabiania morale” w nowej wersji miała objąć także jego w postaci banalnego wyprucia flaków, prawda, że propozycja nie była wyszukana, lecz w tej sytuacji nie mogę mieć do słynnego pułkownika pretensji, gdyby dać mu choć chwilę z pewnością popisałby się większą pomysłowością. W każdym razie propozycja została poparta solidnym ciosem w szczękę także Dal w końcu zrezygnował z oporu i po wypluciu czterech przednich zębów udzielił pożyczki, a raczej gwarancji pożyczki gdyż z prawdziwym żalem zaznaczył:

- Wsystkie pieniądze zostawiłem w domu, a więc musi wystarcyć weksel, który zaraz wystawię mojemu psyjacielowi pułko... marsałkowi Kargothowi.

„Marsałek” mile połechtany niespodziewaną, lecz przemyślaną nominacją konhijczyka nie zwrócił nawet uwagi na to, że ten przekręcił jego nazwisko. Chwycił się pod boki i splunął pod nogi, po czym wolno powiódł wzrokiem po wszystkich którzy stali wokół, a stali tu już tylko handlarze, żołnierze jego i gubernatora oraz kilku cywilów na tyle głupich, lub pijanych, że chcieli zobaczyć jakim nieszczęściem zakończy się cały ten burdel. W zasadzie w tym momencie stało się jasne że oprócz złota na szalę rzucono również ciężar i liczbę mieczy a to z kolei oznaczało, że długoletni rywale swój spór rozwiążą w sposób daleki od jakichkolwiek prawideł dobrego wychowania. Wściekły gubernator, już miał wydać rozkaz aresztowania Rigera Kragotha pod zarzutem pobicia i wymuszenia, czym dokonałby nadinterpretacji obowiązującego prawa, gdyż wszyscy wiedzą, że nie chroni ono przecież, ale ściga te konhijskie złodziejskie psy, od których zmuszony byłem pożyczyć kiedyś pieniądze. Niestety w ostatniej chwili wrodzony wstręt przed rozlewem krwi, oczywiście jego krwi nakazał mu zdusić w sobie urażoną dumę. Na przemian blednąc i purpurowiejąc rozkazał swoim ludziom pochować na wpół powyciągane miecze, pozarzucać na ramiona włócznie i kusze by zaraz potem żegnany gwizdami i śmiechami pójść w kierunku swej skromnej rezydencji.



Tego dnia zwycięstwo przypadło lepszemu.
Rozdział 2.


  1   2


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna