Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej o Reggae Rastafari, o tym czyn ten ruch naprawdę jest, zapraszam do przeczytania p



Pobieranie 200,45 Kb.
Strona1/3
Data13.11.2017
Rozmiar200,45 Kb.
  1   2   3

Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej o Reggae  Rastafari, o tym czym ten ruch naprawdę jest,  zapraszam do przeczytania poniższego artykułu:

Reggae dla życia  Jarosława Kotasa...

 

Mam nadzieję że te poniższe teksty w pewnym stopniu pozwolą tym, którzy z Rastafari spotkali się po raz pierwszy zrozumieć podstawowe założenia i fakty związane z ruchem...



 

Rastafari

Rastafari to ruch społeczno -religijny powstały w początkach XX wieku. Zasady ruchu sprecyzował Marcus Garvey, określany mianem proroka Rasta. Sam ruch można podzielić na 3 wymiary : religijny, społeczny i kulturowy. Religijny wymiar Rastafarianizmu odnosi się do wiary w walkę dobra ( Syjonu)  ze złem (Babilonem).  Rasta uważają  że efektem tej walki będzie upadek Babilonu i nastanie nowego porządku na ziemi - Jeruzalem . Według zasad Rastafarianizmu Izrael będzie miejscem królowania tolerancji, szczęścia i pokoju.  Wyznawcy Rastafarianizmu wierzą  W Jah, jedynego boga stwórcę . Uważają że to właśnie Jah jest stwórcą wszystkiego że to od niego pochodzi muzyka reggae.  Kolejny wymiar  Rastafarianizmu odnosi się do sytuacji społeczno-politycznej człowieka . Dla Rasta wszyscy ludzie są braćmi, uważają  że pełnią wolności jest możliwość samostanowienia i wiary... 

Jah


Słowo Jah dla rastafarian oznacza Bóg, Stworzyciel, pochodzenie tego słowa jest nie jasne.  Najprawdopodobniej jednak zostało ono zapożyczone od hindusów przybyłych na Jamajkę w poszukiwaniu pracy. Dla Rasta  słowo Jah jest świadectwem swoich przekonań. Tym słowem wyrażają odkrycie nauki Pana na nowo, Pana który jest ich Ojcem i od Niego wszystko pochodzi. Dla Rasta cały świat jest przejawem Jego bliskości i obecności .

 

Symbolika



Flaga

Dla Rastamanów trzy kolory posiadają bardzo duże znaczenie. Symbolizują Afrykę, Etiopię miejsce narodzenia Rastafarianizmu. Kolory symbolizują : zielony- kontynent pierwszych ludzi, Afrykę, złoty - bogactwa zagarnięte przez kolonistów, czerwony - krew przelaną za wolność





Lew

Jest znakiem walki ... Lew jest herbem Etiopii.



Babilon

Dla Rastamanów jest oznaką zepsucia, oznacza zło dzisiejszego świata, komercję, pieniądz , przemoc. Rastafarianie wierzą że Babilon upadnie, co też głosi stare rastafariańskie przysłowie "Babylon must fall"  w Starym Testamencie miasto w którym zło i grzech stało się przyczyną jego upadku



HAJLE SELLASJE

Cesarz Hajle Sajlesie I, 225 cesarz Etiopii, Król królów, Pan Panów panował od roku 1930 do 1975 z przerwą podczas II wojny światowej Był jedynym niepodległym  władcą w Afryce, w czasach kolonializmu które przyniosły innym afrykańskim państwom i plemionom zamęt i zniszczenie.   W latach 70 armia utrzymująca porządek w   Etiopii obaliła władcę. Został on zamknięty w areszcie domowym i zmarł 27 sierpnia 1975. 

 

Dieta


Rastafarianie uważają że dieta człowieka powinna zawierać nie skażone, czyste produkty. Jedną z najbardziej wymagających diet, mających podłoże religijne jest dieta I-Tal. Stosujący tą dietę nie wykorzystują używek, przypraw, nie spożywają też mięsa. 

Pollution



Słowo to oznacza zanieczyszczenie, skażenie. Rastamanie przywiązują dużą wagę do środowiska i do jego stanu. Sprzeciwiają się rabunkowej gospodarce i konsumpcyjnemu stylowi życia, niepotrzebnemu zabijaniu zwierząt.  Rasta głoszą powrót do swych korzeni, do tego co naturalne i czyste. Uważają że człowiek może tworzyć tylko to  co jest naturalne i służy innym, przy tym jest w zgodzie z naturą.  

 

Ganja



 Ganja jest symbolem religii i kultury rastamańskiej, palący ją Rasta twierdzą że to Jah pozwolił im ją palić.  Według Rasta Ganja jest zielem mądrości, człowiek po jej spaleniu staje się mądrzejszy i może lepiej czcić Jah. To czym dla Rasta jest Ganja najlepiej obrazują słowa Boba Marley': " Akceptujemy ziele, jest ważne. (...) Dla nas ziele jest rzeczywistością i życiem. Dlatego ci którzy mają z nią kontakt chcą czynić dobro. Są dobrzy nawet dla wysoko postawionych, nawet dla tych którzy zabraniają nam ją palić. Oni siedzą i mówią, że nie wolno i że się zabrania, bo ponoć to czyni z ciebie buntownika. Przeciw czemu ?"

Dready


Dready (dreadlocks) są ta  posklejane, zbite  w rurki włosy. Fryzura ta znana od pradziejów, w ostatnich czasach stała się fryzurą  bardzo modną. Dla Rasta dready są symbolem  ich wiary i przekonań ,   w Kingstone pierwsi Rasta noszący dready pojawili się ok. lat 40-tych XX w. W dniu dzisiejszym dready noszone są przez wielu ludzi, nie znających ich historii ani znaczenia....

 

Jest kilka metod zapuszczania tej fryzury, mniej lub bardziej znanych, zaczynając od tapirowania i pocierania przez zaniedbywanie i kończąc na tej najgorszej z możliwych metod,  na wizycie w gabinecie fryzjerskim. 



Tapirowanie

Metoda dość popularna, dzięki niej można kontrolować grubość i kształt dreada . Jest pracochłonna, początkowe plątanie zabiera trochę czasu, ale za to włosy wyglądają jak dready od razu i osiągają " dojrzałość" szybciej niż sprawione innymi metodami. Włosy należy podzielić na obszary, swoiste kwadraty, im większy ich obszar tym grubszy dread i odwrotnie, im "kwadraty" są mniejsze tym dready są cieńsze. Gdy włosy są już "posegregowane", za pomocą w miarę gęstego grzebienia  należy czesać włosy wstecz tzn. do głowy. Efektem tego powinno być odskoczenie włosów i plątanie się ich tuż przy korzeniach. Włosy można wtedy skręcić, co jednak jest trochę bolące. Powstałego ze skręcania dreada tapirujemy posuwając się ku górze. Skończonego dreada można zabezpieczyć gumkami tuż przy jego nasadzie i na samym końcu. Używanie dobrego mydła i odpowiedniej klasy wosku jest jednym z głównych zabiegów pomagających w rozwoju  dreadów. Podstawą jest zaczynanie z czystymi i suchymi! włosami. Metoda ta wymaga pomocy ze strony kumpla / kumpelki który/a  pomoże w tapirowaniu i zaplataniu.



Pocieranie wełną

Metoda bardzo bolesna i powstałe dready są dalekie od wymarzonych. Polega na pocieraniu wełnianym swetrem włosów dotąd aż zaczną łączyć się ze sobą. Zabieg ten musi być wielokrotnie powielany ( niestety!)  Włosy się plączą i wymagają rozrywania i dzielenia na dready.



Skręcanie

Metoda całkowicie naturalna, daje kontrolę nad wyglądem dreadów ale... nadaje się tylko dla " afrykańskiego" typu włosów. Cała jej tajemnica polega tylko na skręcaniu włosów w dready...



Zaniedbywanie

Kolejna naturalna metoda, dready tworzą się same, ale włosy muszą być długie i nie myte, a jeśli myte to tylko w samej wodzie. Niestety dready tworzą się po bardzo, bardzo długim czasie...

Pielęgnacja

Dready muszą być myte tak często jak zwykłe włosy. Można je myć  wcierając w nie mydło lub szampon i następnie je wyciskając  i płucząc w wodzie ( jak gąbka ! ) Należy myć też skórę głowy. 

 

Reggae Sumfest  



 

 (Robert Leszczyński)

 

 



Urodziny Boba Marleya są na Jamajce świętem państwowym. Nic dziwnego, chodzi wszak o najsłynniejszego obywatela, który obok plaż, rumu i cygar jest głównym źródłem dochodu wyspy.

Muzyka reggae ćwierć wieku temu rozlała się z Jamajki po całym świecie i dziś jest chyba najbardziej wpływowym nurtem w muzyce popularnej. Z rytmów reggae wywodzi się m.in. amerykański hip hop i europejski taneczny underground.

 

Jedenastego maja w rocznicę śmierci Marleya na raka płuc telewizje całego niemal świata (w tym TVP) pokazały okolicznościowe programy o twórcy nowoczesnego brzmienia reggae i do dziś jego największej gwieździe. Z tej okazji zostały też zremasterowane i wznowione wszystkie jego albumy, a na światowe listy przebojów i do muzycznych telewizji trafił niepublikowany wcześniej utwór "I know a place".



 

Na Jamajce Marley jest słyszalny i widoczny niemal na każdym kroku. Jego muzykę grają stacje radiowe, przydrożne bary i uliczne sound systemy. Jego twarz replikowana jest na koszulkach, plakatach, pamiątkach dla turystów i graffiti na ścianach budynków. Nic dziwnego - chodzi wszak o najsłynniejszego obywatela w dziejach Jamajki, którego urodziny są tutaj świętem państwowym i który obok rumu, cygar i rajskich plaż jest głównym źródłem dochodu wyspy.

 

Trzech Marleyów

Jego duch i muzyka była też obecna w Montego Bay na Jamajce na Reggae Sumfest - największym na świecie festiwalu tej muzyki. W ciągu sześciu nocy wystąpiło tu ponad 60 wykonawców, w tym aż trzech o nazwisku Marley (Damian "Jr. Gong" Marley, Stephen Marley, Julian Marley), oraz Bunny Wailer, czyli Bunny Livingston - kongista z oryginalnego składu zespołu Bob Marley & The Wailers.

To nie oni jednak okazali się największymi gwiazdami tego festiwalu. Przez dwie dekady od śmierci Marleya reggae na Jamajce i na całym świecie bardzo się zmieniło. Styl Marleya uważany jest obecnie za klasyczny, tradycyjny i wręcz archaiczny, a samo reggae wchłonęło tyle samo ze światowej muzyki pop, co jej wcześniej oddało. Największą gwiazdą jednego z wieczorów był np. legendarny amerykański raper Snoop Dogg. Kiedy indziej natomiast 15-tysięczna jamajska publiczność bawiła się przy muzyce swoich zespołów, które okazały się reggae'owymi klonami największych gwiazd pop. Np. Fourth Street Girls to tutejszy odpowiednik girlsbandu Destiny's Child, TOK - boysbandu Backstreet Boys. Co ciekawe, wszystkie te klony śpiewały w jamajskim stylu do podkładów z nowoczesnego reggae i niejednokrotne, pod względem muzyki i wykonania, wypadały lepiej od swoich oryginałów. Wystąpili też Blu Cantrel, Bunny Wailer i Richie Stephens. Każdy z nich miał w repertuarze przynajmniej jedną piosenkę Marleya.

 

Polskie rany

Świetnie przyjęty został nowojorski raper Ja Rule, ale największą gwiazdą festiwalu okazał się Shaggy - Jamajczyk, który odniósł największy światowy sukces muzyczny od czasów Marleya. Wyemigrował z Jamajki do Nowego Jorku jako nastolatek. Tam zajmował się muzyką reggae, ale bez komercyjnych skutków. Z braku środków do życia zaciągnął się do armii amerykańskiej i w 1991 r. brał nawet udział w wojnie w Zatoce Perskiej. Kiedy był w marines jego przesycone seksualnością piosenki (Shaggy znaczy "kosmaty", mający "kosmate myśli") zaczęły zdobywać popularność najpierw w nowojorskich dyskotekach, a następnie stacjach radiowych. Jeszcze jako kontraktowy żołnierz Shaggy podpisał kontrakt fonograficzny. W tygodniu był żołnierzem, a podczas przepustek - wschodzącą gwiazdą reggae. Już jego pierwszy album odniósł ogromny sukces. W Zatoce Perskiej nic się Shaggiemu nie stało. Rany odniósł dopiero podczas koncertów w Polsce. Pięć lat temu przed koncertem w Poznaniu spadła mu na głowę rampa z oświetleniem, jednak dzielny żołnierz po opatrzeniu w szpitalu wrócił na scenę i dał świetny koncert. W tym roku Shaggy powrócił z nowym albumem "Hot Shot", który rozszedł się dotychczas w fenomenalnym nakładzie siedmiu milionów egzemplarzy i wprowadził na listy przebojów dwa wielkie hity - "It Wasn't Me" i "Angel", czyniąc z piosenkarza megagwiazdę. Nic więc dziwnego, że po takim sukcesie Shaggy przyjmowany jest na rodzinnej Jamajce jak prorok. Podczas koncertu publiczność odśpiewała wszystkie jego piosenki, a ubrany na biało mistrz ceremonii Shaggy kierował nią jak dyrygent. Okazał się równie znakomitym showmanem, co wokalistą. 

 

Shaggy to nie Marley

Czy więc Shaggy jest następcą Marleya? Nawet tutaj nikt nie ma wątpliwości, że nie, bo o ile Marley wniósł do światowej muzyki pop odrębny gatunek, Shaggy bierze z reggae tylko tyle, ile jest mu potrzebne, aby stać się artystą oryginalnym i rozpoznawalnym - puls nowoczesnego reggae, charakterystyczny sposób śpiewania i jamajski akcent. Legenda Boba Marleya jest niezachwiana. Inna sprawa, że już w czasach Marleya reggae opuściło rodzinną Jamajkę i teraz jego śladów należałoby szukać nie tutaj, ale w całej światowej muzyce, również w Polsce, gdzie swego czasu, w latach 80., było jednym z najpopularniejszych muzycznych stylów i gromadziło na festiwalach wcale nie mniejszą publiczność. Może właśnie to miał na myśli Marley, śpiewając swój bodaj najważniejszy utwór pt. "Exodus".

 

 Robert Leszczyński, Montego Bay, Jamajka



 

Wykorzystane zostały fragmenty książki Ireny Gumowskiej " Ziółka i My"

Skąd brać ziółka i jak je przechowywać?

Najprościej jest je kupić w sklepach Herbapolu lub w aptece. Nie ma wtedy ryzyka, pojawia się ono wtedy gdy zioła kupujemy na rynku, od zbieraczek itd. (...) Jeszcze gorzej gdy kupujemy zioła których w ogóle nie znamy , na które nas ktoś namówił, a które zamiast pomóc mogą nam zaszkodzić.

A więc na pytanie : skąd brać zioła ? może najlepszą odpowiedzią było by : z własnego ogródka. (...) W miastach można uprawiać tylko  niektóre zioła - choćby przyprawowe. Ponadto nie można zbierać ziół z miejsc skażonych, choćby środkami ochrony roślin      (przydrożne łąki odpadają !)  Nasiona można nabyć w sklepach zielarskich, głównie rumianku, dziurawca, hyzopu, lawendy, lubczyku, melisy, kminku i kolendry.

Czas zbioru

Na ogól zbiór przeprowadza się w czasie suchym i ciepłym. Najlepszą porą jest przedpołudnie - po opadnięciu rosy ale jeszcze przed upałem, lub przed wieczorem, zanim opadnie mgła i rosa.  Ale to są ogólne zasady, od których istnieje wiele odstępstw, uwarunkowanymi cechami indywidualnymi rośliny.



Przed zbiorem

Zacznijmy znowu od zasady. A ta nakazuje by nie myć zebranych roślin, tylko suszyć je od razu po zebraniu. Dziś powinno się bardziej zwracać uwagę na miejsce zbioru niż dawniej. Niech to nie będą  rowy przydrożne i pobocza szos  którymi pędzą samochody, bo ich spaliny, a także drobiny ścieranych opon mogą być wchłaniane przez liście i korzenie.

Podobnie całe połacie łąk mogą być zatrute pyłami, dymem itp. z fabryk. Nie należy też zbierać ziól z miedz, z poboczy pól itd. ponieważ mogą one być zatrute nawozami sztucznymi , herbicydami i pestycydami

Jak i co zbierać?

Przede wszystkim trzeba dobrze znać zbierane rośliny. A podczas zbioru najlepiej jest oddzielać poszczególne gatunki roślin, ponieważ już wysuszone mogą być trudne do rozpoznania. Najlepiej jest zioła zbierać do koszyka i zbierać tylko jeden ich rodzaj. Zbiera się bądź naziemną część  rośliny czyi ziele bądź określone jej części: kwiaty, korę, korzenie, liście, pączki, owoce itd...

 

Kultura zbioru:


  • zbierać tylko tyle ile naprawdę się potrzebuje i zdoła zużyć, bo wartość ziółek jest wtedy pełna gdy nie przetrzymuje się ich dłużej niż rok

  • zbierać rośliny które bardzo dobrze znamy i jesteśmy pewni że nie są chronione

  • zbierać tylko tą część rośliny która jest nam potrzebna

  • nie łamać innych roślin które nie zbieramy grzybów, chwastów itp.

  • Nie zbiera się ziół w miejscach chronionych : parkach narodowych, krajobrazowych...

  • zawszę przestrzegać wszelkich reguł sztuki zielarstwa ...

 

Sztuka suszenia 

Zasad jest prosta suszyć w cieniu i w miejscu przewiewnym. Do suszenia ziół nadają się strychy, szopy, puste stodoły. A przy tym jest dobre powietrze - nie ma innych mocnych zapachów, które schnące zioła łatwo wchłaniają.

Na ogół zioła suszy się w temp. od 20 do 35 stopni Celsjusza

Jednak sposoby suszenia są również uwarunkowane indywidualnymi cechami roślin



Korzenia i kłącza oczyszczone, umyte (!) , opłukane i osączone z wody , na ogół pocięte na kawałki można suszyć nanizane na nitki, podobnie jak grzyby. 

Łodygi i kora  suszy się też na słońcu lub w piekarniku, zapewniając przepływ suchego powietrza

Liście i ziele - suszy się rozpostarte na czystych, suchych papierach, w miejscu ciepłym bardzo dobrze wietrzonym, w cieniu, nigdy nie na słońcu ! Całe rośliny można też powiązać  w niewielki , luźne bukiety. Potem wykrusza się z takiego bukietu liście i kwiaty

Kwiaty - trzeba suszyć bardzo ostrożnie i umiejętnie aby zachowały swoją  naturalną barwę. Zwykle suszy się je w cieniu w temp. od20 do 25 stopni Celsjusza, rozłożone cienko na papierze  i przykryte bibułkami

Owoce - suszy się je na słońcu, lub w piekarniku A propos suszenie w piekarniku nie jest najlepszym sposobem ale nie raz koniecznym. Piekarnik nie ma wentylacji więc trzeba ją jakoś zastąpić obracając suszem, przerzucając go delikatnie. Zresztą... wiele doświadczeń z suszenia grzybów przydaje się w suszeniu ziół.

Nasiona - rozkładamy cienką warstwą na papierach i suszymy w miejscu ciepłym, suchym i dobrze wentylowanym

 

Przechowywanie:

Zioła aromatyczne ( zawierające olejki lotne ) przyprawowe itp. przechowujemy w szczelnie zamkniętych słoikach. Wygodnie jest przechowywać zioła  rozdrobnione, ale wtedy szybciej tracą zapach. Lepiej jest je rozdrabniać dopiero przed użyciem. Większość ziół kruszymy i przechowujemy w słojach lub najlepiej w papierowych torebkach (torebki powinny być szczelnie zamknięte!)  Zawsze wszelkie opakowania należy oznaczyć nazwą ziela i datą zbioru. Etykieta jest konieczna.  Przeterminowane zioła podobnie jak lekarstwa należy wyrzucić. 

Użycie:


  • na surowo, można jadać świeże, posiekane liście ziół przyprawowych ( np. melisa, bazylia, lubczyk)

  • napary - naparzanie pozwala z ziół substancje  czynne do wyciągu wodnego. Napary przyrządza się z tych ziół których nie powinno się gotować

  • odwary - powstają w czasie gotowania, głównie sporządza się je z kory, łodyg, owoców,  nasion. Rozdrobnione zalewa się odpowiednią ilością zimnej wody i gotuje 15 do 30 minut. W miarę wyparowywania wody należy ją dolewać. Odwary przygotowuje się do jednorazowego użytku.

  • wyciągi sporządza się je z  surowców twardych, korzeni itp. Odpowiednią ilość ziela zalewa się zimną przegotowaną wodą i zostawia się na kilka lub kilkanaście godzin. Potem ogrzewa się je, przecedza, i pije.

  • herbatki - najczęstszy sposób picia ziół, słodzony do smaku

  • płukanki - służą  do płukania gardła, ust bolących zębów lub dziąseł

  • okłady- można stosować kilka ich rodzajów: kojące, gojące, przegrzewające, i zmiękczające

  • inhalacje, parówki - przygotowany wywar z ziół, gorący, parujący, wlewa się do miski i nachylając nad nią głowę wdycha opary ziół zawierające olejki eteryczne.

Z gliny, słomy i kamienia 



(budownictwo ekologiczne)

W Przełomce nad Hańczą po­wstaje ekologiczny dom - ze słomy, gliny i drewna.

Autorem projektu domu jest archi­tekt Paulina Wojciechowska, Polka z pochodzenia, mieszkająca na stałe w Londynie. Od lat pasjonuje się „prymitywną architekturą". To z jej inicjatywy powstała w 1999 r. międzynarodowa organizacja Earth Hands & Hauses promująca ekologiczne budownictwo.

Budownictwo alternatywne

Architektura „prymitywna" nie znaczy „zacofana". Chodzi o takie budownictwo, które wyrasta z ziemi i jej pochodnych. Należy je więc rozumieć jako architektury pierwotną, która pozostaje w harmonii z człowiekiem i naturalnym otoczeniem.

Autorka projektu podróżowała m.in. do Indii i Afganistanu, gdzie tradycja budowania domów z naturalnych ma­teriałów jest wciąż podtrzymywana. O „architekturze ziemi" uczyła się tak­że w Londynie, w szkole Nadera Khalili, architekta pochodzenia irańskiego. Uczestniczyła w warsztatach oraz realizacjach konkretnych projektów, np. wśród ubogiej społeczności Indian w Meksyku. Warsztaty pokazały jej, jak prosto, tanio i zdrowo można zbudować dom.

Prymitywne budowle, stawiane m.in. ze sprasowanych brył słomy i gliny, są przede wszystkim tanie i dlatego są sposobem na dach nad głową w ubogich obszarach świata. To budownictwo dla najuboższych przeradza się jednak coraz częściej w alternatywę dla zaawansowanych technologicznie, drogich i nie zawsze zdrowych budynków. W ciągu ostatnich dziesięciu lat popularność zdrowej architektury, opartej na systemie odbiegającym od współczesnych zaawansowanych technologii, znacznie wzrosła w USA, Kanadzie i w Europie Zachodniej

Projekt dla Przełomkl

W Polsce dom ze słomy i gliny powstaje w posiadłości Macieja i Haliny Mackiewiczów, właścicieli Galerii Wiejskiej w Przełomce na Suwalszczyźnie. W przyszłości będą tam pokoje gościnne dla zwiedzających galerię

Autorka projektu jest w dużej mierze również jego wykonawcą. Jest on bowiem prosty konstrukcyjnie. Budowa domu opiera się na podstawowej wiedzy, którą łatwo zdobyć w trakcie warsztatów, bez konieczności studiowania budownictwa. Dlatego główną konstrukcję wzniesiono w Przełomce przy współpracy wolontariuszy.

Podstawowym materiałem budowlanym jest pożniwna słoma zespolona w bloki. To od jakości tej słomy zależy jakość i żywotność domu. Słoma musi być przede wszystkim sucha i czysta oraz ściśle zespolona.

Postawienie ścian ze słomy poprzedziło wykopanie fundamentów. Wzniesiono je na wysokość ok. 50-60 cm. Ich szerokość jest taka sama jak szerokość słomianych brył. Zbudowane z naturalnych materiałów (nie wylano betonu), żwiru i kamieni zapewniają dobrą cyrkulację powietrza.

Dom w Przełomce osadzony jest na fundamencie ułożonym z kilku warstw. Najgłębsza warstwa sięga około 60 cm w głąb ziemi to ubity mocno żwir wymieszany z ziemią w którym znajduje się niewielki kanał odwadniający. Dopiero na warstwie  żwiru ułożone warstwę płaskich kamieni połączonych zaprawą . Warstwa ta , rozpoczynająca się płytko pod ziemią wznosi się na wysokość około 60 cm nad ziemię . U szczytu gdzie spotyka się ze słomianymi ścianami uformowano pośrodku tunel z warstwą żwiru . Usprawniło to cyrkulację powietrza tuż pod słomą , która w tym miejscu jest najbardziej narażona na przyjmowanie wilgoci.  Podłoga domu powstała również z   warstw naturalnych : żwiru słomy i gliny. Osadzenie słomianych bloków na bazie wznoszącej się ponad poziom ziemi chroni ścianę przed wilgocią, a zespolenie słomianych ścian z fundamentami  uczyniło je bardziej stabilnymi 

Słoma i glina

Konstrukcję ścian rozpoczyna się od ułożenia warstwy bloków słomy bezpośrednio na fundamencie. (W trakcie układania słomy należy pamiętać o zabezpieczeniu ścian folią przed deszczem). Przy trzeciej warstwie słomy, w odstępach mniej więcej pół metra, zamocowano wzdłuż ścian, po ich wewnętrznej i zewnętrznej stronie, stelaże z kijków, które wiązane ze sobą ponad każdą kolejną warstwą utrzymują ściany w pionie. W trakcie konstrukcji wmontowano ramy okienne i drzwiowe.

Na szczyty gotowych już ścian położono drabiny szerokości i długości ścianek, podwiązane linkami do fundamentów (metalowe zaczepy wmontowano w trakcie konstrukcji fundamentu). Ten etap należy uznać za jeden z ważniejszych. Drabiny działające jak zaciski kompresują ze sobą poszczególne warstwy słomy i stają się podstawą dla konstrukcji dachu.

W Przełomce wykorzystano tradycyjną metodę konstrukcji dachu spadzistego wypełnionego warstwą celulozy, izolacji, a krytego strzechą. Taki rodzaj zadaszenia daje możliwość aranżacji strychu.

Ciężar dachu spoczywa na ścianach. Dlatego muszą one być solidne i mocno zespolone z fundamentem. Również konstrukcja drewnianej podłogi na piętrze opiera się na ścianach głównych oraz na ściankach wewnętrznych powstałych z podziału wnętrza na pokój, kuchnię i łazienkę.

Pracochłonnym etapem wykończenia domu jest jego kilkuwarstwowe, ręczne „tynkowanie" gliną wymieszaną z sieczką.



Tani i zdrowy

Dom w Przełomce ma wiele zalet. Dzięki naturalnej i warstwowej izolacji utrzymuje ciepło zimą, a daje przyjemny chłód latem. Odznacza się dobrą cyrkulacją powietrza bo jego ściany oddychają , jest poza tym dźwiękom szczelny i ognioodporny



"Sen o ziemi obiecanej"

 

Bracia rasta na wyspie od dawna przepowiadali nadejście Tego Dnia. Skrupulatnie śledząc telewizyjne dzienniki, wertując gazety, a także obserwując niezwykłe zjawiska przyrody, zbierali dowody, potwierdzające ich nadzieje i obawy - jakże bowiem nie bać się nieznanego?! - że nadciąga Czas Sądu Ostatecznego.]

Odurzeni słodkim dymem świętego ziela, gandzi, które pomagało im nawiązać łączność z Najwyższym i dawało niezwykłą jasność umysłu, rozprawiali o swoich spostrzeżeniach. A raczej przemawiali, troskliwie dobierając mistyczne zaklęcia, gdyż połączeni świętym zielem z Wszechmocnym, tracili nagle zdolność słuchania tego, co mają do powiedzenia inni, zebrani w magicznym kręgu. Byli pewni, że Koniec Świata jest już blisko. Jakże inaczej bowiem wytłumaczyć, że trujące deszcze i tajemnicze pożary unicestwiały dziewicze lasy, rzeki i morza przybrały kolor krwi, ludzie zaczęli zapadać na nieznane, straszliwe choroby, a w dalekiej Rosji zaczęło nagle wysychać wielkie morze położone w samym środku pustyni? A jeszcze huragany, zabójcze trzęsienia ziemi i wojny, które, wydawało się, wkrótce ogarną cały świat? A jakże przejść do porządku nad tym, że przywódcą Ameryki został Ronald Wilson Reagan? Bracia rasta szybko obliczyli, że każdy z trzech wyrazów składających się na jego nazwisko liczy po sześć liter. Odkrycie to przeraziło ich w równym stopniu, co usatysfakcjonowało. Trzy szóstki - znak Szatana. Nic dziwnego, że ten żyjący Antychryst tak nienawidził braci rasta i wszelkich innych buntowników, że gotów był wydać im wojnę w dowolnym zakątku świata? A rządzących jamajską wyspą namówił, by zakazali uprawy świętego ziela i pozbawili braci rasta łączności z Bogiem! Młodzież z Getta sięgnęła więc po inne pocieszycielki, mniej mistyczne, za to skuteczniejsze - heroinę i kokainę, a drogę do wolności i zbawienia, wytyczoną przez braci rasta, uznała za zbyt trudną. Wszystko to było dziełem Szatana, Sześć, Sześć, Sześć.

Wypatrując Dnia Sądu Ostatecznego, bracia rasta unikali jednak podawania precyzyjnych terminów. Zbyt wiele razy oszukali się i ośmieszyli. Jak siódmego lipca 1977 roku, kiedy zgodnie z przepowiedniami miał nastąpić Koniec Świata. Siedem symbolizuje wszak doskonałość i wieczność, a magiczna data składająca się z samych siódemek nie mogła być takim samym dniem jak inne. Już poprzedniego dnia miasta i wsie Jamajki opustoszały, a rząd wysłał wojsko do patrolowania ulic. Komunikaty radiowe uspokajały, że władze nad wszystkim panują, ale ludzie i tak woleli tego dnia nie wychodzić z domów. Cała wyspa zamarła, gdy zegary wybijały siódmą godzinę, a potem, gdy mijała siódma minuta i siódma sekunda po siódmej. Nie wydarzyło się jednak nic szczególnego. Czekano jeszcze na siódmą wieczorem, ale już bez takiego napięcia i ciekawości. Ale minęły cztery lata i oto nadeszła kolejna wieść, która zapowiadała Koniec Świata. Umarł Robert Nesta Marley, uważany przez wielu braci rasta za zbawcę, Posłańca Najwyższego, spadkobiercę pierścienia króla Salomona z wizerunkiem Lwa Judy, tym samym, który nosił na palcu Jah Ras Tafari, cesarz Etiopii Hajle Sellasje I. Wielu wierzyło, że Marley był Przewodnikiem, który poprowadzi ich w Wielką Wędrówkę z Wygnania do Ziemi Obiecanej, z przeklętego Babilonu do Syjonu oznaczającego wieczną szczęśliwość i odkupienie. Dla braci rasta, którzy nie wierzyli w śmierć, było jasne, że Jah wezwał Marleya przed swoje oblicze. Uradowali się więc, bo zapowiadało to nadejście Sądu Ostatecznego i sprawiedliwości.



 

Biała kobieta masuje kark Marleyowi

Czy człowiek może umrzeć z powodu skaleczonego podczas meczu piłkarskiego palca u stopy? Nie sądzę - Paulie nawet nie odwrócił wzroku w moją stronę. Przegadaliśmy wiele godzin na trawniku przed domem przy Drodze Nadziei w Górnym Mieś-cie, gdzie kiedyś mieszkał Marley. Odgrzebując wspomnienia, Paulie dokładnie dobierał słów. I mówił niezmiennie wpatrzony prosto przed siebie. Początkowo odbierałem to jako przejaw niechęci, a nawet wzgardy. Zapytałem kiedyś o to Julię. "Nie przejmuj się - machnęła niecierpliwie ręką. - On tak zawsze". Przed piętrową, schowaną wśród potężnych drzew kamienicą bez przerwy przewalali się ludzie. Wchodzili, wychodzili, przysiadali na ławeczkach i na trawie, w cieniu. Witali się albo przystawali bez słowa, jakby na coś czekając. Tak jak dawniej, kiedy jeszcze żył. O tym, że Tamto się skończyło, przypominał ustawiony przed werandą posążek Marleya odlany w betonie, pokraczny i wymalowany jaskrawymi kolorami. W przerobionym na muzeum domu nie przetrwało nawet wspomnienie po dawnym życiu. Tylko martwe sprzęty, których kiedyś używał. Gitary, na których grał, maty, które służyły mu do spania, portret cesarza Hajle Sellasje w sypialni. Marley przeprowadził się na Drogę Nadziei, gdy za sprawą swojej muzyki stał się już sławny i bogaty. Uciekł z Getta, tak jak uczyniłby to każdy inny jego mieszkaniec, wszyscy przecież żyli tylko tą myślą. Sobie samym gratulowaliby ucieczki, Marleya zaś potępili. Bo dla nich nie był on byle kim, kimś zwyczajnym. Nie chcieli, by postępował tak, jak postąpiliby oni sami. Stając się Bohaterem Getta, Bob stał się jednocześnie tym, czym chcieli być jego mieszkańcy. Uosobieniem ich wyobrażeń o rycerskości, romantyzmie, sprawiedliwości, solidarności w nieszczęściu. Czyż nie o tym im śpiewał? Został królem i niewolnikiem. Kiedy w Getcie rozeszła się wieść, że Marley kupił dom przy Drodze Nadziei w Górnym Mieście, bracia rasta uznali to za ohydne kłamstwo, rozpowszechniane przez sługusów Babilonu. Aby ukręcić łeb plotkom, wybrali spośród siebie delegację, która miała wszystko sprawdzić. Kiedy emisariusze dotarli pod wskazany adres, nie mogli uwierzyć własnym oczom. Na drewnianej werandzie otoczony nieznanymi im ludźmi Marley grał na gitarze, a stojąca za nim biała kobieta masowała mu kark. Następnego dnia Bob udał się do Getta, by pogodzić się z braćmi. Trench Town powitało go chmurną, pełną rozczarowania i żalu pogardą, której nie rozwiały nawet zapewnienia, że choć uciekł z Getta, pozostawił w nim swoje serce i duszę, a jego dom w Górnym Mieście zawsze będzie domem wszystkich braci, że mogą tam przychodzić i mieszkać, kiedy tylko zapragną. Braciom z Getta wcale nie spodobał się pomysł, by wędrować wiele kilometrów na Drogę Nadziei, tylko po to, by w obłoku świętego ziela zapaść w sen na podwórzu Marleya. Tym bardziej że, jak podejrzewali, najlepsze, zacienione miejsca będą zajęte przez nowych przyjaciół Boba. - Ja sobie myślę - Paulie przerwał naelektryzowaną oczekiwaniem ciszę - że go zabili.

To wyspa króla Jerzego, a nie Hajle Sellasje

Dla mieszkańców małej rybackiej wioski Morant Bay proces Leonarda Percivala Howella z marca trzydziestego czwartego był wydarzeniem, które nie tylko znakomicie urozmaiciło rutynę ich codziennej beznadziejności, lecz także uczyniło ich mieścinę sławną na całą wyspę. Czarnoskóry brodacz o sylwetce gladiatora sądzony był za wywrotową działalność i nawoływanie do buntu przeciwko miłościwie panującemu królowi Jerzemu V. Po wielu dniach dociekliwych przesłuchań, najsurowszych oskarżeń i błyskotliwych replik, sędzia, sir Robert William Lyall-Grant, wydał wyrok. - Podajesz się za ambasadora Etiopii, choć nigdy w tym kraju nie byłeś. Podburzasz rybaków, by nie płacili podatków brytyjskiemu królowi, jedynemu prawowitemu władcy tej wyspy, i wmawiasz im, że nie są jego poddanymi, ale jako potomkowie wywiezionych z Afryki niewolników winni są posłuszeństwo cesarzowi Etiopii Hajle Sellasje. W świetle tych przestępstw uznaję cię za niebezpiecznego wywrotowca - sędzia nawet nie patrzył na stojącego przed nim hardo oskarżonego. - Uznaję cię także za oszusta, gdyż mamisz pobożnych rybaków herezjami, że cesarz Etiopii jest mesjaszem, który sprowadzi wszystkich czarnoskórych do ich ojczyzny, Afryki. A podając się za cesarskiego ambasadora, wyłudzasz od biedaków pieniądze, sprzedając im po szylingu zdjęcia Hajle Sellasje i twierdząc, że są to paszporty i bilety, dzięki którym będą mogli wyruszyć w wędrówkę do Afryki. W świetle powyższego skazuję cię na dwa lata więzienia i nie uważam, by kara ta była zanadto surowa. Więzienie nie nauczyło jednak Howella pokory. Na wolności skrzyknął swoich uczniów i pod Spanish Town założył komunę, której członkowie zaczęli się wkrótce odróżniać od innych mieszkańców miasta długimi, posklejanymi w warkocze włosami oraz dziwną, mistyczną mową. Mówili o sobie rasta, poddani Ras Tafari, etiopskiego cesarza Hajle Sellasje, Ojca Stworzenia, Zbawcy Świata, Króla Królów, Żyjącego Boga na Ziemi, Zwycięskiego Lwa Judy, Dziedzica Tronu Salomona. Tłumaczyli, że to właśnie czarnoskórzy Afrykanie są Narodem Wybranym. Że karaibska wyspa Jamajka jest tylko Domem Niewoli, Babilonem, z którego właśnie mesjasz Hajle Sellasje lub jego Posłannik, poprowadzi ich w wędrówkę do Ziemi Obiecanej, Syjonu, Etiopii. Cytowali przy tym rozmaite fragmenty Pisma Świętego, dowodząc, że ich prawdziwa historia, zapisana w Biblii, została zakłamana przez białych ciemięzców, którzy zniewolili ich i podając kłamstwo za prawdę, chcieli tym łatwiej utrzymać w poddaństwie. Ale nadchodzi kres wygnania, tułaczki i niedoli - zapowiadali. - Oto w Afryce, tak jak przepowiedziano, koronował się król, który wyprowadzi ich z babilońskiej niewoli. Pozostaje tylko czekać na Armageddon, a wtedy zostaną zbawieni. Poza głoszeniem Słowa Bożego, Howell uprawiał gandzię, a także miłość z trzynastoma kobietami, które pojął za żony. Pewnego ranka ogłosił, że to on, a nie Hajle Sellasje, jest Bogiem i wyniósł się do pieczary w górach pod miastem. Ogłoszono go wariatem.

Czekajcie na wieści z Etiopii. Czekajcie na wieści z Etiopii

Dla wnuków czarnoskórych niewolników, uprowadzonych przed laty przez piratów do Nowego Świata, Afryka była mityczną krainą, do której uciekali w myślach, snach i tęsknotach. Żaden z nich nie był nigdy w Afryce ani niczego o niej nie wiedział, poza przekazywanymi z pokolenia na pokolenie opowieściami, które z czasem coraz bardziej przypominały heroiczne legendy. Ci, którzy pamiętali jeszcze Afrykę, dawno pomarli, a i ich świadectwa z biegiem lat traciły na ostrości i precyzji. A gdy handel ludźmi został w końcu zakazany i niewolnicze statki przestały cumować w karaibskich zatokach, jedynym źródłem wiedzy o Afryce pozostały krótkie wzmianki w gazetach, które potrafili odczytać nieliczni z czarnych. Etiopia była miejscem magicznym. Nie tylko mówiło o niej Pismo Święte, lecz także jako jedyne afrykańskie królestwo nie została podbita przez obcych, nie dała sobie odebrać wolności. Etiopia była więc nadzieją i obietnicą. - Czekajcie na wieści z Etiopii! - nauczał w swoich płomiennych kazaniach najsławniejszy kaznodzieja wyspy, przezywany "Mojżeszem" Marcus Garvey. - Powiadam wam, czekajcie na wieści z Etiopii. Właśnie tam zostanie koronowany afrykański król, który zostanie waszym zbawcą. Im mniej potomkowie niewolników wiedzieli o Afryce, tym bardziej jawiła się im ona jako wyśniona, rajska kraina, w której ich podły żywot musiałby zostać odmieniony. Wywodzili się wszak stamtąd, przynależeli do niej, to było ich miejsce pod słońcem. Aby tam trafić, trzeba było tylko w jakiś cudowny sposób jeszcze raz przeprawić się przez Atlantyk, a więc w jakimś sensie zawrócić czas. Tak jak pierwsi niewolnicy, którzy wierzyli, że po śmierci ich duchy odlatują jak ptaki do Afryki.

Król Królów zna mowę zwierząt i ptaków

Warren Wint zdmuchiwał kurz z pożółkłych, oprawionych w tekturę tomów starych gazet. Przewracał z nabożną czcią kruche jak bibuła stronice, aż wreszcie zamarł, wpatrując się w wielki, biegnący przez całą gazetową płachtę napis. Światłość Świata. Czwarty listopada 1930 roku. To były wieści z Etiopii, gdzie książę Ras Tafari Makonen, syn Ras Makonena, gubernatora prowincji Harar i prawnuk króla Sahekiego Sellasje z Szoa ogłosił się cesarzem, a podczas koronacji przyjął tytuły wskazujące na to, że jest dziedzicem króla Salomona i królowej Makedy z Saby. Negus Negesti, Król Królów, Zwycięski Lew Plemienia Judy. W Getcie zawrzało. Nędzarze, potomkowie afrykańskich niewolników zaczęli gorączkowo wertować Pismo Święte i odgrzebywać w pamięci szczegóły przekazywanych z pokolenia na pokolenie przepowiedni o Zbawicielu, który zostanie koronowany na Ziemi Dawida i pod którego panowaniem zostanie obalony tron Babilonu. Król Królów miał mieć wełniste włosy, spojrzenie palące jak ogień i skórę ciemną jak popiół. Z fotografii, które wkrótce sprowadzono na wyspę, ubrany w paradny mundur i koronę etiopski cesarz spoglądał z tronu przeszywającym, jakby oskarżającym wzrokiem, a jego czarne oczy były ledwie widoczne w gęstwinie krzaczastych brwi i zarostu, zakrywającego niemal całą twarz monarchy. Mówiono, że Ras Tafari znał mowę zwierząt i ptaków i nie raz widziano, jak rozmawiał z lwami i lampartami. Kapłanów porażał wręcz swoją wiedzą teologiczną. Opowiadał o życiu królów, świętych mężów i mesjaszów tak, jakby sam był świadkiem opisywanych wydarzeń. Mówiono też, że cesarskie dłonie nosiły wyraźne ślady blizn. Jakby kiedyś zostały przebite.

Nie ma miejsca dla praw Babilonu

Wszystko wskazywało więc, że Jah Ras Tafari zszedł na ziemię. Pozostawało tylko czekać na Znak, a czekając żyć, jak przykazał Pan. Starszyzna rasta szukała w Piśmie prawideł regulujących szczegóły ludzkiego żywota. Aby lepiej pojąć objawione prawdy, bracia sięgali po święte ziele, o którym wyczytali w którymś z fragmentów Starego Testamentu, że zostało stworzone przez Pana specjalnie dla człowieka jako źródło mądrości. Wzmocnieni gandzią bracia rasta wyczytali, że nie powinni strzyc włosów ani pozwolić, by odjęto im nawet najmniejszy fragment ich ciała. To dlatego zaczęli nosić długie, posklejane w warkocze włosy upodabniające ich do biblijnego Samsona. To dlatego też Bob Marley nie pozwolił cudzoziemskim lekarzom odjąć sobie rannego palca u stopy, choć ostrzegali go, że choroba, którą nazwali rakiem, strawi całe jego ciało i w końcu zabije. Operacja przedłużyłaby mu może życie, ale zamknęła drogę do zbawienia. Czekając na exodus, wędrówkę do Syjonu, należało unikać wszystkiego, co wiązało się z Babilonem. Nie wolno było poddać się machinacjom Babilonu, stanowiącego przecież jedynie przejściową formę zniewolenia umysłu. Nie chcąc się zbrukać, bracia rasta, recytując mantry miłości, pokoju i braterstwa, starali się unikać wszelkich czynności, noszących znamiona niewolnictwa. Nie pracowali więc jako robotnicy najemni w fabrykach czy na plantacjach, a na życie zarabiali jako wolni artyści lub rolnicy. Zamykali się w twierdzy oczekiwania, medytacji i dymu ze świętego ziela, znakomicie rozpraszającego wątpliwości i przywracającego niezmąconą wiarę, pogodę i nadzieję. Zdawali się nawet nie zwracać uwagi na otaczającą ich rzeczywistość jamajskiego państwa, którego stali się obywatelami. Rezygnując z ochotą ze wszystkich wynikających z tego tytułu przywilejów i praw, pragnęli tylko, by zwolnić ich także ze wszystkich obowiązków. Żyli jak w nieprzytomnym, narkotycznym śnie, w którym nie było miejsca dla Babilonu, jego praw ani tych, którzy je stanowili i pilnowali ich egzekucji: polityków, urzędów, sądów, policji. Żyli obok, wyrywani z odrętwienia tylko pojawianiem się kolejnych proroków i mesjaszów, z których każdy kolejny okazywał się fałszywym.

Dolne Miasto i Górne Miasto

Bierne czekanie na Dzień Zbawienia stawało się coraz trudniejsze do zniesienia. Nie pomagały już zaklęcia kolejnych fałszywych proroków. Ba! Nie pomagała nawet gandzia, która dotąd w tak cudowny sposób uzbrajała w świętą cierpliwość. Zbuntowani młodzi, którzy dotąd wyniośle ignorowali Babilon, a więc wszystko, co w jakikolwiek sposób kojarzyło się im z wyspą, teraz zaczęli zwracać się przeciwko niej jako ucieleśnieniu wszystkich nieszczęść, upokorzeń i zawiedzionych nadziei. Nie potrafili już jedynie z pogardą i politowaniem nie zauważać policjantów, sędziów, związkowych bonzów i partyjnych kacyków, plantatorów i urzędników Babilonu. Pojawiło się coś, jakiś zapiekły gniew, nienawistna bezsilność, paraliżująca trwogą wizja zmarnowanego życia, coś, co kazało walczyć, popychało do buntu. W komunach rasta dojrzewała rewolucja. Rebelia tliła się nie tylko na jamajskiej wyspie. Połowa dwudziestego stulecia stała się dekadą buntu potomków afrykańskich niewolników na całym świecie - powstania wybuchały na karaibskich plantacjach trzciny cukrowej, w murzyńskich dzielnicach amerykańskich miast, w Afryce, która wreszcie upomniała się o swoją wolność. Do buntu przeciwko niesprawiedliwościom i niegodziwościom wzywali czarnoskórzy pastorzy, jak Martin Luther King, i rewolucjoniści, jak Angela Davies czy Malcolm X. W getcie Kingston wybuchły zamieszki, które miały trwać jeszcze przez wiele, wiele lat. Dla młodych buntowników wrogiem był każdy z Tamtej Strony, wszyscy, których Babilon za zdradę wynagrodził bogactwem. Buntownicy w Dolnym Mieście palili samochody, grabili sklepy, rzucali kamieniami w policjantów, a pod osłoną nocy przedzierali się przez kordony do Górnego Miasta, by i tam siać trwogę i zniszczenie. Dla strażników porządku nienawistnym wrogiem był każdy chłopak z Getta. Młodociani gangsterzy stawali się zaś ludowymi herosami, bohaterami pieśni śpiewanych po tawernach i podwórzach.

Ląduje Hajle Sellasje i dzieją się cuda



Iskrą, która wznieciła rewolucyjny pożar na karaibskiej wyspie, była niezwykła wizyta, jaką złożył na Jamajce sam Jah Ras Tafari. Władze wyspy, zaniepokojone nie na żarty ostentacyjnym bojkotem i pogardą, które spotykały je ze strony coraz liczniejszych rastafarian, od dawna szukały sposobu, by dowieść utopijności nauk o Babilonie i Syjonie. Jeszcze zanim wyspa stała się niepodległym państwem, brytyjski gubernator postanowił wysłać do Afryki delegację braci rasta, by zobaczyli na własne oczy, czym jest w istocie ich wyśniona Ziemia Obiecana. Brytyjczycy liczyli po cichu, że cesarz Hajle Sellasje, gestem lub słowem, wyraźnie da swoim gościom do zrozumienia, iż nie jest bogiem. Ale znany z zagadkowości etiopski władca nie uczynił nic, co rozwiałoby utopie karaibskich gości. Nic nie powiedział, bo i przybysze o nic nie pytali. Bracia rasta, którzy odwiedzili jeszcze Nigerię, Ghanę i Sierra Leone, wrócili do domu pełni zachwytu, którego zresztą dzięki magii świętego ziela nie tracili ani przez chwilę podczas swojej afrykańskiej wyprawy. W tej sytuacji jamajscy przywódcy postanowili zaprosić Pana Panów, Lwa Judy, Ras Tafariego, by osobiście pofatygował się do Babilonu. Tego dnia, 21 kwietnia roku 1966, ciepłe burzowe deszcze padały już od świtu, zadręczając dziesiątki tysięcy braci rasta, którzy od wielu dni koczowali na lotnisku Palisadoes, by na własne oczy ujrzeć Zniebazstąpienie. Kiedy z dwuipółgodzinnym opóźnieniem na ponurym niebie zamajaczyła figurka cesarskiego samolotu, zaczęły się dziać cuda. Burzowe chmury, miotające dotąd w wyspę błyskawicami i piorunami, zbiły się w siedem wielkich białych obłoków, przypominających kształtem psy. A gdy samolot z wymalowanym na burcie złotym lwem wylądował i wyłączył silniki, podniebne psy rozbiegły się, odsłaniając olśniewające słońce. Na ten widok ludzie na lądowisku padli na kolana. Po chwili samolotowe drzwi wolno się uchyliły i oczom zgromadzonych ukazała się drobna postać etiopskiego cesarza, odzianego w paradny mundur z medalami i wielką wojskową czapkę, zasłaniającą niemal całkowicie monarsze oblicze. Ujrzawszy stutysięczny tłum, cesarz zapłakał (szydercy twierdzili, że z przerażenia), a z nim zanieśli się szlochem wszyscy zebrani na lotnisku. Po czym z okrzykiem: "Giń, Babilonie!", tratując po drodze dygnitarzy, dyplomatów i wywijających pałkami policjantów, rzucili się do samolotu na powitanie pana i władcy. Cesarz schował się z powrotem do samolotu i nie wyszedł z niego dopóty, dopóki jeden ze starszych braci, Mortimo Planno, nie namówił gawiedzi do rozstąpienia się i wygaszenia skrętów z gandzią, które mogłyby zaprószyć ogień pod samolotowymi silnikami i ściągnąć śmiertelne zagrożenie dla Jego Wysokości. Na uroczystą kolację w stolicy zaproszono roztropnie już tylko starszyznę rasta. Podczas audiencji cesarz oznajmił, że Jamajka jest także częścią Afryki, a choć w Etiopii jest dość miejsca dla wszystkich, to Powrót powinien stać się udziałem Wybranych. Bracia rasta zrozumieli to w ten sposób: w Wielką Wędrówkę do Ziemi Obiecanej mogą wyruszyć tylko ci, którzy wyzwolą się jeszcze w Babilonie. Słowa Hajle Sellasje odebrano jako przyzwolenie na zakazaną dotąd walkę o rewolucyjne przemiany w samym Babilonie. Datę powrotu do Syjonu odroczono na Nie Wiadomo Kiedy. Któż mógł przewidzieć, kiedy i czym skończy się rewolucja?

Bob Marley to wojownik, groźny wojownik

Paulie był człowiekiem z obrzeży. Należał do stałych bywalców domu przy Drodze Nadziei, uczestników narkotycznych medytacji, uczt, muzycznych eksperymentów przeprowadzanych na werandzie, piłkarskich meczów na trawniku. Ale takich jak on było wielu. Nigdy nie zbliżył się do Marleya na tyle, by móc go nazywać swoim przyjacielem. Był jednak przekonany, że w przeciwieństwie do innych, on, Paulie, znał i rozumiał Boba jak nikt. Zadał sobie wiele trudu, by pojąć treść pieśni, jakie śpiewał Marley. On, Paulie, naprawdę rozumiał, co Marley mówił i robił. Uzurpował sobie jakby wyłączne prawo do interpretowania żywota i dokonań Mistrza. Oburzało go wręcz uwielbienie, jakim otaczali Marleya inni, nie mający pojęcia o jego sztuce i nim samym. Jak niewiele wystarczało im, by go kochać! Jakże marna i świętokradcza wydawała się Pauliemu ta miłość, spłaszczająca Boba do roli muzyka, twórcy zgrabnych rymów i akordów układających się w wibrujące dźwięki. A Marley był przecież i przede wszystkim rewolucjonistą! Czarnoskórym, karaibskim Jose Martim i Ernesto Che Guevarą! Jakże można było tego nie dostrzegać! Czymże, jeśli nie powstańczymi hymnami, były pieśni "Revolution", "Get Up, Stand Up", "I Shot A Sheriff" czy "Burning And Looting"? Dlaczego tak nie lubili go urzędnicy Babilonu? O, tak, Bob był wojownikiem, i to tak groźnym, że wywoływał niepokój nawet szpicli z amerykańskiej CIA, którzy widzieli w nim murzyńskiego wywrotowca i grozili mu śmiercią. Ale Bob nie był zwyczajnym politykiem, w ogóle nie był politykiem. Nie był też zwyczajnym muzykiem. Był wojownikiem, który chciał dokonać rewolucji, posługując się nie karabinem maszynowym, ale gitarą. Mówił: "Muzyka, gdy cię trafia, sprawia tylko, że czujesz się świetnie. Kula zaś rozpierdala ci łeb w drobiazgi i potem nie czujesz już nic". Większość zwyczajnych rewolucjonistów sięgała po broń, wierząc, że przemoc będzie remedium, które przyniesie Rozwiązanie Ostateczne. Marley zaś tylko śpiewał o wszystkim, za co inni gotowi byli zabijać. W przeciwieństwie też do większości zwyczajnych rewolucjonistów, którzy chętnie brali na swoje barki niemożliwy do udźwignięcia ciężar wyzwalania innych, Bob pilnował, by wyzwolenie zacząć od samego siebie.

Nie można zabić Boga

Każdy dzień przy Drodze Nadziei zaczynał się tak samo. Bob wstawał pierwszy, jeszcze przed świtem. Kiedy inni przecierali oczy, on ćmił już święte ziele, by połączyć się myślami z Najwyższym. Potem wszyscy mężczyźni, którym akurat zdarzyło się spędzić noc w jego domu, wybiegali na długą przebieżkę. W drodze powrotnej, po gimnastyce i kąpieli w kaskadach Rzeki Trzcinowej, kupowali na bazarze żywność, która miała starczyć całej komunie na resztę dnia - jam, kalalu, mango, banany, ryż, guawę, papaję, aki, awokado. Resztę dnia spędzali ucztując, grając reggae, paląc gandzię i rozprawiając o Jah Ras Tafari. Aż do popołudnia, gdy upał łagodniał na tyle, by dało się rozegrać piłkarski mecz na trawniku przed domem, a jeśli graczy było wystarczająco wielu - na boisku w pobliskim parku. Dwudziestego siódmego sierpnia roku 1975 sielankę przy Drodze Nadziei zakłóciło skrzeczące radio, które w wiadomościach o północy podało, że w dalekiej Etiopii, w wieku 83 lat, umarł cesarz Hajle Sel- lasje. Braciom rasta trudno było uwierzyć już we wcześniejsze wieści, że cesarz został obalony przez młodych oficerów, którzy świętokradczo przejęli władzę w Etiopii. Potem znaleźli w Piśmie Świętym odpowiedni fragment, że zanim zbawi świat, Jah zostanie zdradzony przez własny lud i przejdzie wiele cierpień i upokorzeń. I ta przepowiednia spełniła się co do joty. Buntownicy obwozili wszak cesarza ulicami stolicy, a tłumy nędzników ciskały w niego kamieniami krzycząc: "Złodziej!". Na werandzie wiadomość o śmierci Hajle Sellasje wywołała grobową ciszę. Przerażeniem napełniała sama myśl o tym, co przed chwilą usłyszeli. Ciszę przerwały ciche dźwięki gitary. Wydmuchując nozdrzami biały dym, z przymkniętymi oczami i odrzuconą do tyłu głową, Marley siedział oparty o ścianę. Sellasje żyje, Jah żyje, moje dzieci, Tylko głupcy twierdzą, Że Bóg braci rasta umarł. Skończył pieśń i wciągając w płuca nowy obłok świętego ziela, wyszeptał: "Nie można zabić Boga". Dwa lata później ktoś próbował zabić jego samego.

Marley umiera trzy razy



Zabójcy zakradli się do domu przy Drodze Nadziei nocą. Pocisk, który miał odebrać mu życie, chybił i ugodził Marleya w ramię. Dzień później obwiązany bandażami Bob wystąpił na zapowiadanym od dawna koncercie. Swój występ rozpoczął od pieśni "The War"("Wojna"). Wojna trwała w Getcie i zabijała je z zimnym okrucieństwem. Strzelaniny, brutalne mordy, uliczne zamieszki sprawiły, że z Dolnego Miasta uciekli wszyscy muzycy, poeci, wszyscy, którzy cokolwiek tworzyli, stanowili o jego duszy. Zostali tylko nędzarze, których nie stać było nawet na ucieczkę. A także nędznicy, dla których przemoc była żywiołem. Wojnę ściągnęli do Getta politycy, słudzy Babilonu. Walcząc o głosy biedaków z Dolnego Miasta, najpierw próbowali ich przekupić, po czym wykalkulowali, że znacznie taniej będzie ich po prostu zastraszyć. Podwórza w Getcie zostały podzielone liniami frontu, wyznaczającymi granice politycznych królestw jasnoskórych pretendentów do władzy - sprytnego i bezwzględnego Edwarda Seagi, przezywanego "Syryjczykiem", oraz pięknisia Michaela Manleya, który znudzony i zepsuty bogactwem postanowił zostać rewolucjonistą. Opłacane przez nich armie ulicznych złodziejaszków i zbirów podbijały i terroryzowały całe dzielnice Getta, a także szturmowały i oblegały te zakątki, gdzie zadomowili się wrogowie. Biedacy, którym przyszło w tym czasie żyć w Trench Town, zostali zaszeregowani do którejś z dwóch politycznych partii, stając się tym samym nienawistnymi wrogami swoich dotychczasowych sąsiadów. Trench Town stało się prawdziwym gettem. Przestała zaglądać tu policja, by pilnować ogłoszonego przez rząd zakazu pojawiania się na ulicy po zmierzchu, a nawet strażacy wzywani do nocnych pożarów. Nikt więc nie gasił ognia, nikt nie sprzątał śmieci, nikt niczego nie remontował ani nie kończył żadnych rozpoczętych przed laty budowli. Dyrektorzy kin, którzy postanowili nie zamykać lokali nawet w czas wojny, ściągali podziurawione kulami płócienne ekrany i wyświetlali filmy na pobielonych betonowych murach. Marley, który próbował powstrzymać tę wojnę, o mało nie stał się jej kolejną ofiarą. "Piękniś" Manley zaczarował go rewolucyjnymi zaklęciami i namówił, by wystąpił na koncercie "Uśmiechnij się, Jamajko". "Żadnej polityki" - przysięgał. Bob nie zwrócił uwagi, że tylko jedenaście dni dzieliło jego występ od daty wyborów, decydującej bitwy w wojnie o władzę. Nigdy nie wyjaśniono, kto chciał śmierci Marleya. Manley oskarżał Seagę, Seaga Manleya. Według Pauliego, tej nocy Marley umarł po raz pierwszy. Przekonał się, że nie może być bezpieczny nawet wśród tych, których uznawał za swoich braci. Przekonał się też, z jaką łatwością sługom Babilonu udało się wyprowadzić na manowce jego, uważanego na wyspie za Przewodnika do Syjonu. Wszyscy niedoszli zabójcy Marleya zginęli. Jednego znaleziono z kulą w głowie w Nowym Jorku, drugiego w Kingston, kilku innych - z poderżniętymi gardłami w Górach Błękitnych. Dwóch ostatnich widywano, jak błąkali się po mieście, bredząc coś o wężach, kłębiących się im w czaszkach i przeżerających im czerepy i oczodoły, by wydostać się na wolność. Jeden powiesił się potem na drzewie w parafii św. Katarzyny. Drugi przepadł bez wieści. Druga śmierć Mistrza nastąpiła, zdaniem Pauliego, podczas jego podróży do Afryki. Ziemia Obiecana, Syjon, wydawała się być jeszcze gorszym Babilonem niż wyspa, którą zostawił za sobą. Wszędzie wojny, głód, bieda, brud, brutalni tyrani, z których żaden nie przejął władzy zgodnie z wolą ludu. Zawód czekał go nawet w Zimbabwe, dokąd przybył, by swoim występem uczcić Dzień Niepodległości i zwycięstwa w wojnie wyzwoleńczej. W Zimbabwe, które wydawało się być ostatnią nadzieją, ze stadionu, na którym miał śpiewać, policja pałkami i gazem łzawiącym przepędzała tysiące rewolucjonistów i partyzantów. Zabrakło dla nich biletów, a może po prostu nie było ich na nie stać. Ich dawni towarzysze, a dziś przywódcy, z wysokości zarezerwowanej dla dygnitarzy honorowej trybuny przyglądali się widowisku z rozbawieniem, a także z gniewem, że plebs ośmielił się podejść do nich tak blisko. W tropikalnych ciemnościach ludzie walczyli ze sobą, krzyczeli. Nikt nie słuchał ani jego muzyki, ani tego, co miał do powiedzenia. Wraz z oparami gazu łzawiącego nad sceną rozwiała się ostatecznie wizja Marleya zgodnej i solidarnej Afryki, którą żył tyle lat i która go tam ściągnęła. Wkrótce potem umarł naprawdę. Judy Mowatt, która śpiewała w jego zespole, siedziała tego dnia na werandzie przed domem. Dzień był pogodny, więc zdziwiła się, słysząc jakby straszny grzmot nadciągającej burzy. Podniosła głowę i dojrzała błyskawicę, która przez otwarte okno trafiła w wiszący na ścianie oszklony portret Marleya. Chwilę później w radiu podano, że Bob nie żyje.

Babilon zawłaszcza Marleya

Paulie nie poszedł na pogrzeb Mistrza. Słudzy Babilonu uczynili z pochówku swoje triumfalne święto. Manley i Seaga, którzy wcześniej usiłowali go zgładzić jako najgorszego wroga, teraz ogłosili go bohaterem narodowym Jamajki. Marley, najsławniejszy z rastafarian, bohaterem Babilonu! Jeszcze nie skończyła się żałoba, a oni już kalkulowali, jak wykorzystać i spieniężyć legendę Marleya, jego muzykę i religię. Wielu braci rasta, którzy przybyli na stadion, by pożegnać Marleya, nie wierzyło, że drobna postać spoczywająca na wojskowej lawecie to właśnie on. Bob miał gładko ogoloną, woskową twarz, a warkocze jedynie przyczepione do włóczkowej czapki na głowie. Lwia grzywa wypad- ła mu po kuracji cudzoziemskich medyków. W tłumie szeptano ze zgrozą, że skłócony ze starszyzną rasta Bob (starsi rasta od dawna sarkali, że Marley niewystarczająco szczodrze dzieli się z nimi swoim majątkiem) dał się ochrzcić w imię Jezusa. No i umarł. Co do tego nie można było mieć wątpliwości. Czyżby więc miał się okazać tylko kolejnym fałszywym prorokiem? "Ludzie uwielbiają, jak się ktoś dla nich poświęca. Sami nie kiwną palcem w swojej sprawie, ale uwielbiają, jak ktoś inny idzie za nich na krzyż" - mówił Paulie, nie odrywając wzroku od stojącego naprzeciwko niego muru.

Sklep przy Drodze Nadziei



Było ich pięciu z Betonowej Dżungli. Paulie, Frank Genus, Warren Wint, Robert i Kelly. Codziennie o brzasku pustymi jeszcze ulicami wyruszali z Getta w wędrówkę na Drogę Nadziei, by przyłączyć się do świty Mistrza. Kiedy umarł, niemal przestali się widywać. Ich drogi się rozeszły. Frank Genus wyjechał ze swoją kobietą z miasta na Plażę Skarbów, gdzie założył wspólnotę rasta. Prowadzili oberżę, łowili ryby, upra- wiali maleńkie poletko nad zatoką. Frank nie myśli już o powrocie do Afryki. "Afryka jest we mnie" - powtarza i jak szczęśliwy człowiek wydaje się być pogodzony z losem i samym sobą. Wkrótce po śmierci Marleya Warren Wint wyniósł się z Getta. Sprzedał wszystko i wyjechał do Londynu. Kiedy wrócił, nosił już krótko ostrzyżone włosy i eleganckie okulary. A kiedy dostał pracę jako dziennikarz w gazecie, przestał nawet popalać gandzię. Z nich wszystkich chyba tylko Robert miał prawdziwy talent muzyczny. Ale nie udało mu się wdrapać na scenę. Jakoś niespecjalnie się o to starał, gdy gospodarzem na Drodze Nadziei był jeszcze Marley. A po śmierci Boba skończyło się wspólne muzykowanie i trzeba było zbierać graty. Robert wylądował w końcu jako subiekt w sklepie z płytami przy ulicy Drzewa w Połowie Drogi. Po pracy, żeby wykarmić wciąż powięk-szającą się mu rodzinę, do późnej nocy zaczepiał przed kinami ludzi, próbując wcisnąć im za kilka miedziaków wyniesione pod pachą zeszyty z nutami. Tak jak muzyka i seks były niegdyś jego obsesją, tak teraz rodzina i pieniądze na jej utrzymanie stały się jego jarzmem. Kelly przepadł bez śladu. Podobno wdał się w złe towarzystwo i miał kłopoty z prawem. Podobno widziano go w Negril, gdzie handlował narkotykami, a także tytoniem i rumem sprowadzanymi pokątnie z Kuby. Podobno dorobił się majątku i wyjechał do Ameryki. Podobno zginął w zasadzce, jaką na przemytników zastawiła na plaży policja. Jak było naprawdę, nikt nie wie. Tylko Frank Genus nie poddał się Babilonowi. Pozostali ulegli mu w taki czy inny sposób. Raczej ulegli, niż się zaprzedali, choć efekt pozostawał ten sam. Podzielili tym samym los większości rodaków, potomków afrykańskich niewolników, którzy przez wieki śniąc o wolności, już wolni potrafili jedynie naśladować swoich dawnych ciemięzców. Paulie nie uważał się jeszcze wcale za pokonanego przez Babilon, ale przyznawał, że i jego opadało zwątpienie. Zwłaszcza gdy przychodził, sam już nie wiedział po co, do domu przy Drodze Nadziei, przemienionym po śmierci Mistrza w skansen, salę kinową i sklep z pamiątkami. Gdy spoglądał na jarmarczną, odlaną z betonu statuetkę przed werandą, uświadamiał sobie, że Marley jako rewolucjonista, podobnie jak Che Guevarra, nie tylko ponosił same porażki za życia. Prawdziwy cios, tak jak Argentyńczykowi, zadano mu po śmierci, gdy jego wizerunek i wszystko, czym żył i w co wierzył, wystawiono jak towar na stragany. Babilon nie tylko nie poddał się groźnie wyglądającym wojownikom, nie tylko pokonał ich, lecz także uczynił swoimi niewolnikami, bezwolnie powiększającymi jego potęgę. Każdy z piątki przyjaciół z Betonowej Dżungli inaczej pojmował i postrzegał Mistrza. Inaczej niż Frank Genus, Paulie nie widział w Marleyu mesjasza. Przyznawał jednak, że czasami zazdrości przyjacielowi, który nie zdradzając żadnej z młodzieńczych zasad, porzucił Babilon i osiadł w Syjonie, który sam sobie zbudował. Pauliemu zabrakło wiary. A może tylko odwagi. Syjon jest marzeniem, ideałem. Babilon jest zwątpieniem, rezygnacją. Babilon jest we mnie. Syjon jest we mnie

"Reggae dla życia"



 

 

 



 

 

Reggae to muzyka kulturowa. Poza nielicznymi odmianami, takimi jak reggae for lovers rock lub hip-hop, nie tworzy jej się tylko dla rozrywki. Nie może tak być, gdyż prawdziwe roots reggae zawiera w sobie poważny przekaz religijno-społeczny. Ci zaś, którzy wchodzą na jego ścieżkę, w zamian otrzymują bardzo wiele. Bob Marley, nieżyjący już od prawie 15 lat najwybitniejszy twórca tego gatunku i prorok Rastafarianizmu, powiedział kiedyś, że "reggae daje ci w zamian więcej niż mu poświęciłeś". I to jest prawda, wiem bo sam znajduję się na tej drodze już od pewnego czasu. Dlaczego tak się dzieje? Dokładnie nie wiadomo, zwłaszcza, że cała sprawa ma wymiar duchowy. Powodów zapewne jest wiele, wszak jakość naszego świata subiektywnego uzależniona jest od sposobu postrzegania misterium zwanego życiem. Jeżeli postrzegasz go właściwie i widzisz logikę tego co się wokół dzieje, odnajdujesz w sobie pokorę wobec procesu życia i tracisz ochotę na robienie agresywnych i złych rzeczy. Pomaga w tym także pewne ziele... Rasta mówią "who feels it knows it". Ci więc, którzy czują i wiedzą - wiedzą też o czym teraz mówię. Tak, reggae, podobnie zresztą jak cała filozofia Rasta, dla wielu trąci dosyć ostrym dydaktyzmem. Dlatego widzę ten uśmiech na twojej sceptycznej twarzy. No cóż, tak już jest, każdy w pewnym stopniu sam wybiera wibrację, w towarzystwie której pragnie przebywać. Ale Bob Marley śpiewał: "tylko głupiec jest spragniony, podczas gdy wokół pełno wody". W utworze "Wake Up and Live" dodawał: "życie jest jedną wielką drogą z mnóstwem znaków, więc jeśli nią wędrujesz nie komplikuj swojego umysłu". Jak mówią Rasta - reggae to muzyka duchowa, stworzona z duchowych składników w duchowych celach. To muzyka, która stoi po stronie życia. Jedyna zaś destrukcja, jaka jest w niej zawarta to dążenie do zniszczenia mentalnych i materialnych okowów życia każdego z nas. Jedyną natomiast bronią Rasta są budzące swobodną i nieskrępowaną świadomość słowa oraz transowa, wciągająca serce i duszę muzyka. Niektórzy mówią, że świat narodził się z wielkiego tańca Boga. Jeśli tak jest, to ten taniec trwa nadal, a Bóg z pewnością od czasu do czasu tańczy także Reggae. Słowo "Pollution" (skażenie, zanieczyszczenie) pojawia się w tekstach artystów Rasta dosyć często. Pełne bowiem życie, jakie się w nich proponuje musi być życiem zgodnym z przykazaniami natury, ze świadomością zajmowanego w niej miejsca oraz poszanowaniem jej darów. Tak więc Rasta także i tutaj muszą stać w opozycji do tego co proponuje współczesna cywilizacja eksploatacji wszystkich i wszystkiego oraz nieskończonego progresu. Rasta nie chcą być eksploatowanymi, ani sami nie chcą eksploatować. Energia działająca w świecie jest ustawiczną wymianą pomiędzy tym co się rodzi i tym co umiera, dla Rastamana więc ekologia nie jest modą jak dla wielu polityków lub pracujących dla pieniądza firm, które masowo wypuszczają swoje kolejne "ekoprodukty". Ekologia dla Rastamana to zarazem konieczność, jak i naturalna postawa życiowa. Niektórzy mówią , że ci wszyscy "nawiedzeni przeciwnicy rozwoju" chcą powrotu do przysłowiowej epoki kamienia łupanego. Nic z tych rzeczy! Rozwój jest naturalną konsekwencją dziejów. Problemem jest tylko wzajemne powiązanie materii z duchem. Wszak bez ducha nie możemy być tymi, którymi jesteśmy, tymczasem w koncepcji rozwoju realizowanej przez system, materia bierze górę dość wyraźnie. Liczy się tylko to co konkretne, dotykalne, przeliczalne na konkretne pieniądze i nowoczesne. Spójrzcie na zbitkę skojarzeniową pojawiającą się codziennie na ekranie waszego telewizora podczas codziennego zabierania was na mętne wody reklamy; nowość=lepsze. Bob Marley, odpowiadając kiedyś na zarzut dlaczego do grania swojej muzyki wykorzystuje elektryczne gitary, wzmacniacze i skomplikowany sprzęt nagraniowy zamiast grać akustycznie co przecież jest bardziej zgodne z naturą, odpowiedział: "to nie technologia jest problemem, ale człowiek". I tu jest sedno sprawy. Artyści reggae pojawili się również na scenie skomercjalizowanej wersji festiwalu Woodstock w 1994 roku. Znakiem czasu jest umieszczenie ich na z założenia mniej ważnej "południowej" scenie. Scenę zdaniem organizatorów ważniejszą, czyli "północną" okupowali muzycy sprzedający się dobrze w świecie komercji. Niestety, tylko część z nich jest w stanie generować jakieś poważniejsze przesłanie. W konsekwencji więc umieszczenia legendy jamajskiej reggae Jimmy Cliffa na owej mniej ważnej scenie, mogliśmy wysłuchać podczas bezpośredniej transmisji z Woodstock tylko kilku jego pieśni. Jego koncert w mediach przerwany został występem Red Hot Chili Peppers. Pośród tych kilku pieśni, które popłynęły w cały świat znalazła się także "Environmental Song". Oto co powiedział wtedy i zaśpiewał Jimmy Cliff: "Przesłanie Życia, Pokoju i Miłości dla wszystkich. Chciałbym zaśpiewać teraz Pieśń o środowisku. Uwielbiam śpiewać tą pieśń wolności i życia , ponieważ często poświęcam moje myśli naszej planecie Ziemi. Są dwa rodzaje ludzi żyjących na tej planecie Ziemi. Jeden rodzaj pragnie ocalenia tej planety, podczas gdy drugi chce ją zniszczyć. Ja sam jestem jednym z tych, którzy chcą ją ocalić. A co z wami?! Ludzie dążący do zniszczenia planety to ci, którzy karczują lasy tropikalne, zabijają zwierzęta, zanieczyszczają rzeki i morza. To oni stworzyli dziurę ozonową. Ja mówię tak, aresztujmy ich, ponieważ to przestępcy!" Oto słowa samej pieśni:

 

   "Ratujmy naszą planetę Ziemię Tak mówimy Ratujmy naszą planetę Ziemię Musicie zaprzestać wycinania lasów Przestańcie, jesteście aresztowani Ja powiedziałem, zaprzestańcie zabijania zwierząt Przestańcie, jesteście przestępcami My pragniemy żyć, chcemy by nasza miłość wzniosła się ponad plastikowy świat Pragniemy żyć Dzieci Boże chcą się kochać, chcą opuścić plastikowy świat My nie chcemy destrukcji Ratujmy naszą planetę Ziemię Ratujmy ją dla mądrych ludzi My nie chcemy destrukcji Każdy pragnie lepszej przyszłości Musimy więc skończyć z niszczeniem natury Każdy chce przetrwać Róbmy więc dobre rzeczy, aby pozostać przy życiu Chcemy żyć - i to jest dobre Chcemy kochać - nie chcemy destrukcji Ratujmy naszą planetę Ziemię Co uczynisz gdy zdobędziesz władzę? Co powiesz gdy zdobędziesz władzę? Musimy stworzyć nową galaktykę Pozwólcie innym żyć w wolności Ratujmy naszą planetę Ziemię Przestańcie! - zatruwać powietrze Przestańcie! - mieszać w atmosferze Przestańcie! - niszczyć warstwę ozonową Chcemy żyć - to właściwa rzecz Ratujmy naszą planetę Ziemię Ratujmy ją dla grzeszników Zanieście tą pieśń wszędzie.........."



 

   Norman Grant, człowiek obecny na jamajskiej, i nie tylko, scenie roots music już od lat 60-tych, założyciel Twinkle Brothers, poza tym, jeden z tych artystów reggae, których związki z Polską są bardzo bliskie, powiada, że żyjemy obecnie w "miejskim Babilonie". Babilon jest pojęciem - kluczem dla Rasta. Babilon to stan w którym tkwi tzw. współczesna cywilizacja. Owo tkwienie oznacza zarazem stan umysłu, interpretację dziejów, bezgraniczną promocję materii oraz ograniczanie swobodnej kreacji umysłu każdego z nas poprzez wmawianie nam, że nasze zachowania determinowane są okolicznościami, w których akurat się znajdujemy. Tak często jest, ale wcale tak być nie musi. Toots Hibbert, założyciel legendarnych The Maytals, powiedział kiedyś, że "reggae to muzyka ludzi, którzy nie maja tego czego chcą". W słowach tych zawarte jest ziarno prawdy. Rasta zawsze patrzą dalej i szukają tego, czego Babilon właśnie nie może im zaoferować. Goszcząca swego czasu w Polsce grupa Misty in Roots śpiewa w ten sposób: "Nie noszę łańcuchów na mojej szyi, ani wokół moich stóp, ale nie jestem wolny. Pierwsze pokolenie urodziło się w niewoli, drugie pokolenie urodziło się w niewoli, trzecie pokolenie urodziło się w niewoli, my - czwarte pokolenie urodziliśmy się w niewoli. Jesteśmy niewolnikami, niewolnikami ekonomicznymi!". Wyraz "ekonomia" jest właśnie fetyszem współczesnego świata. Wszyscy i wszędzie, zanim podejmą jakiekolwiek działania, pytają o koszty. Przyjęło się to tak dalece, że nie zadawanie takiego pytania mogłoby zostać uznane za co najmniej rzecz podejrzaną. Takie samo dokładnie prawo funkcjonuje w obrębie działań ekologicznych. W Babilonie mówi się tak - nie możemy zainwestować w coś tam, pomimo że poprawiałoby to kondycję przynajmniej otaczającego nas skrawka ziemi, ponieważ "nie ma na to funduszy" albo "inwestycja nie była przewidziana w budżecie". To właśnie wyraz budżet jest absolutną świętością polityków, nie ważne jakie nie rozliczone nigdy przed wyborcami kłamstwa stałyby za nimi. Ktoś powie - ekonomia jest ważna, masz pieniądze - możesz zrobić wszystko. Możesz również chronić środowisko. Niewielu jednak zastanawia się w jakim stopniu środowisko zostało zniszczone, po to aby zdobyć owe pieniądze. Patologicznym przypadkiem jest socjotechnika stosowana przez jedną z najbardziej zabójczych dla przyrody firm. Mam na myśli przerabiający zwierzęta na hamburgery McDonald. Firma ta lubuje się w sponsorowaniu różnych akcji ekologicznych. Przykładem skrajnym jest sponsorowanie akcji "Sprzątanie Świata" w 1994 roku. Jeden z największych pragnie naraz sprzątać! Gdyby odezwał się w nim głos sumienia, byłoby to w porządku. Rasta mówią - kiedy popełnisz błąd, zreflektuj się, zmień to. W przypadku McDonalda nie jest to jednak głos sumienia. Firma ta absolutnie nie zamierza przestać, zamierza nadal truć ludzkie ciała i dusze mięsem masowo mordowanych zwierząt. Trucie owo przynosi oczywiście krociowe zyski. Ekonomia ma się dobrze, chętnych aby się truć i płacić za to, nie brakuje. Jeśli zaś miałoby braknąć, wystarczy wyprodukować na przykład hamburgera, któremu towarzyszy tandetna zabawka dla dzieci i zareklamować ten proceder w telewizji. Z pewnością nie braknie rodziców, którzy zaserwują swoim pociechom taki zestawik. I ekonomia będzie się miała jeszcze lepiej, więcej ludzi będzie miało pracę, więcej firm będzie musiało wyprodukować plastikowe świństwo w postaci kubeczków itp. gadżetów. Obudź się i żyj! To wezwanie powtarzane jest przez wielu Rastamanów. Tu bowiem nie chodzi o żaden fanatyzm, walka rozgrywa się raczej o sposób życia. Rewolucje , zmiany ustrojowe, przewroty, zmiany jedynie słusznych ideologii oraz wszystkie -izmy jakie nas otaczają, z socjalizmem i kapitalizmem włącznie, nie wydają się dobrym rozwiązaniem dla cywilizacyjnego kryzysu, w którym wszyscy tkwimy. Jakakolwiek zmiana bowiem dokonana w obrębie systemu pozostaje jedynie modyfikacją owego systemu. Przychodzą nowi politycy, którzy korumpują się równie szybko jak poprzednicy. W roku 1989, kiedy to jeszcze Solidarność jako ruch populistyczny w pozytywnym tego słowa znaczeniu, przepojona była autentyczną świeżością i szukała raczej sprzymierzeńców dla realizacji swoich idei, a nie - jak to się dzieje dzisiaj - wrogów, którzy tych idei (czy są jeszcze jakieś?) zrealizować jej nie pozwalają, była jednym ze współorganizatorów wspaniałego koncertu reggae. Wielogodzinny koncert odbywał się pod hasłem Solidarity against Apartheid. Jednym z występujących na scenie artystów był Norman Grant. Zaśpiewał wtedy między innymi pieśń "What Are We Doing?". Oto jej fragment: "Co robisz dla świata? Co robisz, aby wspierać walkę? Powiedz mi teraz. Chcę to wiedzieć. Mówisz, że gdy zyskasz władzę świat będzie lepszy, skończy się głód. Teraz już masz władzę i nie próbujesz nawet zrealizować swoich obietnic. Naprawdę nie próbujesz. Co robisz dla świata? Zadaj sobie samemu to pytanie. Co my robimy dla świata? Co robisz dla Gdańska? Co robisz dla Polski? Polacy, co wy robicie powiedzcie mi!" Nie jest celem tego przekazu oskarżanie kogokolwiek. Celem jest spokojne zadanie pytania o to, co tak naprawdę robisz, aby pozytywne rzeczy nie tylko istniały, ale także aby się stały. Wtedy zresztą w grudniu 1989 roku, Norman nie mógł wiedzieć, że władzę niebawem zdobędą ludzie związani z Solidarnością. Dziś mamy już rok 1998, co robią i co zrobili ci ludzie każdy widzi i wie. Zmieniają się tylko optyki patrzenia na ich dzieło. Są tacy, gotowi dowodzić, że zrobili masę dobrych rzeczy. Nie interesuje mnie jednak dyskurs polityczny i zabawy w lewicę, prawicę oraz centrum. Pozostać wolę człowiekiem zupełnie nieświadomym z "politycznie słusznego" punktu widzenia. Powiem tylko, że tak naprawdę dobrych rzeczy niewiele udało się im uczynić. Trudno się zresztą dziwić, ludzie ci operowali jak najbardziej w ramach tego co Rasta właśnie zwą Babilonem. Nie jest to natomiast świat wolności i możliwości, jest to świat konieczności. Rasta proponują coś zupełnie innego. Proponują rewolucję duchową. Bob Marley mówił o sobie jako o buntowniku dusz. Wielu Rasta do dzisiaj śpiewa jego pieśń "Soul Rebel". W Polsce, grupa Izrael też śpiewała o potrzebie duchowej rewolucji. Tego zaś dokonać może każdy, prywatnie, tylko dla siebie. Od tego też właśnie powinno się zaczynać każde pozytywne działanie. Trzeba zacząć od siebie, aby usiłować zmieniać resztę świata. Rastafarianizm daje właśnie taką pozytywną inspirację, wystarczy tylko jej słuchać, reszta przychodzi sama... Nie mów mi więc o koniecznościach, ekonomii, układach, zdrowym rozsądku, wojnach militarnych i gospodarczych i tysiącu podobnych rzeczy. Lepiej bracie lub siostro, obudź się i żyj! Zgódź się poza tym, że jesteś tylko drobną częścią całości zwanej życiem. Gdyby zaś ktoś nazwał cię idiotą lub kretynem lub też zrobił ci coś o wiele gorszego zanuć sobie fragment "Exodus" Boba Marleya: "Many people will fight you down, when you see Jah light."

Bob Robert Nesta Marley urodził się 6 lutego 1945 roku we wsi Nine Mile koło Saint Anns. Był synem brytyjskiego oficera i jamajskiej wieśniaczki. Z Nine Mile rodzina Boba przeniosła się do Kingstone, stolicy Jamajki. Żaden z członków rodziny Marley'a nie znalazł pracy i wkrótce przenieśli się do dzielnicy slumsu- Trenchtown

Bob Marley pierwszy zespół założył z O’Rileyem Livingstonem ( Bunny Wailerem), Winstonem Hubertem McIntosh  (Peter Tosch), Juniorem Braithwait'em i Bevelry Kelsc. Nazwali się " The Wailing Wailers" W 1966 r grupę opuścił Bob Marley który wyjechał do Stanów. Wkrótce poślubił Rite  Anderson i zamieszkali w Delawere, w tym czasie Bob pracował jako kelner, kierowca wózka i monter w fabryce Chryslera. W obliczu wcielenie do wojska powrócił na Jamajkę.   

Bob wraz z przyjaciółmi zamieszkał  w domu Chrisa Bleckwela, przy Hope Road W Kingstone. Ten dom stał się  z czasem miejscem wspólnoty Rasta, przemalowany na złoto, czerwono i zielono. W jednym z pokojów urządzono sale prób a w innym studio nagrań. Dom ten nazwano "Hause of Dread", nie była to tylko wspólnota muzyków w nim mieszkająca lecz świetna piłkarska drużyna Rastamanów  w której sam grywał Bob.

W Październiku Bob Marley został zmuszony przez wysłanników Ludowej Narodowej Partii Michaela Manleya do wzięcia udziału w koncercie "Uśmiechnij się Jamajko".  Wailersi w tym czasie wydali pod nazwą "Smile Jamaica" płytę która odniosła na Jamajce spory sukces.  Płyta " Exodus" i piosenki z niej pochodzące, wydane w 1977 roku okazały się olbrzymim sukcesem który powtórzyły płyty " Kaya" , "Babylon by Bus" i " Survivial".

W roku 1978 ukazała się ostatnia płyta Boba - " Uprising", w tym samym roku Marley wziął udział w koncercie w Kingstone, a później w  światowym tournee po Kanadzie, Stanach, Japonii i Zelandii. 

W 1980 roku artysta zasłabł podczas Joggingu, odnowił się u Niego nowotwór przez który amputowano mu  palec u nogi. Ostatni koncert Bob zagrał 23 września 1980 roku. Po nim został poddany szczegółowym badaniom. Wykazały one u Marley'a  guz mózgu, raka płuc i żołądka.  Tuż przed śmiercią Bob  przyjął chrzest i tym samym przystąpił do Ortodoksyjnego Kościoła Etiopskiego. Po długiej, męczącej chorobie Bob Marley zmarł 11 maja 1981 roku. Został pochowany w Jamajce, w Saint Anns.



  1   2   3


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna