Jerzy Edigey



Pobieranie 0,82 Mb.
Strona1/5
Data24.02.2019
Rozmiar0,82 Mb.
  1   2   3   4   5

Jerzy Edigey

Jedna noc w „Carltonie”



Edigey J. Jedna noc w “Carltone”. [Seria z krukiem].

Wroclaw: Wydawnictwo Dolnośląskie, 1971

Jerzy Edigey

Jedna noc wCarltonie


Rozdział I
Słońce już zachodziło. Ostatnie jego blaski oświetlały Giewont. Położone niżej Zakopane zalegał cień. Ulicą Ku Skoczni szło w stronę miasta towarzystwo składające się z trzech pań i czterech panów. Widocznie wracali z wycieczki w góry, gdyż wszyscy ubrani byli po sportowemu, a jedna z niewiast miała na sobie szorty. Jak na październik i późną porę poobiednią, był to, nawet na Zakopane, które już niejedno widziało, niecodzienny strój. Nic więc dziwnego, że wszyscy przechodnie przyglądali się z zaciekawieniem turystycznej grupce.

– Patrzą na mnie jak na wariatkę!

– Ciągle nie mogę uwierzyć, że nie jest pani zimno.

– Ależ zapewniam panią profesor, że czuję się świetnie. Gdybym marzła, nie nosiłabym takiego stroju.

– Chodźcie szybciej, bo będzie bura przy obiedzie.:- Wątpię, czy w ogóle dadzą nam obiad. Jest bardzo późno.

– Przecież uprzedzaliśmy, że się spóźnimy.

– Ale zapowiedzieliśmy nasz powrót na trzecią, a teraz dochodzi piąta.

Tak rozmawiając, wycieczkowicze doszli do białej willi, cofniętej nieco w głąb ulicy i ogrodzonej siatką na kamiennych słupkach. Czarna, marmurowa tablica umieszczona przy furtce zawierała tylko jedno słowo:


C a r l t o n
Ktoś, zapewne jeden z gości pensjonatu, dopisał kredą: „Dom gnuśnego odpoczynku”. Napis ten widocznie wszystkim się spodobał, gdyż nikt go od dawna nie ścierał.

Kiedy panie wchodziły przez furtkę na posesję „Carltonu”, w drzwiach oszklonego ganku stanęła pokojówka w białym fartuszku.

– Dzisiaj nie będzie obiadu. Jak się przychodzi opiątej, to się nie je.

– Nie będzie tak źle, pani Róziu!

– A właśnie, że będzie. Kucharz zły jak chrzan. Czekał i czekał, aż poszedł do domu.

– Ale deseru nikt nam nie zjadł?

– Co ja z państwem mam! Wszystko zimne, a kotlety wyschły na wióry.

– To jednak dostaniemy coś?

– Niech państwo od razu idą do jadalni. Zaraz podam.

Ganek dzieliło od trotuaru pięć niewielkich stopni. Wchodząc na pierwszy z nich, jedna z pań potknęła się i byłaby upadła, gdyby nie podtrzymał jej znajdujący się obok towarzysz.

– Też porządki – oburzył się jeden z mężczyzn – ciekaw jestem, kto zostawił ten młotek na schodach.

Mówiąc to, podniósł leżący na schodach duży, ciężki młotek, przyczynę karambolu.

– To pewnie dzieciaki kierownika – usprawiedliwiała się pokojówka – zawsze wszystko wyciągną z domu, tylko przynieść z powrotem nie ma komu.

– Niech mi pani da ten młot! – Prośbę tę wypowiedziała młoda kobieta, ubrana w jaskrawopomarańczową wiatrówkę. Nosiła do niej trawiastozielone spodnie, zaś na nogach długie, niebieskiego koloru boty, jakich rybacy używają do połowu pstrągów. Na głowie tej dość przystojnej blondynki znajdował się śmieszny kapelusik. Na patyku przewieszonym przez ramię trzymała dziwnego kształtu koszyk. Na pierwszy rzut oka widać było, że młoda osoba za wszelką cenę pragnie zwrócić na siebie uwagę. Nawet za cenę ośmieszenia się.

– Służę, pani Zosieńko – mężczyzna z przesadnie eleganckim ukłonem podał młotek ekscentrycznie ubranej kobiecie – ale do czego to śmiercionośne narzędzie? Czyżby na Andrzeja?

– Jeżeli będzie mnie zdradzał, to mu głowę rozwalę. – Pani Zosia ujęła młotek i wojowniczo nim się zamachnęła. – Ależ jaki on ciężki!

– Akurat dobry do porachunków małżeńskich jako ostateczny argument.

– Co pan, jako kawaler, inżynierze, może o tym wiedzieć – roześmiała się jedna z pań.

– Wystarczy posłuchać tego, co pani Zosia mówi o swoich flirtach i o ukochanym małżonku, aby ocenić w pełni szczęście, że na drodze mojego życia nie spotkałem ideału płci odmiennej.

– Nie minie to pana. Każdy zwas gada, zarzeka się, a później ciągnie przemocą do ołtarza i unieszczęśliwia kobietę.

– Moje wy nieszczęśliwe!

– Pani Rózia nawet sobie nie wyobraża, jaką piękną zrobiliśmy wycieczkę. Poszliśmy do Kondratów ej, stamtąd na Suchy Kondracki i przez Kopę Kondracką na Giewont. Wróciliśmy przez Grzybowiec do Doliny Strążyskiej – entuzjazmowała się pani w szortach.

– Ale pani Basia to musiała porządnie zmarznąć

– zauważyła pokojówka.

– Wcale nie – oburzyła się zagadnięta – przeciwnie, było mi bardzo gorąco. Aż się zgrzałam.

– Tylko zęby dzwoniły, jak gdyby kierdel owiec schodził z góry.

– Czuję, że schudłam przynajmniej o dwa kilogramy – stwierdziła najbardziej korpulentna dama z całego towarzystwa.

– A ja sprzedałem dwa pierścionki na Giewoncie

– pochwalił się szpakowaty, przysadzisty pan w okularach.

– Wiadomo – roześmiał się wysoki, młody człowiek

– jubiler wszędzie zrobi interes. Nie to, co my, ślusarze.

– Niechże państwo idą wreszcie do jadalni, bo naprawdę nie podam obiadu – pokojówka Rózia poganiała gości.

– Tylko umyjemy ręce – powiedział wysoki mężczyzna o czarnych, miejscami przysrebrzonych włosach.

– Odkąd to redaktor zrobił się taki czysty? – złośliwie zauważył ostatni z mężczyzn tego wycieczkowego towarzystwa, szczupły, suchy, z lekka łysawy blondyn.

– Wiadomo, malarze rąk nie myją – odciął się dziennikarz – oszczędzają farby.

– Za to prasa ma zawsze czyste ręce.

– Proszę państwa na obiad! Naprawdę wszystko będzie zupełnie zimne – denerwowała się pokojówka.

I mimo protestów dziennikarza pani Rózia grzecznie, lecz stanowczo zapędziła towarzystwo do jadalni, gdzie, ciągle jeszcze pod wrażeniem udanej wycieczki, przystąpiono wreszcie do obiadu.

– Pani profesor może i schudła te dwa kilogramy, ale po tej zupce przybędzie co najmniej drugie tyle – dogadywał malarz swojej sąsiadce.

– Ładnie to dokuczać bezbronnej kobiecie? A kto mi tyle nalał na talerz?

– Trzeba było powiedzieć, kiedy dosyć. Nalewam do wrębu, a pani profesor ani słówka, tylko patrzy, wielce z tego zadowolona.

– Państwo dopiero teraz z wycieczki? – do jadalni wszedł jeden z mieszkańców pensjonatu. – Czekaliśmy z obiadem prawie godzinę i w końcu sami zjedliśmy.

– Niech pan sobie wyobrazi – skarżyła się pani Zosia – że inżynier i pani Basia pognali nas przez góry i wertepy aż pod sam krzyż na Giewoncie. Żeby Jędruś wiedział, że poszłam na tak forsowną wycieczkę, bardzo by się gniewał. Dotąd czuję serce w gardle.

– Lepiej dla Andrzeja, że jego żona w taki sposób forsuje serce, niż…

– Redaktor zaraz jakieś dwuznaczniki.

– Sprzedałem na Giewoncie dwa pierścionki – ponownie pochwalił się jubiler.

– W jaki sposób? – zainteresował się nowo przybyły.

– Zwyczajnie! Piłem śmietanę, trzymając szklankę w lewej ręce, tej, na której mam ten pierścień – tu jubiler podniósł rękę, ukazując na serdecznym palcu pięknie kuty z ciemnego srebra pierścień z oryginalnie oprawionym koralem. – Stojąca obok niewiasta zapytała mnie, skąd mam taki pierścień. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że sam zrobiłem. Wtedy roześmiała się i powiedziała, że nie wierzy. Więc na potwierdzenie moich słów wyjąłem z kieszeni dwa pierścionki, które wczoraj skończyłem. Wtedy padło pytanie, po ile je sprzedaję? Wyjaśniłem, że Cepelia płaci mi po dwieście złotych. Wówczas wyjęła z torebki dwie setki i poprosiła, aby jej jeden sprzedać. Jej sąsiadce widocznie pierścionek także przypadł do gustu, bo wzięła drugi. Co miałem robić? Zainkasowałem w sumie cztery setki i schowałem do kieszeni.

– Nareszcie wiemy, kto dzisiaj prosi do „Jędrusia”.

– Dzisiaj nie – bronił się jubiler – po tym łażeniu po górach nóg nie czuję. Może jutro?

– Przecież jutro pan wyjeżdża – zauważyła pani profesor.

– Niech pan jeszcze zostanie, panie Mieczysławie

– prosiła pani Zosia – pójdziemy do „Jędrusia”. Obiecywał pan, że zatańczymy twista.

– Nie radzę! Andrzej pana zabije! Wszystko, co Zosia wyprawiała w Zakopanem, pójdzie potem na pańskie konto.

– Uprzedzam, redaktorze, że mamy ze sobą na pieńku. Żebym tylko ja nie zawiadomiła w Warszawie, kogo potrzeba, o zachowaniu się pewnych panów z „Carltonu”! Albo… żebym nie zrobiła użytku z tego młotka!

– A gdzie pani ma ten młotek? – zainteresowała się pani Basia. – W moich szpileczkach jest jakiś gwoździk, który bardzo uwiera. Może dałoby się go przybić?

– Położyłam go na kanapie w hallu.

– To za duży młotek – zauważył inżynier – do szpileczek przydałoby się raczej dłutko. Może będę mógł coś poradzić?

– Świetnie. Zaraz po obiedzie przyniosę panu pantofle.

– Patrzcie, państwo – powiedziała Zosia – nic nas się nie krępują i w naszej obecności umawiają się na odwiedziny w pokojach. Ładne rzeczy!

– A pani tak się tym zgorszyła! Sama taka święta.

– Redaktorze! Ostatni raz ostrzegam, niech pan ze mną nie wojuje.

– Więc jutro pan wyjeżdża, panie Mieczysławie? Przecież taka piękna pogoda – martwiła się pani profesor – tak nas malutko w „Carltonie”, a znowu kogoś ubywa.

– Niestety, muszę. Przyjechałem tu zresztą bardziej dla pracy, niż dla wypoczynku. Przygotowywałem parę ciekawych rzeczy na wystawę sztuki złotniczej we Florencji. Skończyłem dopiero wczoraj i dlatego mogłem dzisiaj wybrać się z państwem na wycieczkę. Pojutrze muszę jednak oddać eksponaty w Centrali Jubilerskiej, która organizuje we Florencji własne stoisko. Potem kilka dni zajmie jeszcze uzgadnianie szczegółów ekspozycji i ewentualne poprawki. A to przecież połowa października. Nie warto już wracać.

– Jedzie pan do Florencji? – zapytała pani Zosia.

– Boże, jak ja uwielbiam Italię! Cudowne niebo, wspaniali mężczyźni!

– Pani zna Włochy? – zdziwił się malarz. – Nigdy pani o tym nie wspominała.

– Byłam jedynie w Albanii, ale to prawie to samo. Naprzeciwko, tylko przez Adriatyk. Ale znam Włochy z opowiadań i Jędruś obiecał, że w przyszłym roku pojedziemy tam na pewno.

– Niestety, nie ja jadę do Florencji – westchnął jubiler – lecz moje prace.

– I jak zwykle kilku ustosunkowanych bubków z odpowiedniej centrali handlowej – dorzucił malarz

– to samo było z Biennale w Neapolu. Tam też pojechały nasze obrazy w towarzystwie urzędników z ministerstwa.

– Tyle słyszałam o pańskich pracach – dorzuciła pani profesor – a nigdy ich nie widziałam. Co pan przygotował na florencką wystawę?

– Międzynarodowa wystawa florencka ma zgromadzić najciekawsze eksponaty sztuki złotniczej całego chyba świata. Dlatego również my chcemy pokazać, że polskie złotnictwo zawsze stało bardzo wysoko. Ekspozycja polska ma ukazać w dużym przekroju rozwój sztuki złotniczej naszego kraju, poczynając od Jagiellonów, aż po dzień dzisiejszy. Obok oryginałów z dawnych epok, pokażemy także wyroby wzorowane na sztuce Odrodzenia, Baroku i Empiru, a niezależnie od tego przedstawimy kolekcję sztuki na wskroś nowoczesnej. Ja przygotowałem parę starych pierścieni i ciekawą, nowoczesną kolię.

– Kto teraz nosi coś takiego?

– A jednak noszą. Nasze centrale przywiązują duże znaczenie eksportowe do wystawy we Florencji. Dlatego występujemy z tak obszerną ekspozycją.

– Co to za interes? Przecież nie mamy ani własnego złota, ani szlachetnych kamieni.

– Pani profesor się myli. W wyrobie złotniczym praca ludzka jest więcej warta, niż sam surowiec. Szlachetny kamień jest po oszlifowaniu go sześciokrotnie droższy. To samo dotyczy złota. Elegancka oprawa czy szlachetna rzeźba w wyrobie podnoszą cenę kruszcu co najmniej w dwójnasób. A więc kalkuluje się wydać pewną ilość dewiz na zakup złota i brylantów, aby później osiągnąć spory zysk w tych samych dewizach. Dlatego właśnie przygotowujemy do Florencji nie tylko ładne, lecz nawet bardzo kosztowne eksponaty o dużej wartości złota i klejnotów. Chodzi o przywrócenie polskiemu złotnictwu dawnej, dobrej marki.

– Tak bym chciała zobaczyć te klejnoty!

– Nic prostszego. Wczoraj ostatecznie skończyłem swoją robotę. Było to oczywiście tylko wykańczanie, gdyż wszelkie obróbki i prace szlifierskie zostały wykonane wcześniej na maszynach. Jeśli państwo zechcą zabawić się w jurorów, z przyjemnością zademonstruję wam swoje dzieło. Po obiedzie pozwolę sobie przynieść je tutaj.

– Cudownie! – zawołała pani Zosia. – Czy będę mogła przymierzyć tę kolię?

– Będzie mi bardzo miło zobaczyć ją na pięknej kobiecej szyi – z galanterią odparł jubiler.

– Kocham klejnoty – z rozmarzeniem powiedziała pani Zosia.

– Co robimy dzisiaj wieczorem? – zapytał inżynier.

– Mamy czas martwić się o to po kolacji – rzekł malarz.

– Jestem zaproszona do „Jędrusia” – wyjaśniła pani Zosia – przyjdą po mnie około dziewiątej.

– Dzisiaj czwartek. Oglądamy „Kobrę” – przypomniała pani profesor.

– Bardzo mnie ciekawi dzisiejszy dziennik telewizyjny. W ONZ-ecie zapowiadała się burzliwa dyskusja w sprawie Republiki Południowej Afryki.

– Nie interesuje mnie polityka – pani Zosia wydęła usteczka, kręcąc przy tym „rozkosznie” noskiem. Ruch ten studiowała długie miesiące przed lustrem i obecnie z upodobaniem stosowała podczas rozmowy.

– Zosieńkę interesują tylko chłopcy. Z kim idziemy do „Jędrusia”?

– To moja tajemnica. Najnowsza zdobycz.

– Nasza Zosia specjalizuje się teraz w „autochtonach”. Założę się, że to ten wysoki, przystojny przewodnik.

– Nie tylko on – tajemniczo odpowiedziała pani Zosia.

Tymczasem pokojówka podała deser i herbatę, a pan Mieczysław Dobrozłocki przeprosił na chwilę towarzystwo i opuścił jadalnię. Gdy wrócił, trzymał w ręku niewielką metalową kasetkę. Postawił ją na stole i otworzył małym kluczykiem. Sięgnął do wnętrza i wydobył paczuszkę owiniętą w irchową szmatkę. Po rozwinięciu irchy oczom obecnych ukazał się duży, złoty pierścień, pięknie rzeźbiony.

– Pierścień koronacyjny Kazimierza Wielkiego – wyjaśnił jubiler.

– Jak to? – zdziwił się dziennikarz – o ile wiem, polskie klejnoty koronne zaginęły po upadku Powstania Kościuszkowskiego. Pamiętam, że przed paru laty jeden z tygodników poruszał tę tajemniczą sprawę.

– Ma pan rację. Insygnia królewskie zniknęły wtedy ze skarbca na Wawelu. Ocalały jedynie „Szczerbiec”, miecz koronacyjny Zygmunta Augusta oraz jabłko królewskie Zygmunta Wazy. Zresztą nie po raz pierwszy ginęły w pomroce dziejów nasze regalia… Pierwsza korona królewska – Bolesława Chrobrego – zaginęła zaraz po śmierci jego syna Mieszka II. Następną wykonano na polecenie Bolesława Śmiałego. Ta znowu zaginęła w czasie rozbicia dzielnicowego po śmierci Bolesława Krzywoustego. Aż do czasów rozbiorów zachowały się korony Władysława Łokietka, Jagiellonów, Wazów i Sasów.

– A co się z nimi potem stało?

– Różne są wersje. Legenda głosi, że regalia te są gdzieś ukryte w podziemiach starego klasztoru. Inna wersja mówi, że do ich zaginięcia przyczynili się niektórzy pułkownicy z I Brygady, którzy rzekomo mieli odnaleźć te klejnoty i odpowiednio się nimi zaopiekować. Najbardziej prawdopodobne jest to, że korony zrabowało wojsko pruskie, gdy po upadku Powstania Kościuszkowskiego przejściowo zajęło Kraków, a „Stary Fryc” kazał je przetopić na złom. Natomiast inna opowieść głosi, że insygnia zrabowały wojska Napoleona w epoce Księstwa Warszawskiego.

– Skąd więc ten pierścień Kazimierza Wielkiego? – zdziwiła się pani profesor.

– Poza klejnotami koronnymi, przechowywanymi w skarbcu wawelskim, istniały jeszcze regalia pogrzebowe. Pogrzeb króla w owych czasach, to długa, skomplikowana ceremonia. Zabalsamowane zwłoki królewskie najpierw wystawiano na widok publiczny w Katedrze Wawelskiej, a dopiero potem chowano w kryptach tego kościoła. Głowę króla zdobiła korona, zaś na skrzyżowanych rękach widniał pierścień koronacyjny. Nie były to oczywiście oryginały, lecz specjalnie robione dla celów pogrzebowych kopie korony i pierścienia ze złoconego srebra, zresztą niskiej próby. Większość tych regaliów również zaginęła w czasie kolejnych remontów krypty królewskiej na Wawelu. W dziewiętnastym wieku, gdy otwarto groby królewskie, znaleziono w trumnie Kazimierza Wielkiego koronę i pierścień.

– Właśnie ten? – z zaciekawieniem zapytał dziennikarz.

– Nie! Klejnoty pogrzebowe robiono przeważnie dość niechlujnie, podobnie jak dzisiaj szyje się buty dla nieboszczyka. Były one wprawdzie kopiami insygniów koronacyjnych, jednak bez artystycznych ozdób, które miały oryginały. Ten pierścień jedynie wielkością i kształtem przypomina tamten z sarkofagu Wita Stwosza, lecz jest z dukatowego złota, a ozdobiłem go rzeźbami w stylu epoki.

Klejnot wzbudził duże zainteresowanie zebranych.

Podawano go sobie z rąk do rąk. Panowie usiłowali wkładać go na wskazujący lub na serdeczny palec, ale na wszystkie okazał się za duży.

– Król Kazimierz musiał mieć niezłą rękę – zauważył inżynier.

– Być może, że pierścień kładziono na najgrubszy palec ręki – wyjaśniał jubiler – nie zapominajmy, że w średniowieczu nosiło się ozdoby na wszystkich palcach rąk, a nie jak dziś, jedynie na serdecznym.

– Ciężki ten pierścień, ale wygląda jak nowy. Nikomu nie przyjdzie na myśl, że pochodzi z epoki średniowiecza – rzekła pani profesor.

Jubiler roześmiał się.

– Rzeczy stare kojarzymy sobie iz czymś, co jest zaśniedziałe i ciemne. To słuszne, kiedy chodzi o srebro i ozdoby z brązu lub mosiądzu, ale nie dotyczy złota. Złoto jest przecież jedynym metalem, który nie łączy się ani z tlenem, ani z innymi gazami zawartymi w powietrzu i dzięki temu nie zmienia w ciągu wieków swojej barwy, a nawet nie traci blasku. W muzeum w Kairze oglądałem znalezione w grobowcach korony i klejnoty faraonów, liczące ponad trzy tysiące pięćset lat. Zapewniam panią, że wyglądały równie świeżo, jak pierścionki wyprodukowane w tym roku przez naszego „Jubilera”.

– W takim razie fałszowanie starożytności w złocie jest bardzo proste.

– Ma pan rację, redaktorze. Imitacja wykonana z dobrego stopu złota jest bardzo trudna do wykrycia. Najpoważniejsze nawet muzea padają ofiarą takich pomyłek. Słynna w historii sztuki złotniczej jest „Tiara Sajtafernesa”.

– Co to za historia? – spytała pani Zosia.

– Przed pierwszą wielką wojną, jeśli się nie mylę w roku 1907, pewien właściciel ziemski, posiadający majątek na Ukrainie w pobliżu Odessy, rzekomo rozkopał kurhan na terenie swoich włości. W kurhanie znalazł grób jakiegoś wodza scytyjskiego. Obok zardzewiałego miecza i rozsypującej się zbroi znajdowała się tam również przecudnej roboty złota tiara. Tiara ozdobiona była wspaniałymi płaskorzeźbami w stylu starogreckim oraz napisem, że jest to korona króla Sajtafernesa. Historycy uznali znalezisko za największą rewelację ówczesnych czasów. Paryski Luwr zakupił tiarę za zawrotną kwotę dwustu tysięcy franków w złocie. Przez parę lat korona figurowała na najbardziej honorowym miejscu w muzeum. Ściągała tysiące widzów. Pisano o niej dzieła naukowe i monografie. Z napisów na tiarze i ze szczegółów odkrycia uczeni uzupełniali nie bardzo znaną historię państwa Scytów. A w sześć lat później zjawił się w Paryżu skromny i wcale nie uczony zegarmistrz – jubiler z Odessy, Ruchomowski, i oświadczył, że tiarę tę wykonał przed ośmiu laty na zamówienie nieznanego sobie mężczyzny. Zamawiający dostarczył jubilerowi złom złota i serię rysunków, które kazał wyrzeźbić na gotowym już wyrobie. Wybuchł niesłychany skandal. Rosyjskiemu zegarmistrzowi zarzucono kłamstwo i chęć skompromitowania dyrekcji muzeum i francuskich uczonych. Wtedy ten niepozorny człowieczek zasiadł w pracowni muzeum i już pod ścisłą kontrolą wykonał podobną koronę oraz szereg innych klejnotów i biżuterii. Wszystko było odrobione w znakomitym stylu starogreckim. Gdyby nie to, że biżuteria ta produkowana była w obecności pracowników muzeum, mogłaby powędrować w świat jako następne, cenne odkrycie archeologiczne. Dzisiaj oczywiście nauka rozporządza znacznie lepszymi metodami badawczymi. Można nawet sprawdzić zawartość izotopów promieniotwórczych w stopie, niemniej nadal trudno odróżnić dobrą imitację ze złota od starego oryginału.

Pierścień Kazimierza Wielkiego powędrował z powrotem do kasetki, a pan Mieczysław Dobrozłocki wyjął z niej inny pakunek irchowy. Tym razem klejnot był jeszcze bogaciej rzeźbiony i ozdobiony dużym, na pół przeźroczystym kamieniem.

– Ten pierścień z powodzeniem może uchodzić za oryginał z epoki Jagiellonów, a dokładnie, z czasów panowania Zygmunta Augusta. Ozdoby są transkrypcją rzeźb znajdujących się na jednej z kasetek, stanowiących własność tego króla. Nawiasem mówiąc, kasetka jest właśnie pochodzenia florenckiego. Ten kamień, to prawdziwy brylant. Ma prawie pięć karatów. Oryginalny szlif z owej epoki. Ciekawa jest geneza kamienia. Zbiory państwowe przejęły z pewnego pałacu magnackiego na Ziemiach Zachodnich starą zbroję mediolańską. Również z czasów Renesansu. Szyszak ozdobiony był paroma świecidełkami, zakurzonymi i mocno porysowanymi. Natomiast ten kamień tkwił w spince do pióropusza i przez całe wieki uchodził za szkiełko. Dopiero przy odnawianiu zbroi przekonano się w muzeum, że jest to prawdziwy brylant.

– Świeci żółtym blaskiem – powiedziała pani Basia.

– Tak, to żółtawy brylant. Ma również i inne zanieczyszczenia. Jednakże ze względu na swoją wielkość jest sporo wart. Oczywiście, dla celów handlowych musiałby otrzymać nowoczesny, amsterdamski szlif.

– Dlaczego go nie przeszlifowano?

– Grają tutaj rolę zarówno względy reklamy, jak handlowe. Po przeszlifowaniu kamień byłby wart, powiedzmy, ze trzy tysiące dolarów. Natomiast jako autentyk, brylant sprzed czterystu lat w odpowiednio dorobionej oprawie, stanowić będzie piękny eksponat naszej wystawy i jeżeli znajdzie amatora, zbieracza starej biżuterii, osiągnie znacznie wyższą cenę. Wątpię nawet, czy Centrala zdecyduje się na sprzedaż. Stare klejnoty są prawdziwymi unikatami. Nie zmniejszy wartości kamienia to, że stylową oprawę zrobił wasz skromny sługa.

– Rzeczywiście, wspaniała robota – zachwycał się malarz – wiem coś o tym. W czasie studiów na Akademii interesowałem się złotnictwem. Wahałem się nawet, czy specjalizować się w malarstwie, czy też wybrać snycerstwo i złotnictwo.

– A szkoda, że pan tego nie zrobił. Artystów metaloplastyków, pracujących w złocie, jest u nas niewielu.

– Sądząc z tego, że taki mistrz jak pan musi ratować się wyrobem srebrnych świecidełek za dwieście złotych, nie jest to fach dający perspektywy zarobku – sarkastycznie zauważył inżynier.

– Ma pan rację, że dotychczas tak było. Mam jednak nadzieję, że artystyczne rzemiosło złotnicze do czeka się lepszych czasów. Czy nie jest tego dowodem pierwszy od wojny udział Polski w międzynarodowej wystawie we Florencji? Jeżeli otworzą się perspektywy zamówień zagranicznych, to i dla mnie, i dla kolegów złotników nie zabraknie roboty.

– Bardzo tego panu życzę, lecz teraz w imieniu pań poproszę o tę kolię – pani Zosia skorzystała z okazji i przerwała niezbyt interesujące ją uczone wywody jubilera.

Pan Dobrozłocki pedantycznie zawinął pierścionek w ściereczkę z irchy, schował do kasetki i wydobył następny skarb. W świetle elektrycznej lampy, wiszącej nad stołem, zaświeciła jaskrawym światłem piękna kolia. W otoczeniu drobnych, mieniących się wszystkimi barwami tęczy brylantów, rubiny wyglądały jak dwie duże, krwawe łzy.

– Ach, jakie to cudo! – pani Zosia nie mogła ukryć swojego zachwytu.

Jubiler podał jej kolię.

– Jest naprawdę wspaniała – zachwycała się pani Basia, podczas gdy jej sąsiadka zakładała piękne klejnoty na szyję – wygląda pani czarująco. Gdyby pani założyła ją idąc do „Jędrusia”, wszystkie baby pękłyby z zazdrości.

– Niestety – sprzeciwił się pan Dobrozłocki – z całego serca chciałbym zrobić naszej kochanej Zosieńce tę grzeczność, lecz to przecież nie są moje klejnoty. Ja tylko dałem swoją wiedzę i swoją pracę. Kamienie i platynę otrzymałem z Centrali.

– Szkoda – westchnęła pani Zosia – pani Róziu, ładnie wyglądam? – zapytała pokojówki, która właśnie przyszła sprzątnąć ze stołu.

– Ii… tam ładnie! Jakby pani Zosia miała krew na piersi. Takie kamienie nieszczęście przynoszą.

– Pani Rózia powtarza jedynie znany przesąd, że rubiny są klejnotami przynoszącymi nieszczęście. Przesąd ten bardziej jest uzasadniony wobec brylantów niż rubinów. Każdy ze znanych, wielkich brylantów splamiony został krwią nieraz dziesiątków ludzi, zanim dotrwał do naszych czasów. Rubiny nie mają takiej krwawej historii – bronił swoich butonów jubiler.

Pani Zosia jeszcze kilka razy pokręciła szyjką, przejrzała się w dużym lustrze, wiszącym przy wejściu do jadalni i z westchnieniem zdjęła i oddała Dobrozłockiemu jego klejnoty.

Oglądając i przymierzając klejnoty panie dostały wypieków, a tymczasem Dobrozłocki wyciągał ze swojej szkatuły nowe paczuszki.

– A to pierścionek z tej samej kolekcji – brylant w platynie. Ten sam szlif i taka sama oprawa. Do tego brylantowe klipsy. Te brylanty są oczywiście mniejsze, mają też kilka węgielków, lecz są tej samej wody. Razem doskonale dobrany komplet.

– Akurat dla kobiety pracującej, na przykład jakiejś maszynistki lub żony urzędnika poczty – roześmiał się dziennikarz.

– Zdarzało się niejednokrotnie, że maszynistki wychodziły za mąż za swoich szefów-milionerów – zauważyła pani Basia. – Nie ma się pan z czego śmiać.

– Nie słyszałem o takiej historii w Polsce.

– Komplet nie jest przeznaczony na sprzedaż w kraju. Mam jednak nadzieję, że znajdzie zbyt za granicą. Jego cena: siedem tysięcy dolarów. Nawet niedrogo, biorąc pod uwagę staranny dobór klejnotów, ich wielkość i blask.

– Dziękuję, nie kupię – powiedział inżynier.

– A szkoda – rzuciła pani Basia – dałby pan ten komplet temu kociakowi z „Orbisu”, którego wczoraj tak pan pożerał wzrokiem. Pewnie byłaby rekompensata.

– I kto w tym towarzystwie mówi o kociakach?

– odciął się inżynier.

– Swoją drogą dziwię się – zauważył dziennikarz

– że „Jubiler” dał panu do ręki taką kolekcję klejnotów. Na nasze pieniądze warte to przecież około miliona złotych.

– Byliśmy w sytuacji przymusowej – wyjaśnił Dobrozłocki – termin wystawy zbliżał się i mogłem zdążyć przed otwarciem targów we Florencji pracując bądź u siebie w domu, bądź w „Carltonie”. Domyśla się pan chyba, że klejnoty są wysoko ubezpieczone, zresztą swoją wartość osiągnęły dopiero po ukończeniu przeze mnie roboty. Wartość złota i poszczególnych kamieni przed oszlifowaniem i oprawą była, jak już państwu powiedziałem, co najmniej sześciokrotnie niższa niż w tej chwili. Poza tym większość tych brylantów nie jest nawet własnością Centrali. Przed wojną prowadziłem duży zakład jubilerski w Warszawie, w gmachu hotelu „Bristol”. Z tamtych czasów pozostały mi dobre stosunki z handlarzami diamentów z Amsterdamu. Gdy kompletowaliśmy kamienie do kolii i butonów, otrzymałem od moich holenderskich przyjaciół całą kolekcję diamentów do wglądu i w komis. Ponadto – dodał jubiler nie bez pewnej dumy – moje słowo i mój prywatny majątek są także poważną gwarancją.

– No tak – zgodził się redaktor Burski – ja bym jednak na pana miejscu nie ryzykował.

– Gdyby pan całe życie miał do czynienia z klejnotami, traktowałby je pan jak zwykłe kamienie. Są nimi zresztą naprawdę. Oczywiście, nie ryzykowałbym zabrania ich ze sobą do domu wczasowego, ale przecież „Carlton” to niezupełnie dom wczasowy. Mogą tu zatrzymywać się jedynie członkowie naszego stowarzyszenia. Obcych się nie przyjmuje. Wiedziałem również, że w październiku będzie zaledwie kilka osób. Gdy wychodzę z pensjonatu, zawsze zamykam klejnoty w szkatułce, szkatułkę w walizce, a walizkę w szafie. Ryzyko jest więc znacznie mniejsze, niż pan sądzi.

– Dziękuję państwu – pani profesor wstała od stołu – chyba położę się na pół godziny, bo bolą mnie nogi po tym łażeniu po górach. Ale było bardzo miło

– dodała – wcale nie żałuję, że pani Basia wyciągnęła mnie, starą, na taką eskapadę.

– Dochodzi szósta – oznajmił inżynier – wyskoczę do kawiarni „Ameryka” na kawę. Pójdzie pan, redaktorze?

– Dziękuję, ale mam trochę pracy.

– A pani, Zosiu?

– Nie, na razie muszę zatelefonować, może wpadnę później, w tej chwili nie jestem jeszcze zdecydowana.

– Trudno, pójdę sam. Zobaczymy się przy kolacji, a później „Kobra”.

– Boję się – dodała pokojówka Rózia – że nici z dzisiejszej „Kobry”. Telewizor zupełnie wysiadł. Nic tylko „materace” i „materace”.

– Po powrocie wezmę się do niego. Pewnie rozstrojony.

– Liczymy na pana, inżynierze.

– A może przyda się panu do tego znaleziony przeze mnie młotek – złośliwie zauważyła pani Zosia, lecz tym razem inżynier nie dał się sprowokować.

Całe towarzystwo powoli rozchodziło się. „Carlton” to duża willa, licząca około dwudziestu pokoi. Na dole pensjonat rozporządza dużym salonem, urządzonym jak ogród zimowy. Tu też znajduje się telewizor. Szeroki korytarz łączy salon z jadalnią, położoną w przeciwległej części budynku. Do tego korytarza w samym środku przylega niewielki, kwadratowy hall, z którego prowadzi wejście na oszklony ganek. Z hallu jest także zejście do suteren, gdzie znajdują się kuchnie i pomieszczenia gospodarcze. Do hallu przytyka mała rozmównica telefoniczna. Poza tym z korytarza prowadzą drzwi do łazienki i ubikacji oraz czworo drzwi do czterech pokojów. Znajdują się one po przeciwległej stronie hallu. Każdy z tych pokoi ma wyjście na mały taras, biegnący wzdłuż południowej ściany budynku. Z tarasu schodki prowadzą na dół. Tu znajduje się trawnik, za nimi wewnętrzna uliczka, wiodąca do sąsiedniej willi „Sokolik”. „Sokolik” wobec małego napływu gości w październiku, był obeciie nieczynny. Mieszkała w nim tylko służba. Druciana siatka oddziela „Carlton” od sąsiadującego z nim gęstego, młodego lasku. Po drugiej stronie ulicy Ku Skcczni, w takim samym lesie, stoi szeregiem kilkanaście nowych will.

Na pierwszym piętrze „Carltonu” znajduje się dziesięć pokoi. Dwa z nich zajmuje kierownik z rodziną. Są tu również dwie łazienki. Jedna do wyłącznej dyspozycji kierownika, przedmiot ciągłych zadrażnień z gośćmi pensjonatowymi, gdyż w tej drugiej wiecznie psują się rury i całymi miesiącami jest nieczynna. Dziwnym trafem konserwacja i naprawa „prywatnej” łazienki są zawsze bardziej trwałe. Z korytarza na pierwszym piętrze można również wyjść na obszerny taras nad salonem. Poza tym wzdłuż południowej ściany budynku biegnie długi, wspólny dla wszystkich pokoi balkon. Odpowiada on tarasowi na parterze.

Drugie piętro jest nieco mniejsze. Liczy tylko sześć pokoi. Nie ma łazienki, a jedynie prysznic. Ale i tu pokoje od południowej strony mają taki sam balkon.

Obecnie większość tych pomieszczeń stała pusta. Chociaż październik należy w Zakopanem do najcieplejszych i najbardziej słonecznych miesięcy w roku, nie przyjęło się jakoś jeżdżenie w tym okresie w góry. Większość ludzi woli moknąć w sierpniu w Zakopanem, Krynicy czy Karpaczu, zamiast korzystać z pięknego słońca złotej polskiej jesieni.

Na dole mieszkali inżynier Adam Żarski, pracownik jednej z hut dolnośląskich i pani profesor Maria Rogowiczowa, wykładowca na Wydziale Farmakologii Akademii Medycznej w Białymstoku.

Na pierwszym piętrze obszerny pokój zajmował artysta metaloplastyk, Mieczysław Dobrozłocki. Tuż obok znajdował się pokój pani Zosi Zachwytowicz, początkującej aktoreczki filmowej, żony naczelnego redaktora jednego z warszawskich tygodników. Po sąsiedzku mieszkał Jerzy Krabe, krytyk literacki, pracujący w Spółdzielczym Instytucie Wydawniczym. Następny pokój zajmowali państwo Zagrodzcy. On – dyrektor biura projektowego w Warszawie, ona – „przy mężu”, matka dwóch córek. Państwo Zagrodzcy wyjechali na kilka dni do Czechosłowacji. Następne dwa pokoje, to mieszkanie kierownika. Chwilowo był słomianym wdowcem, gdyż żona towarzyszyła w wycieczce państwu Zagrodzkim. Ojciec z pomocą pokojówek opiekował się dwoma ładnymi, żywymi chłopakami, ale nie było dnia, żeby czegoś nie spsocili.

Drugie piętro zajmowali: dziennikarz z Warszawy, Andrzej Burski. Pisywał w różnych tygodnikach, na ogół specjalizując się w przestępstwach i sprawach sądowych. Wydał też ostatnio powieść kryminalną z fabułą, opisującą skomplikowane morderstwo, popełnione w kabinie służącej do przymierzania garniturów męskich w Powszechnym Domu Towarowym, podczas największego ruchu. Obok mieszkała Barbara Miedzianowska, zatrudniona w przedstawicielstwie handlowym wielkiego amerykańskiego koncernu chemicznego. Z racji swojego zawodu pani Miedzianowska władała kilkoma językami i często wyjeżdżała za granicę. Zajmowała się również dorywczo tłumaczeniami z języków obcych. Sądząc po jej strojach, amerykański koncern musiał pamiętać o swojej przedstawicielce w Polsce.

Następne pomieszczenie zajmował młody taszysta, Paweł Ziemak. Pan Ziemak skłócony był z całym towarzystwem, gdyż, jak twierdził, nie rozumiało ono prawdziwej sztuki i lubowało się w „malowankach” i tym podobnych bohomazach. W restauracji „Jędruś”, gdzie całe towarzystwo często lądowało na dansingu, malarz Ziemak demonstracyjnie zamawiał likier do dzwonka śledzia lub kazał sobie podawać gruszkę do szklanki wódki, którą duszkiem wypijał. Poza tym był to „złoty chłop” i doskonały kompan. Znał też doskonale Tatry. W swoich, jak mawiał, „szczenięcych latach”, uprawiał nawet taternictwo wyczynowe. Właśnie Ziemak i pani Miedzianowska byli inicjatorami wszelkich górskich eskapad. Dzisiaj udało im się wyciągnąć na jedną z nich nawet dość korpulentną panią profesor i jubilera, który dotychczas poranki spędzał przy pracy nad swoimi klejnotami.

Również teraz, po powrocie do swojego pokoju, Mieczysław Dobrozłocki wyjął z szafy komplet przyborów snycerskich do rzeźby w złocie i uzbrojony w powiększające szkło, cyzelował jeszcze pierścień renesansowy z dużym, nieforemnie oszlifowanym brylantem. Dopiero gdy zabrzmiał gong na kolację, jubiler zamknął stalową kasetkę i zszedł na dół.





  1   2   3   4   5


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna