Jerzy Edigey



Pobieranie 0,82 Mb.
Strona3/5
Data24.02.2019
Rozmiar0,82 Mb.
1   2   3   4   5

Rozdział VI
Do jadalni weszła pani profesor, którą podporucznik poprosił o zajęcie miejsca naprzeciwko niego. Z boku długiego stołu siedział milicjant protokołujący zeznania. Pułkownik Lasota usadowił się za podporucznikiem, w pewnej odległości od stołu i dzięki temu mógł obserwować zarówno młodego oficera milicji, jak przesłuchiwaną. Wyborem takiego stanowiska pułkownik ponadto podkreślał, że znajduje się w „Carltonie” nieoficjalnie i w niczym nie chce krępować młodszego kolegi.

Pani profesor zeznawała równym, opanowanym głosem.

– Maria Rogowiczowa. Stan cywilny: wdowa. Syn lat 23, córka lat 19. Zawód: profesor farmacji na Wydziale Farmacji Akademii Medycznej w Białymstoku. Wykształcenie wyższe. Tytuł naukowy – doktor farmacji. Wiek 46 lat. Miejsce zamieszkania: Białystok, ulica Warszawska.

Pani Rogowiczowa potwierdziła tę część zeznań pokojówki i kierownika, dotyczącą przebiegu wypadków po znalezieniu rannego Dobrozłockiego. Zakładała jubilerowi opatrunek. Ranę zdezynfekowała, starając się zatamować upływ krwi. Lekarz pogotowia, który zdjął opatrunek i zbadał ranę, uznał, że i on poza zastrzykiem na podtrzymanie akcji serca nic więcej nie może zrobić na miejscu. Ciała nie ruszała, a jedynie podłożyła jubilerowi małą poduszkę pod głowę. Przy nieprzytomnym była cały czas, aż do przybycia pogotowia, a później milicji.

– Zna się pani na medycynie?

– O tyle, o ile zna się na tym każdy farmaceuta. Na farmacji wykłada się również niektóre przedmioty z zakresu medycyny. Oczywiście nie tak obszernie. W każdym razie uczy się studentów udzielania pomocy w nagłych wypadkach, zakładania opatrunków i tym podobnych rzeczy. Farmaceuta praktykujący, zwłaszcza na wsi, zna się na tym znacznie lepiej, niż profesor akademii. Przecież tam, gdzie nie ma lekarza, w nagłych wypadkach biegnie się po ratunek do apteki. Obecnie nie mam do czynienia z tego rodzaju przypadkami, jak u pana Dobrozłockiego, okazało się jednak, a potwierdził to lekarz z pogotowia, że poradziłam sobie zupełnie dobrze i być może moja pomoc uratowała jubilerowi życie.

– Czy ratując Dobrozłockiego widziała pani w pokoju rannego ten młotek?

– Nie… Żadnego młotka nie było.

– Ale ten młotek widziała pani już przedtem?

– Chyba widziałam. Zaraz, zaraz… Muszę sobie przypomnieć. Tak, gdy wracaliśmy z wycieczki, jakiś młotek leżał na schodach, ale nie wiem czy to ten sam. Pani Zosia Zachwytowicz miała młotek w ręku. Potrząsała nim i mówiła, że rozbiłaby głowę mężowi, gdyby dowiedziała się, że Andrzej ją zdradza.

– Naprawdę tak mówiła?

– To jasne, że żartowała! Wracaliśmy z pięknej wycieczki i byliśmy w doskonałych humorach. Nikt nie przewidywał nieszczęścia, które wkrótce miało nas dotknąć. O życie męża pani Zachwytowicz można być całkowicie spokojnym. Jest tak zawojowany przez małżonkę, że stanowi wyjątkowy okaz pantoflarza. Nie ośmiela się spojrzeć nawet na inną kobietę. Raczej… – tu Rogowiczowa urwała wpół zdania.

– Jeśli zrozumiałem pani myśl – wtrącił pułkownik – raczej pan Zachwytowicz miałby więcej powodów, aby ująć za ten młotek. Czy tak?

Pani profesor uśmiechnęła się.

– Pan mnie chwyta za słowa. Ja tego nie powiedziałam.

– Panią Zachwytowicz zauważyłem w Zakopanem. Trudno zresztą byłoby jej nie zauważyć. Samochody zatrzymują się nawet, gdy ona idzie ulicą. Kto to są ci młodzi ludzie, z którymi tak się afiszuje?

– Jacyś miejscowi. Nie znam ich nazwisk.

– Przepraszam, panie pułkowniku – wtrącił milicjant, który właśnie wszedł do pokoju – panu chodzi o tę wariatkę, która nosi pleciony koszyk na kiju, niebieskie długie buty i rybacki kapelusz?

– Właśnie tak się ubiera pani Zosia – poświadczyła Rogowiczowa.

– To miejscowe chłopaki. Znam ich dobrze. Jeden, Jacek Pacyna, mieszka na Górkach, dobry narciarz. Biega w „Starcie”. Drugi, Heniek Szaflar, jest przewodnikiem w FWP. Obaj porządni i aż się dziwię, że asystują takiej babce. Całe Zakopane będzie się z nich śmiało. Kiedy jechaliśmy tutaj samochodem, widziałem, że szli ulicą Ku Stoczni w stronę miasta.

– Oni tu byli – wyjaśniła pani Rogowiczowa – umówili się z panią Zosią, że razem pójdą na dansing do „Jędrusia”. Pani Zosia, a było to jeszcze przed wypadkiem, wyrażała niezadowolenie z ich spóźniania się. Przyszli przed samym waszym przybyciem, a po opatrzeniu rannego przez lekarza.

– I tak nagle wyszli?

– Redaktor Burski poradził im, aby opuścili pensjonat przed przyjazdem milicji, jeżeli nie chcą być zamieszani w tę sprawę.

– Burski? Dziennikarz z Warszawy? Autor powieści kryminalnych? I ostatniej „Zbrodni w Powszechnym Domu Towarowym”?

– Ten sam. Mieszka w „Carltonie” od dwóch tygodni.

– Coś pan redaktor jest za uczynny i dba, abyśmy nie mieli za dużo pracy. Musimy porozmawiać z nim na ten temat. Ale wracając do naszego przesłuchania, tego młotka pani więcej nie widziała?

– Pani Zosia coś z nim zrobiła. Zdaje się, że przyniosła do „Carltonu”.

– Niech pani sobie przypomni.

– Nie pamiętam. Byłam bardzo zdenerwowana.

– Czym? Przecież wypadek zdarzył się dopiero wieczorem.

– To moje prywatne sprawy. Nie mają żadnego związku z nieszczęściem pana Dobrozłockiego.

– Czy widziała pani klejnoty jubilera?

– Tak. Pokazywał je nam wszystkim dzisiaj po obiedzie. Stare pierścienie, kolia brylantowa wraz z pierścionkiem…

– Pani zna się na klejnotach? Pani wie, jaką wartość przedstawiały te kamienie?

– Znać, to się nie znam. Nie miałam okazji. Nigdy nie mogłam sobie pozwolić na kupno takiej biżuterii. Ale orientuję się, że była bardzo cenna. Pan Dobrozłocki nie krył zresztą tego, że zwłaszcza kolia jest unikatem sztuki jubilerskiej. Zrobił nam na ten temat mały wykład.

– A na ile ocenia pani te precjoza?

– Bo ja wiem? Może na dwa miliony złotych? Może jeszcze więcej?

– Proszę jednak sięgnąć do pamięci i przypomnieć sobie, gdzie leżał ten młotek?

– Na pewno nie przypomnę sobie. Już dwa razy mówiłam panu, że nie pamiętam. Gdybym to wiedziała, nie otaczałabym tego tajemnicą. Ale czy to takie ważne?

– Niech pani przyjrzy się temu młotkowi dokładnie. O, tu przy żelazie, na samym początku trzonka. Co pani widzi?

– Dwie plamki, to chyba krew?

– A tu na żelazie?

– Włoski. Siwe włosy. Takie miał pan Dobrozłocki. Więc tym młotkiem…

– Tak. To jest narzędzie zbrodni. Powiem pani, znaleźliśmy je na kanapce w hallu.

– Straszne. To znaczy, że jeden, jedno z nas…

– Właśnie. Rozumuje pani prawidłowo, jeden z gości pensjonatu dopuścił się tej zbrodni. Czy podejrzewa pani kogoś?

– Nie. Nikogo! Nie mogę w to uwierzyć. Przecież tam jest wybita szyba i drabina stoi pod balkonem…

– Zbrodniarz, zdaniem pani, wszedł po drabinie, wybił szybę, dostał się do pokoju, ogłuszył młotkiem jubilera, zabrał klejnoty, uciekł tą samą drogą, a później był tak uprzejmy, że wstąpił do „Carltonu” i położył ten młotek na kanapie?

Rogowiczowa milczała.

– Niech nam pani powie, jak to było przy kolacji. Kto pierwszy wstał od stołu?

– Inżynier Żarski. Wyszedł wcześniej, aby zreperować telewizor.

– Czy później pan Żarski był cały czas w salonie?

– Tak. Nigdzie nie wychodził. Słyszeliśmy gwizdy i piski aparatu. Siedząc przy stole zastanawialiśmy się, czy inżynierowi uda się naprawić telewizor. Przecież z wykształcenia nie jest elektrotechnikiem, lecz mechanikiem. Pracuje w hucie.

– Naprawił jednak?

– Tak. Ale dopiero przed samą godziną dziewiątą, na kilka minut przed rozpoczęciem „Kobry”.

– A kto następny wyszedł z jadalni?

– Chyba pan Dobrozłocki. Tak, na pewno on. Prosił jeszcze Rózię o przyniesienie mu na górę herbaty. Dlatego właśnie pokojówka znalazła go leżącego na podłodze. Gdyby nie ta herbata, może dokonano by odkrycia dopiero jutro rano. Nikt nie zainteresowałby się nieobecnością Dobrozłockiego, bo jubiler rzadko schodził wieczorami do salonu. Umarłby z upływu krwi. Ta herbata uratowała mu życie.

– Pani nie widziała więcej Dobrozłockiego? Oczywiście zdrowego?

– Nie. Nie widziałam.

– A kiedy wyszła pani z jadalni?

– Wydaje mi się, że zaraz po jubilerze. Nie, najpierw pani Miedzianowska, a ja parę minut po niej.

– Pani poszła do swojego pokoju?

– Tak.

– Co tam pani robiła?



Maria Rogowiczowa spojrzała ze zdziwieniem na podporucznika, wzruszyła ramionami, lecz spokojnie wyjaśniła:

– Najpierw porządkowałam garderobę, bo do kolacji przebrałam się w inną sukienkę. Później czytałam.

– Aż do wyjścia na telewizję?

– Aż do wyjścia.

– A więc nie wychodziła pani z pokoju?

– Dziwna indagacja. Wyszłam raz do łazienki.

– Może zauważyła pani kogoś na korytarzu?

– Nie widziałam nikogo – pani profesor stawała się coraz bardziej zła. Po jej minie widać było, że tak drobiazgowe pytania uważa za zwykłe „czepianie się milicji porządnych ludzi”. Podporucznik nie zwracał jednak uwagi na niezadowolenie Rogowiczowej i dalej ciągnął przesłuchanie.

– A czy inżynier był wtedy w salonie?

– Na pewno był.

– Widziała go pani?

– Widziałam.

– Przecież przechodząc z pani pokoju do łazienki, nie można dostrzec telewizora. Aparat stoi nie naprzeciwko wejścia do salonu, lecz bardziej z boku.

Pani profesor nieco się speszyła, lecz szybko znalazła odpowiedź.

– Kiedy wyszłam z łazienki, podeszłam do drzwi salonu, ponieważ chciałam zapytać inżyniera, czy można liczyć na dzisiejszą „Kobrę”. Widziałam, że pan Żarski stał nachylony nad aparatem i naprawiał coś w jego wnętrzu.

– A co odpowiedział na pani pytanie?

– Wcale go nie pytałam. Widząc, że jest zajęty, cofnęłam się do pokoju.

– Czy inżynier panią zauważył?

– Raczej nie. Głowę miał w telewizorze.

– Dobrze – zgodził się Klimczak – przejdźmy teraz do innych zagadnień. Zeznała pani przed chwilą, że po obiedzie była pani bardzo zdenerwowana. Można wiedzieć, czym? Czy widokiem biżuterii pana Dobrozłockiego?

– Pan żartuje.

– Więc co wytrąciło panią z równowagi?

– To moje osobiste sprawy. Nie mają żadnego związku z kradzieżą. Już to panu raz powiedziałam.

– Niestety, ja również muszę pani wyjaśnić, że dla milicji prowadzącej śledztwo w sprawie usiłowania zabójstwa i kradzieży wartości paru milionów złotych, nie ma prywatnych spraw. Tym bardziej, gdy zeznaje jedna z podejrzanych.

95- Pan twierdzi, że to ja dokonałam zamachu? Nonsens!

– Jedno z państwa. Może pani, może ktoś inny, na wszystkich ciążą te same poszlaki. Dlatego ponawiam pytanie: co panią tak zdenerwowało?

– Odmawiam odpowiedzi.

– Pani prawo. Zajmijmy się przeto czymś innym. Pani ma dwoje dzieci?

– Tak.

– Oboje na pani utrzymaniu?



– Tak.

– Czy studiują?

– Córka jest studentką medycyny.

– A syn? Czyżby dwudziestotrzyletni mężczyzna był na utrzymaniu mamusi?

Rogowiczowa poczerwieniała i spuściła oczy.

– Mój syn jest bardzo chorowity odpowiedziała – niedawno wrócił z wojska i długo chorował. Teraz szuka pracy. Czegoś dla siebie odpowiedniego.

Porucznik uśmiechnął się ironicznie.

– Nie wiedziałem, że do naszego wojska biorą chorowitych ludzi. Matury pewnie również nie ma? Był zbyt wątły, aby się uczyć?

– Protestuję przeciwko tego rodzaju metodom przesłuchania. To nie powinno panów obchodzić.

– Czy syn pani posiada prawo jazdy?

– Jaki związek ze sprawą ma pańskie pytanie?

– Pani powiedziała, że syn szuka zajęcia. Kierowcy samochodowi są bardzo poszukiwani. Jak długo ma pani zamiar utrzymywać tego młodego darmozjada?

– Wypraszam sobie – Maria Rogowiczowa była blada ze złości i zdenerwowania. Zerwała się z krzesła.

– Niech pani siada – powiedział sucho oficer milicji. – Przesłuchanie nie jest jeszcze skończone. Czy przyznaje się pani do usiłowania zabicia Mieczysława Dobrozłockiego i zabrania biżuterii?

– Pan mnie tak denerwował, aby następnie zadać to pytanie? Pan liczył na to, że dręczona przez pana kobieta przyzna się do nie popełnionej zbrodni? Dużo słyszałam o tego rodzaju metodach. Nie przypuszczałam jednak, że zetknę się z nimi osobiście. Ale nie uda się to panu. Nie zabiłam Dobrozłockiego i nie ukradłam biżuterii.

– Nie mówiłem o zabiciu, a o usiłowaniu zabójstwa. Pani się nie przyznaje?

– Nie.

– A ja pani powiem, jak to było. Wracając z łazienki, zauważyła pani, że jubiler schodzi ze schodów i idzie do kabiny telefonicznej. Może zresztą widziała go pani, jak szedł do jadalni, aby przypomnieć Rózi oherbacie. Wtedy powzięła pani myśl o kradzieży. Biegnąc na górę, zobaczyła pani młotek leżący na kanapce w hallu. Chwyciła pani ten młotek i weszła na schody. Jubiler opuścił pokój na krótko i tak, jak to pani przewidywała, nie zamknął drzwi na klucz. Stanęła, pani za drzwiami wewnątrz pokoju i czekała na powrót Dobrozłockiego. Jubiler wszedł do pokoju i chciał zapalić światło. Odwróconemu tyłem zadała pani cios młotkiem. Potem złapała pani biżuterię, kasetkę wyrzuciła przez balkon, tłukąc przy tym szybę.



Zbiegając na parter, podrzuciła pani młotek na kanapkę.

Pod wpływem tych słów Rogowiczowa uspokoiła się. Jedynie lekkie drżenie palców rąk, leżących na stole, świadczyło o jej zdenerwowaniu. Gdy otworzyła usta, słowa popłynęły powoli i spokojnie.

– Jakie ma pan dowody na poparcie swojej bajeczki? Na tyle orientuję się w przepisach prawa karnego i wiem, że milicja powinna udowodnić popełnienie przestępstwa.

– Z jednej strony dowodem są pani fałszywe zeznania. Z drugiej gwałtowna potrzeba zdobycia większej sumy pieniędzy. Najłatwiej je zdobyć, idąc z młotkiem na pierwsze piętro.

– Powinien pan pisać powieści kryminalne, a nie pracować w milicji. Kiedyż ja to złożyłam, jak pan powiedział, te fałszywe zeznania? I dlaczego potrzebuję gwałtownie pieniędzy?

– Zaraz pani przeczytam – podporucznik sięgnął po protokół prowadzony przez sierżanta MO. Chwilę szukał odpowiedniego fragmentu. – Proszę, oto dosłownie moje pytania i pani odpowiedzi. Pytanie: „Pani poszła do swojego pokoju?” Odpowiedź: „Tak”. Pytanie: „Co tam pani robiła?”. Odpowiedź: „Najpierw porządkowałam garderobę, bo do kolacji przebrałam się w inną sukienkę. Później czytałam”. Pytanie: „Aż do wyjścia na telewizję?” Odpowiedź: „Aż do wyjścia”. Pytanie: „A więc nie wychodziła pani z pokoju?” Odpowiedź: „Śmieszna indagacja. Wyszłam raz do łazienki”. Czy protokolant wiernie zanotował pani odpowiedzi?

– Tak zeznawałam. O co chodzi?

– To nie jest zgodne z prawdą. Mamy dowody, że była pani na pierwszym piętrze, a później szybko stamtąd zbiegła. Właśnie z biżuterią, po ogłuszeniu jubilera młotkiem. Widziano panią schodzącą ze schodów.

– Tak. Przypominam sobie, że kilka minut przed dziewiątą poszłam na taras pierwszego piętra. Bolała mnie trochę głowa i chciałam trochę odetchnąć świeżym powietrzem. Byłam krótko na tarasie. Zresztą, każdemu chyba wolno wyjść na balkon, skoro ma na to ochotę?

– Ale nie każdy zechce w to uwierzyć. Ciemno, chłodno, zaczyna padać deszcz, a samotna postać marzy na balkonie. I to wówczas, gdy ze swojego pokoju może wyjść na taras, mający dach. Czy doprawdy nie mogła pani wymyślić bardziej sensownego kłamstwa?

Lasota chrząknął znacząco. Podporucznik obejrzał się i zapytał:

– Czy pan pułkownik ma jakieś pytanie?

– Jeśli kolega pozwoli… Chciałbym jednak z góry uprzedzić panią Rogowiczowa, że nie jestem tutaj w charakterze oficjalnym, ale podporucznik był tak uprzejmy, że pozwolił mi asystować przy pewnych czynnościach śledztwa. Dlatego też pani profesor może w ogóle nie rozmawiać ze mną i nie udzielać mi żadnych odpowiedzi. Nasza rozmowa miałaby charakter niejako półurzędowy.

– Wszystko mi jedno, kto mnie przesłuchuje. Nie poczuwam się do żadnej winy. Proszę pytać. I tale niczego się nie dowiecie.

– Widzi pani, sam jestem człowiekiem starszym, znacznie starszym od pani. Mam dzieci i wiem, co znaczy miłość rodzicielska. Jednakże popełnia pani wielki błąd, usiłując ukryć, że syn pani należy do nielicznego grona na szczęście, pasożytów, którzy z całym spokojem korzystają z pracy matek i nie mają z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Chociaż są już dorośli, żądają od swoich matek, aby ich utrzymywały i dostarczały środków finansowych na wszelkie przyjemności. Pani nie chce o tym mówić i wskutek tego wplątuje się w niebezpieczne położenie. Sprawa jest przecież poważna, a poszlaki bardzo panią obciążają. Zamiast więc wykręcać się jak małe dziecko, lepiej powiedzieć prawdę.

Maria Rogowiczowa nadal milczała.

– Wiemy, że pani gwałtownie potrzebuje pieniędzy – ciągnął dalej pułkownik – jeżeli nie zdobędzie pani w najbliższym czasie czterdziestu tysięcy złotych, młody człowiek pójdzie do więzienia. Dla nas, ludzi mających codziennie do czynienia z różnego rodzaju charakterami, jest to sprawa prosta. Wydaje nam się, że lepiej byłoby dla pani syna, aby dostał nauczkę dzisiaj, przy przestępstwie stosunkowo drobnym, niż gdyby trafił do więzienia za poważniejsze przewinienie. Obawiam się, że ten młody człowiek prowadzi niewłaściwy tryb życia, który w końcu doprowadzi go do poważniejszej kolizji z prawem. Ale rozumiem, że pani jako matka ciągle wierzy w swojego jedynaka i pragnie go ratować. Zupełnie przypadkowo znaleźliśmy zgubiony przez panią list od jej syna i wiemy, że żąda on od pani czterdziestu tysięcy złotych dla zatuszowania wypadku samochodowego. Mamy również zeznania, jak to podkreślił porucznik, stwierdzające, że przed samą godziną dziewiątą zbiegła pani z pierwszego piętra. Sama pani rozumie, że tego rodzaju poszlaki wystarczają koledze Klimczakowi do aresztowania pani, na co prokurator wyda sankcję. Irytował panią drobiazgowy sposób przesłuchania. Porucznik po prostu chciał pani dać szansę, a tą jedyną szansą może być wyjawienie nam całej prawdy.

– Gdybym dokonała zamachu na jubilera, późni nić spieszyłabym mu na ratunek.

– Przeciwnie. Właśnie ten troskliwy ratunek był wyrozumowanym sposobem ukrycia swojej prawowej roli w tej sprawie. Każdemu wydawałoby się dziwne, że jedyny, najbardziej zbliżony do medycyny człowiek w tym towarzystwie, nie ratuje rannego.

– Przysięgam, że nie próbowałam zabić. Mimo ciężkiego położenia, o którym panowie wiedzą, nawet nie przemknęła mi przez głowę myśl o szukaniu ratunku w tych brylantach. Rzeczywiście, po przeczytaniu li?. od syna, zastanawiałam się, skąd wziąć pieniądze. Sir jest bardzo duża, ale nie chodzi jedynie o sumę, ale przede wszystkim o termin jej uzyskania. Moja sytuacja finansowa nie jest najlepsza, ale nie jest zła. Wydaj książkę naukową. Mam otrzymać za nią kilkanaście tysięcy złotych. Jednocześnie mam zamówienia n: artykuły do paru pism fachowych w kraju i za grani – a. Prowadzę prace badawcze nad nowymi rodzajami antybiotyków – i za nie również dostanę pewną sumkę pieniędzy. Mogłabym więc wybrnąć z kłopotów własnymi siłami, tym bardziej, że mam trochę oszczędności, jak to się mówi, na czarną godzinę. Nie zawahałabym się użyć tego wszystkiego dla ratowania syna. To nieprawda, co pan o nim mówi. To dobre dziecko. Może trochę lekkomyślne, ale z gruntu dobry chłopiec. To widocznie moja wina, że nie chciał się uczyć. Zapewne nie umiałam nim pokierować. A co do pracy, to napracuje się jeszcze niemało w swoim życiu. Niech ma jak najdłużej pogodną, niczym nie zamąconą młodość.

Podporucznik chciał przerwać te, naiwne wywody dorosłej i doświadczonej przecież kobiety, ale pułkownik dał mu znak, żeby milczał. Pani profesor, umiejąca z pewnością wymagać wiele od swoich studentów, nie potrafiła zdobyć się na krytykę wobec własnego dziecka. Mówiła przeto dalej:

– Działo się to przed wybuchem II wojny światowej. Byłam wtedy młodą dziewczyną i miałam narzeczonego. Wielką naszą miłość przerwała jego mobilizacja do wojska. W czasie wojny narzeczony dostał się do oflagu. Podczas bombardowania zginęli moi rodzice. Zostałam sama. Dostałam posadę na prowincji jako pomoc w aptece. Ale chociaż kochałam mojego chłopca, nie umiałam na niego czekać. Za trudno było w tych ciężkich czasach być zupełnie samą, bez rodziny i bez kogoś bliskiego. Wyszłam za mąż za aptekarza, u którego pracowałam. Szanowałam go i byłam mu dobrą żoną. Gdy zmarł w roku 1948 starałam się jak najlepiej wychować dzieci. Dzięki mężowi ukończyłam farmację. Później coraz bardziej pociągała mnie droga kariery naukowej. Przeniosłam się do Białegostoku, uzyskałam asystenturę, doktoryzowałam się i habilitowałam, wreszcie przed paru laty otrzymałam katedrę. O moim byłym narzeczonym dochodziły mnie tylko sporadyczne wieści. Słyszałam, że po wojnie nie wrócił do kraju, lecz zamieszkał w Anglii. Tam podobno ożenił się. Przypadkowo spotkałam go tutaj, w pensjonacie. Niedawno wrócił do kraju. Ma żonę, rodzinę. Obyło się więc bez tragedii i złamanych serc. Może to i lepiej. Nawiązała się między nami spokojna przyjaźń, oparta na wzajemnym szacunku i dawnych wspomnieniach. Nie afiszowaliśmy się z naszą znajomością. Nic jednak dziwnego, że gdy nadszedł ten fatalny list, pobiegłam do przyjaciela z prośbą o radę i ratunek. – To pan Dobrozłocki?

– Nie. Jerzy Krabe.

– Była pani w jego pokoju?

– Tak. Poszłam na górę w jakieś piętnaście minut po kolacji. Pokazałam list i przedstawiłam swoje położenie. Pan Krabe obiecał pożyczyć mi trochę pieniędzy, abym mogła zapłacić dziesięć tysięcy złotych ojcu poturbowanego dziecka i w ten sposób skłonić go do czekania na resztę sumy. Pan Krabe mówił również, że spróbuje się z nim potargować. Ostatecznie temu człowiekowi nie przyjdzie nic z tego, że mój syn trafi do więzienia. Skoro zaś zobaczy gotówkę, będzie bardziej skłonny do ustępstw. Jerzy przyrzekł mi również, że zajmie się sprawą rozbitego auta. Ma przyjaciela, który prowadzi warsztat samochodowy. Prawdopodobnie uda się naprawić rozbity wóz taniej, niż ocenia to przyjaciel syna.

– Wątpię jednak – zauważył pułkownik – czy dziesięć tysięcy złotych zdoła pokryć wszystkie wydatki. Jeżeli nawet chłop ustąpi, to weźmie całą sumę.

Przecież zdaje sobie sprawę, że trzyma w ręku pani syna.

– Ja wiem, że nie wystarczy, ale pozwoli zyskać na czasie. Pan Krabe obiecał zaciągnąć pożyczkę w kasie zapomogowej naszego związku. Wyjaśnił mi, że z tego źródła uda się uzyskać jeszcze dziesięć tysięcy. Będę mogła je spłacać po tysiąc złotych miesięcznie. Tymczasem ja zgromadzę należne mi honoraria. Pan Krabe wraca jutro wieczorem do Warszawy i przyrzekł, że w tym tygodniu pojedzie do Białegostoku.

– Pan Krabe mieszka w pokoju położonym niedaleko zajmowanego przez jubilera. Czy nie słyszała pani niczego podejrzanego na korytarzu lub w sąsiednich pomieszczeniach?

– Nie przypominam sobie. Chociaż… Tak. Kilka razy chodził ktoś po korytarzu. Pani Zosia również nie była sama w pokoju. Zdawało mi się, że dochodzą stamtąd rozmowy i odgłos otwieranych drzwi balkonowych. Ktoś chodził też po balkonie.

– Czy były to kroki męskie?

– Raczej nie. Ten ktoś przeszedł po cichu koło drzwi balkonowych pana Krabego. To była prawdopodobnie kobieta, która szła w miękkich pantoflach. Ale firanki były zasunięte i nikogo nie widziałam. Przeżyłam nawet moment strachu, że ktoś zobaczy mnie ii Jerzego. Taki pensjonat jest zawsze gniazdem najrozmaitszych plotek na temat „kto z kim”. Wolałam lego uniknąć. Byłam bardzo zadowolona, że portiery i spuszczone i nie miałam bynajmniej zamiaru sprawdzać, kto chodzi na zewnątrz. Starałam się również kvyjść bezszelestnie, aby nikt mnie nie zobaczył.

Pani Maria Rogowiczowa zamilkła. Jedynie czerwone placki wypieków na policzkach świadczyły, że ta spowiedź nie przyszła jej łatwo. Podporucznik spojrzą; pytająco na pułkownika. Ten zaś powiedział:

– Gdyby pani od razu powiedziała prawdę, nie stracilibyśmy tyle czasu. Może pani udać się do swojego pokoju, lecz nie wolno pani, jak i reszcie pensjonariuszy, opuszczać willi. Proszę raz jeszcze uważnie przeczytać protokół, podpisać na każdej stronie i ewentualnie sprostować błędy lub niedokładności.

Pani profesor szybko przebiegła wzrokiem zapisane kartki, podpisała je i wyszła z jadalni.

– Można było ją zaaresztować – powiedział podporucznik – wcale nie jestem pewien, czy usłyszeliśmy prawdę.

– Powiedziała prawdę – rzekł pułkownik – lecz czy całą prawdę i czy czegoś nie przemilczała lub przekręciła? Nie widzę jednak potrzeby jej zatrzymywania. Pańska decyzja zwolnienia Rogowiczowej jest słuszna. To nie ona dokonała zamachu na Dobrozłockiego.

– Ale poszlaki są obciążające. Jest również motyw zamachu. Miała także okazję do popełnienia zbrodni. Wracając od Krabego mogła wejść do jubilera.

– To wszystko do niej pasuje poza jednym ważnym szczegółem.

– Jakim? – zapytał podporucznik.

– Pan zapomina o drabinie przystawionej do balkonu. Rogowiczowa nie mogła tego zrobić. Jeżeli rozwiążemy zagadkę, kto i kiedy przyniósł drabinę – znajdziemy przestępcę.


Rozdział VII
Z pierwszego piętra zszedł jeden z milicjantów. Był niezmiernie podniecony. Trzymał małą, damską chusteczkę do nosa, w której znajdowały się jakieś przedmioty.

– Panie poruczniku – zameldował – znaleźliśmy biżuterię.

Położył chusteczkę na stole i delikatnie ją rozwinął. Oczom obecnych ukazała się broszka i dwa pierścionki z kolorowymi oczkami.

– To nie te klejnoty – z rozczarowaniem powiedział podporucznik.

– Ależ takie same, tylko niedokończone, są w pokoju jubilera!

– Możliwe – zauważył pułkownik – pan Dobrozłocki wykonywał przecież sporo świecidełek na sprzedaż do sklepów Cepelii. To jest srebro i półszlachetne kamienie lub po prostu szkiełka. Skradziona biżuteria składała się ze złota i brylantów. Znalezione przez was drobiazgi warte są najwyżej kilkaset złotych. Klejnoty Dobrozłockiego oceniano na ponad milion złotych.

– Szkoda – powiedział milicjant – tak byliśmy uradowani, gdy zobaczyliśmy je w pokoju tej cudaczki.

– Zofii Zachwytowicz?

– Nie znam jej personaliów – pokręcił głową milicjant – ale to ta, za którą oglądają się na ulicy. Mieszka w pokoju obok jubilera.

– W takim razie – zdecydował podporucznik – porozmawiamy teraz z panią Zachwytowicz. Poproście ją tutaj.

Pani Zosia nie weszła, lecz wkroczyła do jadalni z jednym z naj promienniej szych swoich uśmiechów. Siadając naprzeciwko podporucznika tak uniosła sukienkę, aby uchronić ją przed zgnieceniem, że pokazała nie tylko fioletową haleczkę, ale również białe podwiązki i koronkowe, fioletowe majteczki.

– Taka jestem panom wdzięczna – szczebiotała – że wezwaliście mnie nareszcie. Nie mogłam dłużej wytrzymać w salonie. Panie i panowie zamienili się w mumie, nikt ust nie otwiera. A patrzą na siebie, jak gdyby każdy z nas był mordercą.

– Obawiam się, że jest nim jedno z państwa.

– Jeśli ktoś jest mordercą, to tylko malarz, Paweł Ziemak.

– Dlaczego pani tak sądzi?

– Bo to bardzo nieprzyjemny osobnik. Stale milczy, a gdy coś powie, to zawsze, żeby dokuczyć. Kiedy pan Dobrozłocki pokazywał biżuterię, wszyscy ją podziwiali i chwalili, a on milczał, tylko oczy mu się świeciły jak u wilka.

– Sprawiedliwość nie sądzi na podstawie czyjegoś sympatycznego czy niemiłego wyglądu lub też prawienia komuś złośliwości. Oskarża się na podstawie bardziej konkretnych dowodów.

– Ale on tam był!

– Gdzie?

– W pokoju pana Dobrozłockiego.

– Widziała go pani?

– Widziałam wchodzącego, a później słyszałam rozmowę. Jeśli pan Ziemak czymś się zdenerwuje, a on prawie stale jest podenerwowany, mówi bardzo głośno, mój pokój przylega do pokoju pana Dobrozłockiego, ścianka działowa jest cienka i choćbym nie chciała, musiałam słyszeć jego głos.

– Co mówił?

– Krzyczał na jubilera. Odróżniałam pojedyncze zdania. „To świństwo”, potem „schlebianie instynktom głupiego bydła”, „gdzie jest prawdziwa sztuka”…

– Prawdziwy artysta tak nie robi… „pan jest zwykły druciarz, garnki drutować”… Wreszcie trzasnął drzwiami tak silnie, że wszystkie słoiczki podskoczyły na mojej toaletce.

– Słyszała pani, że opuścił pokój jubilera?

– Słyszałam trzaśniecie drzwiami. Naturalnie, że wyszedł. Przecież kiedy Rózia zaniosła tam herbatę, już go tam nie było, a Dobrozłocki leżał na podłodze.

– O której godzinie, oczywiście w przybliżeniu, widziała pani malarza wchodzącego do pokoju Dobrozłockiego?

– Nie patrzyłam na zegarek. Zaraz po kolacji poszłam na górę. Wybierałam się na dansing, musiałam nieco się odświeżyć.

– Przepraszam, że przerywam, ale kiedy wróciła pani do pokoju? Może pamięta pani, w jakiej kolejności goście opuszczali po kolacji jadalnię?

– Pierwszy wyszedł Adaś, przepraszam, pan Adam Żarski poszedł reperować telewizor. Za nim zaraz pan Dobrozłocki. Później albo pan Krabe, albo pani Miedzianowska. Ona wybierała się do miasta. Ja wyszłam za nimi. Jeszcze przy drzwiach zaczepił mnie pan Ziemak i powiedział jakąś złośliwość. Nie zareagowałam na to i poszłam prosto na górę. Byłam z dziesięć minut w pokoju, a później postanowiłam skorzystać z łazienki. Wyszłam na korytarz, lecz przypomniałam sobie, że nasza łazienka jest zepsuta, a drugą na tym piętrze żona kierownika zamknęła na klucz i nie pozwala jej używać gościom pensjonatu. Wróciłam więc do swojego pokoju i wówczas spostrzegłam, że pan Ziemak schodzi ze schodów drugiego piętra, bo tam mieszka, i wchodzi do pokoju mojego sąsiada. Nie zapukał do drzwi, lecz bez słowa nacisnął klamkę.

– Pani zna te pierścionki i tę broszkę? – podporucznik pokazał Zachwytowiczowej srebrne cacka znalezione u niej w pokoju.

Pani Zosia zupełnie się nie zmieszała.

– Widzę, że nasza dzielna milicja ostro przystąpiła do roboty. Przeprowadziliście rewizję w moim pokoju? Leżały na toaletce.

– Skąd pani ma te pierścionki?

– To nie moje. Pana Dobrozłockiego. Pożyczyłam od niego.

– Jak to było? Proszę opowiedzieć dokładnie.

– Po obiedzie pan Dobrozłocki pokazywał nam swoją biżuterię, a przy okazji wygłosił ciekawy wykład o pewnym królu trackim, który oszukał Anglików, czy też Francuzów i tym podobne ciekawostki. Ale brylanty były wspaniałe! Przymierzałam je. Bardzo było mi do twarzy w tej kolii. W ogóle mam taki typ urody, że klejnoty, a zwłaszcza brylanty, wyglądają na mnie bardzo korzystnie. A ponieważ wieczorem wybierałam się na dansing, prosiłam jubilera o pożyczenie mi tego kompletu – kolii, pierścionka i kolczyków. Gdybym tak przystrojona weszła na salę do „Jędrusia”, to orkiestra przestałaby chyba grać, a baby szlag by na miejscu trafił!

– Nie obawiałaby się pani brać tak kosztownej biżuterii na publiczną zabawę? Przecież to warte ponad dwa miliony złotych.

– Nic by mi się nie stało, bo szłam z dwoma miejscowymi chłopakami. Obydwaj sportowcy. Czuwaliby nade mną. Nazywają ich moją przyboczną „gwardią góralską”. Gdyby jubiler zgodził się na moją propozycję, nic by mu się nie stało, bo nie miałby najcenniejszej części biżuterii u siebie i nikt nie zrobiłby na niego napadu.

– Ale skąd wzięła się u pani ta srebrna biżuteria?

– Właśnie opowiadani, a pan ciągle mi przerywa. Wracając po kolacji do swojego pokoju, postanowiłam raz jeszcze poprosić pana Dobrozłockiego. Może odmówił ze względu na większe grono zebranych, a w cztery oczy będzie przystępniejszy? Zapukałam i weszłam do niego. Pan Dobrozłocki czytał książkę. Poprosił, żebym usiadła i poczęstował czekoladkami. On nosi zawsze przy sobie cukierki lub czekoladki, bo odzwyczaja się od palenia, i wszystkich częstuje. Prosiłam go o pożyczenie kolii, nawet obiecywałam, że… że go pocałuję. On jednak tłumaczył, że brylanty nie są jego własnością i nie może ich pożyczyć, nawet gdyby towarzyszył mi na dansing, bo i to mu proponowałam. Za to wyjął inną skrzyneczkę, ale nie pancerną, lecz zwykłą, taką, jakie sprzedają górale, wybrał dwa pierścionki i tę broszkę, wręczył mi i powiedział: „to srebro będzie ślicznie wyglądało na tle pani pięknej sukni, a pierścionki jak gdyby specjalnie robione na te śliczne paluszki” – na potwierdzenie swoich słów pani Zosia pokazała zgrabne rączki.

– A więc pani również była w pokoju jubilera?

– Tak, ale przed Ziemakiem.

– To pani tak twierdzi. On na pewno będzie mówił odwrotnie. Że pani weszła do pokoju Dobrozłockiego dużo później i niezadowolona z odmowy pożyczenia biżuterii, uderzyła go pani młotkiem.

Mimo takiego oskarżenia pani Zosia nie straciła kontenansu.

– Przede wszystkim młotek leżał na dole, na kanapce w hallu. Sama go tam położyłam wracając z wycieczki. Był on tam również w momencie, gdy wracałam z kolacji na górę. Poza tym mam świadka, że byłam w swoim pokoju wtedy, gdy pan Dobrozłocki jeszcze krzątał się po pokoju.

– Ma pani świadka? Kogo?

– Mówiłam panu, że chciałam pójść do łazienki. Ale łazienka była zepsuta, a nie miałam ochoty schodzić na parter. Postanowiłam przeto skorzystać z umywalni w pokoju. Wróciłam więc do siebie i wtedy usłyszałam, jak pan Ziemak kłóci się z panem Dobrozłockim. W tym czasie przyszedł do mnie Jacek.

– Kto?


– Jacek Pacyna. Jeden z tych młodych ludzi, z którymi miałam iść na dansing.

– Niech pani mówi prawdę. Wiemy, że ci dwaj chłopcy przyszli do „Carltonu” tuż przed przyjazdem milicji. Redaktor Burski poradził im opuścić willę, zanim zaczniemy śledztwo.

– To prawda. Do willi przyszli obaj, ale przedtem był u mnie tylko Jacek.

– Po co?


– Namawiał mnie, abym nie szła na dansing, lecz żebyśmy zostali w moim pokoju. Miał zamiar spławić Heńka.

– Ale dlaczego?

Pani Zosia spojrzała na podporucznika z politowaniem. Jakże można nie rozumieć tak oczywistej rzeczy, że młody człowiek woli zostać w pokoju z przystojną kobietą, zamiast iść na publiczną zabawę? Ale wyjaśniła z całym spokojem:

– Jacek podkochuje się we mnie. Jest zazdrosny o Heńka. Często zresztą przychodzi do mnie wieczorami. To bardzo inteligentny chłopiec, chociaż narciarz. Wtedy rozmawiamy o sztuce, o filmie, o literaturze…

Podporucznik musiał mieć bardzo zdziwioną minę, bo nie wyobrażał sobie takiej nocnej rozmowy ekscentrycznej aktoreczki z młodym, silnie i ładnie zbudowanym góralczykiem. Za to pułkownik nie krępował się zupełnie, roześmiał się i mrugnął lewym okiem. Pani Zosia nie pozostała dłużna i również uśmiechnęła się znacząco. Widać było, że niewiele jej zależy na tym, aby oficerowie uwierzyli w zapewnienia o intelektualnych nocnych dyskusjach.

– Dobrze – zgodził się podporucznik – ale w jaki sposób Jacek wychodził w nocy z „Carltonu”? O ile się orientuję, drzwi pensjonatu zamykane są o dziesiątej. Budził portiera?

– Nie, przecież to sportowiec. Po prostu wychodził przez balkon.

– Po drabinie?

– Po co? Jacek ma metr osiemdziesiąt pięć wzrostu. Kiedy uchwyci rękami za balustradę balkonu, ma nie więcej, jak półtora metra do zeskoczenia na dolny taras. Co to dla niego znaczy?

– Czy i dzisiaj wyszedł w ten sam sposób? A może to on przystawił drabinę, aby dostać się do pani pokoju?

– Nie. Przyszedł przez ganek i tamtędy wyszedł.

– Czy pani odprowadzała go na dół?

– Nie. Byłam na niego zła. Ręki mu nawet nie podałam.

– Dlaczego?

– Bo kretyn! Jak można namawiać kobietę, która specjalnie poszła do fryzjera, aby zrezygnowała z dansingu i pozostała w domu? A poza tym całą twarz mi zepsuł.

– Nie rozumiem.

Pani Zosia gniewnie wzruszyła ramionami.

– Przecież powiedziałam panu, że wróciłam do swojego pokoju po to, aby poprawić urodę. Pomalowałam pomadką usta, oczy zrobiłam zielonym tuszem na Kleopatrę. A temu bałwanowi zachciało się pieszczot. Zjadł mi całą pomadkę, a na dobitek wziął się do całowania po oczach. Przecież takiego można zamordować. Wyrzuciłam go za drzwi i zagroziłam, ze jeżeli nie powróci z Heńkiem, to pójdę na dansing sama lub z kimkolwiek, byleby nie z nim. Wyszedł jak zbity pies.

– Pani twierdzi, że kłótnia w pokoju jubilera odbywała się wtedy, gdy Jacek był u niej?

– Tak. Jacek zrobił uwagę: „ale się kłócą, jeszcze się pobiją”.

– Czy po tym trzaśnięciu drzwiami w sąsiednim pokoju panowała cisza?

– Nic więcej nie słyszałam.

– Czy w pani pokoju słychać było zazwyczaj kroki jubilera?

– Nie. Słychać jedynie burczący kran przy puszczaniu wody i skrzypienie szafy, bo piszczy.

– A rozmowy?

– Nie słychać prowadzonych normalnym głosem. Wyraźnie słyszałam krzyki pana Żiemaka, ale nie dochodziły do mnie odpowiedzi jubilera.

– Czy słyszała pani jakiś brzęk? Zachwytowiczowa zamyśliła się.

– Słyszałam trzaśniecie okna, jak gdyby dźwięczne drżenie szyby. To było jednak znacznie później, lecz nie orientuję się, w którym pokoju.

– Co pani robiła po wyjściu Jacka?

– Musiałam na nowo zrobić twarz. Zajęło mi to z piętnaście minut, a może nawet więcej. Kiedy usłyszałam, że Adaś naprawił telewizor, wzięłam płaszcz na rękę i zeszłam na dół.

– Czy przed przyjściem do salonu opuszczała pani swój pokój?

– Nie, nigdzie nie wychodziłam.

– A może jednak? Niech pani sięgnie do pamięci.

Po raz pierwszy w czasie przesłuchania pani Zosia wydawała się nieco zmieszana. Nerwowo gniotła trzymaną w ręku chusteczkę.

– Wyszłam na balkon.

– Po co?


– Chciałam zobaczyć, jaka pogoda i czy nie zmarznę w samym płaszczu.

– Czy deszcz już padał?

– Jeszcze nie, ale było pochmurno. Gwiazd nie było widać. Giewont zakrywały chmury.

– No widzi pani – na pół drwiąco powiedział podporucznik – jak dobrze pomagam pani pamięci. A może przypomni pani sobie, co pani robiła na balkonie. Na nogach miała pani miękkie, domowe pantofle, prawda?

– Skąd pan wie? Rzeczywiście miałam.

– Słucham panią?

– Było dość chłodno. Zdecydowałam, że wezmę na dansing cieplejszy szal. Pani Zagrodzka zawsze mi pożyczała swój biały z angory. Weszłam do ich pokoju i wyjęłam szal z szafy.

– Ich pokój nie był zamknięty?

– Nie. Pani Zagrodzka nigdy nie zamyka balkonu na klucz. Wyjeżdżając do Czechosłowacji również zostawiła pokój otwarty od strony balkonu. Wiedziałam o tym.

– Wzięła pani szal bez pytania? A gdyby zginęło z pokoju coś wartościowego?

– Zagrodzka jest moją przyjaciółką. Nie musiałam się krępować. Ona też nieraz używa moich rzeczy bez pytania.

– Gdzie jest ten szal?

– Leży razem z moim płaszczem w salonie. Nie miałam możności odniesienia rzeczy do pokoju. Jeden z milicjantów nie pozwala nam opuszczać salonu.

– Czy w czasie pobytu na balkonie nie zauważyła pani niczego podejrzanego?

Pani Zosia uśmiechnęła się złośliwie.

– Kiedy przechodziłam koło drzwi pokoju pana Krabe, usłyszałam, jak kilka razy powtórzył: „Nie martw się, kochanie, poradzimy sobie z tym, wszystko będzie dobrze”. Byłam niezmiernie ciekawa, do kogo mówi takie słowa i zerknęłam przez szparkę w portierze. Niech pan sobie wyobrazi, że nasz literat trzymał w objęciach panią profesor, głaskał ją po głowie, a ona płakała. Przecież to dorośli ludzie, i chyba doświadczeni. Ona ma dwoje dorosłych dzieci… I żeby tak nie uważać? Od razu zauważyłam, że przy kolacji siedziała jak struta, a od paru dni była dziwnie niespokojna i podniecona. Jedno muszę im przyznać. Umieli się z tym kryć. Nawet ja się nie domyślałam, że między nimi coś jest…

Tu pułkownik już nie wytrzymał i w głos się roześmiał. Pani Zosia sądząc, że oficer milicji podziela jej uwagi, również się uśmiechnęła. Podporucznik zwrócił się do starszego kolegi:

– Czy ma pan pytania, pułkowniku?

– Chciałbym zapytać panią o kilka drobiazgów. Po pierwsze, czy często przyjeżdża pani do Zakopanego?

– Co roku regularnie w październiku, Czasami również w miesiącach zimowych.

– Czy zna pani dłużej obecnych pensjonariuszy „Carltonu”?

– O, tak! Prawie wszyscy przyjeżdżają rokrocznie w październiku na „złotą jesień” w góry. Pana Krabego spotykam tutaj po raz czwarty. Redaktor Burski bywa co roku od dziesięciu lat. Zagrodzcy przyjeżdżają stale. Adaś również jest częstym gościem. Pan Ziemak pojawia się zwykle w połowie września i mieszka do połowy października. W tym roku przyjechał tylko nieco później. Jedynie panią profesor widzę po raz pierwszy.

– Wracając po kolacji na górę, widziała pani inżyniera Żarskiego reperującego telewizor?

– Widziałam, bp wstąpiłam do salonu.

– Po co?

– Chciałam Adasia namówić, aby poszedł na dansing.

– Przecież umówiła się pani z dwoma chłopcami?

– No to co? Z Adasiem byłoby jeszcze weselej. On jest czarujący w towarzystwie i doskonale tańczy. Tamci dwaj znacznie lepiej czują się na nartach, niż na parkiecie w czasie twista.

– Rozmawiała pani z inżynierem?

– Zaproponowałam mu pójście do „Jędrusia”, ale on mi odburknął: „Po co? Masz swoją góralską gwardię”. Odpowiedziałam, że obejdzie się bez łaski i poszłam do siebie.

– Pan Żarski niegrzecznie panią potraktował. Mógł się zdobyć na jakiś bardziej elegancki wykręt.

– On jest zazdrosny. Ubiegłego roku zaprzyjaźniliśmy się z sobą i nawet jedna złośliwa wiedźma pobiegła z plotkami do mojego męża. Musiałam potem tłumaczyć Jędrusiowi, że to nic złego, lecz przyjaźń i porozumienie dwóch bratnich dusz. Adaś sądził, że w tym roku będzie tak samo, ale zjawił się Jacek i Henio, więc inżynier gniewa się na mnie, udając, że go nic nie obchodzę.

– Niech mi pani jeszcze opowie, jak to było ze znalezieniem Dobrozłockiego.

– Gdy pani. Rózia zbiegła z góry krzycząc, że jubiler leży w kałuży krwi, wszyscy pobiegliśmy na górę. Kiedy zobaczyłam wielką czerwoną plamę, zrobiło mi się niedobrze i zemdlałam. Pamiętam, że podtrzymał mnie Adaś. Ocknęłam się w swoim pokoju. Był tam pan Krabe i inżynier. Inżynier zaraz wyszedł, a pan Krabe pozostał dotąd, dopóki nie poczułam się lepiej. Wypiłam szklankę, wody i wyszłam na korytarz. Pani profesor bandażowała głowę panu Dobrozłockiemu. Potem wszyscy zeszli na dół, a ja razem z nimi. Na górze pozostał kierownik z panią Rogowiczowa. W salonie inżynier uruchomił telewizor. Szła „Kobra”, lecz nikt na nią nie patrzył.

– Czy wszyscy byli wówczas w salonie?

– Tak. Kierownik także przyszedł i pytał Jasia, czy zawiadomił pogotowie i milicję. Mówił, że pan Dobrozłocki żyje i pewnie będzie żył. Później przyszli moi chłopcy, Jacek i Heniek. Ale oczywiście nie było już mowy o pójściu na dansing. Redaktor poradził im, aby jak najszybciej opuścili „Carlton”. Wkrótce przy jechało pogotowie, a w parę minut później panowie. Jeden z milicjantów zatrzymał nas w salonie.

– A czy do naszego przyjazdu nikt nie wychodził z salonu?

– Wychodzili. Prawie wszyscy. Byliśmy bardzo zdenerwowani. To się zwykle objawia w szczególny sposób. WC miało powodzenie. Każdy też palił papierosy. Niektórzy panowie przynosili zapasy ze swoich pokoi.

– Czy pamięta pani, kto wychodził z salonu?

– Pamiętam. Pan Krabe przyniósł pudełko „Waweli”, bo on pali tylko ten gatunek. Ma duże trudności, bo w Zakopanem nie można dostać żadnych lepszych papierosów. Podobno wykupują je Czesi i Węgrzy. Również inżynier wyszedł z salonu po papierosy, ale miał bliżej, bo mieszka na parterze. Pani Rózia wyszła do kuchni i przyniosła nam gorącej kawy.

– I ostatnie pytanie: czy pan Dobrozłocki utrzymywał bardziej przyjacielskie stosunki z którąś z osób przebywających obecnie w „Carltonie”?

Pani Zosia zamyśliła się.

– Bliższych chyba z nikim, chociaż znał wszystkich od dawna. Mnie znał co najmniej pięć lat. Wiem, że zawsze z wielkim szacunkiem wyrażał się o panu Krabe. Z pana Ziemaka nieraz podrwiwał, ale również uważał go za bardzo zdolnego malarza, chociaż zmanierowanego i zbyt silącego się na nowoczesność i oryginalność. Wiem, że z redaktorem Burskim utrzymywał kontakty towarzyskie w Warszawie. Bywają u siebie i grywają w brydża. Inżyniera Żarskiego pan Dobrozłocki znał od lat. Nieraz mu tłumaczył, że należy poświęcić się albo sztuce, albo technice. Łapaniem dwóch srok za ogon do niczego, zdaniem jubilera, Adaś nie dojdzie.

– Nie rozumiem?

– Żarski pracuje w hutnictwie, ale z amatorstwa jest kompozytorem piosenek. Z tej racji należy do stowarzyszenia, którego jesteśmy członkami.

– A pani profesor?

– Ja jej przedtem nie znałam, ale z panem Dobrozłockim witała się jak ze starym znajomym. Może spotykali się w Warszawie na terenie stowarzyszenia? Ona również do niego należy, gdyż pisuje prace naukowe i wydaje je zarówno w kraju, jak za granicą.

– Czyli, że wszyscy na ogół dobrze się znali?

– Oczywiście. Nie wyobrażam sobie, żeby pan Dobrozłocki zaryzykował wzięcie do „Carltonu” tak cennej biżuterii i żeby ją demonstrował nieznanym sobie ludziom.

– Słowem – zadrwił podporucznik – byli sami swoi, sami przyjaciele, sami dobrzy znajomi i mimo to doszło do napadu. Jak w tej bajce o zającu zjedzonym przez psy wśród najlepszych przyjaciół.

Pani Zachwytowiczowa nic na to nie odpowiedziała.

– Sądzę – powiedział pułkownik – że nie będziemy pani więcej męczyli. Może pani wrócić do swojego pokoju, ale proszę nie kłaść się spać. Nie wiadomo, czy nie skorzystamy z pani pomocy. Pani doskonale pamięta przebieg zdarzeń i jej zeznania ułatwiły nam pracę.

– Jako aktorka muszę być spostrzegawcza – przytaknęła pani Zosia i bardzo z siebie zadowolona opuściła jadalnię.

– Poślę milicjantów do „Jędrusia”, aby przyprowadzili tych dwóch chłopaków. Mogę dać szyję, że są na dansingu. Opowiadają przyjaciołom i znajomym o sensacji w „Carltonie”. Nie wiem zresztą, czy nie istnieje możliwość zmowy tego Jacka z Zachwytowiczowa? Wyszedł przez ganek, a potem wrócił przy pomocy drabiny. Odczekali w pokoju Zachwytowiczowej na koniec kłótni jubilera z malarzem i potem we dwoje załatwili Dobrozłockiego. W ten sposób mamy wytłumaczoną drabinę.

– Wątpię – zauważył pułkownik – ale trzeba ich przesłuchać. Im prędzej, tym lepiej. Moim zdaniem Zachwytowiczowa nie nadaje się na konspiratorkę. Za to doskonale jest poinformowana o tym, co dzieje się w pensjonacie, chociaż niektóre fakty tłumaczy dość opacznie. Na przykład bytność pani profesor u Krabego.

Na wspomnienie komentarza pani Zosi obydwaj milicjanci parsknęli śmiechem. Pułkownik ciągnął dalej:

– Istnieje pewna, niewielka zresztą możliwość, że zbrodnię popełnił Jacek Pacyna. Może rzeczywiście jest zakochany w tej aktoreczce i chciał zdobyć dla niej klejnoty, chociaż nie wydaje mi się to prawdopodobne. Moim zdaniem Jacek opuścił pensjonat jeszcze przed zejściem Dobrozłockiego na dół. Rózia mówiła, że telefonował i przypominał jej o herbacie. Wtedy Jacka raczej już nie było w „Carltonie”. Pani Zachwytowicz na pewno pracowała nad swoją twarzą najmniej dwadzieścia minut. Trzeba koniecznie ustalić, do kogo dzwonił jubiler na kilka minut przed napadem. To może być ważnym tropem.

– W pensjonacie – wtrącił jeden z milicjantów – prowadzi się książkę, do której każdy telefonujący obowiązany jest wpisać numer i godzinę przeprowadzenia rozmowy. Można więc sprawdzić, do kogo dzwonił Dobrozłocki.

– Bardzo ważna jest godzina przeprowadzenia tej rozmowy. To były ostatnie minuty przed napadem, a ścisłe ustalenie czasu napadu najbardziej pomoże w rozwikłaniu tej sprawy.

Milicjant przyniósł do jadalni dużą, czarną książkę. Miała ona rubryki: data, godzina, kto dzwoni, pod jaki numer (miejscowość), czas trwania rozmowy. Ostatnim, zapisanym w tej księdze był Mieczysław Dobrozłocki. Godzina 20.45. Telefon 8805. Natomiast pusta była rubryka „czas trwania rozmowy”. Przeglądając inne zapisy podporucznik stwierdził, że nikt z telefonujących nie notował czasu trwania rozmów miejscowych, gdyż nie miało to znaczenia dla wysokości opłat.

– Znam ten numer – powiedział sierżant – to „Granit”, jeden z pensjonatów FWP.

– Można zatem przyjąć z dokładnością do trzech minut, że napad na jubilera nastąpił za dziesięć dziewiąta. Rozmawiał dwie, trzy minuty, potem zajrzał, do jadalni, zamienił kilka słów z Rózią, następnie poszedł do swojego pokoju. Tam napastnik już czekał z młotkiem w ręku.

– Myślę – dodał pułkownik – że jutro rano trzeba będzie zbadać w „Granicie”, do kogo telefonował Dobrozłocki i jaka była treść tej rozmowy. Telefon odbierał prawdopodobnie portier. Powinien pamiętać, kogo wzywano do aparatu.

– A co pan sądzi – zapytał podporucznik – o zeznaniach pani Zachwytowicz? Pomijając już to, że jest pan przekonany, iż to nie ona była sprawcą napadu.

– Ta pani tylko gra rolę takiej ekscentrycznej aktoreczki, z której się wszyscy śmieją. W gruncie rzeczy jest to mądra i opanowana kobieta. Jej zeznania są po prostu majstersztykiem. Przecież nie mogła wiedzieć, co wiemy i o co będziemy ją wypytywali. A jednak powiedziała nam tylko to, co chciała. Kiedy widziała, że czegoś nie wiemy, to tego nie mówiła. Odwrotnie, domyślając się naszych wiadomości, umiejętnie je potwierdzała. Ale tylko w taki sposób, żeby siebie nie obciążyć choćby najlżejszym posądzeniem.

– No tak. Niby to nawet się nie domyślała, że ją podejrzewamy, a wykręcała się z każdego zarzutu.

– Od razu też zrozumiała, – że Jacek Pacyna to wielki atut w ustaleniu jej alibi. Toteż nie usiłowała przemilczać dwuznacznej przecież roli tego młodego człowieka w jej pokoju.

– A jednak jej zeznania są – stwierdził podporucznik – bardzo dla nas cenne. Chociaż, przypuszczam, że tego malarza obciążała nie tylko dlatego, żeby pomóc sprawiedliwości.

– Na pewno. Ciekaw jestem, co na jej temat powie nam pan Ziemak? Nie będą to peany na cześć gwiazdy filmu.

– Nawet jak mdlała na widok jubilera leżącego w kałuży krwi, zrobiła to tak, żeby w pobliżu był silny mężczyzna – pan Żarski. Ta kobieta nie robi nigdy niczego nieprzemyślanego.

– Sądzę, że jej stroje i jej afiszowanie się młodym góralczykiem jest grą, a nie flirtem, czy uczuciem.

– Na pewno – zgodził się podporucznik – dlatego też nie mogę tak łatwo jak pułkownik, skreślić tej pani z mojej listy podejrzanych. Babka robi wszystko, żeby wokół siebie wytworzyć atmosferę czegoś niezwykłego. Rozumiem, że początkującej gwiazdce filmowej reklama potrzebna jest jak powietrze, ale potrzebne są również i pieniądze. Dla kariery niektórzy idą po trupach. Być może, że pani Zachwytowicz właśnie po trupie jubilera. Takie pieniądze to dobry start.

– Rozumowo ma pan rację – przyznał pułkownik – ale fakty tego raczej nie potwierdzają. W każdym razie pani Zosia dała nam do ręki pewną nić przewodnią. Trzeba będzie za nią pociągnąć. Wezwiemy chyba na rozmowę tego malarza?

– A ja bym panu proponował pozostawienie go na razie w spokoju. Coś niecoś o nim już wiemy, może inne zeznania rzucą dalsze światło na wizytę pana Ziemaka w pokoju jubilera. Nie ujawniajmy się przed czasem – zaproponował podporucznik – może lepiej wezwijmy teraz inżyniera. Cały czas siedział w salonie. Mógł zauważyć coś ciekawego.

– Proszę bardzo – zgodził się pułkownik. Z jego miny widać było, że jest zaskoczony samodzielnością młodego oficera milicji. Wydawało się, że w tej sprawie będzie jedynym autorytetem, a tymczasem już podczas tych pierwszych przesłuchań podporucznik Klimczak wykazał, że jest człowiekiem, który dobrze wie, do czego dąży. Pułkownik Lasota nie zdawał się być z tego niezadowolony, raczej mile zaskoczony.

– Ten inżynier – zauważył sierżant – często bywa w Zakopanem. Widywałem go nieraz w ciągu ostatnich lat. Stale z jakimiś babkami. Za każdym razem innymi. Wiem też od kelnerów z „Orbisu”, że pan Żarski, kiedy się bawi, ma szeroki gest.

– Przyprowadźcie pana Żarskiego – polecił podporucznik – może on nam powie coś o innych mieszkańcach pensjonatu.


Rozdział VIII
– Teraz przesłuchamy inżyniera Adama Żarskiego. Może on będzie mógł nam powiedzieć coś ważnego w tej sprawie. Cały czas był w salonie. To dobry punkt obserwacyjny.

Żarski podał swoje personalia: inżynier mechanik, zatrudniony w hucie we Wrocławiu i tam zamieszkały. Lat 32. Kawaler.

– Co mógłby powiedzieć pan o wydarzeniach, które nastąpiły w pensjonacie po kolacji? – zapytał podporucznik.

– Obawiam się, że niewiele. Od wczorajszego dnia odbiór w telewizji był kiepski, a dzisiaj po południu telewizor wysiadł kompletnie. W życiu „Carltonu” to mala tragedia, zwłaszcza w czwartek, kiedy wszyscy czekają na „Kobrę”. Ponieważ znam się trochę na telewizorach, postanowiłem zreperować aparat. Szybko zjadłem kolację, nie dopiłem nawet herbaty, i przystąpiłem do roboty. Udało mi się naprawić to pudło tuż przed samą dziewiątą. W rezultacie okazało się, że niepotrzebnie pracowałem, bo i tak nikt „Kobry” nie oglądał. Mieliśmy lepszą na miejscu.

– Czy po kolacji cały czas był pan w salonie, aż do godziny dziewiątej?

– Wychodziłem dwukrotnie, ale na krótko.

– Po co?

– Najpierw poszedłem do kuchni. Tam stoi skrzynka z różnymi narzędziami. Potrzebne mi były płaskoszczypy i śrubokręt. Przyniosłem je do salonu i pracowałem przy ich pomocy. Ale śrubokręt był duży i nie nadawał się do śrubek telewizora. Przyszło mi na myśl, że pan Dobrozłocki prawdopodobnie dysponuje dłutkiem. Poszedłem do niego, lecz na próżno. Nie mógł mi w niczym pomóc, musiałem sobie radzić przy pomocy zwykłego noża i scyzoryka.

– Kiedy pan był u Dobrozłockiego?

– Zaraz po skończeniu kolacji. Najpierw poszedłem do salonu, zdjąłem pokrywę telewizora i zszedłem do suteren po narzędzia. Początkowo próbowałem posługiwać się przyniesionym śrubokrętem. Ponieważ nie był odpowiedni, udałem się na górę.

– Czy w jadalni ktoś był?

– Nie zaglądałem do jadalni. Przechodząc korytarzem, widziałem jedynie Rózię.

– Proszę, niech pan szczegółowo opowie o pobycie w pokoju jubilera,

– Niewiele jest tu do opowiadania. Zapukałem i na słowo „proszę” otworzyłem drzwi. Nawet nie wchodziłem do środka. Pan Dobrozłocki siedział w fotelu i czytał książkę. Zapytałem, czy ma mały śrubokręt, albo małe dłutko, którego można użyć w tym samym celu, co śrubokręt. Jubiler odpowiedział, że posiada jedynie rylce do rzeźbienia w metalu, ale one nie nadają się do odkręcania śrub. Przeprosiłem więc i zamknąłem drzwi.

– Czy drzwi na balkon były otwarte?

– Nie zauważyłem, ale chyba nie, bo byłby przeciąg. Stałem przecież w otwartych drzwiach i nie czułem silniejszego przepływu powietrza.

– Czy szkatułka stała na stole?

– Nie. Chociaż może? Ale chyba nie. Przypominam sobie dokładnie. Na stole stało zwykłe pudełko o góralskich” rzeźbach. Było otwarte i zauważyłem w nim jakieś świecidełka z gatunku tych, które pan Dobrozłocki sprzedał dzisiaj rano pod szczytem Giewontu.

– Która mogła być wtedy godzina?

– Niestety, nie patrzyłem na zegarek. W ogóle jeśli chodzi o czas, nie będę mógł udzielić żadnych informacji. Spieszyłem się, aby jak najszybciej naprawić ten nieszczęsny telewizor i nie zwracałem uwagi na otoczenie. Dopiero po robocie spojrzałem na zegarek.

– Czy ktoś był wtedy u Dobrozłockiego?

– Nie. Był sam i czytał książkę.

– Czy zauważył pan kogoś w kuchni?

– Tak. Był kucharz i jego dwie pomocnice. Przy okazji zamieniliśmy kilka słów na temat telewizora. Kucharz proponował, że przyniesie aparat z „Sokolika”, jeżeli nie uda mi się naprawić miejscowego.

– Idąc do Dobrozłockiego lub wracając od niego, spotkał pan kogoś?

– Nie. Nikogo. To był zresztą moment. Szybko wszedłem na pierwsze piętro i zaraz wróciłem do salonu, bo nie chciałem tracić czasu. Obawiałem się, że mogę nie dać rady z naprawą i trzeba będzie przynosić ten drugi aparat. Trochę grały tu rolę i względy ambicjonalne. Kiedy podjąłem się roboty, wstyd byłoby jej nie wykonać.

– Rozumiem pana, inżynierze. Ale czy w czasie pracy nikt do pana nie zaglądał?

– Owszem. Raz ktoś zajrzał, ale gdy podniosłem głowę znad telewizora, już tego kogoś nie było. Prócz tego przyszła pani Zosia.

– Czego chciała?

– Wybierała się na dansing z dwoma wielbicielami. Ale wydawało jej się, że to za mało i mnie również chciała zaprząc do swojego rydwanu.

– Zdaje się, że państwo znacie się od dawna?

– Raz czy dwa razy spotkaliśmy się w „Carltonie” w ubiegłych latach. Tylko tyle.

– Myślałem, że stary flirt, albo stara miłość.

– Myli się pan. Nie lubię tłoku.

– Nikt więcej nie zaglądał?

– Pani Miedzianowska również wstąpiła do salonu. Zamieniliśmy parę zdań, ale ona szybko wycofała się, nie chcąc mi przeszkadzać.

– Panią Miedzianowska zna pan także z „Carltonu”?

– Nie. Znałem ją przedtem. Oboje pochodzimy z Wrocławia. Jej brat jest inżynierem i pracuje ze mną w tej samej hucie. Ona do niedawna również była zatrudniona we Wrocławiu. Dopiero przed trzema laty Miedzianowska przeniosła się do Warszawy i znalazła zajęcie u Amerykanów.

– Czy widział pan już kiedyś ten młotek?

– Oczywiście. To młotek ze skrzynki z narzędziami w kuchni. Dzisiaj pani Miedzianowska omal nogi przez niego nie skręciła. Potem pani Zosia wymachiwała nim wojowniczo i wreszcie rzuciła go na kanapkę w hallu.

– Kiedy szedł pan do Dobrozłockiego prosić o śrubokręt, czy młotek leżał w hallu?

– Nie widziałem go. Co prawda nie zwracałem zbytniej uwagi na otoczenie, zaabsorbowany tym przeklętym telewizorem, ale gdyby leżał na widoku, to przecież bym go zauważył. Zbyt rzucał się w oczy na czerwonym obiciu kanapy. Tym bardziej, że hall jest raczej niewielki i pali się silna lampa. Prawie na pewno go nie było.

– Czy widział pan Jacka Pacynę wchodzącego lub wychodzącego z „Carltonu”?

– Wchodzącego nie zauważyłem, wychodzącego raczej trudno zobaczyć, gdyż ma on zwyczaj opuszczać pewien pokój w późnych godzinach nocnych. I to nic normalnie drzwiami, lecz przy pomocy „jeleniego skoku” z balkonu na taras. Niekiedy dostaje się na górę bardzo romantycznie, jak Romeo po drabinie do swojej Julii. Aż żałuję, że nie gra na mandolinie i nie śpiewa serenad. Miałbym wtedy dodatkową przyjemność poza nagłym budzeniem w nocy takim zeskokiem na taras. Nieraz zrywam się z łóżka przekonany, że przeżywam trzęsienie ziemi. Nie chcę jednak robić niepotrzebnych plotek i może zmienimy temat? Widziałem obydwu wielbicieli naszej gwiazdy filmowej, ale już po tragedii. Przyszli do salonu, aby zabrać panią Zachwytowicz na dansing.

– Czy przedtem, około godziny ósmej wieczorem, widział pan Jacka?

– Przecież już wyjaśniłem, że nie. Co ja mogłem zobaczyć, stercząc w kącie salonu nad telewizorem? Z tamtego miejsca nie widać nawet drzwi mojego pokoju, chociaż znajdują się one o metr od wejścia do salonu.

– Szkoda. Jest pan jedynym człowiekiem, który cały czas był na parterze. Gdybyśmy wiedzieli, kto i kiedy wchodził na schody, kto i kiedy schodził z góry i kiedy zniknął ten młotek, bylibyśmy bliscy wyjaśnienia sprawy.

– Żałuję, ale nic więcej nie mogę powiedzieć.

– A kogo z mieszkańców „Carltonu” zna pan najbliżej?

– Przede wszystkim, jak to już zaznaczyłem, panią Miedzianowska. Pracowaliśmy z nią w jednej instytucji.

– Jakiej?

– W jednej z central handlu zagranicznego.

– Co pani Miedzianowska tam robiła?

– Oficjalnie miała stanowisko radcy. Zajmowała się korespondencją w językach obcych, bo dobrze włada angielskim, niemieckim, francuskim, a nawet czeskim.

– Później rzuciła tę pracę?

– Oczywiście. Kiedy już nawiązała stosunki z cudzoziemcami, przeszła do pracy w koncernie amerykańskim, dostarczającym Polsce maszyn. Dostała tam dobre warunki, bo była nieźle wprowadzona w sfery przemysłowe. Amerykanie zapłacili jej dobrze, ale to się im opłaciło. Dowiedzieli się, że musimy z nimi pertraktować, bo bez pewnych amerykańskich maszyn nie możemy podjąć pełnej produkcji. Nic też dziwnego, że do tej pory koncern z USA jest tej pani wdzięczny i płaci jej pensję, chociaż ona właściwie nic nie robi. Pułkownik uśmiechnął się lekko:

– To się dobrze urządziła. Pozazdrościć!

– Jest czego. Pensja w dolarach. Prezenty i znaczenie.

– To panna, czy mężatka?

– Rozwódka. Mąż rzekomo był w AK i w rok czy dwa lata po wojnie zwiał za granicę. Już nie wrócił stamtąd, tylko przysłał pozew rozwodowy. Zresztą i pani Basia nie traciła przez ten okres czasu. Dopiero później zwąchała się z cudzoziemcami.

– Że też nie wyjechała na stałe za granicę? Przy jej, jak pan powiada stosunkach, nie byłoby to trudne.

– To snobka. Ale mądra snobka. Doskonale rozumie, że cała jej wartość polega na tym, iż jest w kraju. – Nie rozumiem?

– To jasne. Kiedy przyjeżdżają przedstawiciele wielkiego koncernu – amerykańscy milionerzy, pani Miedzianowska jest pierwszą osobą przy ich boku. Załatwia kontrakty, umawia z ministrami i dyrektorami zjednoczeń przemysłowych. Poza tym jest przewodnikiem po kraju i organizuje wolny czas tym panom. Łącznie z małym flirtem. Gdyby wyjechała do Anglii czy też do USA, zostałaby tam jedną z wielu przeciętnych urzędniczek, które naczelnego dyrektora widzą raz na rok, a rozmawiają z nim raz na dziesięć lat, albo i nigdy. A pani Miedzianowska umie kalkulować. Dlatego też jest ciągle rozwódką, pomimo, że nie brakowało kandydatów do jej ręki.

– Ale właśnie mogłaby znaleźć bogatego cudzoziemca.

– Och – inżynier uśmiechnął się drwiąco – ci panowie przyjeżdżając do nas są nastawieni bardziej towarzysko, niż matrymonialnie. Wolą te sprawy likwidować prezentem. Kosztownym w naszym pojęciu, a drobiazgiem dopisywanym do kosztów podróży w rachunkach tych panów. Pani Basia wie, na co może liczyć i nie posuwa się zbyt daleko w swoich żądaniach. Teraz właśnie buduje sobie willę na Mokotowie.

– Tak? – zdziwił się podporucznik. – Samotna osoba i od razu cała willa.

– Nie znam dokładnie szczegółów. Wiem tylko, że pani Miedzianowska chwaliła się w „Carltonie”, że takich mieszkań, jakie będzie miała, to niewiele się znajdzie dzisiaj w Warszawie. Podobno nawet telefony mają być dobrane do koloru mebli i sprowadzone ze Szwecji.

– To ciekawe! Jej dochody pozwalają na takie luksusy?

– Oficjalnie na pewno nie. Więcej nie powiem, bo i tak boję się, że narobiłem plotek.

– Och nie, panie inżynierze. Teraz rozmawiamy prywatnie, nie do protokołu. Myśli pan, że byłaby zdolna do wzięcia tego młotka do ręki i pójścia na górę do pokoju jubilera?

– Chyba jednak nie. Sprytna jest, nawet cwana, ale umie liczyć. Te kilkanaście tysięcy dolarów, które mogłaby uzyskać za świecidełka, miałoby dla niej wartość tylko w kraju. Zdaje sobie sprawę, że za granicą to zbyt mało, żeby się wygodnie urządzić na stałe. A o wygodę to ona umie dbać. Nie lubi się zbyt przepracowywać. Szukała dobrej posady. Takiej, gdzie pracuje się kilka godzin dziennie, czy nawet kilka dni na miesiąc. W końcu ją znalazła, więc raczej będzie się jej trzymać.

– A emocjonalnie, czy zdolna byłaby do takiego czynu?

– Na pewno. Z zimną krwią rozwaliłaby cudzą głowę, gdyby to leżało w jej kalkulacji. Właśnie tylko dlatego sądzę, że to nie ona.

– A pani Miedzianowska nie wspominała panu o planach wyjazdu za granicę na stałe?

– Nieraz mówiła mi, jakie to wspaniałe propozycje robią jej, jej amerykańscy przyjaciele. Włochy, Anglia czy Ameryka do wyboru. Ale ja w to nie wierzę. Oczywiście koncern jest na tyle duży, że mógłby ją zatrudnić w każdym z tych krajów, lecz na podrzędnym stanowisku. W Anglii każdy mówi doskonale po angielsku, w Polsce znajomość tego języka jest silnym atutem pani Basi. To zasadnicza różnica.

– A kogo z mieszkańców „Carltonu” zna pan poza tym?

– Cóż, reszta gości pensjonatu, poza panią Rogowiczowa, mieszka stałe w Warszawie. Ja tam bywam tylko dorywczo. Niemniej, poza panią profesor, właśnie tutaj spotykałem się niejednokrotnie ze wszystkimi. Tak się składa, że te same osoby korzystają z urlopu w październiku i spędzają go w górach. Mało łudzi wie, że Tatry mają w październiku cudowną pogodę – ciepło i dużo słońca. Bez przesady mogę powiedzieć, że znam z widzenia wszystkich przyjeżdżających w tym miesiącu do Zakopanego. Kto bowiem raz spróbował tak spędzać swój urlop, zwykle za rok powraca. W ten sposób i w „Carltonie” zebrała się grupka ludzi, a nazywamy siebie „październikowcami”, którzy spotykają się tutaj o tej porze roku.

– Nic więcej nie mógłby pan powiedzieć nam o swoich współtowarzyszach?

– Nic. Spotykamy się wprawdzie zawsze w „Carltonie”, lecz nie łączą mnie z nikim bliższe stosunki. Kiedy spotykam tych ludzi poza Zakopanem, po paru zdaniach nie mamy właściwie o czym mówić. To zupełnie zrozumiałe. Poza wspomnieniami wspólnych urlopów nic nas nie łączy. Ponieważ jednak te nasze spotkania powtarzają się co roku, odbywamy wspólne wycieczki, gramy w karty, bawimy się, czasem nawet idziemy razem „w Polskę”, każdy z nas wie dość dużo o drugim. Wytworzył się między nami pewien, jakby to nazwać, rodzaj „przyjaźni wakacyjnej”, obowiązującej tylko w Zakopanem, a nie mającej odpowiednika na innym gruncie towarzyskim. Toteż wszyscy obecni w pensjonacie wiedzą doskonale, że jestem inżynierem, pracuję we Wrocławiu, a ponadto zajmuję się komponowaniem piosenek. Znają – mój gust, mój charakter, moje upodobania. Natomiast nie orientują się w moich znajomościach, ani w moim trybie życia w mieście nad Odrą. I odwrotnie. Ja również wiem, czym się zajmują obecni pensjonariusze „Carltonu”, jakie mniej więcej mają dochody, jaką cieszą się opinią zawodową lub towarzyską, ale nie znam nawet żadnego z ich warszawskich adresów.

Podporucznik zrezygnował z dalszych pytań.

Podczas gdy Żarski przeglądał i podpisywał protokół, pułkownik poprawił się na krześle i zapytał:

– Jaki telewizor mają w „Carltonie”? Oczywiście, to już nie do protokołu.

– Czechosłowacką „Teslę”. Duży aparat, zakupywany zazwyczaj dla świetlic, z szerokim ekranem, chyba 27 cali. Dawniej musiał być dobry, a teraz całkiem gruchot. Każdy kręci i reguluje, bez względu na to, czy się zna, czy nie. Przy takiej eksploatacji już po trzech latach telewizor nadaje się do wyrzucenia.

– Ja mam starą „Wisłę” – ciągnął dalej pułkownik częstując inżyniera i podporucznika papierosami – małe to, ale jestem z niej zadowolony. A pan inżynier jaką ma markę?

– W ogóle nie mam telewizora. Niepotrzebny kawalerowi.

– Słusznie – roześmiał się pułkownik – kawaler ma inne, znacznie milsze przyjemności, niż siedzenie wieczorami przed migającym ekranikiem.

Inżynier i podporucznik uśmiechnęli się w odpowiedzi.

– W mojej „Wiśle” czasami nawala stabilizator głosu. To chyba najczęstszy powód psucia się tych aparatów. Trzeszczy wtedy i piszczy, aż uszy więdną. Pewnie i tutaj było to samo?

– Aparat w „Carltonie” jest zupełnie roztrajkotany. Musiałem sprawdzić części i dokręcić śrubki. Stabilizator także wysiada.

– Zawsze zazdroszczę ludziom, którzy umieją naprawiać różne drobiazgi. Pod tym względem jestem do niczego. Nawet z korkami przy liczniku nie bardzo daję sobie radę. Kiedy raz zacząłem je naprawiać, z miejsca spaliłem pion do mufy. A telewizor jest dla mnie „czarną magią”. Wiem jedynie, że „Wisła” ma osiem lamp, umiem ją nastawić i wyregulować, gdy miga. Z każdym innym głupstwem muszę wędrować do fachowca. Gorzej, że takiemu panu trzeba płacić tyle, ile zaśpiewa. Pół godziny opowiada, ile to miał roboty, ile części wymienił i jak się przy tym napracował. A ja jestem zmuszony wierzyć każdemu słowu… „Tesla” jest zapewne bardziej skomplikowana? Przecież to dwunastolampowy aparat? Inżynier grzecznie przytaknął.

– Oczywiście, „Tesla” jest większa i ma bardziej skomplikowaną aparaturę. Ale gdy człowiek zorientuje się o co chodzi, to ostatecznie niewielka różnica w naprawie ośmio – czy dwunastolampowego aparatu. Zasada jest przecież ta sama.

– Nie będziemy inżyniera dłużej zatrzymywali. Jest bardzo późno, a reszta pensjonariuszy niecierpliwi się.

Żarski wstał od stołu.

– Macie panowie sprecyzowane podejrzenia?

– To nie takie proste – szybko odpowiedział pułkownik – wydaje mi się, że sprawa wygląda beznadziejnie. Ostatecznie można było wejść i wyjść z „Carltonu”, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Najlepszy dowód z Jackiem Pacyną, o którym przypadkowo dowiedzieliśmy się, że był tego wieczoru w pensjonacie i to w pokoju sąsiadującym z numerem jubilera. Myślę, że ktoś wszedł do „Carltonu” z zamiarem kradzieży. Zauważył młotek i na wszelki wypadek schował go do kieszeni. Na pierwszym piętrze zaglądał kolejno do wszystkich pokoi, próbując, który, z nich jest otwarty. Wszedł do Dobrozłockiego, zobaczył klejnoty na stole, powiedział jubilerowi jakiś frazes na usprawiedliwienie otwarcia drzwi i opuścił pensjonat. Na dworze było już zupełnie ciemno. Opryszek przystawił więc drabinę do balkonu i czekał na opuszczenie pokoju przez jubilera. Wtedy wybił szybę, wtargnął do środka i dobrał się do szkatułki. Kiedy jednak posłyszał kroki na korytarzu zrozumiał, że to Dobrozłocki powraca. Zaczaił się przeto z młotkiem za drzwiami, potem uderzył jubilera, wyskoczył na korytarz i szybko zbiegł na dół. Ryzyko spotkania kogoś było minimalne. Zresztą, kto by go zaczepił? Nie ma zwyczaju pytania spotkanych ludzi w pensjonacie, do kogo idą z wizytą? Wychodząc z biżuterią w kieszeni, złodziej podrzucił młotek na kanapkę w hallu. Nie zdążył jednak odstawić drabiny, bo prawdopodobnie chciał zyskać na czasie i odnieść ją na zwykłe miejsce, to jest pod ścianę „Sokolika”.

– Ciekawa teoria – zgodził się inżynier – logicznie tłumaczy przebieg wypadków. Ale mnie się zdaje, że sprawcy należy szukać wśród tych, którzy dobrze wiedzieli, iż Dobrozłocki posiada niezwykle cenną biżuterię i znali miejsce drabiny, bo… już nieraz posługiwali się nią w drodze na pewien balkon. Gdybym to ja prowadził dochodzenie, sprawdziłbym przede wszystkim ten ślad. Dopóki gorący. Gdy zobaczyłem Dobrozłockiego leżącego na dywanie z rozbitą głową, od razu przemknęło mi przez myśl, że to nie wypadek, lecz zbrodnia. Nie zdziwiło mnie nawet pewne omdlenie. No, ale… obawiam się, że i tak za dużo powiedziałem.

– Proszę nie robić sobie z tego powodu żadnych wyrzutów, panie inżynierze. Nasze myśli biegną zbieżnym torem – odpowiedział pułkownik – właśnie idziemy tym śladem. Bardzo panu dziękujemy za cenne informacje.

Inżynier wstał, lekko ukłonił się i wyszedł.

– Co pan powie o tych zeznaniach – zapytał pułkownik.

– Niewiele one nam dają – zawyrokował podporucznik – ciekawe, że obciążył panią Zosię i jej towarzyszy.

– Na pani Miedzianowskiej również nie zostawił suchej nitki.

– Każdy charakteryzując znajomych i to w takiej sytuacji, będzie mówił więcej złego niż dobrego. To zupełnie ludzkie. Niemniej nawet z tej ujemnej charakterystyki wyłaniają się pewne cechy pani Barbary. Jest osobą stanowczą, umiejącą zdobyć sobie pozycję w życiu i walczącą o utrzymanie tej pozycji. Przypuszczam, że pan inżynier jest jednym z odpalonych konkurentów do ręki dobrze zarabiającej urzędniczki amerykańskiego koncernu. Stąd inwektywy posunięte aż do zarzutów szpiegostwa przemysłowego. W każdym razie dowiedzieliśmy się, że pani Miedzianowska buduje sobie willę na Mokotowie. To kosztowne przedsięwzięcie. Pieniądze mogą jej być potrzebne.

– A komu nie – roześmiał się pułkownik – Panu nie? Bo mnie tak. Mój Boże, milion złotych.

– Ciekawe – zaczął podporucznik – jego…

Młody oficer nie dokończył jednak swojej myśli. Przeciągnął ręką po czole i powiedział usprawiedliwiającym tonem:

– Przyszła mi pewna głupia myśl do głowy. Naprawdę nieważna. Myślę, że i inżynier powiedział nam tylko to, co chciał powiedzieć. Jak pani Zachwytowicz. Pod tym względem ich zeznania są podobne.

– Każdy z tych ludzi wie, że jest podejrzanym. W mniejszym lub większym stopniu. Dlatego też każdy mówi bardzo ostrożnie i możliwie jak najmniej osobie.

– Inżynier właściwie nie jest podejrzany – zauważył podporucznik. – Siedział na dole w salonie

– I wszyscy słyszeli, że pracował przy naprawie telewizora. Mógłby więc być bardziej rozmowny na temat swoich współmieszkańców. A mówił tylko o dwóch osobach i to o kobietach.

– Ale za to bardzo źle.

– Jednak Miedzianowskiej nie oskarżył wyraźnie.

– Bo zrobił to w stosunku do pani Zachwytowicz i jej kompanów. Jest zbyt mądry, żeby o ten sam czyn oskarżać aż dwie osoby, które na pewno nie są wspólniczkami. Ale i tak osiągnął to, a przynajmniej zdawało mu się, że osiągnął – jeżeli przestaniemy podejrzewać panią Zosię, następną na naszej liście będzie Miedzianowska.

– Prawdziwy ping-pong.

– Każdy odrzuca od siebie piłeczkę podejrzenia o dokonanie zbrodni. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji chce ją podrzucić komuś innemu. A jednak – zakonkludował pułkownik – uważam zeznania inżyniera za bardzo ważne i sądzę, że w odpowiednim czasie będziemy musieli do nich powrócić.

W tej chwili wszedł sierżant i zameldował, że dwaj poszukiwani: Pacyna i Szaflar, zostali odnalezieni i doprowadzeni już do „Carltonu”. Znajdują się w kabinie telefonicznej. Pilnuje ich jeden z milicjantów.

– Gdzieście ich odnaleźli? – zainteresował się podporucznik.

– Wiadomo, siedzieli u „Jędrusia”. Obiecywali każdemu, kto im postawi jedną kolejkę, że mu powiedzą taką „bombę”, aż z wrażenia z krzesła spadnie. Amatorów nie brakło, bo teraz, w martwym sezonie, w Zakopanem nic się nie dzieje ciekawego. Nawet GOPR nie ma nic do roboty. Nic więc dziwnego, że tych kolejek było sporo i obaj chłopcy mają dobrze w czubie.

– Dawajcie najpierw Szaf lara – zadecydował podporucznik – a ten drugi niech czeka. I niech z nikim nie gada.

– To się rozumie. Kiedy ich zaprowadziłem do kabiny telefonicznej, przedzieliłem chłopaków milicjantem i zapowiedziałem, że będzie źle, jeśli który dziób otworzy. Siedzą tam jak trusie. Szczególnie ten drugi – Jacek Pacyna ma widocznego pietra.

– Dobrze. Przekonamy się o tym później. Na razie przyprowadźcie Szaflara, a Pacyny niech nadal pilnują, żeby nie próbował kontaktu z którymś z mieszkańców pensjonatu.

– Nie ma stracha – odpowiedział sierżant wychodząc z jadalni.

Henryk Szaflar, przewodnik tatrzański, zatrudniony w jednym z domów FWP, przedstawiał okaz dobrze zbudowanego, młodego człowieka. Wąskie spodnie opinały jego muskularne nogi. Szerokie ramiona, żylaste ręce i duża, dobrze sklepiona klatka piersiowa, zdradzały na pierwszy rzut oka człowieka wytrenowanego w chodzeniu po górach i będącego w doskonałej kondycji fizycznej. Z tą budową ciała kontrastowała jedynie dziwnie mała głowa. Jasnoblond włosy kręciły się bez pomocy fryzjera, a niebieskie oczy patrzyły uważnie.

– Pan porucznik narobił nam wstydu na całe Zakopane. Wyciągać nas z „Jędrusia” pod rozpylaczem, jak jakichś bandziorów? Gdyby pan powiedział lub zatelefonował, że trzeba przyjść, dawno byśmy tu byli.

– Zdaje się, że nie mieliście na to zbytniej ochoty. Kiedy jechaliśmy do „Carltonu”, to widzieliśmy was smarujących w dół ulicy, ile tylko siły w skokach. Musieliśmy przeto wysłać zaproszenie i dać eskortę, aby z drogi znowu ktoś was nie zawrócił. A teraz gadajcie całą prawdę, bo i tak wszystkiego się dowiemy.

– Pan władza dzisiaj nie w humorze, ale trudno, może spotkamy się kiedyś w innym miejscu i w lepszych dla mnie czasach. Powiem prawdę, bo nie mam nic do ukrywania. Co pan chce wiedzieć?

– O której przyszliście pierwszy raz do „Carltonu”?

– Jeżeli liczyć ten za drugi, to pierwszy raz byliśmy o dziewiątej. Może trochę później. Właśnie tego jubilera znaleziono z rozwalonym łbem. Podobno ledwie dyszał. Czy odwalił kitę?

– Nie wasza sprawa. Pytałem, kiedy przedtem byliście?

– Wcale nie byliśmy.

– Który z was przystawiał drabinę? Pewnie ty, bo Pacynę widziano wchodzącego przez ganek.

– Jacek tu był? Teraz wiem, dlaczego czekałem na niego prawie godzinę w „Kmicicu”. A żadnej drabiny nie przystawiałem.

– Kiedy byliście w „Kmicicu”?

– Poszedłem tam prosto z pracy. Byłem na kolacji w swoim domu FWP, jak zawsze. Potem przyjmowałem zapisy na wycieczkę. Jutro idziemy na Czerwone Wierchy, musiałem to ogłosić i przyjąć zapisy oraz pieniądze na bilety za przejazd kolejką. Wyszedłem już po ósmej. Umówiłem się z Jackiem u „Kmicica”, bo razem mieliśmy przyjść tutaj po panią Zosię i iść do „Jędrusia”. Czekałem i czekałem, a on przyszedł dopiero po godzinie i zasunął mi rakietę, że spotkał jakiegoś znajomego, któremu musiał pomagać w znalezieniu kwatery. A tymczasem chciał mnie do wiatru wystawić! Mógł przecież powiedzieć, że nie chce mojego towarzystwa. Wcale bym nie wojował!

– No, nie wiadomo. Kobieta ładna, dobrze ubrana, artystka filmowa.

Przewodnik głośno się roześmiał.

– Dobrze ubrana! Wstyd z nią iść ulicą. Ludzie się oglądają, samochody przystają, nawet konie się śmieją. A co do reszty? Mało to ładnych dziewcząt przyjeżdża co dwa tygodnie do mojego FWP? I nie mają przewrócone w głowie jak ta lala. Ona ma przecież wyraźnego szmergla.

– Nie przesadzajcie.

– Pan porucznik nie wierzy? Kiedyś spotyka mnie na ulicy i mówi, żebym koniecznie przyszedł do niej wieczorem, ale zastrzega, żeby tylko nikt mnie nie zobaczył. Mówię – dobrze, przyjdę i pytam, o której godzinie. Powiada, że po dziesiątej i żebym przystawił drabinę i wszedł do niej przez balkon. Nie bardzo to mi się uśmiechało, ale kiedy powiedziałem, że przyjdę, nie było sposobu się wykręcić. Wybrałem się więc do „Carltonu”. Furtka od ulicy była już zamknięta, ale akurat nawinął się portier Jasio i wpuścił. Powiadam Jasiowi, a znam go dobrze, bo razem chodziliśmy do szkoły, że mam po drabinie włazić na balkon. Myślałem, że chłop przewróci się na ziemię ze śmiechu. „Myślisz – mówi – że ty jesteś jeden, który po drabinie wędruje? W tym roku u pani Zosi moda na drabiny, niejednemu pomagałem ją dźwigać”. Wlazłem po tej drabinie na balkon, a później do pokoju, a pani Zosieńka zaczyna ze mną rozmowę o filmie, ojakimś pisarzu, który umarł we Francji, a przedtem mieszkał w „Sokoliku” i chciał ją kiedyś pocałować. Ja słucham, niewiele mnie to obchodzi, a ona gada i gada. Coraz bardziej chce mi się spać, bo zmachałem się w górach, jutro znowu prowadzę wycieczkę, a ona ciągle mówi. Pytam wreszcie, po co mnie zaprosiła i wyjaśniam, że ja jestem chłopak prosty i do takich treli-moreli się nie nadaję. Pożegnałem artystkę, zlazłem z drabiny i poprzysięgłem sobie, że więcej nie dam się nabrać. Niech Jacek sam łazi.

– To dlaczego umówiłeś się z nią i z Jackiem na dansing?

– Wcale mi na tym nie zależało, ale spotkała nas obu i dalej prosić, żeby z nią pójść. Jacek czuje do niej widocznie miętę, bo od razu się zgodził, ale ja nie miałem ochoty. Mówiła, że dobrze się zabawimy, bo będzie miała na sobie coś takiego, na co wszyscy oczy wywalą.

– Tak powiedziała? Kiedy?

– A było to ze dwa dni temu. Dzisiaj zadzwoniła do mnie, przypomniała o dansingu i chwaliła się, że kiedy wejdzie na salę, to inne baby trupem padną.

– Pamiętajcie, Szaflar, że składacie bardzo ważne zeznania – uprzedzał podporucznik. – Jeżeli to nieprawda, źle może być z wami.

– Panie poruczniku, prawdę mówię. Mogę przysiąc w kościele przed głównym ołtarzem. Żeby mnie tak pierwsza lawina złapała, jeślim zełgał.

– No, dobrze, dobrze. Wszystko sprawdzimy. Widział was ktoś w „Kmicicu”?

– Pewnie, że widzieli. Kelnerka Marysia może pierwsza zaświadczyć, że przyszedłem zaraz po ósmej i siedziałem godzinę. Wyszliśmy z Jackiem równo o dziewiątej. Jedna pani z „Carltonu” także mnie tam widziała. Przyszedłem wcześniej, ona w jakieś dziesięć minut po mnie, tylko wypiła kawę i zaraz wyszła.

– Jaka pani?

– Nie znam jej nazwiska. Mieszka na drugim piętrze. Podobno pracuje u Amerykanów. Chodzi w brązowym futerku z baranów.

– Pani Barbara Miedzianowska – podporucznik uzupełnił zeznania Szaflara.

– Wydaje mi się, że ten chłopak powiedział prawdę – zauważył pułkownik po wyjściu Szaflara – zgadzam się jednak z panem, że na razie nie można go zwolnić do domu. Niech czeka.

– Ja również jestem zdania, że nie kłamał… Więc jednak pani Zosia?

– Możliwe, że byłaby zdolna posunąć się nawet do zbrodni, aby zdobyć klejnoty, lecz wtedy, gdyby mogła je nosić i innym imponować. Nie zrobiłaby tego jedynie dla ich wartości pieniężnej. Uwierzę zresztą, że to ona, jeżeli potrafi mi pan wytłumaczyć, w jaki sposób i kiedy postawiła drabinę pod balkonem.

– Tak – zgodził się podporucznik – ztą drabiną i z młotkiem mam największy kłopot. Jedno przeczy drugiemu. Zobaczymy, co powie drugi z wielbicieli gwiazdy.

W przeciwieństwie do przyjaciela Jacek Pacyna nie próbował się „stawiać”. Był bardzo zalękniony, cichy, układny i grzeczny. Nie przyjął podanego mu papierosa, usiadł na skraju krzesła. Zeznania składał cichym głosem.

– O której przyszliście do „Carltonu”? Mówię o tym pierwszym razie.

Narciarz zmieszał się jeszcze bardziej. Po długim milczeniu z trudem wykrztusił:

– To musiało być jakieś piętnaście minut po ósmej.

– Spotkaliście kogoś wchodząc na pierwsze piętro?

– Nie. Tylko telewizor strasznie wył i zajrzałem do salonu. Inżynier Żarski coś przy nim kręcił, ale chyba mnie nie zauważył.

– Co robiliście w pokoju pani Zachwytowicz? Jacek był coraz bardziej zmieszany.

– Chciałem ją przekonać – wystękał – żeby nie szła na dansing. Żebyśmy zostali u niej. Nie miałem ochoty iść dzisiaj do „Jędrusia”.

– Tak lubisz rozmawiać o filmie i literaturze? – zakpił podporucznik. – A przecież umawialiście się z Heńkiem Szaflarem, że pójdziecie w trójkę.

– Tak, ale gdyby ona zgodziła się zostać w domu, to Heniek by się nie pogniewał. Heniek to dobry kumpel. Na Zosi mu nie zależy. Ma tych babek z wczasów tyle, że ledwie może się od nich opędzić.

– A na ciebie nie chcą patrzeć – roześmiał się podporucznik.

Pacyna zaczerwienił się.

– Może by i patrzały, ale pani Zosia bardzo mi się podoba. Taka oryginalna i inteligentna. Nigdy nie wiadomo co powie i co zrobi. Prawdziwa artystka.

– A jak tam twój trening? Podobno trener kazał ci ciężary trenować?

– A tak! – uradował się narciarz – Skąd pan wie?

– Dlatego tak często drabiny dźwigasz? Pułkownik roześmiał się prawie w głos. Mina młodego narciarza była tego godna.

– Kiedy ja… – usiłował się usprawiedliwić, lecz zamilkł w połowie zdania.

– Powiedz, Jacku, a może ty nie wchodziłeś przez ganek, lecz jak zwykle przystawiłeś drabinę i wlazłeś przez balkon?

– Nie. Przyszedłem normalnie drzwiami.

– To dziwne. A wyszedłeś schodami, czy skakałeś z balkonu na taras?

Jacek był czerwony jak burak. Zrozumiał, że podporucznik kpi z niego na całego, lecz nie mógł zrozumieć, iskąd oficer milicji wie o wszystkim.

– No, mówcie, Pacyna – zachęcał Klimczak – cóż to, język kołkiem w gębie wam stanął?

– Zszedłem schodami.

– A teraz, kiedy już widzicie, że my wszystko wiemy, mówcie prawdę. Co się działo w pokoju pani Zosi?

– Namawiałem ją. Chciałem, żebyśmy u niej zostali. Ale ona się rozzłościła i wyrzuciła mnie za drzwi.

– Dlaczego?

– Bo powiedziała, że jej twarz zepsułem. Tusz na powiekach także się rozmazał.

– Pewnie w pokoju było bardzo gorąco – mruknął podporucznik. Milicjant piszący protokół nie wytrzymał i parsknął śmiechem, co do reszty speszyło Pacynę.

– Kiedy rozmazywałeś ten tusz na oczach, słyszałeś, że pan Dobrozłocki jest w swoim pokoju?

– Był. Słyszałem.

– Sam? Z ciebie trzeba tak wyciągać słowa, jak kubełek z głębokiej studni.

– Nie sam, bo z kimś się kłócił. A tamten wymyślał mu od Cyganów.

– Cyganów?

– Tak. Cyganów. Krzyczał: „druciarz jesteś, druciarz”. Przecież druciarze, to Cyganie.

– Co jeszcze słyszałeś?

– Nie słuchałem. Byłem zajęty.

– Tym tuszem? Długo się kłócili?

– Nie, niedługo. Tamten poszedł i trzasnął drzwiami, mało co z zawiasów nie wyleciały.

– Poznałeś po głosie, kto to był?

– Nie poznałem.

– Pani Zachwytowicz też ci nie powiedziała?

– Kazała mi iść precz i nie wracać bez Szaflara.

– A wiesz, o której godzinie wyszedłeś?

– Nie patrzyłem na zegarek. Byłem zły na Zosię. Ale musiało być jakieś pięć, najwyżej dziesięć minut po pół do dziewiątej. Z „Carltonu” poszedłem prosto do klubu „Kmicic”, tam czekał Heniek. Na zegarze w szatni była za dziesięć dziewiąta. A z „Carltonu” do „Kmicica” jest najwyżej dziesięć minut drogi.

– Pani Zosia nie kazała ci przystawić drabiny do balkonu?

– Pan porucznik ciągle o tej drabinie. Raz czy dwa razy jej użyłem, a śmiechu za dziesięć razy.

– Dlaczego właziłeś po drabinie?

– Pani Zosia mówiła, że ten kto kocha, to do najdroższej potrafi nawet w nocy wejść po drabinie. Opowiadała, że robił tak ktoś w Hiszpanii. A może we Francji?

– I nauczyła cię zeskakiwania z balkonu?

– Ee, nie… Ale po co budzić portiera, kiedy tam nie ma dwóch metrów?

– Słuchaj, Jacku, dlaczego pani Zachwytowiczowej tak zależało, aby właśnie dzisiaj iść na dansing do „Jędrusia”? Mówiła ci o tym?

– Tak. Mówiła, że będzie miała na sobie taką broszkę, jakiej nikt jeszcze w Zakopanem nie widział. Jubiler miał jej pożyczyć to świecidełko, aby wypróbowała, czy zwróci uwagę ludzi.

– Kiedy to opowiadała?

– Dwa lub trzy dni temu. Szliśmy razem z Heńkiem i spotkaliśmy ją na ulicy. Później byłem u niej w pokoju i wtedy również wspominała, że cieszy się na włożenie tej broszki.

– Czy dzisiaj mówiła coś na ten temat?

– Ani słowa.

– A może pokazywała ci srebrne pierścionki i broszkę?

– Nie pokazywała, ale coś takiego leżało na toaletce.

– Widziałeś ten młotek?

Jacek Pacyna popatrzył ciekawie na pokazany mu przedmiot i potrząsnął przecząco głową.

– Nie widziałem. Zwykły młotek.

– Przypomnę ci. Leżał w hallu na kanapce.

– Nie widziałem. Szybko przeszedłem przez hall i wbiegłem na schody. Wracając też się nie rozglądałem.

– Czy spotkałeś kogoś po drodze?

– Na schodach nikogo nie było, ale kiedy wychodziłem od Zosi, to pan Krabe wchodził do pokoju pana Dobrozłockiego.

– Na pewno pan Krabe? Dobrze widziałeś?

– Dobrze, przecież światło paliło się na korytarzu. Kiedy otworzyłem drzwi i wychodziłem od pani Zosi na korytarz, pan Krabe zamykał właśnie te do pokoju jubilera. Poznałem go, chociaż był odwrócony tyłem.

– Czy znasz mieszkańców „Carltonu”?

– Z widzenia znam wszystkich, ale z nazwiska tylko kilku. Znam pana Żarskiego, bo był i w zeszłym roku i parę razy chodziliśmy z nim w góry. Wiem, że pochodzi z Wrocławia i pracuje w hucie. Znam dobrze redaktora Burskiego, bo nieraz przyjeżdżał jako sprawozdawca na zawody narciarskie. Poza tym co roku bywa w górach i nieraz się spotykaliśmy. Znam pana Dobrozłockiego…

– Skąd?

– W ubiegłym roku pan Dobrozłocki również mieszkał w „Carltonie” i sporo chodził po górach. Poznała nas pani Zosia, a jubiler pytał, czy mógłby się dołączać do wycieczek prowadzonych przez Heńka Szaflara. W ten sposób obaj go znamy. Pani Zachwytowicz jest iz nim zaprzyjaźniona. On nieraz powtarza, że lubi ją jak własną córkę. Śmiał się kiedyś, że gdyby była jego prawdziwą córką, wychowałby ją lepiej i nie miałaby tak przewrócone w głowie.



– Czy pani Zosia mówiła wam, czym zajmuje się pan Dobrozłocki?

– On sam opowiadał, że ma pilną pracę i dlatego w tym roku nie może chodzić na wycieczki. Zosia wyjaśniła, że robi na wystawę jakieś rzeczy ze złota i drogich kamieni.

– Czy pani Zachwytowiczowa wspominała wam, ile może być warta ta biżuteria?

– Nie, bo przecież jej nie widziała. Jubiler nie pozwalał przyglądać się jego robocie. Wspominała tylko, że przed paru dniami weszła do pokoju pana Dobrozłockiego i zobaczyła piękną broszkę. Właśnie tę broszikę chciała wziąć ze sobą na dansing.

– Czy pan Dobrozłocki obiecał pożyczyć jej ten klejnot?

– Nie wiem. Wtedy powiedział, że broszka nie jest wykończona i zaraz schował ją do kasetki. Zosia nie wspominała, czy jeszcze później rozmawiała na ten temat z jubilerem. Ale pewnie liczyła na to, że skoro tak ją lubi, to nie odmówi pożyczenia tego świecidełka na zabawę.

– Ładne świecidełko – westchnął pułkownik i zaraz dodał – ja nie mam żadnych pytań.

– Sprawdzimy wasze zeznania – surowo rzekł podporucznik – i jeżeli zgodne są z prawdą, wrócicie do domu, na razie musicie zaczekać.

– To kiedy będziemy w domu? Dochodzi dwunasta, a rano do pracy!

– Nieraz później wychodziłeś z tej willi i nie krzywdowałeś sobie.

Jacek Pacyna przezornie zamilkł, podpisał protokół i opuścił jadalnię w towarzystwie milicjanta, który go przyprowadził.



1   2   3   4   5


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna