Jerzy Edigey



Pobieranie 0,82 Mb.
Strona4/5
Data24.02.2019
Rozmiar0,82 Mb.
1   2   3   4   5

Rozdział IX
– Cholerna sprawa – jęknął podporucznik. – Wyglądało na to, że jeden z nich jest sprawcą napadu. A po przesłuchaniu widzę, że Heńka Szaflara nie można brać pod uwagę. Może Jacek? Sam nie wiem. Może pani Zosia? Okazuje się, że ten Krabe również odwiedził jubilera. Nic już nie rozumiem.

– Dopóki wszystkich nie przesłuchamy, dopóty nie będziemy mieli pełnego obrazu tego, co działo się w „Carltonie” między siódmą trzydzieści a momentem, kiedy pokojówka znalazła Dobrozłockiego z raną w głowie. Najważniejsze zresztą są minuty między 20.45, gdy jubiler skończył telefonować i wrócił na górę, a 20.55, gdy leżał już na podłodze. Przede wszystkim chodzi o te dziesięć minut.

– Jacek miał możność przystawienia drabiny. Mógł tą drogą wrócić na balkon i zrabować klejnoty. Wiedział przecież, że w czasie nadawania „Kobry” wczasowicze siedzą przy telewizorze. Wszedł na balkon i czekał na dogodną chwilę. Pokój jubilera akurat był pusty i Jacek sądził, że Dobrozłocki nie wróci na górę. Nie mógł przewidzieć, że złotnik poszedł tylko do kabiny telefonicznej. Wybił szybę, wszedł do środka i, zaskoczony krokami powracającego jubilera, złapał młotek.

– A co potem?

– Zrabował biżuterię i tą samą drogą uciekł z willi. Pobiegł do „Jędrusia”, a trzeba pamiętać, że ten chłopak jest doskonałym biegaczem, więc droga zajęła mu niepełne pięć minut. Mógł więc przyjść do klubu w czasie, o którym mówił Szaflar. Razem wrócili do „Carltonu”. Przechodząc przez hall, Jacek podrzucił na kanapkę zabrany stamtąd młotek. Zrobił to dlatego, aby podejrzenie padło na któregoś z mieszkańców „Carltonu”. W ten sposób mamy rozwiązanie sprawy drabiny i sprawy młotka, rzeczy się wykluczających.

– To ciekawa koncepcja – przyznał pułkownik – i prawdopodobna. Chociaż przypuszczam, że powzięcie takiego chytrego i skomplikowanego pomysłu przekracza poziom inteligencji tego chłopca. Nie sądzę, aby pani Zosia zdołała go tak podciągnąć intelektualnie w czasie tych nocnych rozmów. W całym rozumowaniu porucznika jest jednak jeden słaby punkt.

– Jaki?

– Pani Zofia Zachwytowicz przyznała się, nazwijmy to delikatnie, do pożyczenia szala z pustego pokoju państwa Zagrodzkich. Zrobiła to po wyjściu od niej Jacka i po poprawieniu swojej fryzury, czy też malunku, zniszczonego wskutek argumentów Pacyny, że powinni zostać w domu. Musiała więc przechodzić balkonem w czasie, gdy Jacek zaczajony czekał na wyjście jubilera z pokoju lub uciekał z pensjonatu już po zrabowaniu klejnotów. Tymczasem pani Zosia twierdzi kategorycznie, że drabiny przy balkonie nie było.



– Zachwytowiczowa była w zmowie z Jackiem.

– Powtarzam, że nie wydaje mi się to prawdopodobne. Zosia może ukradłaby nawet klejnoty, aby włożyć je na dansing i na drugi dzień zwrócić, podobnie jak szal, ale nie kazałaby Jackowi włamywać się do cudzego pokoju. To nie pasuje do jej charakteru. Poza tym uważam, że zbrodnię popełnił człowiek, który nie miał wspólników. Nie mogę tego jeszcze udowodnić, ale mój nos mi to mówi. Gdyby jubiler miał na przykład sto lub dwieście tysięcy złotych w gotówce, uwierzyłbym, że gwizdnął je ten narciarz. Ale biżuteria? Co z nią zrobi? Komu sprzeda?

– Niech pan nie zapomina, pułkowniku, że rokrocznie Jacek Pacyna wyjeżdża w sezonie zimowym za granicę, do Austrii, Włoch lub Francji. Sportowcy, jak to wykazują protokoły straży celnej, mają znacznie większe zdolności handlowe, niż nasi spece z Ministerstwa Handlu Zagranicznego. Doskonale wiedzą, co gdzie sprzedać i co przywieźć. W każdym kraju posiadają kontakty handlowe.

Pułkownik machnął ręką.

– To są transakcje z małymi płotkami przemytu i nie przekraczające kilkudziesięciu lub kilkuset dolarów. Tu chodzi jednak o kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Za duży interes dla sportowca i dla jego współpracowników. Mogę się wprawdzie mylić i trzeba z całą dokładnością zbadać ten ślad, niemniej odnoszę wrażenie, że pies jest pogrzebany gdzie indziej. A teraz kogo zaprosi pan na rozmowę?

– Literata. Pana Krabego. Jacek poważnie go obciążył swoimi zeznaniami. Zobaczymy, co nam powie następny podejrzany.

Jerzy Krabe zeznawał spokojnie, mówił wolno, widać było, że waży każde słowo i stara się nie powiedzieć zbyt wiele.

Tak. Zaraz po kolacji poszedł do swojego pokoju. Dlaczego? Rozmowa przy stole nie wydawała mu się interesująca. Codziennie to samo. Czy iść na wódkę do „Jędrusia” albo do innej knajpy, czy oglądać program telewizyjny. W swoim pokoju pan Krabe ma kilka ciekawych książek. Uznał przeto, że nie ma sensu odsiadywanie kolacji i udał się na pierwsze piętro. Zawsze zresztą tak robi. Owszem, wiedział, że pan Dobrozłocki pracuje, ale nie zdawał sobie sprawy, że wykonywana przez niego biżuteria przedstawia milionową wartość. Jubilera znał od dawna. Stykał się z nim jeszcze w Woldenbergu, gdzie przez cały okres wojny tkwił w oflagu. Później nieraz spotykali się na gruncie zawodowym i towarzyskim. Razem należeli do „Związku Twórców”. Obydwaj też mieli izwyczaj spędzania września lub października w górach. Kiedyś leczyli się jednocześnie w Krynicy, a także byli na urlopie w tym samym czasie w Zakopanem. O przyjaźni między panami nie można mówić. Nie byli ze sobą na „ty”. Była to raczej dobra, stara znajomość, przeradzająca się w pewną zażyłość i oparta na wzajemnym szacunku. Pan Krabe nie wychodził ze swojego pokoju aż do chwili, gdy usłyszał, że telewizor działa i za parę minut zacznie się „Kobra”.

– Czy to wszystko, co pan ma do powiedzenia?

– Tak – przytaknął literat.

– Posiada pan niezmiernie cenną zaletę, że zeznaje pan treściwie, lecz wadą tych zeznań jest ich nieprawdziwość.

– Pan porucznik zarzuca mi kłamstwo?! – żachnął się przesłuchiwany.

– Czy rzeczywiście nikt pana nie odwiedzał w pokoju między kolacją a zejściem na parter? – zapytał podporucznik. – Uprzedzam, że za fałszywe zeznania grozi surowa kara.

Krabe milczał.

– Pan jest bardzo rycerski – zabrał głos pułkownik – ale pani Rogowiczowa mówiła nam już o swojej wizycie w pańskim pokoju. Potwierdzenie tego faktu przez pana nie obciąży pani profesor, przeciwnie, pomoże nam ustalić, że ta kobieta nie ma nic wspólnego z napadem. Domyślam się, że przemilczał pan te odwiedziny tylko dlatego, aby nie rzucić żadnego podejrzenia na dawną znajomą.

Krabe odetchnął z ulgą.

– Przyznam się szczerze, że nie chciałem o tym mówić właśnie z obawy przed wmieszaniem Marii w całą tę historię. Któż bowiem zna drogi zaślepionej macierzyńskiej miłości? Nie byłem pewien, czy dla ratowania skóry swojego gagatka nie była zdolna wziąć młotka i pójść z nim do pokoju jubilera. Fałszywie pojęte uczucie może doprowadzić matkę nawet do zbrodni.

– Ustalmy więc kolejność zdarzeń. Kiedy przyszła do pana Rogowiczowa?

– Mniej więcej pół godziny po moim powrocie z kolacji.

– Przedtem nikt do pana nie wstępował?

– Nie.

– Jak długo pani profesor zabawiła w pana pokoju?



– Gdy wychodziła, była punktualnie 20.45. Spojrzałem wtedy na zegarek, aby zorientować się, ile czasu pozostało do rozpoczęcia „Kobry”.

– Czy może pan powiedzieć, o czym rozmawialiście z Rogowiczowa?

– Przyszła do mnie z prośbą o ratunek. Potrzebuje pieniędzy. Była zdenerwowana i płakała. Przyczyną zmartwienia jest jej syn, zresztą panowie znają już jego historię z wypadkiem samochodowym. Nie poczuwam się wprawdzie do żadnej winy wobec Rogowiczowej, ani nie mam też żadnych zobowiązań, ale ze względu na starą znajomość chciałem pomóc. Uspokajałem ją i obiecałem zająć się jej sprawami. Mam trochę gotówki w PKO i możliwość zaciągnięcia pożyczki. Przypuszczam, że dzięki tym pieniądzom i sumie, jaką Maria rozporządza, uda się wyciągnąć z tarapatów tego obiecującego młodzieńca. Sądzę jednak, że w przyszłości przysporzy on matce sporo kłopotów.

– Ozy w tym czasie, kiedy pani Rogowiczowa znajdowała się w pańskim pokoju, słyszał pan odgłosy z numeru zajmowanego przez jubilera?

– Mój pokój nie sąsiaduje z mieszkaniem pana Dobrozłockiego i nic nie słyszałem.

– A za ścianą? U pani Zosi?

– Ktoś u niej był, lecz nie przysłuchiwałem się.

– A na balkonie?

– Na balkonie ktoś chodził. Pamiętam dobrze, bo Maria przestraszyła się, że ten ktoś może nas podpatrzyć i rozpuścić Bóg wie jakie plotki. Była przecież zapłakana.

– Czy te kroki słyszał pan pod koniec wizyty pani profesor?

– W jakieś dwie czy trzy minuty potem Maria powróciła na dół.

– Nie opuszczał pan pokoju po jej wyjściu?

– Nie.

– Na pewno?



– Na pewno.

– Coś nam się znowu nie zgadza. Mamy w aktach pewne zeznania, stwierdzające, że poszedł pan do pokoju jubilera.

Literat nie stracił spokoju.

– To nie było po wyjściu Rogowiczowej. Wyszedłem w czasie jej obecności u mnie.

– Dlaczego?

– Znam Dobrozłockiego od wielu lat. Wiem, że to mądry, doświadczony człowiek i mający wiele różnych znajomości. Ponieważ znam go także z jego uczynności, zaproponowałem Marii zaproszenie złotnika na naszą naradę. Pani Rogowiczowa początkowo gwałtownie oponowała, przekonałem ją jednak, że na dyskrecji jubilera można polegać i udałem się do jego pokoju.

– Czy widział pan kogoś na korytarzu lub na schodach?

– Nie. Nikogo nie zauważyłem.

– Dlaczego przemilczał pan fakt swojej wizyty u jubilera?

– Po prostu dlatego, że tej wizyty właściwie nie było. Zapukałem i wszedłem do pana Dobrozłockiego, a ponieważ nie był sam, powiedziałem „przepraszam” i zawróciłem.

– Kto był u jubilera?

– Pan redaktor Burski. Siedzieli i rozmawiali, omawiali widocznie ważne sprawy, bo pan Dobrozłocki nawet nie próbował mnie zatrzymać. Zapewniłem więc Marię, że porozmawiam iz jubilerem następnego dnia lub jeszcze po dzisiejszej „Kobrze”. Pani Rogowiczowa nieco się uspokoiła, upudrowała twarz i wyszła.

– Pan dawno zna panią Rogowiczowa?

– Jeszcze sprzed wojny. Maria chyba wspominała o tym w swoich zeznaniach, jeśli zdecydowała się ujawnić, w jakiej sprawie przyszła do mnie.

– Tak, wspominała – potwierdził podporucznik – niemniej chcielibyśmy usłyszeć to i z ust pana.

– Stare dzieje. Taka jeszcze szczeniacka miłość. Wszystko skończyło się z chwilą powołania mnie do wojska. Siedząc w oflagu początkowo byłem bardzo rozżalony na nią, że nie dochowała mi wierności, tylko od razu, w ciągu pierwszego roku rozłąki, wyszła za mąż. Bolała mnie i zadraśnięta ambicja, bo ten, którego Maria wybrała, był człowiekiem starszym, schorowanym, wdowcem. Aptekarz z prowincjonalnego miasteczka. Ale czas goi takie rany. Teraz zapatruję się na to zupełnie inaczej. Maria właściwie nie miała innego wyjścia. Życie w czasie okupacji było bardzo trudne. Cóż miała robić młoda dziewczyna, sama jedna? Wychowana dotychczas we względnym dobrobycie, kiedy nagle cały jej świat rozpadł się jak przysłowiowy domek z kart?

– Znam jednak takie – zauważył pułkownik – które i w tej trudnej sytuacji umiały dotrzymać danego słowa.

Pan Krabe uśmiechnął się smutno.

– Na pewno były, ale nie Maria. Ona nigdy nie odznaczała się silną wolą. Trudno mi ją potępiać, bo nie wiem jakbym postąpił w jej warunkach. Nam, chociaż zamkniętym, niejednokrotnie było dużo lżej.

– Kiedy pan wrócił do kraju?

– Dopiero w 1951 roku. Z Anglii. Już z żoną. Ożeniłem się zaraz po wojnie, jeszcze w Belgii, z Polką, która trafiła tam po powstaniu warszawskim. Oczywiście wiedziałem, co się dzieje z moją byłą narzeczoną. Od czasu do czasu pisywaliśmy do siebie. Zwykłe, konwencjonalne listy z pozdrowieniami i paroma osobistymi informacjami. Znając Marię, byłem nawet zaskoczony jej studiami wyższymi. To musiał być wpływ, czy nawet stanowczy nakaz męża. W przeciwnym wypadku pani Rogowiczowa nigdy by się na to nie zdobyła. Była, jak to się mówi, „za miękka” do takiego długotrwałego wysiłku. Właściwie poznała życie dopiero po śmierci aptekarza, kiedy została sama z dwojgiem małych dzieci.

– To ją jednak zahartowało. Zrobiła karierę naukową.

– Tego właśnie nigdy bym się po niej nie spodziewał. Ale tutaj weszła w grę inna siła, która ją zmusiła do takiego kroku.

U Jedna noc w „Carltonie”

– Jaka?

– Jej wprost zwierzęca miłość do dzieci. To nie dla swoich ambicji, zamiłowań naukowych, czy chęci zrobienia kariery Maria poszła na drogę naukową i została w końcu profesorem Akademii Medycznej. Jedynym motorem jej postępowania była miłość macierzyńska i chęć zabezpieczenia dzieciom jak najlepszych warunków materialnych i tak zwanej „pozycji społecznej”. Muszą bowiem panowie wiedzieć, że Maria pochodzi ze środowiska, w którym przed wojną małżeństwo z jakimś tam aptekarzem uchodziłoby za mezalians i degradację społeczną. Toteż Maria przy swoim wychowaniu i mentalności nie mogła dopuścić, żeby jej dzieci były zwykłymi „aptekarczykami”. Syn pani profesor, to zupełnie inaczej brzmi.



– Nie przypuszczałem – zauważył podporucznik – że w dzisiejszych czasach są jeszcze ludzie, którzy na to zwracają uwagę.

– A jednak są – przytaknął pułkownik.

– Czy po powrocie do kraju kontaktował się pan z panią Rogowiczową?

– Tylko sporadycznie. Przez cały ten czas, nie wiem, czy spotkaliśmy się z pięć razy.

– Pani Rogowiczową jest wdową?

– Tak. Rogowicz to nazwisko jej męża. Tego właśnie aptekarza. Nawet się początkowo dziwiłem, że młoda i niebrzydka kobieta nie wyszła po raz drugi za mąż. Kandydatów, przypuszczam, nie brakło. Może i dzisiaj znaleźliby się. Ale Maria należy do tych kobiet, które żyją tylko dla dzieci. A niestety, chociaż sama jest profesorem, we własnym domu nie błysnęła talentem pedagogicznym. Zwłaszcza, jeśli chodzi o wychowanie syna.

– Wie pan coś o tym?

– Niestety wiem. Młody człowiek już od dzieciństwa uważany był za ósmy cud świata. Najzdolniejsze i najwspanialsze dziecko na kuli ziemskiej. Nic dziwnego, że bardzo wcześnie przewróciło mu się w głowie. Nawet przez maturę nie udało go się przepchać. Parę razy uciekał z domu, doszczętnie okradając matkę. Oczywiście, Marią to wszystko Skrzętnie tuszowała. Wylano go coś ze czterech szkół. W wojsku też zbyt długo miejsca nie zagrzał. Rzekomo na urlopie zachorował i trzeba było robić jakąś operację. Więc go zwolniono ze względów zdrowotnych. Czuję w tym rękę kochającej mamusi; która nie mogła patrzeć, jak się synek męczy. Ostatecznie dla profesora Akademii Medycznej uzyskanie świadectwa niezdolności do pracy nie jest niemożliwością, a nie ma na świecie rzeczy, której by pani Rogowiczowa nie zrobiła dla swojego dziecka.

– Nawet uderzenie młotkiem w cudzą głowę? – szybko zapytał podporucznik.

– Pan mnie chwyta za słówka.

– Stawiam tylko pytanie.

– Gdyby nie miała innego ratunku, ta szalona kobieta mogłaby się zdobyć nawet i na taki tragiczny krok. Ale tego nie zrobiła.

– To pana przekonanie?

– Nie. Pewność. Nie zrobiła przede wszystkim dlatego, że zwróciła się do mnie i oboje ustaliliśmy, jakie kroki należy przedsięwziąć dla wyciągnięcia jej synalka z tarapatów. A więc nie miała powodu. Poza tym nie miała możliwości, była u mnie i zeszła na dół w czasie, kiedy Dobrozłocki cały i zdrowy przebywał w swoim pokoju.

– Mogła wrócić jeszcze raz.

– Po drabinie? – ironicznie zauważył pan Krabe. Podporucznik zamilkł. Ta nieszczęsna drabina stale wypływała w prawie każdym przesłuchaniu i zawsze stawała się przysłowiową deską ratunku dla wszystkich podejrzanych.

– A córka pani Rogowiczowej – pułkownik zwekslował rozmowę na bardziej bezpieczne tory.

– Nie była nigdy takim oczkiem w głowie, jak syn, więc też są z nią dużo mniejsze kłopoty. Przynajmniej uczy się dobrze.

– Redaktora Burskiego zna pan od dawna?

– Od kilku lat. Utrzymujemy stosunki towarzyskie. Ale niezbyt bliskie. Odwiedziny z okazji imienin i raz lub dwa razy w roku, proszony brydż.

– To podobno bardzo zdolny dziennikarz?

– A jeszcze bardziej zarozumiały – odpowiedział pan Krabe. Zwłaszcza po ostatnich sukcesach jego książki.

– Niezły kryminał – zauważył pułkownik.

– Nie ma w nim nic nadzwyczajnego. Po prostu zręcznie napisana historyjka. Burski tyle lat był reporterem sądowym, że na pewno z różnych prawdziwych zdarzeń powycinał najrozmaitsze fakty i skleił je w jedną całość. Nie wiadomo, ile w tej książce jest pióra i atramentu, a ile kleju i nożyczek.

– Ale powieść zdobyła duży rozgłos.

– Powieść kryminalna to w ogóle żerowanie na najniższych gustach pospólstwa. Nie zazdroszczę panu Burskiemu takiej sławy.

– Ciekaw jestem, czy książka będzie przetłumaczona na inne języki?

– Burski aż ze skóry wychodzi, tak się o to stara. Ale wątpię. Na Zachodzie taka powieść to żadna rewelacja. Tam wydawnictwa mają swoich stałych autorów, już wprowadzonych na rynek i nie myślą ryzykować z debiutantem. Co innego, gdyby Burski miał pieniądze i mógł ponieść ryzyko finansowe wydania swej powieści.

– A ile na to potrzeba pieniędzy?

– Najłatwiej byłoby w Niemczech Zachodnich, bo ich literatura sensacyjna opiera się prawie wyłącznie na tłumaczeniach obcych. W każdym razie wydanie takiej książki wymaga co najmniej około 20 000 marek. Jeżeli nie grubo więcej. Oczywiście, gdyby „chwyciło”, zyski są dużo większe. Znam się na tym, bo sam pracuję w wydawnictwie.

– Redaktorowi Burskiemu powodzi się chyba nieźle?

– Tak. Ale to, co ma, nie zadowala jego ambicji. Mniej mu chodzi o pieniądze, bardziej o rozgłos wielkiego pisarza. Powtarzam, że jest bardzo ambitny, a nawet zarozumiały.

– Co pan robił po wyjściu pani Marii z pokoju?

– Usiłowałem czytać, lecz nie mogłem się skupić. Nic dziwnego, przyznaję, że zdenerwowałem się tymi odwiedzinami. Żal mi było Marii, a jednocześnie byłem na nią zły, że pozwoliła synalkowi tak brykać i dopuściła do powstania tego rodzaju sytuacji. Gdyby miała nieco twardszą rękę i nie rozpieszczała „biednej sierotki”, miałaby dzisiaj lżejsze życie. Rzuciłem książkę i spacerowałem po pokoju.

– Gzy w tym czasie słyszał pan kroki na balkonie?

– Nie, nie słyszałem. Pamiętam, że uchyliłem portiery i wyjrzałem przez oszklone drzwi, lecz nikogo nie dostrzegłem.

– Nie zauważył pan drabiny opartej o balkon?

– Nie.


– Czy dlatego, że było ciemno?

– Balkon był dobrze oświetlony, zwłaszcza w naszej części. Na ulicy, tuż koło balkonu, znajduje się lampa jarzeniowa. Poza tym w trzech pokojach, moim, pani Zosi i pana Dobrozłockiego, paliło się światło. Blask z oszklonych drzwi padał na balkon i było tam zupełnie jasno. W tych warunkach musiałbym zauważyć drabinę. Tym bardziej, że nieraz ją widywałem w tym miejscu.

– Widzę, że o romantycznej drodze do pewnego pokoju – uśmiechnął się podporucznik – wszyscy w „Carltonie” doskonale wiedzą.

– Bo też właścicielce tego pokoju wcale nie zależy na zachowaniu tajemnicy. Przeciwnie, chwali się, że do niej, jak do szekspirowskiej Julii, wielbiciele nawet tą drogą usiłują się dostać. Dla zwrócenia na siebie uwagi ta dziewczyna, nie zawahałaby się, jak druga lady Godiva, przejechać nago na koniu przez całe Zakopane. Cóż, film potrzebuje widocznie reklamy.

– Twierdzi pan z całą stanowczością, że w momencie wyglądania na balkon drabiny tam nie było?

– Z całą pewnością.

– Która mogła być wówczas godzina?

– Nie spoglądałem na zegarek, ale ponieważ Maria wyszła ode mnie kwadrans przed dziewiątą, mogło być najwyżej pięć minut później.

– Czy po wołaniu inżyniera, że telewizor już zreperowany, od razu wyszedł pan z pokoju?

– Umyłem ręce i wyszedłem.

– I wszystkich zastał pan w salonie?

– Po mnie przyszła jeszcze pani Zosia i pani Miedzianowska.

– Czy widział pan ten młotek?

– Tak. O ile się nie mylę, pani Zachwytowicz położyła go na kanapce w hallu, gdy całe towarzystwo wróciło z wycieczki. Nie byłem z nimi w górach i tego nie widziałem, ale pamiętam, że pani Zosia wspominała przy obiedzie o leżącym na kanapie młotku.

– Widział go pan, czy tylko o nim słyszał?

– Widziałem idąc na kolację i wracając do siebie po wieczornym posiłku.

– A schodząc na parter na „Kobrę”?

– Nie przypominam sobie. Chyba leżał, ale nie jestem tego pewny.

– Dziękujemy panu. Proszę podpisać protokół.

– Chciałem jeszcze dodać – z własnej inicjatywy powiedział pan Krabe – że po zejściu do salonu zauważyłem brak papierosów. Wróciłem przeto do pokoju i wziąłem paczkę „Waweli”, zapałki i tak zaopatrzony powróciłem na program telewizyjny. Wtedy wszyscy już byli w salonie. Wczasowicze, kierownik ze swoimi synkami, pokojówka i portier.

– Wracając na górę i ponownie schodząc, nie zauważył pan niczego podejrzanego i nikogo pan nie spotkał?

– Wchodząc spotkałem kierownika i widziałem, że z drugiego piętra schodzi pani Miedzianowska. W drodze powrotnej nie dostrzegłem niczego nadzwyczajnego i nikogo nie widziałem.

Kiedy Krabe dopełnił swoim podpisem formalności przesłuchania i wyszedł, pułkownik zwrócił się do podporucznika:

– Te zeznania obalają pańską koncepcję, że przestępcą może być Jacek Pacyna. Musiałby czaić się na balkonie już wtedy, gdy Krabe wyglądał przez szybę. Gdyby nawet nie zauważył narciarza, musiałby zobaczyć drabinę.

– A niech to…! Każde następne przesłuchanie, gmatwa coraz bardziej tę przeklętą sprawę! Przecież przestępca miał bardzo mało czasu na ukrycie biżuterii. Znaleźlibyśmy ją, gdyby napastnikiem był jeden z wczasowiczów. Nie mógł jej wynieść z „Carltonu”, jak nie wyniósł młotka.

– Młotek mógł wyrzucić – obstawał przy swoim pułkownik – podobnie jak wyrzucił kasetkę. Jeżeli tego nie zrobił, miał w tym jakiś plan. Ale jaki? Rozwiązanie zagadki – młotek i drabina – wskaże nam zbrodniarza.

– Po co Krabe przyznał się, że wracał po papierosy? Nikt go o to nie pytał i nigdy nie dowiedzielibyśmy się o tym. A może wracając wziął młotek, trzasnął jubilera, zabrał brylanty, a potem spokojnie powrócił do salonu, aby popatrzeć na „Kobrę”?

– Gdyby tak zrobił – zabrakłoby mu czasu na ukrycie biżuterii. Jego nieobecność w salonie trwała krótko. Najlepszy tego dowód, że nikt jej nie zauważył. Ktoś wprawdzie wspominał w swoich zeznaniach, że literat wchodził na górę po papierosy, ale umieszcza ten fakt o wiele później, po wykryciu przestępstwa, wtedy gdy wszyscy, prócz kierownika i Rogowiczowej, powrócili do salonu i czekali na przyjazd pogotowia i milicji. A poza tym drabina? Krabe nie miał możliwości przystawienia jej do balkonu, bo nie opuszczał willi.

– W czasie każdego przesłuchania – westchnął podporucznik – wydaje mi się, że wiem, kto jest przestępcą. Tymczasem zeznania następnej osoby obalają te poszlaki i wskazują inny trop – po to tylko, aby i ten okazał się fałszywy po kolejnym przesłuchaniu. I tak w kółko.

– Znane są w matematyce – zauważył pułkownik – zadania dające wiele rzekomo prawdziwych rozwiązań. Są to jednak tylko pozory, bo prawdziwe rozwiązanie jest jedno. Spotykamy się w tej sprawie z podobnym zjawiskiem. Rozwiązanie jest jedno. Później wyda się ono nam bardzo proste i łatwe. Na razie błądzimy po fałszywych śladach. W tej chwili wiemy, że dwadzieścia minut przed wypadkiem redaktor Burski był w pokoju jubilera. Nie pozostaje nam nic innego, jak posłuchać jego opowieści. Może ona dorzuci jakąś ważną cegiełkę do rozwiązania zagadki!

Podporucznik polecił sprowadzić do jadalni redaktora Andrzeja Burskiego.


Rozdział X
W przeciwieństwie do większości przesłuchiwanych Andrzej Burski pragnął podkreślić swoim zachowaniem, że kontakty z milicją są dla niego sprawą powszednią, a takie przesłuchanie nosi charakter rozmowy towarzyskiej. Toteż z wielką pewnością siebie zajął miejsce naprzeciwko podporucznika, założył nogę na nogę i rozejrzał się wokoło.

– Jakże się cieszę – powiedział – że nareszcie mam okazję poznać osobiście podporę Komendy Głównej MO, słynnego pułkownika Edwarda Lasotę. Wiele o panu słyszałem od naszego wspólnego przyjaciela, pułkownika Włochowicza. Również generał wspominał pana w słowach niezmiernie pozytywnych.

Pułkownik bez słowa lekko kiwnął głową.

– No, a jak panom idzie? Macie już jakieś ślady? Przyznam się, że dla mnie, dziennikarza, jest to szczęśliwy zbieg okoliczności, znaleźć się w samym środku tak poważnej sprawy. Niektórzy moi koledzy dużo by dali, aby być na moim miejscu. Zgodzi się porucznik, że nie udzieliłby pan żadnej informacji dziennikarzowi, poza krótką informacją o napadzie i zaginięciu cennej biżuterii? Tymczasem ja siedzę z panami i razem głowimy się nad rozwiązaniem tej zagadki. To niesłychana gratka. Czuję, że moje sprawozdanie będzie bestsellerem oświatowym zasięgu. Może nawet następną powieść osnuję na tle tych wydarzeń? Oczywiście ubarwię ją odpowiednio, bo rzeczywistość jest zwykle zbyt prosta i łatwa do odgadnięcia. Natomiast w rasowym „kryminale” czytelnik musi się nagłowić od pierwszej kartki aż do ostatniego rozdziału nad znalezieniem sprawcy, aby w końcu stwierdzić, że wszystkie jego dociekania były błędne, bo rozwiązanie jest inne. Kogo podejrzewacie?

– Właściwie – zauważył podporucznik – zaprosiliśmy pana tutaj nie po to, aby odpowiadać na jego pytania, lecz aby usłyszeć odpowiedź na kilka naszych pytań.

Burski machnął lekceważąco ręką.

– Niestety, nic nie wiem, mam za to kilka ciekawych koncepcji. Zgadzacie się chyba, że piękna Zosieńka maczała w tym swoje paluszki?

– Tak pan mniema?

– Jakże mogło być inaczej? Mieszka tuż obok. Doskonale orientuje się w zwyczajach jubilera. Była z nim bardzo zaprzyjaźniona, a on miał do niej wiele sentymentu. Ona zresztą interesuje się każdym i musi wiedzieć, kto co robi i z kim robi. Podpatrywanie innych jest, obok niewybrednych flirtów i chęci imponowania otoczeniu, jej głównym zajęciem.

– Widzę, że pani Zachwytowicz nie cieszy się pana uznaniem?

– Co mnie obchodzi taka… artystka?

– Ale dlaczego pan twierdzi, że to ona zrabowała klejnoty?

– Któż inny mógłby to zrobić?

– Na przykład pan. Był pan bodaj ostatnim człowiekiem, z którym rozmawiał jubiler przed napadem.

Burski nagle zaniemówił. Chwilę pokonywał zmieszanie, aby roześmiać się nieszczerze.

– Panowie są w żartobliwym nastroju.

– Przeciwnie, mówię poważnie. Jest pan jednym z podejrzanych i to bardzo poważnie podejrzanych.

– Nonsens – dziennikarz wzruszył ramionami.

– O godzinie 20.40 był pan w pokoju jubilera. Po panu nikt już nie widział Dobrozłockiego, aż do chwili znalezienia go z rozbitą głową.

– Nikt go nie widział? Przecież pan Dobrozłocki wyszedł z pokoju razem ze mną i zszedł na dół. Mówił, że idzie zatelefonować i przypomnieć Rózi o przyniesieniu szklanki herbaty do lekarstwa. Zapytajcie pokojówki, musi to potwierdzić.

– Co z tego, że potwierdzi? Pan wiedział, że jubiler opuszcza swój pokój tylko na chwilę. Mógł się pan na niego zaczaić i czekać z młotkiem na jego powrót.

– Poszedłem na górę – na czole dziennikarza wystąpiły krople potu – do swojego pokoju. Widziała to pani Miedzianowska, bo właśnie wychodziła od siebie i szła na dół.

– A kto nam zaręczy, że po pół minucie nie zszedł pan piętro niżej? Może właśnie wtedy decydował się pan na morderstwo i może wrócił pan na górę po młotek?

– Przecież młotek leżał na dole. W hallu, na kanapce. Wszyscy go tam widzieli.

– Skąd pan wie, że właśnie tym młotkiem popełniono zbrodnię?

– Spędziłem tyle czasu w salonie w oczekiwaniu swojej kolejki, że coś niecoś przeniknęło do mojej świadomości. Kierownik mówił, że milicja znalazła młotek ze śladami krwi. Później pani Zosia wstąpiła po płaszcz i szal i mówiła, jak to wypytywano ją o ten młotek i gdyby przypuszczała, że tak się stanie, nie podniosłaby go ze schodów.

– Po co pan poszedł do jubilera?

– Jako mediator. Ten wariat, mówię naturalnie o naszym malarzu Ziemaku, nie miał nic lepszego do roboty, jak pójść do Dobrozłockiego i nawymyślać mu od ostatnich. Tak krzyczał, że słyszałem na drugim piętrze.

– O co im poszło?

– Właściwie o nic. Pan Ziemak reprezentuje skrajnie nowoczesne poglądy na sztukę. Usiłuje też narzucić je otoczeniu. Biżuteria oparta na starych wzorach lub po prostu na wzorach użytkowych naszego wieku, nie mogła się malarzowi podobać. Już po obiedzie mówił do mnie, że nie rozumie, dlaczego Dobrozłocki zajmuje się takimi rzeczami, skoro ma sposobność zrobić z tego złota i brylantów coś, czego nikt jeszcze nie widział. Prawdziwe okazy „prawdziwej sztuki”. Znając manię pana Ziemaka nie podejmowałem z nim dyskusji, lecz jedynie milcząco przytaknąłem. Malarz nie pozbył się jednak obrazoburczych myśli i po kolacji pobiegł do jubilera. Powiedział mu, że należy wziąć młotek i połamać te wszystkie świństwa, a zamiast nich zrobić coś naprawdę godnego drugiej połowy XX wieku. Gdy jubiler usiłował przeciwstawić się tym projektom, Ziemak wpadł w pasję i zwymyślał Dobrozłockiego.

– Jedyną przyczyną tej kłótni były więc sprzeczne poglądy na sztukę?

– Tak jest. Po awanturze Ziemak owi, jak to się mówi, ulżyło. Wrócił do pokoju, lecz wkrótce zaczął żałować swojego zachowania. W gruncie rzeczy to dobry chłop, chociaż postrzeleniec. Przyszedł do mnie, abym wyciągnął go z tej kabały. Radziłem mu pójść raz jeszcze do Dobrozłockiego i przeprosić go, ale malarz wstydził się i jako posła mnie wysłał.

– A co na to jubiler?

– Wcale się nie gniewał. On przecież dobrze zna malarza. Przyznał, że rzadko kiedy tak szczerze się ubawił, gdy Ziemak z okrzykiem „druciarz, zwykły druciarz jesteś” trzasnął drzwiami. To rzeczywiście musiało kapitalnie wyglądać.

– A czy będąc w pokoju jubilera zauważył pan ten młotek? Może Ziemak idąc do Dobrozłockiego naprawdę wziął ze sobą młotek, aby potłuc biżuterię?

– Nie widziałem. Zresztą Ziemak na pewno nie brał młotka ze sobą, nie jest przecież tak naiwny, aby uwierzyć, że jego argumenty mogą zrobić na jubilerze jakiekolwiek wrażenie i że zechce on zniszczyć swoje dzieło, przerabiając je według wzorów zaleconych przez malarza. Po prostu Ziemak pobiegł do Dobrozłockiego aby zrobić mu awanturę i wyładować się. Byłby nieszczęśliwy, gdyby złotnik przyznał mu rację.

– Czy zawiadomił pan Ziemaka, że jubiler nie żywi do niego urazy?

– Nie. Chciałem, aby malarz trochę się pomartwił. Dobrze by mu to zrobiło, bo ze swoim usposobieniem i skłonnością do kłótni staje się czasami nie do zniesienia.

– Pan się przyjaźni z Ziemakiem?

– Nie. To po prostu mój dobry znajomy. Często robi jakieś rysunki dla redakcji, w której pracuję. Stąd się znamy.

– Co pan może o nim powiedzieć?

– Bardzo zdolny malarz. Tylko wybrał sobie kierunek sztuki, letóry w Polsce niezbyt popłaca – ultranowoczesne malarstwo. Z tego trudno wyżyć. Toteż wszyscy znajomi i przyjaciele namawiają go, żeby wziął się za coś bardziej użytkowego i dochodowego. Ale on nie chce o tym nawet słyszeć. Zapaleniec i entuzjasta. Zwykle skłócony ze wszystkimi, a przeważnie z tymi, którzy mogliby mu pomóc w jego ciężkiej sytuacji materialnej.

– Żonaty?

– Tak. Czworo dzieci w wieku szkolnym. Tam jest naprawdę ciężko. A poza tym, nie chciałbym robić plotek, wydaje mi się, że małżeństwo nie jest najszczęśliwiej dobrane.

– Niełatwo chyba być żoną malarza? – zauważył pułkownik.

– Na pewno nie, Zwłaszcza takiego jak Ziemak. Niezrównoważonego zapaleńca, nie dbającego o „dobra materialne”. A dzieci trzeba ubrać i nakarmić. Toteż pani Ziemak owa zaharowywuje się, żeby jakoś związać koniec z końcem, zaś pomocy ze strony męża prawie żadnej. Poza tym, nie wiem ile jest w tym prawdy, żona zarzuca mu, że modelki nie zawsze są tylko modelkami.

– Też znane historie – uśmiechnął się pułkownik – pod tym względem spokojna była chyba tylko żona Lasockiego. Bo on malował wyłącznie krowy.

– Czy zauważył pan, dokąd szła pani Miedzianowska?

– Nie. Nie widziałem. Sądząc z kroków, zeszła na pierwsze piętro i słyszałem, że zapukała do czyichś drzwi.

– Czy weszła do środka?

– Słyszałem skrzyp drzwi, ale nic więcej, ponieważ zamknąłem się u siebie.

– Co dalej?

– Dalej to chyba nic. Siedziałem w pokoju, dopóki nie doszedł mnie głos Żarskiego, że telewizor gotowy. Pamiętam, że coś mu odkrzyknąłem. Zdaje się, że „brawo” i zaraz zszedłem na parter.

– Czy zauważył pan, że Krabe wrócił z salonu na górę?

– Nie przypominam sobie. W salonie było dość ciemno, paliła się jedynie mała lampka za telewizorem. Wszyscy lokowali się jak najwygodniej. Może więc pan Krabe wychodził, ale chyba na bardzo krótko. Od razu spostrzegłem, że nie ma Dobrozłockiego, więc dłuższa nieobecność literata nie uszłaby mojej uwagi.

– Czy słyszał pan odgłosy reperowanego telewizora?

– Miałem nawet zamiar zejść na dół i zwrócić uwagę inżynierowi, aby przyciszył trochę to warczące bydlę. Wyło i piszczało tak przeraźliwie, że nawet książki nie można było wziąć do ręki.

– Czy pan Dobrozłocki często oglądał telewizję? – Bardzo rzadko. Albo pracował u siebie, albo wychodził wieczorami na spacer lub w odwiedziny do znajomych. Nie ukrywał tego, że nie lubi telewizji, uważał ją za karykaturę złego kina i złodzieja czasu. Poza tym twierdził, że jeżeli patrzy na ekran telewizora dłużej niż pół godziny, zaraz bolą go oczy.

– Czy zapowiadał swoje dzisiejsze przyjście na „Kobrę”?

– Tego nie słyszałem.

– A więc gdyby się nie zjawił, nikogo by to nie zdziwiło?

– Na pewno. W ubiegły czwartek również nie oglądał „Kobry”. Jeżeli przychodził do salonu, to najczęściej na dziennik telewizyjny i aby usłyszeć prognozę pogody. Potem wracał do siebie.

Podporucznik spojrzał pytająco na pułkownika. Ten dał znak, że pragnie postawić dziennikarzowi kilka pytań.

– Pan jest autorem książek kryminalnych?

– Tak.

– Ostatnia „Zbrodnia w Powszechnym Domu Towarowym?”



– Widzę, że pan pułkownik interesuje się moją twórczością. Bardzo mnie to cieszy.

– O ile się nie mylę, treść książki jest następująca: W jednej z kabin Powszechnego Domu Towarowego znajdują trupa. Zamordowany ma rozbitą głowę. Ścianka odgradzająca jedną kabinę do przymierzania ubrań od drugiej, jej podobnej, jest rozpruta. W tej drugiej kabinie milicja znajduje odważnik, który był narzędziem zbrodni i porzuconą teczkę z wyłamanym zamkiem. Tę teczkę, zawierającą ważne dokumenty, miał przy sobie zamordowany, gdy wchodził do kabiny, aby przymierzyć tam kupowane ubranie. Wobec takich poszlak milicja ściga osobę, która korzystała z sąsiedniej kabiny i pozostawiła w niej odważnik. Tymczasem okazało się, że mordercą był osobnik nieustannie będący w polu widzenia wszystkich świadków. Twierdzili oni, że ani na moment nie stracili go z oczu. On jednak zdążył wejść do kabiny, zamordować swoją ofiarę i zrobić wyłom do sąsiedniego pomieszczenia. Pragnąc skierować śledztwo na fałszywe tory tam właśnie podrzucił teczkę i odważnik. Sam natomiast wyszedł spokojnie drzwiami kabiny. On też pierwszy zauważył trupa i wszczął alarm. Nikt go nie podejrzewał. Wszyscy stwierdzali jego alibi.

– Przynosi mi niebywały zaszczyt, że wyżsi oficerowie milicji tak dokładnie czytają moje książki, że mogą je później nawet streszczać.

– Nie o to chodzi, redaktorze. Odwróćmy sytuację. Przenieśmy akcję z wielkiego domu towarowego do średniej wielkości pensjonatu. Zamiast kabiny – pokój. Odważnik zastąpmy młotkiem. Niepotrzebne nam są ważne dokumenty w teczce. Wystarczą brylanty. Pański zbrodniarz męczył się dla rozprucia ścianki między obu kabinami. Zbicie szyby i przystawienie drabiny jest o wiele łatwiejsze. Któż odegrałby lepiej rolę przestępcy, jak nie autor książki? Autor, który ten plan dokładnie przemyślał, a następnie szczegółowo opisał.

Burski żachnął się.

– Podejrzewanie mnie o zbrodnię jest nonsensem.

Co z tego, że sprawa jest nieco zbieżna z treścią napisanej przeze mnie książki? Podobną zbieżność gotów jestem wykazać przy wielu przestępstwach, opisywanych przez autorów sensacyjnych powieści wydawanych zarówno w kraju, jak za granicą. Autor piszący książkę w jakiś sposób transponuje pewne dawne wydarzenia, które rzeczywiście zdarzyły się.

– A jednak to podobieństwo jest uderzające.

– Nie. Jest pewien istotny szczegół, który różni obydwie sprawy. Zobowiązuję się przyznać nawet do zbrodni, jeżeli pan zdoła mi udowodnić, że to ja przystawiłem drabinę do balkonu. W pańskim rozumowaniu wszystko gra. Rzeczywiście, miałem okazję wejść niepostrzeżenie do pokoju jubilera. Przyniesienie z dołu młotka nie przedstawiało trudności. Stłuczona szyba i wyrzucona na trawnik kasetka, to stworzenie pozornego tropu dla wprowadzenia milicji w błąd. Ale skąd drabina? Po „Carltonie” mogłem się poruszać bez zwrócenia czyjejkolwiek uwagi. Ale gdybym wychodził na dwór choć na chwilę, musiałby to ktoś zauważyć, choćby portier lub pokojówka. Kochana drabinka – dodał dziennikarz – ratuje moją głowę. Poza tym jeszcze kwestia biżuterii. Poruszałem się na trasie mój pokój – salon. Przypuszczam, że cała ta droga została dokładnie zrewidowana. W różnych zakamarkach „Carltonu” można wprawdzie znacznie większą rzecz niż kilka świecidełek tak schować, że nikt ich nie znajdzie, ale na to trzeba mieć trochę czasu. Jeżeli założymy teoretycznie, że to ja popełniłem zbrodnię, to w ciągu tych kilku minut, jakimi dysponowałem, nie mógłbym poruszać się tak swobodnie, bo pensjonariusze zaczynali zbierać się w salonie na „Kobrę” i nie zdążyłbym zająć się ani drabiną, ani biżuterią.

– Tak – rozważał dalej pułkownik – widać, że pisze pan „kryminały”. Pańskiemu rozumowaniu nic nie można zarzucić. W całość poszlak, w jakąkolwiek by się one nie obracały stronę, musi być wkomponowana ta drabina. Jednocześnie jednak trzeba wykluczyć napad dokonany przez kogoś, kto przyszedł z zewnątrz, bo narzędziem zbrodni jest ponad wszelką wątpliwość młotek, który leżał w hallu.

– Nie wykluczam napadu z zewnątrz – odpowiedział Burski – parę lat temu zostałem okradziony w „Carltonie”. Zabrano mi z pokoju parę koszul i spodnie wiszące w szafie. Zdarzyło się to około godziny pierwszej. W tym samym czasie wszyscy goście łącznie ze mną opalali się na tarasie. Złodziej, przez nikogo nie zauważony, spacerował po całej wilii, a z jadalni skradł nawet parę cennych lichtarzy, przyozdabiających półkę. Zresztą historia „Carltonu” pełna jest podobnych przykładów. Pewnej zimy skradziono w porze obiadowej cenne futro wiszące w korytarzu. W Sylwestra, gdy goście jedli kolację, włamywacz wybił szybę w pokoju na parterze i skradł przygotowane na noworoczną zabawę męski garnitur, suknię balową i dwa futra. W tajemniczych okolicznościach skradziono cenny pierścień z brylantem. Żadnego ze sprawców tych kradzieży nigdy nie wykryto. Być może, że to jedna i ta sama osoba wyspecjalizowała się w odwiedzaniu „Carltonu”. Złapana na gorącym uczynku przez Dobrozłockiego, użyła młotka jako ostatecznego argumentu.

– Rozpatrywaliśmy również tę hipotezę. Tłumaczy ona wprawdzie drabinę i wybitą szybę, lecz nie pasuje do młotka. Jeżeli zbrodniarz wszedł przez balkon, nie mógł mieć młotka, który cały czas leżał w hallu. Odwrotnie, przypuśćmy, że wśliznął się niepostrzeżenie przez hall. W takim razie do czego potrzebna mu była drabina? Zarówno jedno, jak drugie nie gra. Niemniej pewne jest, że ktokolwiek napadł na jubilera, dobrze obliczył każde swoje posunięcie i przemyślał każdy krok. Przyniesienie z powrotem młotka do hallu i przyniesienie drabiny musiało mieć jakiś cel.

– Ale jaki? – mruknął dziennikarz.

– Pan uważa, że sprawcą napadu mogła być pani Zachwytowicz. Na czym pan opiera to twierdzenie?

– Mieszka bezpośrednio obok jubilera. Nikt inny oprócz niej nie mógł lepiej zaobserwować jego zwyczajów. Jedynie pani Zosia wiedziała, że Dobrozłocki pracuje nad cenną biżuterią. W rozmowach z nami parę razy wspominała o tym tajemniczo, ale nie wierzyliśmy jej, bo wiedzieliśmy, że jubiler wyrabia srebrne ozdoby dla Cepelii. Poza tym dla rozgłosu i zdobycia sławy ta kobieta nie zawahałaby się nawet przed morderstwem. Mając pokój oddzielony jedną ścianą od złotnika, miała najwięcej okazji, aby wejść do środka bez zwrócenia na siebie uwagi. To ona przyniosła młotek do hallu. To ona zauważyła, że doskonale nadaje się do rozłupania czyjejś głowy.

– A w jaki sposób wytłumaczy pan drabinę?

– Ta drabina uratowała mnie przed podejrzeniami, ale nie pasuje również do pani Zachwytowicz. Przecież nie wychodziła z „Carltonu”. Drabina nie pasuje w ogóle do nikogo z mieszkańców willi… Z wyjątkiem

181 jednej osoby – pani Miedzianowskiej. Tylko ona wychodziła z pensjonatu po kolacji. Wracając mogła podstawić drabinę pod balkon, żeby upozorować przyjście napastnika z zewnątrz. To byłby z jej strony bardzo sprytny chwyt.

– Ale wtedy wyrzuciłaby z pokoju nie tylko kasetkę po biżuterii, ale także młotek, lub schowałaby go razem z klejnotami. A przecież po napadzie młotek wrócił na swoje miejsce w hallu. Sam nie przyszedł.

– Jestem bezsilny – przyznał Burski – nie umiem tego wytłumaczyć.

– My również – szczerze przyznał podporucznik.

– A co by pan mógł nam powiedzieć o panu Krabe? – pytanie zadał pułkownik. – Podobno znacie się panowie bliżej.

– Ściśle towarzyskie stosunki. Chociaż znamy się od ładnych kilku lat.

– Więc chyba nawet przyjaźń?

– Nie. O przyjaźni nie można mówić. Wątpię, czy pan Krabe ma w ogóle jakichś przyjaciół.

– Dlaczego?

– To człowiek zgorzkniały. Trochę złośliwy, trochę zawistny, trochę dziwak.

– Skutki obozu?

– Przypuszczam, że i obozu. A w ogóle panu Krabemu w życiu niezbyt się powiodło. Najpierw jako młody człowiek powędrował na długie pięć lat do oflagu. Znalazł się jak gdyby w szklannej klatce. Życie biegło, a dla nich czas stanął na dacie pierwszego września 1939 roku. Do tego przyszedł jeszcze cios osobisty – stracił narzeczoną, która nie chciała czekać i znalazła sobie innego.

– Pan zna tę panią?

– Nie. Ale pan Krabe nieraz z goryczą mówił owierności kobiecej, podając swoją ukochaną za przykład.

– Ale sam też nie tonął w żalu, tylko znalazł inną.

– Tak. Ożenił się za granicą i ma bardzo miłą żonę. Niemniej pewien uraz pozostał. Do tego i dalej nie wiodło mu się, tak jak to sobie planował, czy wymarzył. Najpierw był przez kilka lat w Belgii, później w Anglii. Nie umiał się tam jednak urządzić i wrócił do kraju. Chyba w 1951 roku. Tu zaczął robić karierę. Szybko doszedł do wysokiego stanowiska. Był bodaj dyrektorem departamentu, czy też naczelnym dyrektorem w jakiejś instytucji. Siedząc za granicą nie orientował się w panujących u nas w tym czasie stosunkach. Nie wiem dokładnie, jak tam było, dość że Krabe z wielkim trzaskiem wyleciał ze swojego stanowiska i bodaj ze dwa lata nawet się przesiedział.

– Jakieś nadużycia?

– Na pewno nie jego. Niemniej, na nim się skrupiło. Kiedy w końcu jakoś się wykaraskał z tej afery, nie było oczywiście mowy o powrocie na dawne, czy podobnie wysokie stanowisko. Przez pewien czas w ogóle nie mógł znaleźć pracy, w końcu zaczepił się w jednym z wydawnictw. Sam też próbował szczęścia – napisał powieść, która okazała się zupełnym niewypałem. Jakieś psychologiczne majaki. Leżała parę lat na półkach księgarń, wreszcie poszła na przemiał. Jego studium na temat literatury romańskiej również nie znalazło uznania krytyki. To wszystko wpłynęło na to, że pan Krabe dzisiaj to sama żółć. Po sukcesie mojej książki stosunek Krabego do mnie bardzo się oziębił.

Podporucznik podziękował redaktorowi za zeznania, podsunął mu protokół do podpisania i jak każdego, uprzedził, że może udać się do swojego pokoju, ale jeszcze nie należy się kłaść spać.

– No cóż – zauważył pułkownik – kółeczko się zamknęło – literat osmarował dziennikarza, dziennikarz nie pozostał dłużny literatowi. Co ciekawsze, uważam, że obaj powiedzieli o sobie dużo prawdy. Ludzie dużo lepiej widzą cudze błędy.

– Dlaczego on podejrzewa panią Zachwytowicz?

– Większość przesłuchiwanych podejrzewało właśnie ją. Ludzie, którzy zachowują się ekscentrycznie, nie są lubiani. Tym bardziej że, jak wiemy, u pani Zosi ta ekscentryczność wynika ze ściśle określonych pobudek działania. Poza tym, nie zapominajmy, że aktorka sama dała powód do podejrzeń. Nie kryła, że chce zdobyć kolię i pokazać się w niej u „Jędrusia”. Ludzie też wiedzą o jej chęci zrobienia zagranicznej kariery i potrzebie pieniędzy na ten cel. Jeśli więc dodadzą to wszystko, wysuwają Zachwytowiczowa na pierwsze miejsce listy podejrzanych.

– Ona i mnie by najlepiej pasowała na przestępcę – stwierdził podporucznik.

– A widzi pan. I dziwić się innym.

– No tak – zgodził się podporucznik – widocznie i moje myśli idą tym samym tokiem.

– W każdym razie – dodał pułkownik – w miarę przesłuchiwania coraz to nowych osób, dowiadujemy się ciekawych rzeczy o mieszkańcach „Carltonu”. Te postacie, znane dotychczas tylko z ich danych personalnych, nabierają życia. Poznajemy ich zwyczaje, charakter i nawet troski czy kłopoty, jak również ambicje i pragnienia.

– Co z tego, kiedy sprawa właściwie nie rusza naprzód.

– Tego bym nie powiedział. W miarę jak rośnie materiał śledztwa, powstają pewne hipotezy na temat sprawcy zbrodni.

– Ale każda z tych hipotez natychmiast dostaje w łeb, z chwilą przesłuchania następnego podejrzanego.

– Czasem to tak wygląda – zauważył pułkownik. Jednak ton jego głosu świadczył, że doświadczony oficer milicji posiada jakieś koncepcje, z których na razie nie chce się jeszcze zwierzyć młodszemu koledze.

A może zresztą i podporucznik Klimczak zrobił jakieś spostrzeżenia i doszedł do pewnych wniosków, które W tej chwili pragnął pozostawić przy sobie?

– Burski poza panią Zachwytowicz obciążył jeszcze i Miedzianowska.

– Raczej zwrócił uwagę, że jest to jedyna osoba z pensjonatu, która wychodziła wieczorem z domu. Mogła więc podstawić drabinę pod balkon. Jeszcze z nią nie rozmawialiśmy. Zobaczymy, co nam powie nowego. To jedyny człowiek, któremu można przydzielić drabinę. Za to kłóci się z tym fakt znalezienia przez nią młotka w hallu oraz te zeznania, które stwierdzały, że fatalna drabina pojawiła się na balkonie dopiero po powrocie Miedzianowskiej do „Carltonu”.

– No cóż – zadecydował podporucznik – przesłuchamy w takim razie panią Miedzianowska. Obawiam się, że i te zeznania będą miały typowy przebieg. Będzie nam jak najmniej mówiła o sobie, a możliwie dużo o innych.

– To też nie jest złe.

– Cóż z tego, kiedy prowadzi to tylko do zmiany jednego podejrzanego na następnego.

– Pani Miedzianowska pracowała razem z inżynierem Żarskim – przypomniał pułkownik. – Zna go najlepiej z całego towarzystwa. Oboje pochodzą z Wrocławia.

– On ją niezbyt ładnie odmalował. Snobka lubiąca obracać się w towarzystwie cudzoziemców i umiejąca wykorzystać te znajomości dla własnej korzyści.

– Ale jednocześnie nawet ta stronnicza charakterystyka podkreśliła i zalety tej pani – stanowczość, opanowanie, umiejętność dążenia do celu, wszechstronne wykształcenie, znajomość języków. Takie świadectwa trzeba umieć czytać z każdej strony.

– Ale Żarski podkreślił, że ta pani potrzebuje pieniędzy, bo buduje sobie willę.

– Pan znowu, poruczniku, wraca do motywu zbrodni. A ten motyw pasuje jak ulał do wszystkich przesłuchanych. Jedni mają dużo i chcieliby mieć jeszcze więcej. Innym, jak Ziemakowi, powodzi się źle i też chętnie polepszyliby swoją sytuację. Na tym koniku nigdzie nie zajedziemy.

– A więc przesłuchujemy Miedzianowska. Ale najpierw zobaczymy, co tam u niej wykryła rewizja.

Milicjant, który przeprowadzał rewizję na drugim piętrze, zakwestionował trzy listy. Jeden wysłany z Paryża, dwa z Warszawy. W tym oficjalne zawiadomienie biura paszportów MSW, że „paszport zagraniczny dla ob. Barbary Miedzianowskiej jest gotowy i zostanie ob. wydany po wniesieniu odpowiednich opłat”. Sądząc z ich wysokości, paszport uprawniał do wyjazdu do państw Europy zachodniej. Następnym pismem był list wysłany z Paryża. Pisany po polsku, lecz z pewnymi błędami ortograficznymi oraz wtrąceniem paru słów angielskich. Widać było, że pisał go cudzoziemiec, który nauczył się języka polskiego lub Polak od dawna zamieszkały za granicą. List zawierał szereg instrukcji w sprawie różnych chemikalii i maszyn, mających być przedmiotem importu do Polski. List podkreślał wagę tych transakcji i kończył się zapewnieniami, że w razie pomyślnego załatwienia, pani Miedzianowska może liczyć na wdzięczność firmy, a w razie opuszczenia Polski na zawsze, w każdym kraju, w którym firma ma swoją filię, otrzyma odpowiednią pracę. Poza tym w piśmie tym zaznaczono, że najbliższy wyjazd pani Barbary za granicę będzie miał nie tylko charakter praktyki w jednym z oddziałów firmy, lecz uwzględni się w nim odpoczynek i turystykę. Wszelkie wydatki pokrywa firma jako renumerację za dotychczasową pracę. Zwróci również opłaty paszportowe. Charakterystyczne, że papier listowy nie nosił nadruku firmy i podpisany był tylko imieniem.

Trzecie pismo zawierało zawiadomienie firmy budowlanej, że roboty w domu na Mokotowie zostały doprowadzone pod dach. Przed przystąpieniem do prac wykończeniowych budynku właściciele muszą wnieść dalsze wpłaty, a na panią Miedzianowska wypada, zgodnie z podpisaną umową, kwota w wysokości 60 000 złotych. Pieniądze te imają być przekazane najpóźniej do końca miesiąca, a niedotrzymanie tego terminu grozi przerwaniem robót.

– Mamy piękne motywy popełnienia zbrodni – z satysfakcją zauważył podporucznik – konieczność poważnej wpłaty na budowę domu. Możność wywiezienia biżuterii za granicę. A gdyby ziemia zbytnio paliła się pod stopami w rodzinnym kraju, nawet możność urządzenia się tam na stałe. Wszystko do siebie pasuje.

– Z wyjątkiem młotka i drabiny

– mruknął pułkownik.

– Mogło być tak, jak mówił redaktor Burski. Wracając z klubu, Miedzianowska miała okazję przystawić drabinę do balkonu.

– To nie zgadza się z zeznaniami Krabego i pani Zosi. Oboje nie widzieli drabiny jeszcze na kwadrans przed wykryciem zbrodni.

– Czasy podawane przez zeznających nie są takie pewne. A jeżeli omylili się o dziesięć minut i Miedzianowska wróciła właśnie dziesięć minut później, niż to podaje Rózia? Mogła postawić drabinę już po bytności Zosi na balkonie.

– Oboje nie mogli się jednakowo omylić właśnie o dziesięć minut.

– Posłuchajmy w takim razie, co ma nam do powiedzenia pani Miedzianowska.


Rozdział XI
Gdy Miedzianowska weszła do jadalni, od razu spostrzegła listy zabrane z jej pokoju.

– O ile wiem – powiedziała siadając na wskazanym przez podporucznika miejscu – milicja ma prawo dokonywania rewizji jedynie na podstawie pisemnej decyzji prokuratora. Czy panowie mieli takie upoważnienie, wchodząc do mojego pokoju?

– Działamy na miejscu zbrodni i zabezpieczamy dowody rzeczowe. Nie mieliśmy ani czasu, ani nie uważaliśmy nawet za potrzebne porozumiewanie się w tej sytuacji z prokuratorem. Ma pani prawo, skoro jej się to nie podoba, wnieść skargę do Komendy Wojewódzkiej w Krakowie lub do miejscowej prokuratury. W czasie oględzin pani pokoju przez milicję obecny był kierownik „Carltonu” jako świadek.

– Zastanowię się, może złożę to zażalenie.

– Dowiedzieliśmy się o pani kłopotach pieniężnych. W jaki sposób poradzi sobie pani?

– Czy mam to rozumieć jako ofertę pożyczki?

– Niestety, milicja nie pożycza pieniędzy. Często jednak interesuje się, skąd ludzie zdobywają tak potrzebne im nieraz pieniądze.

– I do jakich konkluzji milicja dochodzi?

– Że czasami ktoś gwałtownie potrzebujący gotówki chwyta za młotek i tym sposobem usiłuje uwolnić się od kłopotów.

– Ciekawe. Tym kimś ma być oczywiście tu obecna?

– Tym bardziej, że wyjeżdża za granicę, gdzie może nie tylko sprzedać klejnoty, ale jak to wynika z treści pewnego listu, urządzić się na stałe.

– I dlatego buduje sobie dom na Mokotowie, co wymaga wpłaty gotówkowej. Wspaniałe rozumowanie. Niczego nie można mu zarzucić prócz braku logiki.

– Jest i logika. Budowę domu zaczęła pani przedtem, nim zdarzyła się okazja zdobycia majątku jednym celnym uderzeniem żelaza w cudzą głowę. Również list z niedwuznaczną propozycją „wybrania wolności” przyszedł przed napadem. Kalkulacja była prosta – dom na Mokotowie przedstawia wartość najwyżej kilkuset tysięcy złotych. Cena biżuterii sięga miliona. Opłaca się nawet stracić wyłożone na budowę pieniądze. Niech dom zostaje w Polsce, ja z biżuterią wyjeżdżam za granicę.

– Z pełnym zaciekawieniem słucham tych wytworów milicyjnej fantazji. Może dowiem się jeszcze, w jaki sposób popełniłam tę zbrodnię?

– Proszę bardzo. Po kolacji specjalnie wyszła pani z „Carltonu” na rzekome spotkanie ze znajomą w klubie „Kmicic”. Wracając, a było to mniej więcej piętnaście przed dziewiątą, zabrała pani drabinę stojącą koło „Sokolika” i przyniosła ją pani pod „Carlton”, opierając o balkon pierwszego piętra. Idąc do swojego pokoju, po drodze zabrała pani młotek z hallu. Nie było trudne upatrzenie momentu, kiedy jubiler opuści na chwilę pokój, aby zatelefonować. Wtedy szybko zeszła pani piętro niżej i ukryła się w pustym już pokoju jubilera. Gdy ten wrócił i chciał zapalić światło, otrzymał z tyłu morderczy cios. Ukrycie brylantów, wyrzucenie na zewnątrz kasetki pozorujące, że sprawca wdarł się do „Carltonu” przez drzwi balkonowe, było dziełem kilku minut. Teraz chwila uwagi, czy na korytarzu nikogo nie ma i szybki powrót na górę. Przy okazji zejścia do salonu na program telewizyjny podrzuca pani młotek na kanapkę.

– Wspaniale! – zauważyła pani Miedzianowska, którą to poważne oskarżenie nie zdołało wytrącić z równowagi. – Widzę, że redaktor Burski ma poważnego konkurenta. Powinien pan pisywać powieści kryminalne, poruczniku. Marnuje pan swój talent na posadzie w milicji. Z taką fantazją…

– Ciekaw jestem, czy w równie doskonałym humorze będzie pani wówczas, gdy na mój wniosek prokurator podpisze nakaz aresztu i przystąpi do sporządzenia aktu oskarżenia.

– Zapewniam pana, że na rozprawę wystroję się w te wszystkie klejnoty, które w pańskiej wyobraźni zrabowałam biednemu Dobrozłockiemu. A propos, jak się nieborak czuje?

– Operowali go – wtrącił sierżant piszący protokół – ale przytomności nie odzyskał. Lekarz dyżurny informował, że stan chorego nadal poważny.

– Bardzo mi go żal. Lubiłam jubilera. Jak on cieszył się dzisiaj po południu, że na Giewoncie sprzedał dwa pierścionki! Z jaką dumą pokazywał każdemu z nas te cztery setki! Mówmy jednak rzeczowo. Chciałabym usłyszeć, jakimi dowodami rozporządza milicja, stawiając mi tak ciężkie zarzuty.

– Widziano panią schodzącą na dół i otwierającą drzwi pokoju jubilera. Było to dziesięć przed dziewiątą. Czy pani temu zaprzecza?

– Widocznie widział mnie redaktor Burski. Przypominam sobie, że kiedy wyszłam z pokoju, to on właśnie wchodził na schody. Nie, nie zaprzeczam temu, lecz musiało to być nieco wcześniej. Nie dziesięć, lecz piętnaście minut przed dziewiątą. Zeszłam na pierwsze piętro, zapukałam i otworzyłam drzwi do pokoju jubilera. Nie było w nim nikogo. Paliło się światło. Zamknęłam drzwi i zawróciłam. Wtedy spotkałam panią profesor i razem poszłyśmy do mojego pokoju. Przyniosła mi „Le Monde”, o pożyczenie którego prosiłam ją przy obiedzie. Pani Rogowiczowa może stwierdzić, że ani młotka, ani klejnotów nie miałam w ręku. W ogóle miałam ręce puste. Byłam w jersey owej sukience, którą noszę w tej chwili. Ona nie ma żadnych kieszeni. Tradycyjny schowek kobiet – biustonosz, również odpada. Mimo moich najlepszych chęci młotek tam by się nie zmieścił. Jeżeli pan porucznik chce, możemy zrobić próbę. Dobrze?

Pułkownik nieznacznie się uśmiechnął. Pani Miedzianowska była szczupłą brunetką, a przynajmniej robiła się na brunetkę. W dzisiejszych czasach nic nie wiadomo… Miała zgrabną, sportową sylwetkę, biust ledwie się rysował pod obcisłym jerseyem. Nie tylko młotek, ale nawet biżuteria nie mogła się tam zmieścić. Podporucznik widząc, że jego misternie skonstruowane oskarżenie leży w gruzach, miał bardzo skonsternowaną minę. Lasota postanowił pomóc młodszemu koledze.

– Sprawdzimy wiarygodność pani zeznań. Bardzo będę zadowolony mogąc uwolnić panią od wszelkich podejrzeń. Niestety, prowadzący dochodzenia muszą sprawdzić każdą hipotezę. Tym bardziej, że zarzuty ciążące na pani są ciężkie. Pani jest jedyną osobą, a śledztwo ustaliło to ponad wszelką wątpliwość, która wychodziła po kolacji z „Carltonu”. Miała więc pani możność zabrać drabinę z „Sokolika” i oprzeć ją o balkon.

– Zapewniam, że tego nie zrobiłam.

– Sprawdzimy. Proszę nam teraz odpowiedzieć na kilka pytań, ale już bez gniewów i kpin. Sprawa jest na to zbyt poważna. Został ciężko ranny człowiek, a pastwą rabunku padła biżuteria wartości około trzech milionów złotych.

– Słucham pana, panie…

– Pułkownik Lasota z Komendy Głównej MO.

– Postaram się udzielić panu jak najbardziej dokładnych, szczegółowych odpowiedzi. Proszę pytać, ale uprzedzam, że niewiele wiem.

– O której godzinie była pani w „Kmicicu”?

– Wyszłam z domu około godziny 19.30. Droga zajęła mi z kwadrans. W klubie byłam z pół godziny. Powrót – kwadrans. Zatem około pół do dziewiątej, może pięć minut później, byłam już z powrotem.

– Kogo widziała pani w „Kmicicu”?

– Kilku znajomych. O kogo specjalnie pułkownikowi chodzi?

– Zauważyła pani Henryka Szaflara?

– Ten przewodnik z małą głową? Doskonale przypominam sobie jego postać. Siedział tam, gdy przyszłam i był jeszcze, kiedy wychodziłam. Jestem tego zupełnie pewna. Ten chłopak ma dość charakterystyczną sylwetkę.

– Wracając do domu spotkała pani kogoś ze znajomych?

Miedzianowska zastanowiła się.

– Na rogu ulicy Ku Skoczni i jednej z jej poprzecznych stał ten nieodłączny przyjaciel przewodnika. Nie znam jego nazwiska, ale on często przychodzi do „Carltonu”.

– Do pani Zosi. Czasami nawet po drabinie.

– Nigdy mnie to nie interesowało. To jej sprawa. Każdy urządza się, jak mu wygodniej.

– Czy młotek leżał na kanapce po pani powrocie do „Carltonu”? Niech pani dobrze się zastanowi. To bardzo ważne.

– Na pewno leżał. Przechodziłam koło niego, idąc do jadalni. Chciałam sprawdzić, czy jest tam ktoś jeszcze. Ale poza panią Rózią nie było nikogo. Zamieniłam z nią parę słów i wróciłam do siebie na górę. Znowu widziałam młotek. Pamiętam to dobrze, bo zastanawiałam się nawet, czy nie można byłoby go użyć do zreperowania moich szpileczek. Jeden pantofel mnie kłuje, bo gwoździk wystaje. Ale przypomniałam sobie to, co inżynier Żarski tłumaczył mi przy obiedzie, że do tego potrzeba dłutka i że ten nieszczęsny pantofelek sam mi zreperuje. Wobec tego nie ruszałam młotka.

– Pani zna inżyniera Żarskiego?

Po twarzy Miedzianowskiej przeleciał cień, ale natychmiast opanowała się i mówiła dalej spokojnym chłodnym głosem:

– Tak, znam od sześciu lub siedmiu lat. Oboje jesteśmy z Wrocławia. Razem pracowaliśmy. Potem on się przeniósł do hutnictwa. Ja również zmieniłam pracę i przeprowadziłam się do Warszawy. Później nie miałam okazji do wznowienia z nim kontaktów. Przypadkowo spotkaliśmy się w Zakopanem.

– Chciałbym pani zadać pewne pytanie natury zupełnie osobistej. Na wczasach powstają zwykle różne większe i mniejsze grupy, sympatie i flirty. To zresztą zrozumiałe. Czy panią łączył taki flirt z inżynierem?

– Nie! – stanowczo zaprotestowała pani Barbara. W przeszłości byłoby to możliwe, lecz miałam możność poznać go zbyt dobrze. To jest typ, jak to się mówi, skaczący z kwiatka na kwiatek. Byle dużo. Gdybym nawet teraz chciała, nie miałabym żadnych szans. Pan Adam znalazł sobie śliczną dziewczynę, wczasowiczkę mieszkającą w „Granicie”. Zdaje się jednak, że zerwał już tę znajomość, lub ma zamiar to zrobić, bo nawiązał nową. Przed dwoma dniami poznał jakiegoś kociaka w kawiarni „Ameryka”. Kiedy ta dziewczyna z „Granitu” wczoraj do niego dzwoniła, kazał pokojówce powiedzieć, że nie ma go w domu. Byłam akurat w hallu i przypadkowo słyszałam.

– Co pani robiła po powrocie do „Carltonu”?

– Nic. Po prostu wróciłam do siebie.

– A po co poszła pani do jubilera?

– Przyszła mi pewna myśl. Panowie wiedzą, że w przyszłym miesiącu wyjeżdżam za granicę, do Włoch, gdzie nasza firma ma swoją europejską filię. W programie pobytu uwzględniono zapoznanie mnie lepiej z produkcją oraz zwiedzanie Italii. Amerykanie bardzo lubią prezenty, zarówno dawać, jak je brać. Ilekroć przedstawiciele naszej firmy odwiedzają Polskę, zawsze przywożą mi różne podarunki. To stanowi nawet pewną pozycję w moim budżecie. Od kilku lat nie kupowałam pończoch, bielizny i butów. Nie mogę się licytować z Amerykanami pod względem wartości upominków, ale nie wypada mi zjawić się we Włoszech z pustymi rękami. Wyroby pana Dobrozłockiego, oczywiście mówię o tych ze srebra, stanowiłyby bardzo oryginalny prezent.

– Ale nie tani. Pan Dobrozłocki liczył przecież po 200 złotych za pierścionek. To nie jest tak mało za kawałek srebra i jakieś kolorowe oczko.

– Taki drobiazg kosztuje za granicą co najmniej czterokrotnie drożej. Zgodnie z naszymi przepisami celnymi mogę przewieźć pięć pierścionków. To by mi się opłacało. Moi amerykańscy przyjaciele byliby niezmiernie uradowani podarunkami i zrewanżowaliby się czymś wielokrotnie cenniejszym. Specjalnie mi na tym zależało, aby władze firmy dobrze do siebie usposobić, bo miałam zamiar prosić ich o wypłacenie pensji z góry. Bardzo potrzebuję tych pieniędzy.

– Ale aż 60 000 złotych? Ile pani zarabia?

– Trzy tysiące pięćset złotych netto. Firma płaci również ubezpieczenia, chociaż jako placówka zagraniczna nie jest do tego zobowiązana.

– Niemożliwe?

– Tak jest. Dobrze znam te przepisy. Ubezpieczenie obowiązuje jedynie pracodawców krajowych, a zagranicznych tylko dobrowolnie. Jeżeli nie chcą, mogą nie płacić. Wtedy pracownik nie korzysta z ubezpieczeń społecznych i okres pracy w firmie zagranicznej nie wlicza mu się do renty. Moja firma jest na tyle przyzwoita, że płaci ubezpieczenie.

– To nie są dla nich duże sumy.

– Oczywiście, dla wielkiego koncernu nie stanowi pozycji w budżecie, ale trochę dolarów jednak kosztuje, bo przecież regulują należność za pracę i ubezpieczenia rozliczeniami na Bank Handlowy po 24 złote za dolar. Gdyby więc firma zgodziła się wypłacić mi we Włoszech należność z góry za pół roku, mogłabym te pieniądze przywieźć do kraju i wymienić w PKO. Zyskałabym na trzykrotnie wyższym kursie.

– Byłoby to przestępstwem dewizowym.

– Nie wydaje mi się. Przecież dewizy trafiłyby w całości do kasy państwowej. W każdym razie miałam zamiar porozmawiać o takiej możliwości z radcą prawnym koncernu. Bo oprócz mnie firma zatrudnia w Polsce jeszcze dwie osoby i adwokata jako stałego radcę prawnego.

– Te sprawy do naszego śledztwa raczej nie należą.

– Mówiłam o nich dlatego, by wyjaśnić panu porucznikowi, że niekoniecznie musiałam chwytać za młotek dla zdobycia pieniędzy. Można dodatkowo postawić mi zarzut, że 60 000 złotych powinnam wpłacić do końca października, a wyjeżdżam za granicę dopiero w listopadzie. Toteż miałam zamiar pożyczyć tę sumę od kilku moich przyjaciół. Żaden z nich wprawdzie nie mógłby lub może nie ryzykowałby pożyczenia mi całości, natomiast po 15-20 tysięcy zdołają wysupłać. Ostatecznie mam trochę cennej porcelany i sreber. Gotowa jestem to sprzedać. Mieszkanie jest dla mnie sprawą najważniejszą, bo od pięciu lat tułam się po pokojach, bądź przy własnej, dalszej rodzinie, bądź po sublokatorskich. Mam tego po dziurki od nosa. Gdybym nie dostała mieszkania, zdecydowana jestem powrócić na Śląsk.

– To spółdzielnia mieszkaniowa?

– Nie. Trzy rodziny stawiają domek jednorodzinny, a właściwie trzyrodzinny, wolny od kwaterunku. Każdy będzie właścicielem jednego piętra. Przedsiębiorstwo budowlane obiecuje nam, że Sylwestra będziemy obchodzili już pod własnym dachem. Nie bardzo w to wierzę, liczę jednak, że najpóźniej w marcu wprowadzę się na nowe, własne śmieci.

– Pani zeznała, że spotkała na schodach panią Rogowiczowa i razem weszłyście do pani pokoju?

– Tak było.

– A kiedy zaglądała pani do pokoju jubilera czy drzwi były zamknięte na klucz?

– Utarł się zwyczaj, że zamykamy drzwi i zabieramy klucze jedynie” wychodząc z „Carltonu”. Jeżeli ktoś opuszcza swój pokój, lecz jest w pensjonacie, klucz zostawia w drzwiach, a najwyżej go przekręci. Wtedy u pana Dobrozłockiego również klucz tkwił w drzwiach, ale nie był przekręcony.

– Jest pani tego zupełnie pewna?

– Absolutnie. Gdyby drzwi były zamknięte na zamek, w ogóle nie weszłabym do pokoju. Wiedziałabym, że jubilera nie ma. A ja zapukałam i otworzyłam drzwi.

– Czy widziała pani szkatułkę z klejnotami? Może stała na stole?

– Nie. Nie rozglądałam się specjalnie po pokoju, ale ten przedmiot bym zauważyła. Na stole jej nie było. Zdaje się, że leżała tam gazeta i książka.

– Pani wróciła do siebie z Rogowiczowa. Czy pani profesor napomykała o swoich kłopotach?

– Nie. Nic. Tłumaczyła jedynie swoje zdenerwowanie otrzymaniem złej wiadomości z domu. Z tego też powodu przewidywała skrócenie swojego pobytu w Zakopanem, ale nie mówiła o przyczynach zmartwienia. Przepraszała mnie za te niespodziewane odwiedziny, bo nigdy dotychczas tego nie robiła, ale twierdziła, że przy obecnym stanie nerwów nie potrafiłaby usiedzieć bez towarzystwa w czterech ścianach swojego pokoju. Posadziłam ją więc przy stole, poczęstowałam czekoladkami i rozmawiałyśmy. Właśnie dlatego wydaje mi się, że musiałam zejść do jubilera znacznie wcześniej, niż to twierdzi pan porucznik, bo nasza rozmowa trwała co najmniej dziesięć minut albo nawet dłużej.

– Czy w tym czasie słyszały panie kroki na balkonie pierwszego piętra?

– Nie. Telewizor wył jak opętany, a wówczas chyba najgłośniej. Mało mi bębenki w uszach nie popękały.

– A może dotarł do was odgłos trzaśnięcia drzwiami lub brzęk zbitej szyby?

– Nie. Nic z tych rzeczy.

– Panie razem zeszły na telewizję?

– Nie. Kiedy usłyszałyśmy głos inżyniera, że telewizor już gra, pani Rogowiczowa wstała, przeprosiła raz jeszcze za tę niecodzienną wizytę i wyszła. Ja zostałam chwilę, gdyż sięgałam do szafy po sweterek. W salonie zwykle jest dość chłodno.

– Schodząc na dół nie zauważyła pani czegoś szczególnego?

– Nie chciałabym rzucać nieuzasadnionych podejrzeń, ale gdy byłam na wysokości pierwszego piętra, z korytarza wyszedł pan Paweł Ziemak. Z prawej strony korytarza. Oczywiście z prawej strony osoby schodzącej z góry. Właśnie w tej części budynku znajduje się pokój pana Dobrozłockiego, tuż koło tarasu nad salonem. Miałam wrażenie, że malarz jest zmieszany lub czymś podniecony. Nie powiedział do mnie ani słowa, tylko szybko wyminął i zbiegł po schodach na parter do salonu, jak gdyby ktoś go gonił.

– Kiedy pani zeszła do salonu wszyscy już tam byli?

Pani Miedzianowska zastanowiła się.

– Inżynier był, bo jeszcze coś dłubał przy aparacie. Pani Rogowiczowa też była. Malarz, dzieci kierownika, pani Rózia… Chwilę po mnie nadeszła pani Zosia z płaszczem na ręku. Po niej kierownik i pan Krabe. Na ostatku redaktor Burski i portier. A może odwrotnie – portier i dziennikarz. Pamiętam, że redaktor uczynił uwagę: „jesteśmy w komplecie prócz pana Dobrozłockiego”. Wtedy Rózia zerwała się ze swojego miejsca i pobiegła zanieść jubilerowi herbatę.

– A co działo się później, już po odkryciu wypadku z jubilerem, gdy część towarzystwa wróciła do salonu?

– Na ekranie akurat zaczęła się „Kobra”. Pan Żarski ironicznie zauważył, że „no to mamy «Kobrę» u siebie”. Nikt nie patrzył na ekran. Wszyscy byli bardzo zdenerwowani wypadkiem. Toczyła się jakaś bezładna rozmowa, ale kto o czym mówił, nie umiałabym powtórzyć.

– Czy wychodzili z salonu?

– Na górę nikt nie wchodził, lecz z salonu wychodzili prawie wszyscy. Do łazienki, do jadalni napić się wody. Ludzie różnie reagują w takich przypadkach. Ja także wychodziłam do łazienki.

– A może ktoś wyszedł na dwór?

– Nie. Tego nie widziałam. Padał zresztą deszcz. Ludzie kręcili się trochę jak błędni. Tylko inżynier i Rogowiczowa, którzy mieszkają na parterze, poszli do swoich pokoi, ale i oni szybko powrócili. Pani Rogowiczowa, jeśli sobie dobrze przypominam, narzuciła blezer, a Żarski przyniósł papierosy. Częstował obecnych. Nawet ja skorzystałam z tego poczęstunku, chociaż zasadniczo nie palę.

– Przypomina pani sobie wejście dwóch młodych ludzi?

– Tak. Przyszli po panią Zosię, ale redaktor szybko ich spławił.

– Jak byli ubrani? Może mieli zabłocone ręce lub ślady błota na ubraniu?

– Byli w granatowych płaszczach ortalionowych, takich, jakie teraz należą do najmodniejszych. Płaszcze mieli mokre, bo padał deszcz. Ale ręce mieli chyba suche i czyste, bo witali się z panią Zosią. Nie wyciągaliby do niej mokrych, a tym bardziej brudnych rąk.

– Jak zareagowali na wiadomość o wypadku?

– Byli zaskoczeni i zmartwieni. Nie mogli po prostu zrozumieć, w jaki sposób zdarzyła się ta cała historia z panem Dobrozłockim.

– Nie udawali?

– Na pewno nie są takimi aktorami.

– A potem?

– Nie upłynęło pięć minut, jak przyjechało pogotowie. Zaprowadziłam lekarza na górę, a za chwilę zjawili się panowie. Resztę wiecie.

– Wróćmy jeszcze na chwilę do osoby inżyniera Żarskiego – zadecydował podporucznik – pani go nie lubi?

– Ani lubię, ani nie lubię. Po prostu jest dla mnie niczym. Jak powietrze, czy zeszłoroczny śnieg.

– Jednak chcielibyśmy dowiedzieć się, co to za człowiek. Pracowaliście państwo razem, w jednej instytucji?

– To jest zero. Kompletne zero. Nie mężczyzna, tylko dziwkarz. Człowiek pozbawiony jakichkolwiek ambicji.

– Inżynier, na chyba dobrym stanowisku. Poza tym trochę artysta.

– Jaki tam artysta! Twórca ckliwych melodyjek, do których podobni grafomani dorabiają tekst.

– Chyba jednak nie jest pozbawiony zdolności?

– Zdolny jest. Może nawet do wszystkiego. Tylko, że brak ambicji nie pozwala mu wykorzystać tych zdolności. Jego twórczość zawodowa to pójście po najmniejszej linii oporu. Tylko żeby poszło w świat i przyniosło tantiemy. Miał dobrą posadę, dającą duże możliwości na przyszłość. Ale tam trzeba było przysiedzieć fałdów, więc pan Żarski szybko przeniósł się na inną, gorszą i gorzej płatną, ale bez żadnej odpowiedzialności i taką, gdzie nie potrzebuje się przepracowywać.

– Ma powodzenie u kobiet.

– Nie wiem, co one w nim widzą.

– A jednak pan Żarski – podporucznik udawał, że broni inżyniera – umie być czarujący w towarzystwie, dobrze tańczy i potrafi zabawić zarówno mężczyzn, jak i panie.

– O! Bawidamek z niego doskonały. I nie przebiera. Każda dla niego dobra. Za to nie na długo. A na zabawach, byle tylko miał pieniądze, zna się pierwszorzędnie.

– Jednak ma te pieniądze. Często bywa w Zakopanem, w lokalach, a to kosztuje. Kobiety też, nawet najbardziej bezinteresowne i one kosztują.

– Podobno – uśmiechnęła się pani Miedzianowska – te bezinteresowne są najdroższe.

– Tak twierdzą ludzie doświadczeni. Inżynierowi jednak starcza na wszystko pieniędzy.

– Nawet i na grę w karty.

– Lubi grać? Brydż czy poker?

– Wszystko. Byle drogo. To w ogóle gracz. Trzeba mu przyznać, że ma zimną krew i umie ryzykować. Głośna była jego historia przed chyba sześciu laty. Adam miał wówczas tyle długów, że w ogóle nie brał pensji i winien był sporo pieniędzy wszystkim kolegom biurowym i innym swoim znajomym. Wysłano go do Warszawy po odbiór jakiejś poważnej sumy.

– Podjął te pieniądze z kasy, było tego ponad sto tysięcy złotych i pojechał prosto na wyścigi.

– Przegrał wszystko?

– Nie. Przeciwnie. Wygrał. Tyle, że spłacił długi i jeszcze przez parę tygodni szastał pieniędzmi na prawo i lewo. A przecież gdyby przegrał, wyleciałby z pracy i powędrował na parę lat do więzienia.

– Miał szczęście.

– On ma zawsze szczęście. W karty przeważnie wygrywa. We Wrocławiu brzydko wyrażali się o tej passie, ale nikt go za rękę nie złapał. Ten człowiek przy swoich zdolnościach, gdyby tylko miał ambicję zostania kimś, zaszedłby wysoko. Ale on niczego poza chęcią użycia nie pragnie.

– Zna się też na radioodbiornikach, telewizorach.

– O tych zdolnościach Adama przekonałam się dopiero dzisiaj. Trzeba mu jednak przyznać, że telewizor naprawił.

– Czy pani zna nazwisko, lub choćby imię tej pani – sympatii inżyniera z „Granitu”?

– Nie, nie znam. Widziałam ją tylko kilka razy. W kawiarni, a nawet tu w „Carltonie”, bo przychodziła do Adama. Wysoka, zgrabna blondynka. Ale to już nieaktualne. Teraz na tapecie jest rudy kociak z Domu Rzemiosła.

– A czy pan Dobrozłocki znał tę blondynkę?

Pani Miedzianowska popatrzyła zdziwiona na obu oficerów. Pytanie wydawało jej się całkowicie niestosowne.

– Pan Dobrozłocki był poważnym człowiekiem. Przyjechał do Zakopanego pracować, a nie uganiać się za młodymi dziewczynami. Być może, że widział tę panią na korytarzu pensjonatu, ale jej na pewno nie znał. Też podejrzenia!

– Może to właśnie ta blondynka była sprawcą napadu na jubilera?

– Przecież już mówiłam, że ostatnio Adam jej unikał. Już tu nie przychodziła.

– Znała jednak drogę i mogła wiedzieć, że jubiler posiada w pokoju kosztowną biżuterię?

– Nie przypuszczam. Pan Dobrozłocki nie zwierzał się nam. Wprawdzie pani Zosia coś na ten temat wspominała, ale nikt tego nie brał poważnie. Nie sądzę też, żeby Adam wówczas, kiedy interesował się tą panią, nie miał nic lepszego do roboty, tylko opowiadać jej o panu Dobrozłockim. Zasadą inżyniera jest nie tracić czasu, szybko dobić do celu i szybko się wycofać.

– Czy miałaby pani nam jeszcze coś do powiedzenia?

– Nic. Nic więcej nie wiem. Nie wiem i nie domyślam się, kto mógł dokonać napadu na jubilera. Na pewno nie ja.

Po usłyszeniu sakramentalnej instrukcji, w jaki sposób należy podpisywać protokół oraz uwagi, że wolno jej iść do siebie na górę, lecz nie należy się jeszcze kłaść spać, pani Miedzianowska opuściła jadalnię.

– Cwana babka – zauważył podporucznik – ma zimną krew i nie traci panowania nad sobą. Wsiadłem na nią z góry, a ona nawet okiem nie mrugnęła.

– Jeżeli naprawdę jest niewinna, to czego miała się przestraszyć?

– W czasie przesłuchiwania każdy z nich jest niewinny. Każdy ma alibi, żaden z nich nie mógł tego zrobić. A jednak jubiler jest w szpitalu, a jego biżuteria nie wiadomo gdzie ukryta. Jeden z tych niewinnych rozwalił mu łeb. Ale który?

To pytanie podporucznika pułkownik pozostawił bez odpowiedzi. Wyraz twarzy starego oficera milicji świadczył jednak dobitnie, że jeżeli nie zna jeszcze ostatecznego rozwiązania zagadki, to jest tego bliski.



1   2   3   4   5


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna