Jerzy Edigey



Pobieranie 0,82 Mb.
Strona5/5
Data24.02.2019
Rozmiar0,82 Mb.
1   2   3   4   5

Rozdział XII
– Chciałbym pana prosić, poruczniku – zaproponował pułkownik – abyśmy raz jeszcze zastanowili się nad tajemniczym telefonem pana Dobrozłockiego. To może stanowić klucz do rozwiązania dzisiejszej zagadki. A jeśli nawet nie klucz, to poważny ślad. Obejrzyjmy ponownie książkę telefoniczną „Carltonu”.

Sierżant protokołujący zeznania zerwał się zza stołu i za chwilę przyniósł książkę, w której wczasowicze notowali swoje rozmowy telefoniczne. Obydwaj oficerowie uważnie przestudiowali wszystkie zapisy za okres ostatnich trzech tygodni, to jest od pierwszego dnia pobytu jubilera w Zakopanem.

– Dobrozłocki ani razu nie telefonował do FWP „Granit”. Jedynie dzisiaj znajdujemy jego zapis pod tym numerem. W ogóle Dobrozłocki nigdy nie korzystał z połączeń miejscowych. Wszystkie adnotacje wskazują na rozmowy z Warszawą. Powtarzają się dwa numery. Jeden wywoływano wieczorem, drugi w godzinach porannych. Nie jest żadną sztuką domyślić się, że ten pierwszy jest numerem telefonu domowego jubilera, a drugi jakiegoś urzędu, prawdopodobnie Centrali Jubilerskiej, którą złotnik regularnie informował o postępie swoich prac przy przygotowywaniu klejnotów na wystawę. Ciekawe, że dopiero dzisiaj, na piętnaście minut przed napadem, ten człowiek po raz pierwszy zadzwonił do kogoś w Zakopanem. Musiał to być terminowy i ważny telefon, skoro, jak to przypomina sobie redaktor Burski, w czasie jego pobytu w pokoju jubilera, ten kilkakrotnie sprawdzał godzinę. Widocznie miał dzwonić do „Granitu” w ściśle oznaczonym terminie.

– A może pokojówka mogłaby powiedzieć coś więcej na ten temat – zauważył podporucznik.

– Sądzę, że byłoby wskazane zapytać zarówno Rózię, jak kierownika i portiera. Może będą mogli udzielić nam informacji nie tylko o tym telefonie, ale także o zwyczajach złotnika. Może Dobrozłocki nigdy sam nie dzwonił, tylko zawsze telefonowano do niego? To nie pozostawia żadnych śladów w książce rozmów. Co znaleźliście w jego kieszeniach w pokoju?

Podporucznik wskazał kilka przedmiotów leżących na stole i przykrytych chusteczką.

– Poza bielizną i ubraniem, kompletem narzędzż snycerskich i kilkoma niedokończonymi pierścionkami i broszkami ze srebra, reszta znajduje się na stole. Przeglądałem te rzeczy przed przyjściem pana pułkownika, ale nie znalazłem niczego godnego uwagi.

Na stole leżał portfel, portmonetka, książeczka PKO, dwa długopisy, wieczne pióro, kieszonkowy scyzoryk, komplet papieru listowego i kalendarzyk. Pułkownik sięgnął po portfel i uważnie przejrzał jego zawartość. Były tam dwie pięćsetki, osiem setek, kilkadziesiąt złotych w mniejszych banknotach i kilka znaczków pocztowych. Oficer milicji odwrócił portfel i otworzył klapkę, odsłaniającą wewnętrzną kieszeń, tak zwany popularnie „zaskórniak”. Było tu trochę bonów dolarowych PKO i jeden banknot – rubel radziecki z datą sprzed pięciu laty, z dedykacją „na szczęście” i jakimś nieczytelnym podpisem.

– Nic ciekawego – powtórzył podporucznik.

Z kolei pułkownik sięgnął po kalendarzyk. Przy datach figurowały notatki – godziny, nazwy kawiarni, nazwiska. Były to widocznie odnotowane dla lepszego zapamiętania umówione spotkania. Wszystkie zapisy kończyły się we wrześniu. Rubryki października były zupełnie puste.

Na końcu kalendarzyka znajdowało się miejsce na notatki i alfabetyczny spis adresów i telefonów. Tę część kalendarzyka pułkownik przestudiował najstaranniej i na jego twarzy odzwierciedliło się rozczarowanie. Adresy i numery telefonów dotyczyły wyłącznie Warszawy.

Tymczasem do jadalni weszli sprowadzeni przez milicjanta kierownik pensjonatu, pokojówka Rózia i portier Jasio.

– Proszę sobie przypomnieć, czy pan Dobrozłocki często korzystał z telefonu?

– Wszystkie telefony są zapisane w książce rozmów – wyjaśnił kierownik.

– Zdarza się, że roztargnieni goście zapominają o wpisaniu jakiejś rozmowy, a zwłaszcza miejscowej, które ulatują z pamięci natychmiast po odłożeniu słuchawki.

– To niepodobne do pana – Dobrozłockiego. On zawsze był bardzo akuratny – Rózia broniła jubilera.

– Inni, owszem, nieraz zapominają, a najczęściej pani Zosia i pan inżynier. Pan Dobrozłocki dzwonił tylko do Warszawy.

– Czyżby jubiler, który od lat przyjeżdża do Zakopanego, nie miał tutaj znaj ornych i przyjaciół?

– Ma ich sporo – odpowiedział kierownik – ale w tym roku pan Dobrozłocki prosił mnie od razu po przyjeździe, abym nikomu nie wspominał o jego pobycie w Giewontowie. Chciał to ukryć po prostu dlatego, aby nie przeszkadzano mu w pracy. Całymi dniami przecież jubiler nie opuszczał nie tylko willi, ale nawet swojego pokoju, pracując po czternaście godzin na dobę przy wykańczaniu biżuterii.

– I nie dzwoniono do niego z miasta?

– Nigdy nie odbierałam takich telefonów – oświadczyła Rózia.

– Ani ja – dodał portier Jasio.

– W czasie, gdy Dobrozłocki telefonował, pani Rózia sprzątała w jadalni, a panowie – tu pułkownik zwrócił się do kierownika i portiera – byli w kuchni na dole. Rozmównica przytyka do jadalni, oddzielona od niej tylko cienką ścianką działową. Tuż koło rozmównicy są schody wewnętrzne, prowadzące do kuchni. W tych warunkach, nie mam oczywiście na myśli podsłuchiwania z premedytacją, nietrudno posłyszeć treść rozmów telefonicznych. Sam to stwierdziłem, kiedy sierżant telefonował przed godziną do szpitala, aby dowiedzieć się o stan zdrowia pana Dobrozłockiego. Siedząc na krześle przy ścianie doskonale słyszałem każde jego słowo wypowiadane w sąsiedniej kabinie. Może więc państwo słyszeli chociaż jakiś fragment ostatniej rozmowy jubilera? Może pojedyncze słowa?

– Niestety, nic nie słyszałem – powiedział kierownik.

– Dopiero kiedy pan Dobrozłocki wszedł do jadalni i sam mi o tym powiedział, dowiedziałam się, że telefonował – poinformowała Rózia.

– Ja również nie słyszałem – rzekł portier.

– Pan Dobrozłocki zapisał w książce rozmów, że dzwonił do domu wczasowego „Granit”. Czy ktoś telefonował kiedyś do niego stamtąd?

I tym razem padły trzy odpowiedzi przeczące.

– W „Granicie” portierem jest Stasiek Rubiś – zauważył Jasio – to mój dobry przyjaciel. Zaraz pójdę do niego i dowiem się. Jeżeli to on odbierał telefon, musiał zapamiętać, kogo prosił do kabiny.

– Dziękuję za dobre chęci – odpowiedział pułkownik – ale w tej chwili dochodzi pierwsza w nocy. Trochę za późno na budzenie mieszkańców „Granitu”. Natomiast z samego rana, jeżeli będzie to jeszcze potrzebne, skomunikujemy się z panem Rubisiem. A może z „Granitu” telefonowano czasami do innych gości „Carltonu”?

– A, stale dzwoni ta pannica – powiedziała Rózia.

– Jaka?


– Ta blondynka, którą inżynier kilka razy przyprowadzał do „Carltonu”. Ale on ma jej już dosyć. Kiedy dzwoni teraz, to pan Żarski ciągle tłumaczy się brakiem czasu. Nieraz każe mi mówić, że nie ma go w domu. Najpierw zawracał jej głowę, a obecnie unika. Ale czego mogła się spodziewać na wczasach?

– Pani Zosia mówiła, a pani Zosia zawsze wszystko wie, że inżynier znalazł sobie innego kociaka. Dla odmiany ruda jak marchew. Poznał ją w kawiarni.

– Ozy tylko do inżyniera były telefony z „Granitu”?

– Przynajmniej ja innych nie odbierałam. A ponieważ na dole mieszkają tylko dwie osoby, inżynier i pani profesor, ja przyjmuję telefony aż do kolacji. Po kolacji do aparatu podchodzi zwykle pan Jasio. Jeżeli był do kogoś telefon, to jedynie do pani profesor, która sama podeszła do aparatu na dźwięk dzwonka. Ale to chyba niemożliwe, bo ani razu nie widziałam, żeby pani profesor biegała do telefonu…

– Ja też nie odbierałem telefonu z „Granitu” do żadnego z gości.

– Kierowniczka „Granitu”, która jest przyjaciółką mojej żony, nieraz telefonuje tutaj, ale obecnie żona jest w Czechosłowacji, a przyjaciółka o tym wie – dodał kierownik.

Pułkownik podziękował zebranym. Gdy cała trójka opuściła jadalnię, zatarł z zadowoleniem ręce:

– Został nam jeszcze jeden klient do przesłuchania. – Tak jest – przytaknął podporucznik – sierżancie – rzekł – dawajcie tu tego malarza!

Mimo młodego wyglądu Paweł Ziemak wyjaśnił w swoich personaliach, że ma już 41lat. Skończył Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie, gdzie obecnie mieszka. Żonaty, czworo dzieci. Zeznawał głosem spokojnym, starał się panować nad sobą.

– Proszę nam opowiedzieć o swojej bytności w pokoju pana Dobrozłockiego.

– Po obiedzie pan Dobrozłocki pokazywał biżuterię, którą przygotowuje na międzynarodową wystawę we Florencji. W czasie studiów na Akademii interesowałem się trochę metaloplastyką. Przez pewien czas miałem nawet zamiar specjalizować się w tej dziedzinie, w końcu jednak pozostałem przy malarstwie. W każdym bądź razie znam się trochę na metaloplastyce. Przy wszystkich nie powiedziałem ani słowa krytyki, bo czyż tacy laicy mogą znać się na sztuce? Banda snobów i zwykłych mieszczan? Za to przemyślałem tę sprawę. Biżuteria była okropna. Na jej widok chciało się wyć z rozpaczy. Podrabianie Odrodzenia i zwykłe szablonowe świecidełka do noszenia na szyi lub też w uszach przez podobne snobki jak nasza Zosia, tylko mające więcej pieniędzy – to świętokradztwo. A przecież z tego złota, brylantów i rubinów można było stworzyć ciekawą rzecz. Zrobiłem nawet kilka szkiców. Szczególnie jeden mi się udał.

Tu malarz sięgnął do kieszeni marynarki, wydobył z niej szkicownik i pokazał podporucznikowi rysunek złożony z krzyżujących się linii, przedstawiających ni to piramidę, ni to jeża.

– To byłoby dopiero wspaniałe! Mam już nazwę dla tej rzeźby – „Los człowieka”.

– Był taki film radziecki.

– To co z tego?

– A jakby się to nosiło?

– Na miłość boską, skończcie wreszcie z użytkownością w sztuce! Sztuka musi być czysta, wyprana z wszelkich dodatkowych elementów jak użytkowość, wartość, funkcjonalność et caetera. Przy tym złocie i tych kamykach kompozycja i bryła muszą być wszystkim, bo niestety, nie da się zmienić koloru.

– Słucham pana dalej – powiedział podporucznik, nie dając się wciągnąć na nieznany sobie grunt dyskusji o wyższości „czystej sztuki”.

– Po kolacji wróciłem na górę, jeszcze raz obejrzałem moje projekty i postanowiłem odbyć zasadniczą rozmowę z jubilerem. Ostatecznie w pewnej mierze ten człowiek też jest artystą i powinien zrozumieć, że fabrykując te okropności dopuszcza się strasznej zbrodni. Poszedłem więc do niego. Wytłumaczyłem mu, że te cacka trzeba zniszczyć…

– Potłuc młotkiem?

– Właśnie! Użyłem nawet tego zwrotu. Pokazałem swoje rysunki i tłumaczyłem, w jaki sposób je odtworzyć. A pan Dobrozłocki uśmiechnął się i powiedział „a kto to kupi?”. Nic dziwnego, że na takie łączenie sztuki z pieniędzmi porwała mnie szewska pasja i powiedziałem jubilerowi kilka słów do słuchu. Aż mu w pięty poszło. Jak można łączyć sztukę z pieniędzmi?!

– Ale przecież i pan z czegoś żyje? Pracuje pan jako plastyk w jednym z zakładów przemysłowych. Wykonuje pan zamówienia dla różnych instytucji, wystawia pan rachunki za swoje prace.

– Muszę to robić, ale wcale się tym nie chlubię. Życie zmusza artystów do robienia rzeczy przeciwnych nieraz naszemu powołaniu. Co innego, gdy wykonuję zamówienie dla klienta stawiającego ściśle określone warunki, a co innego, gdy tworzę dzieło sztuki. Pracuję nad nim, nie dbając o pieniądze. Jeżeli ktoś je kupuje, dowodzi tym swojego dobrego gustu.

– Czy idąc do jubilera, zabrał pan ze sobą młotek?

– Po co?

– Żeby potłuc tę biżuterię.

– Nie brałem. Z góry przypuszczałem, że Dobrozłocki nie skorzysta z tej jedynej szansy, jaką chciałem mu dać. Ale moim obowiązkiem było powiedzieć to wszystko, co mu powiedziałem.

– Łącznie z nazwaniem go druciarzem i trzaśnięciem drzwiami?

Malarz zmieszał się.

– Np… Tak, przyznaję, trochę się uniosłem i później tego żałowałem. Mam taki porywczy charakter.

– Co pan robił po wyjściu od jubilera?

– Wróciłem do siebie, ale z tego zdenerwowania niczego nie mogłem robić. Tym bardziej, że Żarski reperował telewizor i hałasował. Posiedziałem chwilę w swoim pokoju, ale ponieważ nie mogłem tam długo wytrzymać, zajrzałem do pani Miedzianowskiej. Jej nie było i wstąpiłem do Burskiego. Opowiedziałem mu o całym zajściu, redaktor tłumaczył mi, że nie powinienem gniewać się na człowieka tyle ode mnie starszego. Zaofiarował swoją pomoc i zaproponował, że pójdzie do Dobrozłockiego i powie mu w moim imieniu, że nie żywię urazy do jubilera. Zgodziłem się. Potem chwilę gadaliśmy. Wróciłem następnie do siebie, a Burski zszedł na dół.

– Nie widział go pan więcej?

– Nie. Burski nie przyszedł do mnie po powrocie od jubilera i nie wiem, czy z nim rozmawiał. Sie- dzieliśmy wprawdzie parę godzin razem w salonie, ale w obecnej sytuacji rozmowa nie kleiła się.

– Nie mówię o Burskim. Pytałem, czy widział pan potem Dobrozłockiego?

– Nie, nie widziałem.

– Na pewno?

– Na pewno.

– W takim razie do kogo pan wchodził na kilka minut przed zejściem na telewizję?

– To nie było” na kilka minut przed telewizją, to było bezpośrednio przed zejściem na dół. Gdy inżynier nas zawiadomił, że telewizor zreperowany, schodziłem na dół. Postanowiłem po drodze zajrzeć do Dobrozłockiego i przy okazji powiedzieć mu, że już nie gniewam się na niego i może nadal robić te szkaradzieństwa. Ale jubilera nie było w pokoju i wobec tego zszedłem na dół.

– Nie było jubilera w pokoju?

– Zapukałem, a gdy nikt nie odpowiedział, nacisnąłem klamkę. Drzwi były zamknięte na klucz. Klucz tkwił wprawdzie w zatrzasku, ale go nie otwierałem. Kiedy pukałem do drzwi, to z sąsiedniego pokoju wyszła pani Zosia. Powiedziałem do niej, że jubilera nie ma u siebie. Pani Zachwytowicz odrzekła, że „widocznie zszedł już na dół” i sama zaczęła schodzić po schodach. Poszedłem za nią. Zdziwiłem się jednak nieobecnością Dobrozłockiego w salonie. Przypuszczam, że w tym czasie kiedy pukałem do drzwi, jubiler leżał już nieprzytomny.

– Kiedy pan schodził na dół, młotek leżał na kanapce?

– Nie widziałem. Nie zwróciłem na to uwagi.

– Przesłuchaliśmy zatem jeszcze jednego niewinnego – z sarkazmem powiedział podporucznik, gdy malarz podpisał protokół i opuścił jadalnię. – Pozostaje tylko przyjąć, że pan Dobrozłocki popełnił w wyrafinowany sposób samobójstwo. Najpierw przystawił drabinę do balkonu, potem wybił szybę, wyrzucił za okno kasetę, biżuterię przemyślnie ukrył, wreszcie zszedł na dół, przyniósł stamtąd młotek, walnął się nim w głowę i miał jeszcze tyle sił, aby młotek odnieść na miejsce. Wrócił do swojego pokoju i pozwolił sobie na zemdlenie dopiero po przekroczeniu progu. Czegoś podobnego świat nie widział! Oszaleć można!

Narzekania młodszego kolegi wywołały uśmiech na zamyślonej twarzy pułkownika.

– No tak – pokiwał głową – sytuacja jest dość skomplikowana.

– I musiało to właśnie na mnie trafić! Powinien się z tym męczyć komendant albo jego zastępca. Co za pech! Jeżeli nie znajdę przestępcy, dostanę po uszach, że zawaliłem sprawę.

– A skoro go znajdziecie, cała zasługa wam przypadnie.

– Znajdę! Prędzej bym znalazł ucho od śledzia. Każdy niewinny, każdy ma alibi. Jeden drugiego kryje swoimi zeznaniami i tak w kółko.

– Proponuję, panie poruczniku, aby teraz wstąpić do pokoi pensjonariuszy, wyjaśnić i sprawdzić pewne szczegóły. Chciałbym także popatrzyć na pokój jubilera, obejrzeć drabinę i jej zwykłe miejsce. Później naradzimy się nad dalszymi krokami w tej sprawie.

– Chodźmy. Do kogo najpierw wstąpimy?

Po zapukaniu i usłyszeniu głosu inżyniera „proszę”, pułkownik nacisnął klamkę. Żarski siedział przy stole. Był ubrany. Czytał książkę.

– Podziwiam pana nerwy – zauważył podporucznik – w takiej chwili może pan zajmować się lekturą.

– To fachowa książka. Znakomita, gdy człowiek jest czymś przybity lub podenerwowany. Pozwala na oderwanie się od rzeczywistości.

– Panie inżynierze – powiedział pułkownik – chcę zadać panu kilka drobnych pytań.

To mówiąc, oficer milicji wydobył z kieszeni notes i długopis.

– Proszę. Co tylko będę mógł…

– Chodzi nam o taką sprawę. Ustaliliśmy, że pan Dobrozłocki zszedł o godzinie 20.45 na dół do telefonu. Czy wracając, nie wstąpił do pana?

– Może zajrzał, ale go nie zauważyłem. Spieszyłem się, aby zdążyć z naprawą przed rozpoczęciem „Kobry”. Stałem za aparatem, z głową wewnątrz skrzyni.

– A potem, gdy jubiler wrócił na górę, nie słyszał pan, żeby ktoś schodził na parter i wychodził z budynku?

– Nie wiem, kiedy pan Dobrozłocki telefonował. Słyszałem jakiś ruch na schodach, ale nie mogę na ten temat niczego bardziej szczegółowego powiedzieć.

Pułkownik zanotował tę odpowiedź, ale gdy zamykał notes, długopis upadł mu na podłogę i potoczył się pod nogi inżyniera. Żarski chciał usłużnie podnieść ołówek, lecz oficer był szybszy. Schylił się, odnalazł zgubę i schował ją do kieszeni.

– Czy można już kłaść się spać? Dochodzi druga w nocy.

– Bardzo nam przykro, ale jeszcze odrobinę cierpliwości. Sprawa właściwie wyjaśniona. Wszystkie ślady wskazują na napastnika z zewnątrz, lecz musimy załatwić pewne formalności. To nie potrwa długo. – Pułkownik skłonił się inżynierowi i skierował w stronę drzwi, a podporucznik wyszedł za nim.

– Nic nie rozumiem – powiedział na korytarzu.

– Mam pewną koncepcję, lecz pomówimy o niej później – zbył go pułkownik i zapukał do pokoju pani profesor. Maria Rogowiczowa leżała w ubraniu na łóżku.

– Niech pani nie wstaje – powstrzymał ją pułkownik ruchem ręki – tylko jedno słowo.

– Słucham?

– Wychodząc od pana Krabego, czy spotkała pani panią Miedzianowska?

– Nie. Po wyjściu od Krabego zeszłam na dół. Byłam zdenerwowana i samotność źle na mnie działała. Szczęśliwie przypomniałam sobie, że pani Basia prosiła o „Le Monde”. Wzięłam więc gazetę i poszłam na górę. Spotkałam panią Miedzianowska wychodzącą z pokoju Dobrozłockiego.

– Czy pani Miedzianowska miała coś w ręku? Młotek?

– Nie. Nic nie niosła.

– Czy widziała pani wtedy jubilera?

– Nie. Jedynie pani Basia mówiła, że pokój Dobrozłockiego jest pusty.

– Dziękuję pani. Przypuszczam, że za pół godziny pójdziecie państwo na zasłużony i spóźniony odpoczynek.

Na pierwszym piętrze pułkownik dokładnie obejrzał pokój jubilera. Specjalne jego zainteresowanie wzbudziła wybita szyba.

– Niech pan spojrzy, poruczniku, kawałki szkła znajdują się tylko na balkonie. Nie ma ani ziarenka w pokoju.

– Absolutny dowód, że szyba została wybita od wewnątrz – zauważył podporucznik.

– Absolutny? Tego bym nie powiedział, niemniej bardzo ważny. W kryminalistyce nie ma, a przynajmniej jest bardzo mało takich, jak pan mówi, absolutnych dowodów. Jedna z największych pomyłek sądowych w okresie międzywojennym, proces i wyrok skazujący, opierała się właśnie głównie na tym, że wszystkie odłamki szkła z rozbitej szyby znajdowały się na zewnątrz. Okazało się później, że szyba była wtedy rzeczywiście wybita od zewnątrz. Bądźmy i tym razem raczej ostrożni w formułowaniu kategorycznych twierdzeń.

– Pani Zosiu – zapytał pułkownik, wchodząc do pokoju aktorki filmowej – czy przypomina pani sobie taki szczegół, jak spotkanie pana Ziemaka przed drzwiami jubilera?

Pani Zachwytowicz zastanowiła się.

– Tak. Spotkałam go schodząc na dół na telewizję. Pan Ziemak stał wtedy przed drzwiami pokoju pana Dobrozłockiego. O coś mnie zapytał. Albo „czy jubiler jest u siebie”, albo stwierdził, że „nie ma” mojego sąsiada. Nie zwróciłam na to uwagi, bo nie mam wielkiego nabożeństwa do tego malarza.

– Czy gdy pani schodziła już na telewizję, młotek leżał na kanapce?

– Tak. To pamiętam. Ale nie tam, gdzie go położyłam, a w innym rogu kanapki.

– Czy drabina stała przy balkonie, kiedy pani szła po szal do Zagrodzkich?

– Nie. Drabiny nie było.

– A może pani jej nie zauważyła?

– Taką gapą nie jestem. Trudno nie zauważyć tej drabiny. Niech panowie patrzą – to mówiąc pani Zosia pociągnęła za sznur od zasłony. Za oszklonymi drzwiami balkonu ukazała się doskonale widoczna balustrada z opartą o nią drabiną.

– Stoi prawie na wprost moich drzwi. Musiałabym ją zobaczyć, choćbym była ślepa.

– Rzeczywiście, trudno jej nie spostrzec.

– A czy nie doszły panią jakieś odgłosy z sąsiedniego pokoju mniej więcej pięć minut przed zejściem na „Kobrę”?

– Niczego nie słyszałam. Złościło mnie, że chłopcy jeszcze nie przyszli. Mam małe radio japońskie i z nudów i z tej złości kręciłam aparacikiem, pragnąc złapać jakąś muzykę. Widocznie ten trzeszczący telewizor przeszkadzał w odbiorze, bo radio jedynie warczało. Mało nim nie rąbnęłam o podłogę. W końcu wzięłam płaszcz i szal i wyszłam z pokoju, imimo że początkowo miałam zamiar tutaj czekać na moją gwardię.

– Pan Dobrozłocki zdecydował się dopiero dzisiaj pokazać państwu swoją biżuterię, a pani już kilka dni temu opowiadała Pacynie i Szaf lar owi, że zjawi się na dansingu u „Jędrusia” przystrojona w piękną kolię. Chłopcy zeznali, że użyła pani takiego zwrotu: „wszystkie baby szlag trafi”. Na jakiej podstawie mówiła pani o tym?

Pani Zachwytowicz wcale się nie zmieszała.

– Pan Dobrozłocki bardzo mnie lubił. Nieraz odwiedzałam go i od dawna wiedziałam, że wykonuje jakąś tajemniczą robotę. Zresztą, jak się orientuję, jubiler wspominał o tym, oczywiście w zaufaniu, nie tylko mnie, lecz również, innym mieszkańcom „Carltonu”. Nie wiedziałam nad czym pracuje i nie domyślałam się, że ta biżuteria jest tak cenna. Niemniej orientowałam się, że to coś ze złota i drogich kamieni.

– Swoim chłopcom wyraźnie mówiła pani o kolii. – Właśnie chcę to wytłumaczyć. Przed czterema dniami weszłam do pana Dobrozłockiego. Po prostu miałam ochotę na zjedzenie czekoladki, a wiedziałam, że jubiler zawsze ma u siebie różne smakołyki, bo lekarze kazali mu rzucić palenie. Gdy weszłam do pokoju, złotnik siedział przy stole i trzymał w ręku piękną brylantową kolię. Widziałam ją tylko przez moment, bo pan Dobrozłocki natychmiast ją schował mówiąc, że jeszcze nie gotowa. Zdążyłam jednak zauważyć, że to klejnot przedziwnej piękności. Przyszedł mi wtedy do głowy pomysł, aby iść na dansing ustrojona w tę kolię. Z miejsca więc poprosiłam jubilera o jej pożyczenie.

– I pan Dobrozłocki na to się zgodził?

– W każdym razie ostatecznie nie odmówił. Roześmiał się i powiedział, że powrócimy do tego tematu, kiedy kolia będzie gotowa. Dlatego zmobilizowałam swoją gwardię i umówiłam się na dansing.

– Nie mając żadnej pewności, że klejnot będzie pożyczony?

– Nie wyobrażałam sobie, że pan Dobrozłocki będzie tak źle wychowany i potrafi odmówić kobiecie takiego drobiazgu. Dał mi wprawdzie bardzo ładne wyroby ze srebra, ale sami panowie przyznacie, że to nie to samo. Byłam wściekła na niego, kiedy wyszłam z jego pokoju bez kolii, a jedynie z tymi srebrnymi świecidełkami. Kiedy go zobaczyłam leżącego we krwi na podłodze, w pierwszej chwili pomyślałam, że Bóg go skarał za tę nieżyczliwość wobec mnie.

– A może nie Bóg, lecz pani w jego imieniu użyła młotka, przykładając go do głowy jubilera? – zapytał podporucznik.

– Chętnie zrobiłabym panu przyjemność i przyznała się do tej zbrodni – odpowiedziała z wisielczym humorem pani Zosia – ale naprawdę nie mogę. Pan sam nie wierzy w mój udział w napadzie, prawda?

Podporucznik nic nie odpowiedział, a pułkownik skłonił się aktorce:

– Opuścimy teraz pani gościnne progi i odwiedzimy pana Krabego. Niedługo poprosimy wszystkich państwa na dół, aby skończyć wreszcie to nieszczęsne śledztwo. Jeszcze nieco cierpliwości.

W sąsiednim pokoju pułkownik poprosił literata, aby zademonstrował, w jaki sposób wyglądał przez szybę. Pan Krabe podszedł do zapuszczonej na drzwiach zasłony i nieco jej uchylił. Stojąca w pobliżu uliczna latarnia jarzeniowa i światła palące się w sąsiednich pokojach wyraźnie oświetlały balkon i drabinę opartą o balustradę.

– Panowie widzą, że nie można było nie zauważyć tej drabiny.

Następną wizytę oficerowie milicji złożyli redaktorowi Burskiemu, mieszkającemu na drugim piętrze.

– Przepraszam, tylko dwa pytania – rzekł na wstępie pułkownik.

– Ależ proszę! Jeśli trzeba, nawet więcej.

– Czy ktoś wchodził do Dobrozłockiego podczas pańskiego tam pobytu?

– Zapomniałem o tym panom powiedzieć. Wszedł na chwilę pan Krabe, ale widząc, że jubiler nie jest sam, przeprosił i natychmiast wyszedł. Uleciało mi to z głowy przy składaniu zeznań.

– Ozy zauważył pan, która była godzina, gdy razem z panem Dobrozłockim wychodziliście z jego pokoju?

– W czasie naszej rozmowy jubiler kilkakrotnie spoglądał na zegarek. Pytałem go nawet, czy wychodzi lub ma umówione spotkanie. Odpowiedział, że nie wychodzi, lecz musi załatwić terminowy telefon. Zwykle tak bywa, że kiedy jedna osoba spojrzy na zegarek, to druga odruchowo robi to samo i dlatego dobrze pamiętam, że wyszliśmy z pokoju kwadrans przed dziewiątą.

Kiedy oficerowie milicji opuścili pokój dziennikarza, podporucznik spostrzegł ze zdumieniem, że pułkownik omija inne pokoje i kieruje się w stronę schodów.

– A tych dwoje – Miedzianowska i Ziemak?

– Oni nam nic więcej nie powiedzą. Chodźmy na dwór.

Deszcz przestał padać, lecz było bardzo wilgotno. Pułkownik podszedł do drabiny i obejrzał ją w świetle latarki elektrycznej, zapalonej przez jednego z milicjantów.

– Nie znajdziemy na niej niczego ciekawego. Drabina jak drabina. Gdyby sprawca napadu nie używał rękawiczek i tak wszelkie ślady zatarłby deszcz. A gdzie ona zwykle stoi?

Milicjant poprowadził oficera brukowaną trylinką drogą do sąsiedniej, zupełnie ciemnej willi „Sokolik”. Obeszli fronton pensjonatu i znaleźli się po przeciwnej stronie, na sporym placyku porośniętym rzadkimi drzewami. Milicjant wskazał ścianę pod werandą.

– Tu leżała, oparta bokiem o dom. Niech pan pułkownik nie podchodzi, bo tam glina i ślisko. Szukaliśmy śladów i jest ich aż za dużo. Wszystko na deszczu podeszło wodą i nie można stwierdzić, które wcześniejsze, a które ostatnie. Drabiny często używano.

Wracając do „Carltonu”, pułkownik jeszcze rzucił okiem na długi taras, biegnący wzdłuż południowej ściany budynku pod balkonem pierwszego piętra. Rzeczywiście, dla młodego, wysportowanego człowieka zeskoczenie z balkonu na ten taras nie przedstawiało żadnego problemu. Z tarasu czterema schodkami schodziło się na chodnik okalający willę.

– No to wracajmy – powiedział Lasota.

W jadalni usiadł wygodnie na swoim krześle z miną człowieka, któremu udało się rozwiązać trudne i skomplikowane zadanie.

– Sprawa już jasna – zwrócił się do podporucznika – muszę panu złożyć gratulacje. Świetnie poprowadził pan śledztwo. Przesłuchując mieszkańców „Carltonu” i tych dwóch miejscowych chłopców, udało się panu wszystko z nich wyciągnąć. Tak narzekał pan na swój pech, a tymczasem będzie pan zbierał zasłużone pochwały.

Podporucznik z niekłamanym zadowoleniem spojrzał na starszego kolegę. Nie wiedział tylko, czy pułkownik kpi z niego, czy też mówi poważnie. Ten zaś mówił dalej:

– Pozostaje nam tylko jedno, aresztować sprawcę napadu i odebrać biżuterię. Macie chyba na posterunku jakąś kasę pancerną, w której można byłoby ją przechować aż do prokuratorskiej decyzji o zwróceniu klejnotów właścicielowi – Centrali Jubilerskiej. Mam nadzieję, że zdążą je wysłać na wystawę do Florencji. Szkoda, że biedny Dobrozłocki nie będzie mógł wybrać się razem ze swoimi dziełami sztuki. Poleży chyba dłuższy czas w szpitalu. Zresztą, boję się, czy nawet najzdrowszy pojechałby do Włoch. Na pewno amatorów pięknej wycieczki na koszt państwa było tam więcej. Ja również z przyjemnością obejrzę te świecidełka. Ostatecznie nieczęsto zdarza się, nawet w naszym fachu, oglądać biżuterię wartości przeszło miliona złotych. A w dodatku mającą taką historię. Oczywiście wie pan dobrze, kto jest sprawcą rabunku?

Po minie pułkownika widać było, że pytanie to zadaje raczej retorycznie i spodziewa się przeczącej odpowiedzi. Podporucznik jednak odrzekł, wbrew przewidywaniu starszego kolegi:

– Wiem, gdzie jest schowana biżuteria.

– O? – brwi pułkownika uniosły się z lekka.

– Tak. Wiem, gdzie jest kolia. Wprawdzie doszedłem do tego raczej intuicją, niż rozumem, ale mogę ją znaleźć w ciągu jednej minuty.

– Wiedząc, gdzie są klejnoty, zna pan jednocześnie sprawcę napadu?

– Tak – potwierdził podporucznik – chyba znam. Wiem również, kto i kiedy podstawił drabinę pod balkon. Domyślam się, czego pan pułkownik szukał, odwiedzając po kolei pokoje podejrzanych. Wiem, w którym pokoju znalazł pan tę poszukiwaną rzecz.

Pułkownik uśmiechnął się.

– Co to było?

– Glina. Mała drobina żółtej gliny.

Lasota przestał się śmiać. W spojrzeniu, jakim obrzucił młodszego kolegę, było zdziwienie, ale i podziw.

– Kiedy pan wie i to, wie pan wszystko – powiedział.

– Chyba wiem – zgodził się podporucznik – ale raczej wyczuwam, niż wiem. Boję się, że nie mógłbym tego dowieść.

– Tylko się panu tak zdaje. Te zeznania…

– Właśnie, te zeznania najbardziej zbijają mnie z tropu. Według nich każdy podejrzany w świetle następnych wyjaśnień staje się niewinny. Z jednym wyjątkiem. Tak mi się zdaje.

– A jednak te zeznania dają nam dokładny obraz zdarzeń, jakie toczyły się od kolacji, to jest od godziny 19.30 aż do chwili, kiedy pani Rózia znalazła jubilera nieprzytomnego na podłodze. Niech pan tylko zastanowi się nad tymi wszystkimi protokołami, pomyśli logicznie i przypomni sobie jeszcze raz treść zeznań. Wówczas swoją intuicję zastąpi pan żelazną logiką. Wniosek sam się nasuwa. O pomyłce nie może być mowy. Napastnik został całkowicie zdemaskowany. Najwyższy czas go aresztować.

– Ja sprawę rozwiązałem raczej od tyłu – roześmiał się podporucznik – wiem, gdzie są brylanty, a więc wiem, kto je tam mógł schować. Ten, kto schował, jest napastnikiem. Dlatego posłużył się młotkiem i podstawił drabinę. Dlatego ma na obuwiu maleńką grudkę gliny.

– Zauważył pan ją?

– Jeszcze w momencie, kiedy w tym pokoju przesłuchiwałem go. Ta glina nie dawała mi spokoju. Nie mogłem wytłumaczyć jej obecności na bucie. Przecież deszcz zaczął padać dopiero po napadzie. Kiedy jubiler już leżał nieprzytomny na podłodze swojego pokoju. Przedtem było zupełnie sucho, bó nie padało od przynajmniej pięciu dni. Dopiero kiedy zauważyłem, że pan pułkownik również szuka czegoś, utwierdziłem się w przekonaniu, że jestem na dobrym tropie.

– Brawo – pułkownik skłonił głowę. W jego głosie nie wyczuwało się najlżejszego akcentu zawiści. Ostatecznie miałby do niej nawet prawo. Oto do skomplikowanego dochodzenia zaprasza się asa służby wywiadowczej i to aż z samej Komendy Głównej MO. As przybywa, prowadzi dochodzenie i stwierdza, że jego obecność właściwie nie była wcale potrzebna, bo młody podporucznik, zaledwie pierwszy miesiąc na stażu, dochodzi do tych samych wniosków. Jednak pułkownik Lasota w tej sytuacji umiał się zdobyć na gest i niczym nie zdradził przed młodszym kolegą pewnego rozczarowania osobistego.

– Przyznam się – ciągnął podporucznik – że zapraszałem pana pułkownika z bardzo mieszanymi uczuciami. Bałem się, że się zbłaźnię i dostanę po uszach od komendanta. Z drugiej też strony grała i ambicja osobista – przyjdzie taki z Komendy Głównej i zagarnie sobie całą zasługę. A ja nic.

Pułkownik uśmiechnął się, słysząc te szczere wywody.

– Mam przyjaciela z ławy szkolnej. Poszedł do Szkoły Oficerskiej Lotnictwa. Opowiadał mi, że umiał już doskonale pilotować samolot, pod warunkiem, że instruktor siedział na tylnym stanowisku. Nawet nie dotykał sterów. Wystarczyła sama jego obecność. Co innego pierwszy samodzielny lot. Mój przyjaciel omal nie rozwalił maszyny przy lądowaniu, a w całym locie popełnił masę najprostszych błędów. Bo instruktora nie było na tylnym siedzeniu. Dlatego jestem bardzo wdzięczny panu pułkownikowi za jego obecność podczas mojego pierwszego śledztwa.

– Spełniałem rolę tego instruktora z odrzutowca?

– Sam, nie widząc i nie słysząc pana pułkownika, na peWno popełniłbym masę błędów i najprawdopodobniej nie wykryłbym sprawcy.

– Musi pan jednak przyznać, poruczniku, że jako instruktor nie za często dotykałem sterów.

– Tym bardziej jestem panu wdzięczny.

– No to cieszę się, że pan nie ma do mnie żalu i z przyjemnością myślę o łóżku, czekającym mnie w moim pokoju. Zrobiło się już bardzo późno. Do widzenia, podporuczniku. Rad jestem z poznania pana.

– Panie pułkowniku… – podporucznik raczej wyjąkał niż powiedział te słowa.

Lasota, który zbliżał się do młodszego kolegi z wyciągniętą ręką zatrzymał się:

– Jakie jeszcze wątpliwości, poruczniku?

– Wątpliwości żadnych nie mam. Ale wielką prośbę.

– Słucham?

– Trzeba aresztować sprawcę napadu. Ja… ja nigdy tego jeszcze nie robiłem. To taka poważna sprawa. Boję się zbłaźnić. Tym bardziej, że to wszystko przecież ludzie wpływowi i ustosunkowani. Mam straszną tremę.

– I chcecie, żeby to ja zrobił za was tę brudną robotę?

– No, nie brudną. Przecież aresztujemy zbrodniarza. Tylko że ja, ja… – podporucznik znowu zaczął się jąkać.

– Dobrze. Wprawdzie ja też nie lubię zamykać ludzi, ale zrobię to tym razem za was. Stawiam za to jeden warunek.

– Słucham?

– Proszę pana, aby w sporządzonym przez niego raporcie pominięta została moja osoba. Jestem na urlopie, znalazłem się tutaj tylko dzięki uprzejmemu zaproszeniu do śledztwa. Więc po co mam mieć jeszcze dodatkowe kłopoty. Ludzie nie lubią wciągania ich do takich spraw, nawet ci, którzy są milicjantami. Zgoda?

– Jeśli pan pułkownik sobie życzy… Ale przecież za rozwiązanie takiej sprawy na pewno będzie pochwała, a może nawet nagroda pieniężna? Czy nie byłoby lepiej, aby jednak pan pułkownik oficjalnie figurował jako prowadzący śledztwo? – podporucznika nadal nurtowały wątpliwości.

– Drogi kolego, taka pochwała już mi nic nie da, jedna więcej, jedna mniej. Mój wykaz służbowy nie przedstawia się najgorzej. A, poza tym ja naprawdę nie prowadziłem śledztwa, tylko pan. Siedziałem z tyłu i przysłuchiwałem się. Że bardziej rozumowo niż intuicją, odwrotnie niż pan, wpadłem na rozwiązanie tej zagadki, to raczej kwestia wprawy. Przemyślałby pan całą sprawę, przeczytał ponownie wszystkie zeznania i przestałby pan traktować to zdarzenie jak jakąś łamigłówkę nie do rozwiązania. Stanie się zadość sprawiedliwości, jeżeli cała zasługa spłynie na pana i na jego ludzi.

Podporucznik był zmieszany.

– przecież nie mogę przyznawać się do cudzych zasług.

– Jakie tam zasługi!

– Mówiłem – wtrącił sierżant Leszczyński – że pan pułkownik to złoty chłop. Przyznam się teraz, że to ja namówiłem naszego porucznika, aby zaprosić pana pułkownika. Porucznik pana nie znał i obawiał się, że pan nie pomoże, a za to złoży raport, że w Zakopanem najgłupszej sprawy sami nie potrafią załatwić, tylko ściągają z domów wczasowych ludzi przebywających tam na urlopie, aby za nich pracowali.

Pułkownik uśmiechnął się.

– Nie dziwię się obiekcjom porucznika. Ludzie są różni, także w naszym aparacie. Ale teraz me sprzeciwiajcie się, kolego Klimczak i kończmy tę robotę. Czas, aby ci ludzie poszli spać. Mnie samego również ciągnie do poduszki.

– Jeżeli pan pułkownik sobie życzy…

– Właśnie życzę sobie. I ostatnia prośba: zbierzcie wszystkich w salonie. Jeżeli mam tłumaczyć, kto jest sprawcą napadu i w jaki sposób się zdemaskował, to mieszkańcom „Carltonu” i tym dwóm sportowcom należy się pewna rekompensata za przeżycia, kłopoty i bezsenną noc. Tym bardziej, że swoimi zeznaniami przyczynili się przecież do rozwiązania zagadki. Na wszelki wypadek niech dwóch ludzi stanie na dworze pod oknami salonu. Reszta wewnątrz i na korytarzu. Ostrożność nigdy nie zaszkodzi. Samochód macie?

– Mamy – roześmiał się sierżant. – Czeka na podwórzu. Bransoletki też się znajdą.

– Nie lubię aresztować, ale trudno, zrobię tę robotę za pana, poruczniku.


Rozdział XIII
Oficerowie milicji weszli do salonu. Na twarzach zebranych malowało się zmęczenie, zdenerwowanie i jednocześnie zaciekawienie. Obecni byli wszyscy goście „Carltonu”, kierownik, pokojówka i portier. Pułkownik usadowił się wygodnie w fotelu i zaczął:

– Kryminalistyka zna pojęcie „przestępstwa doskonałego”, zbrodni, która pozostaje bezkarna. Popełniona ona jest w ten sposób, że sprawcy niczego nie można udowodnić. Pojecie „zbrodni doskonałej” jest naturalnie taką samą abstrakcją, jak w matematyce kwadratura koła. Zdarza się czasem, przyznaję, że wskutek błędów śledztwa, a ludzie są przecież tylko ludźmi i mogą się mylić, lub zbyt małej ilości dowodów, niektóre przestępstwa przez pewien czas pozostają bezkarne. Ale w końcu, niekiedy po wielu latach dopiero zbrodniarza dosięga ręka sprawiedliwości. Problem kwadratury koła w ciągu przeszło dwóch tysięcy lat został dokładnie opracowany. Najwięksi matematycy dowiedli, że jest to niemożliwością. Mimo to wielu nam współczesnych zajmuje się tymi obliczeniami, uważając, że można je rozwiązać. Chociaż prawa fizyki znane są od wieków, nadal żyją wśród nas maniacy, zasypujący urzędy patentowe róż- nymi „perpetuum mobile”, maszynami mającymi wytwarzać energię z niczego.

Pułkownik poprawił się w fotelu i mówił dalej:

– Również w Zakopanem znalazł się zbrodniarz, który sądził, że uda mu się popełnić przestępstwo doskonałe. Opracował swój plan bardzo szczegółowo i przystąpił do jego realizacji. Wydawało mu się, że nie popełnił ani jednego błędu. Ale to tylko w jego mniemaniu. Wszystko obliczył, niczego nie zaimprowizował. Każdy jego krok był precyzyjnie przemyślany. Nie przewidział jedynie prostego przypadku.

Z niezwykłym zainteresowaniem słuchano słów oficera milicji. Nawet wielka mucha spacerująca po szklanej powierzchni telewizora zdawała się słuchać tych wywodów, bo zatrzymała się w miejscu.

– Cel przestępstwa był jasny. Chodziło o zagarnięcie biżuterii wartości około miliona złotych. Motyw pieniężny jest tu zupełnie prosty. Pasuje do każdego z nas, także do mnie. Milion to w naszych warunkach kolosalna suma. Urządza każdego do końca życia. Uwalnia od trosk i kłopotów. Toteż każdy, kto wówczas znajdował się w „Carltonie” lub mógł się tam znajdować, musiał być przez nas podejrzany. Moment zbrodni został wybrany po głębszym namyśle. Wszyscy mieszkańcy pensjonatu byli wówczas w domu i albo siedzieli w swoich pokojach, albo odwiedzali się wzajemnie. Była to zresztą ze strony przestępcy tylko asekuracja „na wszelki wypadek”, gdyż jego zasadniczy plan zakładał zupełnie co innego.

Sam czas wykonania akcji wybrano starannie, o ściśle wyznaczonym czasie. Zbrodniarz wiedział, że jubiler na kilka minut opuści swój pokój, sam go bowiem prosił o załatwienie telefonu w jego imieniu. Bardzo dobrze orientował się, że mieszkańcy „Carltonu” opuszczając swoje pokoje, nie zabierają kluczy, a najwyżej przekręcają je i pozostawiają w zamkach. Przestępca zapewne nieraz sprawdzał, czy jubiler postępuje w ten sam sposób. Obserwując jubilera, amator jego brylantów czekał na swój dzień. Okazja zdarzyła się dzisiaj, a właściwie biorąc pod uwagę, że w tej chwili mamy drugą w nocy, wczoraj. Dobrozłocki skończył swoją robotę i zademonstrował klejnoty mieszkańcom „Carltonu”. To było sygnałem, że obmyślany zawczasu plan należy jak najszybciej realizować. Dodatkową korzystną okolicznością było to, że dzieci kierownika wyciągnęły młotek ze skrzynki z narzędziami i porzuciły go później na schodach. Dało to okazję pani Zachwytowicz do przyniesienia przyszłego narzędzia zbrodni do hallu i umieszczenia go na widocznym miejscu, na czerwonej kanapce.

Oczy zebranych skierowały się na panią Zosię. Ta gwałtownie się zaczerwieniła i chciała coś powiedzieć. Wstała z krzesła, lecz pułkownik dał znak ręką, aby mu nie przerywać.

– Jak każdy klasyczny plan strategiczny – snuł swoją opowieść pułkownik – tak i ten, opracowany przez naszego zbrodniarza, miał dwa warianty. Główne założenie przewidywało, że na podstawie znalezionych rekwizytów zbrodni władze śledcze dojdą do przekonania, iż przestępca wdarł się do „Carltonu” z zewnątrz. W przypadku niepowodzenia tej tezy, napastnik przygotował inny wariant rozwiązania: podejrzanymi będą w mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieszkańcy pensjonatu, a najmniej on sam. Jego alibi wszyscy jednogłośnie stwierdzą. Mając co najmniej dziesięciu podejrzanych i ani jednego winnego, milicja będzie zmuszona w końcu umorzyć sprawę. Jubiler nie domyślał się nawet, że pokazując klejnoty, wydaje na siebie wyrok śmierci. Z tą chwilą zbrodniarz rozpoczyna swoją działalność, której ostatnim akordem będzie cios młotkiem… Właściwie nie ostatnim. Ostatnim czynem przestępcy było… Ale o tym pomówimy później. Na razie zajmijmy się decydującymi o powodzeniu planu dziesięcioma minutami między godziną 20.45 a 20.55.

Przestępca wie, że jubiler opuści pokój i zejdzie na dół. Czeka na to. Słyszy skrzyp otwieranych drzwi i kroki jubilera na schodach. Poza tym w całej willi jest zupełnie cicho. Tylko z salonu dochodzą odgłosy naprawianego telewizora. Znak, że inżynier Żarski gorączkowo pracuje, aby mieszkańcom „Carltonu” umożliwić obejrzenie „Kobry”. Wszystko odbywa się zgodnie z przewidywaniami napastnika. Chwyta on za młotek, wchodzi do pokoju Dobrozłockiego, zamyka za sobą drzwi i gasi światło. Nie próbuje nawet szukać biżuterii, aby ją ukraść. Ten człowiek z młotkiem w ręku zdecydowany jest zabić. Trup nie mówi, nie obciąży go nawet cieniem poszlaki. Dopiero gdy poj otrzymaniu morderczego ciosu jubiler osuwa się na podłogę, przestępca przystępuje do roboty. Przede wszystkim zamyka drzwi na zatrzask. Jeśli teraz nawet ktoś zapuka do jubilera, to odejdzie po stwierdzeniu, że drzwi są zamknięte. Kasetka jest w szafie.

O tym napastnik wie doskonale. Za chwilę ma ją w ręku. W kilka sekund klejnoty owinięte w irchowe ściereczki znajdują się już w kieszeni. Teraz zbrodniarz podchodzi do drzwi balkonowych. Wygląda na zewnątrz. Na balkonie jest pusto. Jedno uderzenie i szyba wylatuje z cichym brzękiem. Zamach ręki – szkatułka leci na trawnik. Chwila nadsłuchiwania, czy na korytarzu nikogo nie ma i przestępca wyślizguje się z pokoju, nie zapomniawszy przekręcić klucza w zamku. Tylko dlatego w minutę później pan Ziemak nie znalazł rannego jubilera na podłodze. Zapukał, nacisnął klamkę, drzwi nie ustąpiły i malarz zszedł na dół.

Spojrzenia zwróciły się z kolei w stronę kanapy, na której siedział Paweł Ziemak obok redaktora Burskiego, pani profesor i Jerzego Krabe. Malarz potwierdził:

– Rzeczywiście tak było!

– Sporo trudności – ciągnął pułkownik – sprawiło nam wyjaśnienie telefonu. Jak to się stało, że pan Dobrozłocki, który w czasie całego swojego pobytu w Zakopanem ani razu do nikogo nie zadzwonił, nagle, na kilka minut przed napadem, schodzi na dół i telefonuje do domu wczasowego „Granit”. Mało tego, z zegarkiem w ręku pilnuje, aby zadzwonić o ściśle określonej godzinie. To nam dziwnie nie pasowało do trybu życia jubilera. Dopiero pani Rózia wyjaśniła, że pan Dobrozłocki był aż do przesady człowiekiem akuratnym i punktualnym. I tę cechę swojej ofiary morderca potrafił znakomicie wyzyskać. Mógł bowiem zrealizować w pełni swój cel pod warunkiem, że o ściśle określonej godzinie złotnika nie będzie w pokoju. Chodziło oto, aby napastnik mógł niepostrzeżenie tam się ukryć i zaczaić z młotkiem w ręku. Przyszły napastnik wynajduje więc pierwszy lepszy powód i prosi pana Dobrozłockiego, aby zadzwonił on o 20.45 pod podany mu numer, właśnie do „Granitu”. Jest spokojny. Wie, że pedantyczny jubiler nie spóźni się nawet o minutę. Wtedy zbrodniarz chwyta narzędzie mordu i kieruje swoje kroki na pierwsze piętro. Idzie zabić.

Po tych słowach oficera milicji w salonie zapanowała całkowita cisza.

– Powtarzam – mówił dalej pułkownik – celem przestępcy było zabójstwo. Gdyby nie nie przewidziany przez napastnika przypadek, jubiler już by nie żył. Zbrodniarz dobrze wszystko obliczył. Nie przewidział jedynie, że pan Dobrozłocki po wypiciu herbaty na kolację poprosi o przyniesienie następnej szklanki do swojego pokoju. Ktoś z państwa słusznie zauważył w czasie składania zeznań, że herbata uratowała życie jubilerowi. Gdyby nie to, pani Rózia nie poszłaby na górę i nie zrobiła tego przerażającego odkrycia. Nikogo nie zdziwiłaby nieobecność złotnika na „Kobrze”. Nie lubił telewizji i rzadko ją oglądał. Dopiero więc nazajutrz zauważono by nieobecność Dobrozłockiego na śniadaniu. Wtedy ktoś ze służby udałby się do jego pokoju i znalazł jubilera martwego. Zmarłby chociażby z upływu krwi. Na szczęście, dzięki szklance płynu, rannego znaleziono zaledwie w dziesięć minut po zbrodni. Wprawnie nałożony przez panią profesor opatrunek i szybki przyjazd pogotowia uratowały życie człowiekowi. Po powrocie do zdrowia pan Dobrozłocki powinien oprawić w złoto okruchy szkła z rozbitej szklanki i przechowywać jak najcenniejsze klejnoty, a pani Rogowiczowej gorąco podziękować.

Pod wpływem spojrzeń zebranych, z kolei pani profesor spiekła raka.

– Gdyby ciało odkryte zostało rankiem, milicja znalazłaby drabinę opartą o balkon i szkatułkę na trawniku. Nie znalazłaby natomiast młotka. Leżałby dokładnie już wytarty w skrzynce w kuchni wraz z innymi narzędziami. Podejrzenia padłyby na pewnych młodych ludzi, którzy z tej drabiny często korzystali w celach wiadomych tylko sobie.

Rozległ się cichy szmer śmiechu. Pani Zosia śmiała się najgłośniej. Za to jej „góralska gwardia” miała miny godne pożałowania.

– Być może przestępca w jakiś sposób, choćby przez podrzucenie jednego, najmniej cennego pierścionka, jeszcze bardziej wplątałby tych młodych ludzi w sprawę o zabójstwo. Trudno coś o tym teraz powiedzieć. To są tylko moje podejrzenia. A może zadowoliłby się tym, że milicja uwierzyła w jakiegoś nieuchwytnego bandytę, który późnym wieczorem lub nocą wdarł się do „Carltonu”? Bo nawet przy dość dokładnym ustaleniu chwili zgonu, milicja nie zdołałaby ustalić godziny popełnienia morderstwa. Jak długo żyłby jubiler po zadaniu ciosu? Na to pytanie najlepszy lekarz nie umiałby odpowiedzieć. Mieszkańcy pensjonatu staliby poza wszelkimi podejrzeniami. Oglądali program telewizyjny, potem wrócili do swoich pokoi i poszli spać. Taka była pierwsza wersja napadu, którą przestępca chciał zasugerować milicji.

Szklanka herbaty przekreśliła te rachuby. Automatycznie przeto zaczął działać inny wariant znakomicie zresztą, muszę to przyznać jako fachowiec, opracowanego planu. Nie udało się na czas sprzątnąć młotka, wobec tego podejrzanymi będą wszyscy mieszkańcy „Carltonu”, oraz góralska gwardia pani Zosi, zjawiająca się jak na zamówienie w parę minut po wstrząsającym odkryciu. Poza tym, czego zbrodniarz prawdopodobnie nie przewidywał, pan Jacek Pacyna zjawił się w „Carltonie” przed napadem, aby załatwić pewne aprawy osobiste, co rzuciło na niego dodatkowe podejrzenia.

Jacek miał minę wręcz przerażoną, a pani Zosia znowu się roześmiała.

– Muszę państwu wytłumaczyć, że zbrodniarz miał zamiar usunąć później narzędzie mordu. Młotek zostałby dokładnie oczyszczony i powędrowałby do skrzynki. Dlatego napastnik nie zostawił młotka w pokoju, ani nie wyrzucił go przez okno razem ze szkatułką. Gdyby pani Rózia nie odkryła tak wcześnie tej zbrodni, milicja nigdy nie byłaby w stanie stwierdzić, czym zadano jubilerowi morderczy cios. Posługując się młotkiem, zbrodniarz musiał jednak pamiętać o położeniu go z powrotem na kanapce. Wcześniejsze zniknięcie tego przedmiotu mogłoby się komuś z państwa zbyt wcześnie rzucić w oczy. Poza tym napastnik dysponował bardzo krótkim czasem, przecież jednocześnie chodziło mu o dobre ukrycie klejnotów. Dlatego też młotek wrócił na razie na kanapkę, co później pozwoliło panu porucznikowi zidentyfikować go jako narzędzie zbrodni.

– Ale drabina? – zauważył redaktor Burski.

Drabina wyklucza całkowicie udział mieszkańców „Carltonu” w przestępstwie.

– Pomysł z drabiną był chyba najgenialniejszym posunięciem zbrodniarza. Miało ono podwójny cel. Jeden – może milicja nie zauważy młotka leżącego jeszcze na kanapce, a wtedy koncepcja, iż napastnik przyszedł z zewnątrz, będzie nadal prawdopodobna. Drugi – jeżeli znajdzie młotek i ustali, że to nim rozbito głowę jubilerowi, drabina spowoduje największe zamieszanie przy prowadzeniu śledztwa. Nie będzie po prostu wiadomo, co robić z tym fantem. Lecz i tutaj przestępca nie przewidział pewnych okoliczności. Na dworze było ciemno, napastnik nie przypuszczał, że ktoś wyjdzie na balkon, a ktoś drugi będzie spoglądał na ten sam balkon przez oszklone drzwi swojego pokoju. W ten sposób milicja mogła ustalić, że w momencie popełniania zbrodni drabiny pod balkonem nie było.

– Nie było? Czy to możliwe? Skąd ta pewność? – rozległy się pytania z różnych stron salonu.

– Ustaliliśmy to ponad wszelką wątpliwość, że w chwili popełniania zbrodni drabiny pod balkonem nie było. To bardzo ważna okoliczność. Szczególnie dla pani Miedzianowskiej i naszych dwóch sportowców, gdyż wyklucza ich udział w przestępstwie. Fakt, że drabiny pod balkonem nie było, stwierdziły dwie osoby, pani Zachwytowicz i pan Krabe. Potwierdził to również portier, który zeznał, że gdy biegł do „Sokolika”, aby telefonicznie zaalarmować pogotowie, nie spostrzegł drabiny, chociaż musiałby koło niej przechodzić dwukrotnie, w drodze do sąsiedniej willi i wracając do „Carltonu”. Przyznaję, że początkowo nie zwróciliśmy uwagi na ten szczegół zeznań.

– Na pewno drabiny nie było! – przytaknął pan Jasio. – Od razu chciałem to powiedzieć, kiedy pan kierownik przyszedł do salonu i oznajmił, że milicja znalazła drabinę opartą o balustradę.

– Jednocześnie ustaliliśmy jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Wykluczone było popełnienie zbrodni w ciągu tych paru minut, jakie upłynęły między spotkaniem się mieszkańców w salonie dla obejrzenia „Kobry”, a pójściem pani Rózi na górę z herbatą. Bo przecież teoretycznie i taką możliwość trzeba brać pod uwagę. Wtedy wszyscy obecni w salonie mieliby niczym nie dające się podważyć, murowane alibi. Morderstwa dokonano w innym czasie. Pani Zachwytowicz zeznała, że gdy schodziła na dół, a przyszła do salonu jako jedna z ostatnich, młotek leżał na kanapce. Ale nie tam, gdzie go pani Zosia położyła, lecz w drugim rogu kanapki, czyli używano go już w znanym nam celu.

W miarę jak pułkownik mówił, zainteresowanie i podniecenie zebranych w salonie coraz bardziej wzrastało. Palacze nie wyjmowali papierosów z ust.

– Strasznie tu dużo dymu, państwo pozwolą, że uchylę okna?

– Proszę bardzo – powiedział pułkownik – tylko niech pan się zbytnio nie wychyla, bo na zewnątrz stoją milicjanci i gotowi opacznie zrozumieć pański ruch.

Inżynier otworzył okno, a pułkownik powrócił do przerwanego wywodu.

– Mówiliśmy o drabinie. Wszystko wskazywało na to, że została ona oparta o balkon dopiero wtedy, gdy pani Rózia znalazła rannego, a portier wrócił z „Sokolika” po zawiadomieniu pogotowia i milicji. Ale kto mógł przystawić tę nieszczęsną drabinę? Wchodzą tu w grę cztery osoby. Portier, który wychodził jeszcze raz z „Carltonu”, aby otworzyć bramę. Kierownik, który miał możność wyjścia niepostrzeżenie z budynku wejściem kuchennym, prowadzącym z sutereny na podwórze willi. Dwaj nasi sportowcy, którzy właśnie wtedy szli do pensjonatu i prawdopodobnie znajdowali się już w jego pobliżu. Ponieważ tych dwóch panów już przedtem wykluczyliśmy jako bezpośrednich sprawców napadu, można było przyjąć teorię, że podstawili drabinę, działając jako wspólnicy. I dla wszystkich byłoby jasne, że jako wspólnicy pani Zosi.

Spojrzenia skierowały się tym razem w stronę artystki. Ta zbladła.

– To nieprawda. Ja nie zabiłam…

– Tak. To nieprawda – zgodził się pułkownik. – Pan Ziemak zeznał, że widział panią Zosię wychodzącą z pokój u i schodzącą na dół. Młotek wtedy już z powrotem leżał na dole. Pan Krabe mieszkający w sąsiednim pokoju również nie zauważył, żeby w krytycznym czasie pani Zachwytowicz opuszczała swój pokój. Zresztą w takim przestępstwie spółka i to spółka aż z dwoma wspólnikami, byłaby ogromnym ryzykiem. Musimy więc z listy naszych podejrzanych wykreślić zarówno panią Zosię, jak dwóch młodych ludzi, rzekomych wspólników.

Słychać było, jak cała trójka odetchnęła z ulgą i poprawiła się na swoich krzesłach.

– Pan Jasio miał okazję podstawić drabinę – ciągnął dalej Edward Lasota – ale wtedy nie zeznałby, że drabiny przedtem nie widział. Przeciwnie, w jego interesie leżało twierdzenie, że w drodze z „Carltonu” do „Sokolika” zobaczył drabinę opartą o balkon. Poza tym dlaczego portier miałby przystawiać drabinę? Przecież wiemy z całą pewnością, że nie on jest sprawcą napadu. Wówczas znajdował się w kuchni, którą opuścił dopiero po wiadomości, że telewizor został zreperowany. Takie samo alibi posiada kierownik. Jak zwykle wydawał w kuchni kolacje, a później poszedł na pierwsze piętro do swojego mieszkania, skąd przyszedł na program telewizyjny razem z synami.

– Pozostaje jeszcze pani Rózia. Na dobrą sprawę i ona mogła, korzystając z zamętu panującego po wykryciu zbrodni, wymknąć się na chwilę na dwór i przynieść drabinę z „Sokolika”. Ale jej również broni logiczny argument – gdyby była sprawcą napadu, nie zaniosłaby herbaty na górę i nie narobiła alarmu. Raczej zaniosłaby herbatę, postawiła szklankę na stole, zamknęła drzwi i po powrocie do salonu powiedziała, że pan Dobrozłocki pracuje i nie zejdzie na „Kobrę”. Poza tym wszyscy zgodnie zeznali, że pani Rózia po kolacji nie opuszczała jadalni, gdzie sprzątała, wymieniała obrusy i zajmowała się różnymi drobiazgami gospodarskimi. Prosto z jadalni przyszła do salonu.

Pułkownik zamilkł na chwilę, poprawił się w swoim fotelu, głęboko odetchnął i ciągnął dalej.

– Doszliśmy więc do paradoksu. Nikt nie mógł wyjść na dwór, a jednak drabina znalazła się pod balkonem. Czyżby przywędrowała tam sama? Cudów nie ma! Zapomnieliśmy w swoim rozumowaniu o tych, którzy znajdowali się w salonie. Na wniosek, zdaje się pani Miedzianowskiej, wszyscy goście po odkryciu zbrodni wrócili do salonu. Przy jubilerze został jedynie kierownik oraz pani Rogowiczowa. W salonie panował nastrój zdenerwowania i przygnębienia. W różny sposób reagowano na wiadomość o morderstwie. Jedni palili papierosy, drudzy poczuli nieodpartą chęć udania się do łazienki. To bardzo ludzkie, zupełnie naturalny objaw w tych warunkach i nie ma się z czego śmiać.

Ostatnie słowa oficera skierowane były zapewne do dwóch młodych ludzi, którzy na słowa „udania się do łazienka” głośno się roześmiali.

– Podczas tego zamieszania jedno z państwa wyszło na dwór i przyniosło drabinę. Nie skorzystało z drzwi frontowych, ani z wyjścia kuchennego. Po prostu, wszystkie pokoje leżące po stronie południowej mają drzwi na taras. Z niego schodzi się na podwórze. Wielkim pechem zbrodniarza było, że właśnie zaczął padać deszcz, a drabina leżała na gliniastej ziemi. Sporo tej gliny zostało wtedy na butach. Mimo pośpiesznego wycierania, ślady tej gliny zostały do tej chwili.

Po tych słowach obecni w salonie zaczęli spoglądać na obuwie sąsiadów.

– Nie ma na co patrzeć. Tego państwo teraz nie zobaczą. Gliny jest zbyt mało, znajduje się głównie pod obcasami. Zewnętrzną stronę swoich butów napastnik wytarł dość starannie. Ale gdyby nawet na jego nogach nie było śladu gliny i tak się zdemaskował.

– Czym? – zapytała pani Zosia.

– Tym, że nie zna się na telewizji. Może źle to określiłem. Nie na telewizji, lecz na telewizorach. Telewizor wył i piszczał bez najmniejszej przerwy. Otóż i tu jest rozwiązanie zagadki. Nie reperuje się włączonego telewizora. Można nie tylko spalić lampy, ale samemu porazić się prądem. Poza tym telewizor wcale nie był zepsuty. Odbiór jest nieszczególny, zwłaszcza ostatnio się pogorszył, gdy w Zakopanem wybudowano nowy maszt i zainstalowano nowy przekaźnik. Zamiast poprawić odbiór, obie te inwestycje zdecydowanie go pogorszyły. Przystępując do wykonania swojego planu, bądź rano, bądź po obiedzie, inżynier rozregulował aparat, stwarzając mit uszkodzonego aparatu. Może go nawet i uszkodził, odkręcając jakąś śrubkę lub wyłączając jeden z kondensatorów. W każdym razie aparat nie działał, co pozwoliło inżynierowi udać się do salonu bezpośrednio po kolacji i zająć się rzekomą reperacją telewizora. Na czym ona polegała? Pan Żarski nastawił po prostu aparat na buczenie i wycie i dzięki temu mógł spokojnie poruszać się po „Carltonie”. Wszyscy byliby gotowi przysiąc, że nie opuścił on salonu ani na chwilę. Więcej wam powiem, pani Miedzian owsika wyraźnie stwierdziła, że w czasie owych krytycznych dziesięciu minut, kiedy dokonano napadu na jubilera, telewizor wył najgłośniej. W ten sposób morderca chciał zagłuszyć kroki na schodach i korytarzu oraz dźwięk wybijanej szyby.

– Nonsens – powiedział inżynier. – Mówiąc to usiłował się uśmiechnąć, ale na jego twarzy ukazał się dziwny grymas. – Nonsens – powtórzył.

– Niestety – rzekł poważnie pułkownik – nie nonsens, lecz smutna prawda.

Tymczasem podporucznik siedzący dotychczas obok swojego starszego kolegi, szybko przesunął krzesło, ustawiając je blisko miejsca zajmowanego przez inżyniera. Stojący w drzwiach sierżant niedwuznacznym ruchem odpiął kaburę pistoletu.

– Nie opierałbym tak poważnego oskarżenia tylko na fakcie, że telewizor był cały czas włączony. Specjalnie odwiedziłem pokój inżyniera i pod pozorem upuszczenia ołówka obejrzałem jego obuwie. Mogę państwa zapewnić, że znajduje się na nim sporo gliny. Analiza potwierdzi jej identyczność ze znajdującą się koło „Sokolika”, tam, gdzie zazwyczaj leżała drabina. Ale może i to wyda się państwu zbyt mało przekonywającym dowodem. Pragnę przeto was poinformować, że przesłuchując pana Żarskiego, specjalnie zadałem mu parę pytań z dziedziny budowy aparatów telewizyjnych. Plotłem niesłychane głupstwa. Mówiłem, że w mojej „Wiśle” najczęściej psuje się „stabilizator dźwięku”. Inżynier natychmiast potwierdził, że i w tym telewizorze „stabilizator dźwięku” nie był w porządku. Takiej części i takiej nazwy nie znają najlepsi nawet fachowcy. Powiedziałem ponadto, że „Wisła” ma osiem lamp, a „Tesla” dwanaście. Również i na tę bzdurę pan Żarski nie zareagował. Przeciwnie, wyjaśnił mi, że przy naprawie telewizora ilość lamp nie gra żadnej roli. Słowem zdemaskował się, że nie ma najmniejszego pojęcia o budowie aparatów telewizyjnych. W jaki więc sposób mógł go naprawiać i to przy użyciu płaskoszczypów i śrubokręta, które leżą teraz na fortepianie? Wiem nawet, dlaczego pan inżynier przyniósł te narzędzia do salonu. Stwarzało to pretekst, aby po skończonej „Kobrze” zejść na dół i odnieść je do skrzynki znajdującej się w kuchni. Przy okazji zabrałby także młotek z kanapki w hallu. Jeszcze raz wytarłby go porządnie i oczyścił z drobnych śladów krwi. Napadu dokonał inżynier! Tylko on i pani Rogowiczowa wychodzili do swoich pokoi po odkryciu zbrodni. A poza tym, kto miał możność schowania klejnotów tak, aby milicja nie mogła ich odnaleźć? Przeszukaliśmy wszystkie pokoje i najmniejsze zakamarki. Niel szukano tylko w jednym miejscu.

– Telewizor! – zawołał Andrzej Burski.

– Ma pan rację, redaktorze. Jestem zupełnie pewny, że wystarczy zdjąć pokrywę tylnej ściany telewizora, zasłaniającą wnętrze aparatu, aby znaleźć klejnoty.

Jeden z milicjantów podszedł do „Tesli”. Wszyscy z napięciem obserwowali jego ruchy. Uchylił pokrywy i włożył rękę do środka. Za chwilę zaczął wykładać na flanelowy pokrowiec, którym zazwyczaj zakryty był ekran i góra telewizora, małe, irchowe zawiniątka. Wszyscy patrzyli teraz na aparat i na inżyniera sie – jj dzącego w jego pobliżu. Żarski opuścił głowę i zakrył twarz rękami.



Milicjant rozwinął jedno z zawiniątek. W świetle elektrycznych lamp brylantowa kolia zamigotała pięknymi barwami tęczy.

1   2   3   4   5


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna