Jak opisać w tak krótkim utworze radość, smutek, cierpienie I b



Pobieranie 0,6 Mb.
Strona1/4
Data18.11.2017
Rozmiar0,6 Mb.
  1   2   3   4

© copyright Emanuel de Castro 2010



Pozwól mi żyć


WSTĘP

W mojej historii nie ma nic niezwykłego. Nie wzorowałem się ani na filmie, ani na powieści, to po prostu historia mojego życia pełnego przyjaźni, miłości, obaw i rozpaczy. Wszystko naprawdę się zdarzyło, jedynie nazwiska zostały po części zmienione.

Pomyślicie, że istnieje już wiele biografii dotyczących tego samego tematu, przekonany jednak jestem, że moja biografia wiele się od nich różni. Nikomu nie życzę przeżyć tego, co musiałem znieść.

Napisałem tę książkę by znaleźć wewnetrzny spokój i powiedzieć Wam, że miłość i nadzieja istnieją.

Ludziom do mnie podobnym chcę powiedzieć, że życie jest największą wartością nawet jeśli jest się na dnie.

Isnieje zawsze iskra nadziei, ktoś, kto poda rękę. Każdy z Was ma przewodnią gwiazdę, która mu towarzyszy przez całe życie.

Wiem, że myślicie, że życie jest niesprawiedliwe, jedni mają wszystko a drudzy żyją w nędzy. Przestańcie się litować nad sobą, trzeba walczyć do ostaniego tchu, to jedyny sposób aby zmienić swoje przeznaczenie.

Unikajcie samotności, szukajcie wokół siebie ludzi gotowych do pomocy. Dzielcie się własnym doświadczeniem i słuchajcie słabszych.

Żyjcie w zgodzie z samym sobą, bo najważniejsze są Wasze uczucia.

Mogę Was zapewnić, że jeśli przyszłość przygotowuje dla mnie inne nieszczęścia, czuję się na siłach aby je znieść, jeszcze raz podnieść czoło i walczyć do ostatniego tchu. Jeśli śmierć na mnie czeka za rogiem, jestem szczęśliwy, że coś po mnie zostanie dla mojej rodziny, dla przyjaciół i dla Was.

Z wyrazami uczucia

Emanuel

Jak opisać w tak krótkim utworze radość, smutek, cierpienie i ból człowieka, który od przeszło 25 lat zmaga się ze śmiercią ?

Opowiem Wam to wszystko w skrócie.

Dotknięty wieloma nieszczęściami; latami walczyłem zaciekle przeciw chorobie znajdując motywację w zgonie ukochanych ludzi.

Mnie też często niewiele brakowało do śmierci, znajdowałem jednak odwagę w milości moich bliskich.

Mimo urazów spowodowanych podłością i złośliwością w środowisku zawodowym, mimo śmierci ojca i porzucenia przez matkę, mimo rozstania z ukochaną i żalu do całego świata z powodu moich chorób, chciałem żyć.

Chcę kontynuować walkę by udowodnić, że mając nadzieję, wiarę w Boga i wiele odwagi, można walczyć i wygrać z chorobami tak okropnymi jak AIDS i rak.

Dzięki mojej determinacji i miłości do życia, przeżyłem, aby móc się z Wami podzielić moim szczęściem i nieszczęściem.


Nazywam się Emanuel.

Urodziłem się w niedzielę 18 października 1964 roku w południe, pięknego, jesiennego dnia w miasteczku na północy Portugalii.

Tego dnia matka, która pracowała ciężko w polu, udała się do szpitala, aby urodzić istotę dla której całe życie będzie jednym cierpieniem i rozpaczą.
Rodzice byli dumni, gdy sąsiedzi i przyjaciele przyszli podziwiać śliczne dzieciątko.

Byłem piątym dzieckiem w rodzinie i równocześnie ostatnim. Po mnie mama urodziła jeszcze dziewczynkę, która zmarła po 16 dniach.

Mama chciała niańczyć, lecz nazajutrz po moim urodzeniu musiała pójść do pracy. Nie miała wyboru, trzeba było nakarmić puste żołądki.

Dwa pierwsze miesiące życia spędziłem w żłobku, lecz z powodu tragedii, która tam się wydarzyła, wróciłem do domu.

Właśnie w żłobku spotkał mnie pierwszy uraz. Nie wiadomo z jakiego powodu, opiekunka do dzieci użyła chemicznego proszku zamiast talku. Poparzył odbyt i penis noworodków, którym zmieniała pieluchy. Proszek był tak żrący, że u niektórych dzieci penis został obdarty z ciała.

Byłem jednym z ostatnich, więc miałem szczęście, mój uraz był mniejszy.Wspomnienie tej pierwszej tragedii pozostało prześladując mnie w dzieciństwie i prowokując poczucie krzywdy.


Mieszkałem w Vizeli, małym miasteczku, niedaleko Guimaraes na północy Portugalii w prostym, wiejskim domu bez prądu, wody i oczywiście bez ubikacji.

Podłoga była gliniana i gdy padał deszcz, woda kapała z nieszczelnego dachu. Spaliśmy we 4 w jednym łóżku. Żeby się wzajemnie ogrzać dwójka spała na odwrót. Zdarzało się, że używałem palca nogi siostry jako smoczka. Straszy brat spał na materacu, na ziemi. Materace i poduszki wypełniono słomą która kuła nas na całym ciele i usypialiśmy z trudem. Każdego ranka mieliśmy pełno słomy we włosach.

Ubikacja była na zewnątrz. Mówiąc szczerze, była to drewniana szopa z dziurą w ziemi, przykrytą dwoma deskami na których trzeba było kucać. Gdy padał deszcz, kładliśmy na głowę worki.

Stare gazety lub liście kapusty służyły nam jako papier toaletowy.

Z powodu wilgoci można było czytać aktualności na naszych pośladkach, bo atrament farbił. Gazety były stare, więc nowiny nienajświeższe.

W nocy sikaliśmy do nocnika, który stał pod łóżkiem i każdego ranka trzeba było go wypróżnić.

Nie było wiele sprzątania. Mieliśmy tylko trzy łóżka w głównym pomieszczeniu, sześć talerzy i dwa rondle w kuchni.

Nawiasem mówiąc, kuchnia był to barak z glinianym piecem do pieczenia chleba. Posiłki były przygotowywane w żeliwnych rondlach postawionych bezpośrednio na rozżarzonym węglu. Trzeba było czekać dwie godziny na ugotowanie zupy czy czegoś innego, najczęściej była to jednak zupa. Mięso jedliśmy jedynie przy wielkiej okazji, na Wielkanoc.

Wodę do mycia naczyń czerpaliśmy ze studni około stu metrów od domu. Siostry nosiły wodę na głowie w sześciennych pojemnikach owiniętych szmatą. Gdy było pranie, chodziły po wodę co najmniej z dziesięć razy. Dla nich była to przyjemność, jedyna chwila podczas której mogły spotkać się z koleżankami i trochę pobawić.
Wodę z cebrzyka po praniu używaliśmy do wieczornego mycia nóg. Jedynie w sobotę wieczorem myliśmy się w misce, żeby być czystym na mszy w niedzielę. Byliśmy biedni, ale mamie zależało na czystości w niedzielę. Resztę tygodnia wycieraliśmy się wilgotną ścierką. Nie było możliwości aby nagrzać wodę na pięć osób. Latem nie było kłopotów, woda ze studni była w miarę ciepła, ale zimą trzeba było czekać godzinami by ją ogrzać.
A mój ojciec? To prawda, jeszcze Wam o nim nic nie opowiedziałem. Był przystojnym mężczyzną, dosyć wysoki, szczupły, majsterkowicz, potrafił wszystko złożyć i rozłożyć bez problemu. Potrafił grać na wielu instrumentach, chociaż nigdy się tego nie uczył. Nie umiał czytać partytury. Mama często mówiła, że byliśmy podobni. Nazywał się Manuel, niestety tak niewiele czasu spędziliśmy razem.

Zmarł mając 31 lat a ja miałem zaledwie rok i cztery miesiące. Nie był złym człowiekiem, choroba zmuszała go do grania w karty w gospodzie, gdzie przepuszczał wszystkie pieniądze.

Kobiety, które śmiały tam wejść nazywano "as mulhers com bigode" co oznacza "kobiety z wąsami". Jedyne, które śmiały przeciwstawić się swoim mężom.Niestety, mama do nich nie należała.
Ojciec miał gruźlicę. Widział, że niedługo umrze i nikt nie miał prawa do wtrącania się do jego życia. Dotyczyło to zwłaszcza matki, którą często bił gdy nie chciała mu dać pieniędzy.

Ogarnięty szałem, wlókł matkę za włosy żądając by mu pokazała schowek na pieniądze. Matka nigdy nie uległa, wiedząc że musi nas nakarmić. Podczas kryzysu nerwów ojca matka chowała się u sąsiadów, aby niknąć zwady.

Nie miała do niego żalu, gdyż zdawała sobie sprawę z jego cierpienia. Kochała go mimo razów.

Przed śmiercią, ojciec ją przeprosił za fizyczne i moralne znęcanie. Umarł w kwiecie wieku otoczony przez całą rodzinę oprócz mnie. Jako najmłodszy nie miałem prawa do zobaczenia go na łożu śmierci. Kazano mi zostać przed drzwiami razem z sąsiadami.

Matka, uboga, nie kupić miejsca na mogiłę. Został więc pochowany we wspólnym grobie, bez nazwiska, bez niczego, co mogłoby świadczyć o jego życiu.

Nic, ogromna pustka, tak jakby nigdy nie istniał.


Mając 29 lat, 5-ro dzieci, matka została wdową. Życie się na nią zawzięło jeszcze raz, gdy dziewczynka, którą zaledwie urodziła też zmarła.

Matka pracowała w fabryce włókienniczej. Płacono jej w escudos. Miesięcznie zarabiała 5 euro. Niemożliwością było utrzymanie sześciu osób przy tak niskiej wypłacie. Byłem ciągle głodny i codziennie nękałem ją o kawałek chleba. Mama była zrozpaczona wiedząc, że nie może nas nakarmić.

Na szczęście mieliśmy dobrych sąsiadów, którzy dawali nam resztki zupy czy suchy chleb który moczyliśmy we wodzie lub kawie zbożowej.

Najmłodszy z całej rodziny byłem uprzywilejowany. Sąsiedzi twierdzili, że jestem zabawny i miły, nazywali mnie "Nelinho", mały Nel, zdrobnienie od Emanuela. Dostawałem kawałek chleba lub talerz zupy częściej niż reszta rodzeństwa i za nic w świecie nie chciałem się tym dzielić z zagłodzonymi siostrami i bratem.


Miejscowy sklepikarz był wspaniałomyślnym człowiekiem. Sprzedawał nam na kredyt jeszcze za życia ojca. Mama skrupulatnie zwracała pieniądze po wypłacie na końcu miesiąca. Któregoś dnia sklepikarz dał jej do zrozumienia, że stracił zaufanie widząc jej obecną sytuację rodzinną. Od tej chwili matka często płakała. Córki próbowały ją pocieszać a ja byłem bardzo smutny, chociaż nic nie rozumiałem.
Siostry miały przepiękne długie włosy, których strzegły jak źrenicy oka. Wieczorem, gdy spały, matka je obcięła aby sprzedać Cyganom. Rano, cała we łzach tłumaczyła córkom, że nie miała wyjścia, że nie wie co i jak zrobić, żeby nas nakarmić.

Czas mijał i ciągle nie dało się związać końca z końcem. Byliśmy coraz więksi a wypłata pozostawała ta sama. Sąsiedzi pomagali nam jak mogli. Ich życie też było ciężkie i mieli wiele dzieci do utrzymania. Mama nie chciała litości, nie chciała by patrzono na nas góry, była dumna ze swoich dzieci. Zdawała sobie sprawę, że musi szybko znaleźć wyjście z sytuacji. Myślała, że we Francji znajdzie lepiej płatną pracę. Wieczorem, gdy byłem już w łóżku matka poinformowała córki o swojej decyzji i obwieściła, że najmłodsze dzieci zamieszkają z teściową.

Któregoś dnia, gdy się obudziłem już jej nie było. Siostry powiedziały, że poszła na targ, ale nigdy nie wróciła. Czekałem na nią, wierząc, że za chwilę przyjdzie, jak zwykle po zakupach, ale nigdy nie wróciła.
Zdarzyło się to w sobotę, w maju.

Cios był tak brutalny, że zacząłem się jąkać. Nie byłem w stanie poprawnie wypowiedzieć jednego zdania.

Dlaczego mama mnie porzuciła? Nie rozumiałem. Miałem zaledwie 4 lata.

Dwie siostry też odeszły. Przed wyjazdem mama znalazła dla nich pracę.


Wyobraźcie sobie odwagę i niepokój naszej matki, która wyjechała do nieznanego kraju, do Francji nie znając języka. Nigdy wcześniej nie opuściła naszego miasteczka. Jak mogła wyjechać sama? Trzeba było wiele odwagi, żeby nas zostawić. Wyjechać, poświęcić się dla nas, musiało jej być bardzo trudno. Mamo, zrobiłaś to z miłości. Dotarła do Strasburga. Nie miała gdzie pójść i spała pod mostami. Wędrując bez celu ulicami miasta, spotkała Portugalkę, która zaproponowała jej dach nad głową. Znalazła też dla niej pracę sprzątaczki w biurze.

Matka była bardzo wykorzystywana, pracowała 15 godzin dziennie za minimalną wypłatę, nie znała wartości franka.

Osoba u której wynajęła pokój, wyciągała od matki pieniądze pod różnymi, nieuzasadnionymi pretekstami.

Gdy mama zrozumiała, że ją oszukiwano, uregulowała rachunki a nawet spoliczkowała hotelarkę. Normalne, liczył się każdy grosz, który mogła dla nas wysłać do swojej teściowej.

W prefekturze w Strasburgu, złożyła prośbę o kartę pobytu i dzięki pomocy portugalskich rodzin udało się jej wynająć małe mieszkanie przy ulicy Świętej Magdaleny, niedaleko od centrum miasta.

W końcu rozpoczęła w miarę normalne życie, ale żyła przeszłością.

Samotność była ciężka do zniesienia i jej myśli często biegły do dzieci. Miała wyrzuty sumienia.

Gdy nieco urosłem, opowiedziała mi, że często myślała o samobójstwie. Powstrzymała ją przed tym myśl, że dzieci zostaną sierotami.

Tak więc razem z Emilią, moją siostrą zamieszkaliśmy u babki. Céleste i Mina, miały 11 i 9 lat, pracowały jako służące u mieszczańskich rodzin.

Brat Antonio, najstarszy z rodzeństwa pracował w zakładzie włókienniczym. Miał już 15 lat, więc mógł zostać w domu sam. Wieczorem sąsiedzi przynosili mu jedzenie.

Babka ze strony ojca miała 6 dzieci i nie miała najmniejszei ochoty by się nami zajmować. Nie była sentymentalna i po kilku miesiącach była z nami wstrętna.

Piła pokryjomu, żeby dziadek nie widział. Zaczęła pić, gdy jej najmłodszy syn zginął w Angolii a śmierć mojego ojca jeszcze bardziej pogorszyła jej charakter. Alkohol pomagał zapomnieć. Trzeba jej przebaczyć. Brutalna śmierć 2 dzieci jest bolesna.

Syn, który zginął w Afryce był moim ojcem chrzestnym. Nie miałem szczęścia żeby go poznać ani on mnie. Obiecał, że wróci i nigdy nie wrócił. To znaczy wrócił, lecz w trumnie żeby być pochowanym w Vizeli.

Każdego wieczoru babka zmuszała nas do recytowania 40-tu zdrowasiek dla zbawienia dusz. Gdy usnęła, przesuwaliśmy jej palce na różańcu, żeby szybciej skończyć z modlitwą.

Dziadek był dobrym i wspaniałomyślnym człowiekiem. Bardzo nas kochał.

Cichy, zamknięty w sobie, stoicko znosił humory żony.

Musieliśmy ciężko pracować. Trzeba było zbierać kukurydzę, zrywać winogrona, doić krowy i karmić świnie.

Babka powtarzała bez przerwy, że za jedzenie trzeba płacić. Oboje z siostrą w wieku 4-ech i 6-ciu lat byliśmy dobrymi rolnikami. W tym okresie wszystkie dzieci pracowały i niewiele z nich chodziło do szkoły.

Nie wiem dlaczego, któregoś dnia babka uznała, że nie ma dla nas ani siły, ani cierpliwości i oddała nas do babki ze strony mamy. Dziadkowi było przykro, ale miał dosyć ciągłego narzekania żony i zgodził się na ten układ.
Druga babka była wdową, matką 10-ro dzieci. Życie jej nie oszczędziło. Dziadek zmarł 7 lat temu.

Na szczęście kilku synów miało już własną rodzinę i nie musiała im pomagać. Bardzo brakowało jej mojej mamy.

Babka kochała całą rodzinę, nawet synowe uważały ją za wyrozumiałą.

Żaliła się nad nami z powodu wyjazdu mamy i chciała nas wszystkich zabrać do siebie, niestety dom był za mały.


Wydaje mi się, że jedno z moich najsmutniejszych wspomnień datuje z 1969 roku.

Podczas naszego pobytu u babki spałem w pokoju z wujkiem który miał 19-cie lat.

Spaliśmy w tym samym łóżku i co wieczór musiałem go masturbować lub wkładał mi penisa między pośladki ruszając się aż do wytrysku. Musiałem robić rzeczy o których jeszcze dzisiaj nie śmiem myśleć i trudno mi je opisać. Rzeczy, których niewolno robić małym dzieciom, rzeczy, które na zawsze pozostają w pamięci.
Budził mnie w nocy, czułem gdy ocierał się o mnie i jego wielkie, stwardniałe ręce trzymały mnie mocno aż do orgazmu. Chciałem krzyczeć, ale zatykał mi usta. Łzy płynęły mi po twarzy, trząsłem się na całym ciele. Miałem zaledwie 5 lat, nic nie rozumiałem, myślałem, że w ten sposób postępują wszyscy dorośli. Bałem się jednak chwili gdy trzeba było pójść spać.

Codziennie myłem mu nogi przed pójściem do łóżka a on patrzył mi prosto w oczy jakby chciał powiedzieć :


" Mały, za chwilę pokażę ci, co potrafię "
Kuliłem się w łóżku, skurczony ze strachu, czekając aż wujek nadejdzie i będzie się nade mną znęcał.

Tato, dlaczego Cię przy mnie nie było, dlaczego tak wcześnie odeszłeś? Mamo, gdzie jesteś?


Nazajutrz rano dawał mi cukierka lub kilka groszy żebym mu przebaczył i zrozumiał, że ofiaruje mi więcej, jeśli nic nikomu nie powiem.

Nigdy o tym nie powiedziałem.

Starsza siostra po przeczytaniu moich notatek zwierzyła się, że też była obiektem popędów seksualnych wujka. Oparła mu się mówiąc bez przerwy :
" Jeśli mnie dotkniesz, będę krzyczeć i powiem babci "
Wspominaliśmy te chwile i łzy spływały nam po twarzach.

Nie tylko wujek był zboczeńcem, sąsiedzi nie byli lepsi, dlaczego? Przypuszczam, że wujek dobrze wiedział, że nic nie ryzykuje. Przecież nie miałem ojca. W ich oczach byłem biedną sierotą i wszyscy mogli robić ze mną co chcieli. byliśmy ubodzy i często głodni. Masturbowałem sąsiadów za cukierka lub kromkę chleba. Mój Boże, jakie to przykre być głodnym i uzależnionym od ludzi bogatszych i bez skrupułów.


Dzień mijał za dniem, jeden podobny do drugiego i pracowity. Trzeba było zbierać w lesie drzewo na opał, nosić wodę ze źródła, pracować w polu. Do mojego codziennego zajęcia należało mycie nóg moim 4 wujkom.

Pożywieniem była zupa z kapusty i źródlana woda, rozchorowaliśmy się z siostrą. W naszych odchodach znajdowaliśmy białe robaki, które osiągały 10 do 25 cm długości. Były to glisty ludzkie. Czasami było ich tak dużo i wszystkie razem chciały wyjść, wołaliśmy babkę. Przychodziła natychmiast z pomocą.

Mówiono nam, że u niektórych osób, robaki wychodziły ustami. Baliśmy się okropnie. Nie pamiętam już nazwy lekarstwa, które nam podano. Był to śmierdzący i niedobry w smaku syrop, ale bardzo skuteczny.
Pewnego dnia nasza kotka miałe młode i wujek je wszystkie utopił. Wyjąłem z wody najładniejszego i po kilku minutach kotek się ocknął.

Zdziwiony, myślałem że mam nadziemską moc, ale kotek był poprostu silniejszy od pozostałych.

W wieku 6-ciu lat wysłano mnie do szkoły. Dziewczynki uczyły się rano a chłopcy popołudniu. Byłem szczęśliwy mogąc oderwć się odcodziennej pracy, zwłaszcza gdy musiałem zostać przy krowach i czekać na ich odchody, które służyły babce w kuchni do zatykania dziury w piekarniku podczas pieczenia chleba. Śmierdziało w całym domu, ale chleb był dobry.

W pierwszej klasie uczono mnie pisać i czytać po portugalsku. Jedynym wyposażeniem jakie miałem do szkoły była kreda i łupkowa tabliczka. Książki, kredki, atrament nie istniały. Nie, to nie średniowiecze, lecz lata 70-te w Portugalii.

Nauczycielka miała do wszystkiego prawo i życie z nią było trudne. Ukończyła studia i przekazywała wiedzę, więc wszyscy uważali ją za osobę godną szacunku.

Rodzice nie skarżyli się że biła dzieci i wątpię, że dzieci miały odwagę mówić o tym ze strachu przed podwójną karą.

Za każdy błąd biła nas po rękach długą, drewnianą linijką. Zaciskaliśmy zęby, bo w razie płaczu kara była sroższa : łączyliśmy palce w formie łabędziego dzióbka a ona nas biła w paznokcie. Ból był okropny.Tak jak i wszyscy koledzy z mojej klasy, miałem swoją dawkę bicia, tak jak i wszyscy sikałem z bólu do majtek. Nauczycielce sprawiało to przyjemność. Im więcej było krzyków, tym ładniej się uśmiechała.

Dzisiaj wyglądo to inaczej, uczniowie napastują wychowawców.


O 16-tej jedliśmy surową cebulę ze solą i chlebem. Od czasu do czasu ogórek zastępował cebulę.....nie było kanapek z Nutellą czy czekoladowych jajek Kinder. Być może to śmieszne, ale nasze jedzenie było pożywniejsze niż to, co obecnie jedzą dzieci.

Dobrze mi było z kolegami z klasy, chociaż niektórzy wyśmiewali się z mojego jąkania. Z tego też powodu, nauczycielka była dla mnie nieco mniej szorstka. Pamiętam, że na urodziny mama wysłała mi widokówke przedstawiającą katedrę w Strasburgu. Nikt z nas nigdy nie widział tak wysokiego kościoła, który, tak nam się wydawało, był ponad 40 razy wyższy od naszego wiejskiego kościółka. Wymieniłem widokówkę za banana, gdyż jeszcze nigdy jadłem tego owocu.

Większość z nas chodziła do szkoły bez butów. Jedyna para obuwia którą posiadaliśmy, była przeznaczona do pójścia na niedzielną mszę i na lekcje katechizmu.

Niedzielna msza była świętością! Trzeba było ubrać się " przyzwoicie ", by wysłuchać kazania. Tak jak w szkole, Pan Ksiądz bił trzciną nieposłuszne dzieci. Niestety miał więcej siły niż nauczycielka.

Ten święty człowiek nie znosił sprzeciwu. Gdy przechodził między rzędami musieliśmy całować go w rękę i prosić o błogosławieństwo. W chwilach, gdy zbliżał się do mnie, kurczyłem się jakbym był czemuś winny. Bałem się jego pręta, schowanego pod sutanną.
Na Wielkanoc, począwszy od piątku wolno nam było zrywać kwiaty w ogrodzie. Z płatków, przed progiem naszego domu układaliśmy przepiękny dywan po którym przechodził ksiądz z błogosławieństwem dla całej rodziny. Za udzielenie łaski bożej babka dawała kopertę z banknotem. Biedniejsi ludzie dawali monety.

Wielkanoc, to jedyny dzień w roku, gdy jedliśmy mięso. Tradycyjne danie nazywało się "cabri ", coś wspaniałego. Kości, które zostawały po posiłku, służyły mi za zabawki. Nie miałem samochodzików, pociągu ani ołowianych żołnierzyków.

Zrobiłem sobie procę z kawałka drzewa i gumki żeby strzelać do ptaków, które wyjadały nam zboże lub kukurydzę. Nie mieliśmy wyboru, trzeba było uchronić odrobinę zbiorów babki. W końcu to ona nas karmiła.

Dom babki był dziwny. Przez wielkie granitowe bloki ułożone jedne na drugich bez cementu przedostawało się dzienne światło.

Głównym pomieszczeniem była kuchnia z glinianym piecem, na którym stało kilka żeliwnych rondli. Ubikacja była trochę lepsza niż w moim rodzinnym domu. Deska z dziurą nie była położona bezpośrednio na ziemi, lecz na pniach. To już nie liście kapusty, lecz gazety kupowane przez wujków służyły nam za papier toaletowy i nowiny były świeższe niż u nas.

W miarę upływu czasu obraz matki zacierał mi się w pamięci. Przyzwyczaiłem się do nowego życia. Babka stała się drugą matką. Byłem szczęśliwy! Myślałem, że mnie zaadotowano i mam drugą rodzinę. Myślałem coraz mniej o mamie.


Któregoś dnia, rankiem w środę, idąc po wodę do studni zobaczyłem kobietę różniącą się bardzo od tych, które znałem. Gdy się zbiżyła, zobaczyłem, że miała na sobie kolorową sukienkę, piękne buty, włosy gładlo uczesane. W niczym nie przypominała portugalskich kobiet, które nosiły czarne suknie i chustki na głowie.

Zaciekawiony, zastanawiałem się kim była piękna nieznajoma.

Uśmiechała się : patrzyłem na nią z ogłupiałym wyrazem twarzy, odwracając się aby sprawdzić, czy to do mnie mówiła i czego chciała. Zaczęła cicho mówić :
" Nelinho, Nelinho ! "
Jakim cudem mogła znać moje imię, kto to jest? Zacząłem się trząść, posikałem się z radości, to ona! Poznałem ją. Mama wróciła! Wspominając jej powrót, jeszcze dzisiaj mam łzy w oczach. To był najpiękniejszy dzień w moim życiu!

Biegłem do niej, wtuliłem się w ramiona ściskając z całych sił. Matka powtarzała płacząc :


" Mój syn, syneczek, mój Nelinho, jak ty urosłeś "
Nie mogłem słowa wykrztusić :

" Mamo, tak mi Ciebie brakowało, myślałem że Cię już nigdy nie zobaczę; kochana mamo "
Chciałem by czas się zatrzymał i zostać na zawsze w jej ramionach. Trzymałem się jej i nie chciałem puścić.

Wzięła mnie na ręce, ujęła ciężką walizkę, nie taką jak Linda da Sousa i razem udaliśmy się do domu babki. Byłem dumny i patrzyłem z góry na zazdrosnych kolegów. Oczy mi błyszczały, serce biło mocno, wzruszenie było ogromne.

Na widok babki mama się rozpłakała. Postawiła mnie na ziemi i długo pozostała w ramionach swojej matki.

Biegałem po całym miasteczku krzycząc :


" Mama wróciła, mama wróciła, tra la la "
W ciągu kilku minut dom zapełnił się sąsiadami, którzy chcieli zobaczyć powrót cudownego dziecka.

Babcia otworzyła butelkę wina, podała chleb i wędzoną szynkę którą trzymała na wyjątkową okazję i dzieliła się z ludźmi którzy przyszli uczcić powrót córki.

Mama przywiozła prezenty dla rodziny a także cukierki i czekoladę, które rozdała sąsiadom.

W paczce dla mnie było coś wspaniałego : małe pudełko, które odtwarzało ryczenie krowy.

Pudełko robiło " MUUU! MUUU! ". Cudowna niespodzianka!

Po raz pierwszy w życiu miałem prawdziwą zabawkę.

Chcąc wiedzieć, co jest w środku, zdemontowałem pudełko i nagle cisza.... W ciągu 10-ciu minut zabawka była zepsuta. Jak gdyby nigdy nic, złożyłem wszystkie części, udając, że to wada fabryczna.Tak jak mój ojciec, umiałem wszystko naprawić.
W południe Emilia, moja siostra wróciła ze szkoły. Wystraszyła się widząc taką ilość ludzi w domu, pewna że kogoś spotkało nieszczęście. Rozpłakała się widząc mamę, tuliła się w jej ramionach. Skakała z radości oglądając lalkę. Tak jak ja, dostała swój pierwszy prezent.
Nazajutrz rano mama zaniosła podarunki dla pozostałych sióstr, które dalej służyły w mieszczańskich rodzinach. Nie wiem, co im ofiarowała, jeśli dobrze pamiętam, brat dostał zegarek.

Byliśmy szczęśliwi, nistety szczęście długo nie trwało.

Nic nam jeszcze nie powiedziano, ale matka musiała wrócić do Strasburga za piętnaście dni.
Któregoś dnia popołudniu warkot silnika samochodu zwrócił moją uwagę. Z tyłu siedziała mama i patrzyła w stronę okien szkoły. Zrozumiałem, że chciała odjechać bez pożegnania.

Wyskoczyłem przez okno, pobiegłem w jej stronę.... na próżno. Krzyczałem :


" Mamo, mamo zostań ze mną, błagam Cię mamo, nie wyjeżdżaj, nie zostawiaj mnie, mamo..."
Taksówka przyspieszyła. Jeszcze jedno rozstanie było ciężkie do zniesienia. Nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego matka opuszcza dzieci.

Dopiero z czasem zrozumiałem, że nie miała wyjścia.

Z daleka widziałem białą chustkę, którą machała z okna taksówki.

Przebiegłem 300 metrów i upadłem ze zmęczenia.

Nauczycielka wyszła po mnie na ulicę i po raz pierwszy z jej strony zamiast bicia, mocno mnie przytuliła. Sama była matką, więc rozumiała moją rozpacz, łzy płynęły jej po twarzy.
Płakałem przez dwa dni i jąkałem się jeszcze bardziej. Emilia próbowała mnie ukoić mówiąc :
" Emanuel, braciszku, nie martw się, mama wyjechała żeby znaleźć dla piękny dom, wkrótce wróci i zabierze cię do Francji, nie płacz braciszku. "
Słuchałem, lecz nie rozumiałem jej słów. Myślałem o mamie. Dlaczego? Dlaczego jeszcze raz mnie porzuciła? Nie wiedziałem gdzie była. We Francji? A gdzie to jest Francja? To gdzieś na końcu świata.
Od tego dnia bardzo się zmieniłem, czegoś mi brakowało. Zrozumiałem, że zostałem jeszcze raz porzucony. Czy mogła tak postąpić, jeśli nas kocha? Nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie. Bardzo mi jej brakowało.
Wujek zboczeniec coraz rzadziej się do mnie dobierał. Znalazł kobietę i myślał o małżeństwie. Miałem 7-em lat w tym okresie.

Ślub był cichy, gdyż nie stać było babki na wielkie przyjęcie. Oboje z siostrą cieszyliśmy się, że wujek opuścił dom a moją największą przyjemnością było posiadanie własnego łóżka.

Kilka miesięcy później przyszedł list od mamy w którym pisała, że po nas przyjedzie i że razem wyjedziemy do Francji.

Wieść o tym bardzo mnie uszczęśliwiła. Uśmiechałem się częściej i nic innego się nie liczyło.


Drżałem z radości myśląc o wyjeździe. Antonio, mój brat już wyjechał do Strasburga. Mama znalazła dla niego pracę na budowie.
Dzień na który tak bardzo czekałem wreszcie nadszedł.

Był czerwiec 1972 roku. Ten dzień pozostanie na zawsze w mojej pamięci. Mama wróciła, dotrzymała przyrzeczenia.

Trzeba było się spieszyć, gdyż mama sporo zapłaciła przewoźnikowi za nielegalne przejście hiszpańskiej granicy.

W 4 zapakowaliśmy wszystko do jednej walizki i pożegnaliśmy się z babką, gotowi do wyjazdu.

Siostry wcześniej odeszły ze służby i mieszkały u babki.

W naszych oczach była radość i nadzieja. Mieliśmy zaufanie do przyszłości, byliśmy razem.

Dzień wyjazdu był mglisty? Było nam smutno.

Babce też, taki ból! Jej maleństwa opuszczają gniazdo. Przytuliłem się do niej szepcząc :


" Adeus Bobo, Adeus maezinha " ( żegnaj babciu, nie płacz )
Miałem dla niej wiele uczucia i było mi bardzo przykro.
" Adeus, meus netinhos que Deus vos acompagna. "( Żegnajcie, idźcie z Bogiem, nie zapomnijcie o mnie, mówiła babcia.

NIE babciu, nigdy o Tobie nie zapomnę!

Mamie brakowała słów, żeby podziękować za opiekę nad nami, ale babcia tylko powtarzała :

" Vai minha filha, que Deus te ajuda. "( Czas na Ciebie, idź z Bogiem córko, jestem z Ciebie dumna.)

Mama i babcia płakały, my też, chociaż byliśmy szczęśliwi na myśl o wyjeździe. Uczucie smutku i radości mieszały się w naszych sercach.

Co za dzień!
Dojechaliśmy do portugalskiej granicy. Przewoźnik miał nas przeprowadzić lasem do Hiszpanii. Wskazał matce miejsce i godzinę o której mieliśmy do niej dołączyć, ale bez skrupułów porzucił nas w środku lasu i poszedł w poszukiwaniu innych ofiar, które z trudem odłożyły trochę pieniędzy na nielegalne przekroczenie granicy chcąc uciec przed dyktaturą Salazara.

Zbici z tropu, nie wiedzieliśmy w którą stronę się udać. Doszliśmy do skrzyżowania leśnych dróg i całkiem przypadkowo wybrałem jedną ze ścieżek.


Jak za dotknięciem czarodziejski różdżki dotarliśmy na miejsce spotkania. Mama, przygnębiona, była pewna, że zostaliśmy złapani przez hiszpańskich celników, którzy odprowadzili nas do portugalskiej granicy.

Po dwóch godzinach czekania, ulżyło się jej na nasz widok.


Do Francji jechaliśmy pociągiem, ale nie był to koniec naszych przygód.

Nie mieliśmy paszportów i mama wystraszona kazała nam się chować na każdej stacji : ja pod jej sukienkę a siostry w ubikacji. Policjanci sprawdzali wielokrotnie wszystkie wagony. Sądzę, że nas widzieli lecz odeszli bez słowa. Przypuszczam, że rząd przykazał im nie być zbytnio gorliwymi, gdyż we Francji brakowało robotników.


Po 36-ciu godzinach podróży dotarliśmy do Strasburga. Mamie tak się spieszyło dotrzeć do domu gdzie czekał na nas brat, że musieliśmy za nią biec.

Z otwartymi ustami patrzyliśmy na czerwone światła, psy na smyczy, samochody i ogromną katedrę. Przypomniałem sobie zdjęcie kościoła na widokówce, ale prawdziwy był jeszcze piękniejszy i większy, niż ten z mojej pamięci.

Byliśmy jak pijani widząc miejski ruch i słuchaliśmy opowiadań matki na temat miasta, które i dla niej było magiczne.

Doszliśmy do mieszkania gdzie przywitał nas Antonio, którego wcale nie poznałem.

Wreszcie... Wszyscy razem.... Po 3 latach rozłąki!

Jakie szczęście!


Mój brat był przystojnym mężczyzną chociaż już widać było po nim trudy fizycznej pracy. Był inny Powiedział zaledwie kilka słów. Różnił się od nas, zawsze zamknięty w sobie. Śmierć taty, rozłąka z mamą, do dziś nie wiem, ale coś musiało się stać.

Mama pokazała nam mieszkanie : jedno pomieszczenie, kuchnia, ubikacja na zewnątrz, normalne, byliśmy przyzwyczajeni.

Ale za to jaki cud! Mieliśmy wodę i elektryczność. Nie do wiary!

Nigdy nie widziałem kranu, więc bawiło mnie odkręcanie i zkręcanie kurków. Mama zła, kazała mi przestać mówiąc :


" Uspokój się Nelinho, nie jesteś w Portugalii, we Francji trzeba płacić za wodę .

Nie wiedziałem. W Portugalii studnia była zawsze pełna. "
Miesięczny urlop mamy pozwolił jej na organizację naszego życia. Pierwszeństwo miała szkoła, co było sporym kłopotem, gdyż nie znaliśmy języka.
Mieszkaliśmy w dzielnicy Krutenau, niedaleko od fakultetu prawa i medycyny. Myśląc, że to szkoła dla wszystkich, mama poprosiła dyrektora o zapisanie mnie do jednej z klas.

Dyrektor, zdziwiony widząc mój wiek sądził że jestem wyjątkowo zdolny i po kilku zdaniach obiecał przyjąć mnie do szkoły ale za jakieś 12 lat, jeśli zdam maturę.

Koniec końców zostałem zapisany do szkoły podstawowej Świętego Tomasza od września 1972 roku. Szkoła znajdowała się niedaleko Petite France (Małej Francji)
Mieszkanie było małe dla naszej rodziny. Zwykła kawalerka. Położyliśmy na podłodze dwa materace, jeden dla moich 3 sióstr a drugi dla mnie i brata. Mama spała na sofie. Materace były z gąbki, nie czuć było ździebeł słomy. Przy takiej wygodzie rano nie chciało się nam wstać.

Korzystając z ostatnich dni urlopu, mama pokazała nam Strasburg. Sama jeszcze dobrze nie znała miasta, ale pokazała nam główne atrakcje turystyczne : Petite France i dzielnicę z katedrą. Byliśmy oczarowani ich pięknością.

Byliśmy też w kilku sklepach z ruchomymi schodami i windą. Nigdy tego nie widziałem i myślałem, że schody idą do nieba. Wszystko różniło się od mojego miasteczka. Wszystko było ogromne, oświetlone, pełne wystaw. Kraina marzeń. W jednym ze sklepów zabawki zajmowały całe piętro. Nigdy nie widziałem takiej ilości zabawek, pociągów elektrycznych, samochodów i moje pudełko z krową też tam było. Mama nie miała pieniędzy na zabawki i mogliśmy tylko podziwiać. Najważniejsze było jedzenie, było nas pięcioro.
Mama szukała większego mieszkania. Zaproponowano jej trzy pokoje bez łazienki, bez ciepłej wody i bez ubikacji, która znajdowała się w korytarzu. Mieszkanie było na 3 piętrze, co oznaczało że cała rodzina będzie używać naszego starego nocnika. W dwa tygodnie po podpisaniu umowy o wynajem, zaczśmy przeprowadzkę.

Słowo " przeprowadzka "jest trochę przesadzone, gdyż mieliśmy do przeniesienia dwa materace, odrobinę naczyń i kilka ubrań.

Szkoda że nie mogliście zobaczyć wyrazu twarzy przechodni, którzy widząc nas z bosymi nogami, materacami na głowie, odwracali się w drugą stronę. Nie zwracaliśmy na nich uwagi.

Powtarzam, z bosylmi nogami, gdyż tak jak w Portugalii mama pozwalała nam założyć buty na niedzielną mszę, gdzie z przyjemnością mogliśmy spotkać naszych rodaków. Nawiasem mówiąc, to dzięki wspólnocie portugalskiej znaleźliśmy trochę mebli : stół, krzesła a zwłaszcza szafę, tak bardzo nam potrzebną.

Powoli nabywaliśmy wszystko, co konieczne.
Mama wróciła do pracy. Znalazła pracę jako sprzątaczka w rektoracie, w Strasburgu. Brat jako murarz a ja z siostrami czekaliśmy niecierpliwie na rozpoczęcie roku szkolnego, gdyż chcieliśmy poznać nowych przyjaciół i zacząć naukę języka.

Czas nam się dłużył, gdyż mieliśmy zakaz opuszczenia mieszkania podczas nieobecności mamy, która się bała, że zabłądzimy w tak wielkim mieście.

Starsza siostra była dobrą kucharką i mama zmęczona całym dniem pracy, cieszyła się, że posiłek był zawsze gotowy. Brat, młody i silny, wyglądał na mniej zmęczonego.
Po kolacji i modlitwie kładliśmy się spać. Tak, czy inaczej nie było nic innego do roboty a nie mieliśmy telewizora.
Czasami mogłem grać w piłkę na ulicy z sąsiadem, Węgrem, który mieszkał na pierwszym piętrze. Był bardzo sympatyczny, ale nie rozumiałem o czym mówił. Jego matka zapraszała mnie na podwieczorki : jedliśmy orzechowe ciastka a przede wszystkim mogłem oglądać telewizję w ich wspaniale umeblowanym salonie.

Widząc obrazy w telewizji, zastanawiałem się jakim cudem te wszystkie postacie mogły się pomieścić w tak małym pudełku. Wiedziałem, że nie można zdemontować telewizora by zobaczyć, co jest w środku, ale wierzcie, korciło mnie bardzo.

Siostry, które pracowały w mieszczańskich domach znały telewizor wcześniej ode mnie, ale mogły jedynie wycierać na nim kurze.
W końcu nadszedł ten oczekiwany dzień! Rozpoczęcie roku szkolnego! Miałem prawie 8 lat.
Mama pozwoliła mi ubrać niedzielny garnitur i buty, które obcierały mi pięty, ale kupno nowej pary nie było narazie przewidziane.

Zaprowadziła mnie do szkoły, gdyż nie znałem dzielnicy.

Kolejne rozczarowanie : dzieci nosiły piękne ubrania w mieniących się kolorach, ja byłem ubrany na czarno, jak na pogrzeb.

Dzwonek zadzwonił i musiałem dołączyć do klasy. Wszystkie wspomnienia nagle wróciły, bałem się, że zostanę znowu sam. Płakałem trzymając się jej spódnicy :


" Mamo, znowu wyjedziesz i zostanę sam, mamo! "
Mama się rozpłakała, gdyż dobrze rozumiała mój strach. Jej dwa wyjazdy które zniosłem w Portugalii pozostawiły ślady.
" Nie bój się Nelinho, już nigdy nie wyjadę, zostanę zawsze z Tobą, obiecuję Ci, obiecuję synku. "
Uśmiech wrócił mi na twarz, nie miałem się trzego bać, mówiła prawdę.

Zrezygnowany dołączyłem do innych dzieci i gdy nauczycielka pogłaskała mnie po głowie, odprężyłem się. Widząc oddalającą się mamę miałem jeszcze wątpliwości. Liczę na Ciebie mamo, zobaczymy się po lekcjach. Słowo!


Nauczycielka była bardzo miła i cierpliwa, bałem się jednak, że schowała linijkę w szufladzie, tak jak pani w Portugalii. Nic podobnego, tutaj nie używano linijki, można było ukarać dzieci stawiając je do kąta, nigdy bić.

Wychowawczyni się przedstawiła i poprosiła nas o podanie imion i miejsca pracy wszystkich członków rodziny. Próbowałem zrozumieć, słowa się mieszały.


" A Twój tata gdzie pracuje? zapytała
Odpowiedziałem wzruszony.
" Papa morto " ( ojciec umarł )
Smutno mi było, ponownie różniłem się od wszystkich.Byłem jedynym w klasie, który nie miał ojca. Jedyny smutny jąkała w klasie.

Zadzwonił dzwonek i wyszliśmy na przerwę. Szybko zdjąłem buty od których stopy mnie bolały i wszyscy się wyśmiewali z moich bosych nóg na ciepłym makadamie.

Ten pierwszy dzień w szkole pozostał mi w pamięci. Po lekcjach rodzice przyszli po dzieci, wszyscy się całowali. Wiedziałem, że mama pracowała i nie mogła przyjść po mnie do szkoły. Musiałem sam wrócić do domu, który znajdował się 700 metrów od budynku szkolnego. Mama wytłumaczyła mi powrotną drogę, trzeba było tylko uważać na przejścia dla pieszych. W moim miasteczku trzeba było uważać na odchody krów.
W szkole było wychowanie fizyczne i wszystkie dzieci musiały uczestnić. Nie miałem trampek i nie śmiałem o nie poprosić, wiedząc że ciężko nam było w domu związać koniec z końcem.

Uprawiałem sport bez butów mimo zdziwienia nauczycielki.

Któregś dnia wychowawczyni przyszła z prawie nowymi trampkami, które należały do jej syna. Byłem szczęśliwy mając pierwszą parę trampek w wieku 8-miu lat i umiałem już podziękować. Pamiętam, że powiedziałem: " Dziękuję pani ". Buty były niebieskie z białymi sznurówkami i w dobrym rozmiarze.

Mama była zaskoczona i wieczorem musiałem jej o wszystkim opowiedzieć. Łzy spływały po jej twarzy, nie mogła uwierzyć..... nauczycielka ofiaruje buty uczniom! Coś takiego nie zdarza się w Portugalii. Nie przestawała chwalić Francuzów za ich niebywałą dobroć.

Życie w szkole było wspaniałe! Byłem pierwszy w klasie z matematyki i wychowawczyni mi gratulowała.

Pamiętam pierwszą kontrolę medyczną . Pokazywano nam obrazki z napisami po francusku a ja odpowiadałem po portugalsku. Casa, gato ( dom, kot ), kot? Byłem zaskoczony, bo kot oznacza rodzaj herbaty po portugalsku.


Lekarz oznajmił że nie potrzebuję okularów, widział że wzrok mam dobry a i tak nic nie rozumiał z mojego gadania. Cieszyłem się, że mama nie będzie miała dodatkowego wydatku, poza tym i tak nie byłoby jej na to stać. Znałem nowe słowo " kot " i chciałem zrobić blagę mamie, mówiąc że chcę kota. Mama spytała : " Po co? Brzuch cię boli idź do ubikacji. " Przypuszczam, że nie wiedziała co oznacza " kot " po francusku.
Powoli przyzwyczajałem się do nowego życia. Po 5 miesiącach potrafiłem mówić po francusku.

Pani Rassingnier, nasza wychowawczyni była dobra. Jej syn chodził do tej samej klasy i był doskonały we wszystkich przedmiotach oprócz matematyki, w której ja miałem pierwsze miejsce. Nauczycielka często do niego mówiła :


" Bierz przykład z Emmanuela". Emmanuel pisze się z jednym " m " po portugalsku, dlatego też za każdym razem, gdy piszę moje imię, używam jedno " m " w " Emanuel ", przecież jestem Portugalczykiem, no nie?
Nauczycielka nakłaniała swojego syna do zabawy ze mną. Na koniec roku szkolnego oznajmiła, że widząc moje wyniki, nie powtórzę klasy. Co za szczęście! Mając trzy lata więcej niż reszta klasy, dużo pracowałem, żeby przejść do następnej i mój wysiłek był tego warty.
Nadchodziły wakacje i wiedzieliśmy że ten czas spędzimy zamknięci w domu. Mama wydała dużo pieniędzy na ubrania i przybory szkolne, chcąc nas upodobnić do Francuzów. Nie było co marzyć o podróży a do tego nasza sytuacja prawna nie była uregulowana.

Mieliśmy prawo do zasiłku rodzinnego i z tych pieniędzy mama kupiła telewizor. Bała się, że wyjdziemy z domu podczas jej nieobecności. Telewizor był czarno - biały.

Leżeliśmy przed nim całymi dniami i oglądaliśmy wszystkie programy. Po kolacji mogliśmy razem z mamą oglądać wieczorne filmy.

Telewizor zmienił nasze życie. Opiekowaliśmy się nim wiedząc że jest niezastąpiony. Dom był zawsze czysty, ale telewizor błyszczał. Pamiętam pierwsze filmy z Tarzanem. Oglądaliśmy je przytuleni do siebie, w ciszy przerywanej chrapaniem mamy, która była tak zmęczona, że usypiała na kanapie.

Na rozpoczęcie roku szkolnego w 1973, w klasie byli ci sami uczniowie i mieliśmy jednego nowego. Nazywał się François i był z Paryża. Stał się moim najlepszym przyjacielem.
Pani Schmitt, nasza wychowawczyni, brunetka około czterdziestki, bardzo dynamiczna, była mamą Murzynka. Nie mogłem zrozumieć jakim cudem biała kobieta może mieć czarnego syna. Co za idiota ze mnie. Być może jej mąż był czarny lub dziecko zaadoptowane. Mówiąc szczerze, po raz pierwszy widziałem kogoś " kolorowego ". W naszej klasie był też Marokańczyk, Hiszpanka i Dwóch Włochów. Mieszanka kolorów i kultur zbijała mnie z tropu. Sądziłem, że świat zamieszkują jedynie Francuzi i Portugalczycy. Być może byłem cwany, ale wiele rzeczy było dla mnie tajemnicą. W moim miasteczku wszyscy byli biali i mówili tym samym językiem.

Francuskie słownictwo i gramatyka były trudne. Pisać " 2 M " i wymawiać jako jedno " M ", czytać " A " gdy pisało się E bardzo skomplikowane.


W międzyczasie zaprzyjaźniłem się z François. Był zabawny ze swoimi okrągłymi okularami i zawsze zapięty na ostatni guzik. Jego ojciec, archeolog pracował w Paryżu i przyjeżdżał jedynie na soboty i niedziele. Matka wykładała język francuski na Uniwersytecie w Strasburgu. Często mnie do siebie zapraszali. Mieszkali w pięknym mieszczańskim domu, pięćdziesiąt metrów od nas. Dom był umeblowany w barokowym stylu i rzadko sprzątany. Pani Grommer nie miała na to czasu. Lubiłem do nich przychodzić i bawić się zabawkami, których nigdy nie miałem. Największą przyjemność sprawiało mi granie na fortepianie. François uczył się muzyki od kilku lat i był prawdziwym wirtuozem.

Pamiętam, gdu któregoś dnia François miał na sobie piękną koszulę i żeby ją mieć, zbrudziłem ją odchodami psa, gdyż wiedziałem, że jego matka wyrzuci ją do kosza. Czekałem na ten moment i wróciłem z koszulą do domu. Wyprałem, żeby była czysta na rano. Byłeś zdziwiony. Przykro mi, François, ale nigdy nie miałem koszuli a Twoja była wyjątkowo piękna. Nie masz do mnie żalu? Ty i tak byś ją ubrał najwyżej dwa razy a ubrań przecież Ci nie brakuje.


Matka kolegi bardzo mnie rozpieszczała. Dzięki niej mogłem pić owocowe soki, cocę i gazowane napoje dla nas zbyt drogie. Jadłem też ciastka i czasami dawała mi franka na słodycze. Naprawdę, miałem szczęście, że ta bogata rodzina mną się zaopiekowała.
Siostra, Emilia, też miała koleżankę z bogatej rodziny i często dostawała sukienki.

Najstarsza siostra, Céleste, skończyła szkołę w wieku 15 lat i pracowała w hotelowej kuchni. Wracała do domu tylko raz w tygodniu. Taka młoda a potrafiła wszystko zrobić; gotować, szyć, prać.....prawdziwa gospodyni.

Mina, moja trzecia siostra miała za sobą zaledwie rok szkoły podstawowej i poszła bezpośrednio do college'u. Bardzo zdolna, pierwsza w klasie z matematyki, chciała dalej się uczyć. Dyrektor szkoły chciał przekonać mamę aby jej pozwoliła na dalszą naukę, lecz mama kazała jej pójść do pracy.
Zarobki mamy nie wystarczały dla nas wszystkich.

Brat Antonio poznał 16- to letnią Portugalkę i mimo iż miał zaledwie 19 lat, postanowił się ożenić. Mama nie rozumiała tej decyzji. Od tego dnia było nam ciężej, bo Antonio oddawał mamie połowę wypłaty.


Maria, żona brata była dziwna. Miała niesympatyczną gębę. Jej rodzice wyemigrowali w latach 70 - tych, tak jak my. Mieli 7 dzieci i wszystkie były podobne do bratowej. Maria, która nosiła imię Dziewicy z Fatimy nie była święta. Oczarowała brata, który stracił dla niej głowę i osobowość. Stał się bliższy teściom, niż nam.

Ślub był skromny w portugalskim kościele a wesele u teściów brata. Mama miała ich dosyć; wybór syna wcale jej się nie podobał i mówiła często, że jesteśmy ubodzy, ale przynajmniej dobrze wychowani. Jedynie Davis, jeden z braci trochę się różnił od reszty rodziny.

Po odejściu Antonia, mieliśmy więcej miejsca w mieszkaniu.
Nadchodziła Wielkanoc i w piekarni, która przylegała do domu François można było widzieć na wystawie czekoladowe jajka. Śliniłem się patrząc na nie, wiedzącże nie będę mógł kupić, gdyż o ile pamiętam, kosztowały 12 franków za sztukę. Tak bardzo chciałem ofiarować jedno mamie.

Gdy zobaczyłem kobietę wychodzącą ze sklepu, wpadłem na pomysł. Dlaczego nie zagrać na uczuciach? Spróbuję! Zacząłem krzyczeć i płakać jakby mnie pobito i kobieta zwróciła na mnie uwagę :



" Co się stało chłopcze, " zapytała.

Z wielkim smutkiem opowiedziałem o śmierci taty, o braku pieniędzy i o moim pragnieniu ofirowania mamie czekoladowego jajka, pokazując największe jajko z wystawy. Kobieta mi je kupiła.

Byłem zaskoczony, że mój pomysł się udał.
Wróciłem do domu, owinąłem jajko w gazetę i schowałem pod łóżkiem. Niecierpliwie czekałem na powrót mamy, myśląc że moja niespodzianka sprawi jej przyjemność.

Co za rozczarowanie!


" Skąd masz to jajko? Ukradłeś! Powiedz prawdę!

Nie mogłeś kupić, nie masz ani grosza. "
Ziemia się zapadła pod moimi nogami.....myślałem że sprawię jej przyjemność. Nie przewidziałem takiej ilości pytań, to przecież pierwszy prezent jaki jej podarowałem.

Nie opowiedziałem o komedii, którą odegrałem przed obcą kobietą. Wolałem skłamać, że sprzedawczyni widząc mnie od kilku godzin przed wystawą, dała mi je za darmo.

Dostałem solidnego klapsa a jajko dostało się siostrom. Boczyłem się w kącie rozczarowany zachowaniem mamy, która po raz pierwszy mi przylała i to za wielkanocne jajko.
Na Dzień Matki musiałem dać w szkole 2 franki na zakup kwiatów i glinki do zrobienia flakonu. Wiedziałem, że mama nie da mi pieniędzy, to przecież cena chleba na cały tydzień. Co zrobić?

Na nowo użyłem moich aktorskich zdolności, tłumacząc przechodniom, że pieniądze są mi potrzebne na prezent dla mamy. Domyślcie się, czy mi się udało....

Tym razem mama ucieszyła się z niespodzianki widząc, że sam zrobiłem flakonik i nie wiedząc w jaki sposób zdobyłem pieniądze.
" To śliczne Manu " - powiedziała tuląc mnie w ramionach.
Manu? Coraz rzadziej nazywała mnie Nelinho, urosłem a to imię było dziecinne.

Chciała bym zrozumiał, że jestem mężczyzną, co za odpowiedzialność i jaka duma!

W następnym roku wielkie zmiany! Znaleźliśmy większe mieszkanie, 400 metrów od poprzedniego i 50 metrów od rektoratu. Przeprowadzka odbyła się na piechotę. Z kuchennego okna widać było miejsce pracy mamy, która cieszyła się, że nowe mieszkanie było większe i bliżej.

Ja też się cieszyłem, po raz pierwszy miałem własny pokój i to bez nocnika, gdyż ubikacje były na piętrze. Niestety, brakowało nam ciągle ciepłej wody i łazienki.


Nasi sąsiedzi, Thomas, też byli Portugalczykami i mieli dwójkę dzieci : Celia, dziewczynka w moim wieku i chłopczyka. Ich ojciec naprawiał telewizory i po raz pierwszy widziałem film w kolorze.
W dalszym ciągu widywaliśmy się z François. Czasami do nas zaglądał lub ja spałem u niego.

Z niecierpliwością czekaliśmy na wakacje, gdyż mama obiecała nam wyjazd do Portugalii. Tęskniliśmy za babcią i resztą rodziny. Mama często do niej pisała, lecz to ciotka czytała i odpowiadała na listy gdyż babcia nie umiała ani czytać ani pisać.

Nie mogliśmy zasnąć myśląc o wyjeździe; zaledwie 2 lata temu opuściliśmy kraj, lecz dla nas była to wieczność.

Wyjechaliśmy samochodem z kolegą mamy, którego rodzina została w Portugalii. On pracował w Kehl, niedaleko od niemieckiej granicy i ponad połowę zarobków wysyłał żonie.

Od czasu do czasu mama u niego sprzątała lub gotowała a w zamian, on u nas majsterkował : rodacy pomagali sobie wzajemnie.

Wyjechaliśmy w sobotę o 4-tej rano. Mama siedziała z przodu a my w czwórkę z tyłu między bagażami. Samochód był tak załadowany, że miałem wrażenie że nigdy nie dojedziemy a przed nami było 2200 kilometrów.

Umęczeni, dotarliśmy do miasteczka. Babka czekała w drzwiach. Patrzyłem na nią : postarzała się, miała przecież 65 lat, ale była w dobrym zdrowiu. Co za powrót! Cała rodzina płakała.

Podczas gdy mama rozmawiała z babką, przywitaliśmy się z resztą rodziny. Wszyscy twierdzili, że dobrze wyglądamy i że życie we Francji nam służy.


U babki zostaliśmy kilka dni, gdyż trzeba było jeszcze dojechać do Vizeli, rodzinnego miasteczka.

Dom był w złym stanie. Przez dwa lata nikt w nim nie sprzątał. Pozamiataliśmy, zmieniliśmy słomę w poduszkach i materacach, było trochę lepiej, ale nic wspólnego z wygodą w Strasburgu.

Niektórzy sąsiedzi pozostali w Vizeli, inni się wyprowadzili. Jaki smutny sierpień! Tak się cieszyłem na ten wyjazd a rozczarowanie było ogromne. Wszystko się zmieniło, ludzie też. Wielu nam zazdrościło nowego życia. W Vizeli zostaliśmy przez cały miesiąc i cieszyliśmy się z powrotu do Strasburga, do naszego mieszkania, do telewizora, do wygody. Miesiąc bez wody, światła, gazu, telewizora był trudny. Miałem wrażenie, że nie można żyć jak dawniej jeśli raz zakosztowało się wygody, trudno jest żyć w średniowieczu.

Kilka dni po powrocie mama wróciła do pracy a my do szkoły. Byłem w 2-ej klasie i już dobrze znałem franuski.

Za każdym razem na rozpoczęcie roku szkolnego martwiłem się, że matka François została służbowo przeniesiona i że go więcej nie zobaczę.

Pani Jacob, nasza nowa wychowawczyni, była młoda i ładna, odrobinę prowokacyjna w mini spódniczkach, co się podobało straszym uczniom.

Rok szybko mijał. Boże Narodzenie, Wielkanoc, niedziele i msze portugalskie, katechizm. Ksiądz przygotowywał nas do Komunii. Zapomniałem o niej opowiedzieć. Cóż, nie ma nic ciekawego do opowiedzenia.
Nie przewidywaliśmy wyjazdu do Portugalii w tym roku. Wcale mi to nie przeszkadzało, mimo iż brakowało mi babci.

Podczas wakacji mieliśmy wielką niespodziankę. Kolega mamy, który nas zawiózł w zeszłym roku, wrócił z babką. Przyjechała na kilka tygodni.

Mama była dumna mogąc pokazać jej swój nowy świat.
Dla babci podróż była bardzo męcząca.

Dopiero na trzeci dzień zdecydowała się na zwiedzenie Strasburga.

Pierwszy raz opuściła rodzinne miasteczko i kraj, więc duże miasto ją fascynowało, chociaż bardzo hałaśliwe.

Mama ofiarowała jej nową torebkę i buty, rozpieszczała ją jak mogła.

Babcia była zadowolona, żałowała tylko, że nie może pojść codziennie na mszę, jak w Portugalii. W Strasburgu msza portugalska była tylko w niedzielę.

Co wieczór odmawiała różaniec w którym musieliśmy uczestniczyć. Nie mogliśmy oszukiwać, bo mama liczyła zdrowaśki.

Szkoła się zaczęła, mama też poszła do pracy. Babcia zostawała sama całymi dniami, gdyż wracaliśmy tylko na obiad. Zajmowała się domem, czekając na wieczorny powrót całej rodziny.

Została w Alzacji do grudnia.


Byłem w 4-ej klasie, nasz wychowawca nazywał się Jacques BOHERT. Był bardzo surowy. Chodził z nami na basen i dzięki niemu nauczyłem się płwać. Bez wstydu paradował przed nami. Bardzo owłosiony, wyglądał jak małpa, zastanawiałem się, czy nie był ekshibicjonistą.
Zbliżało się Boże Narodzenie. Uwielbiałem ten okres; mama dawała nam prezenty. Oczywiście były to rzeczy użyteczne : sweter, spódnica, spodnie....

Tego roku zima zanosiła się na ciężką. Ogrzewanie działało bez przerwy i wszystkie oszczędności poszły na opał. Zima trwała do marca. Wiosna nadeszła z promieniami słońca i z początkiem budowy centrum handlowego bezpośrednio przed naszym mieszkaniem.

Mieszkańcy skarżyli się na hałas a dla dzieci był to nowy plac zabaw. Bawiliśmy się w chowanego chociaż robotnicy krzyczeli.
Mina i Céleste, moje siostry należały do portugalskiej grupy folklorystycznej. Poznały tam bliźniaków : Manuel i Clides, 21 letni. Bracia byli zawsze razem. Byłoby zabawne, gdyby ożenili się z moimi siostrami! I tak się stało!

Po kilku miesiącach Manuel poprosił o rękę Célesty. Mama się zgodziła, gdyż pochodził z dobrej rodziny. Wesele odbyło się u nas, mimo iż musieliśmy przesunąć meble. Byłem drużbą i nadzwyczaj dumny z tego powodu.


Po odejściu Célesty zostaliśmy we czwórkę; Mina, Emilia, mama i ja. Niewiele później Clides poprosił o rękę Miny.

Mama była szczęśliwa, chociaż martwiła się kolejnym wydatkiem, zwłaszcza że ślub miał się odbyć w Portugalii. Na szczęście rodzice Clidesa, bogatsi od nas, obiecali pokryć większość kosztów.

W lipcu wyjechaliśmy na ślub. Mina wzięła ślubną suknię Célesty : jeden wydatek mniej. Wesele trwało 2 dni i jadłospis różnił się od francuskiego. Podano nam prosię : wspaniałe, a desery! Palce lizać!
Po powrocie do Strasburga mama jak zwykle wróciła do pracy. Sprzątała nie tylko w rektoracie ale i w gabinecie medycznym. Czekając na rozpoczęcie roku szkolnego, pomagałem jej co wieczór. były to jedyne chwile gdy miałem mamę wyłącznie dla siebie. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym a czasami zakładałem biały, lekarski fartuch i mówiłem: " Za dużo pani pracuje, powinna pani odpocząć a ja za panią skończę pracę ". Mamę to bawiło, ale nigdy nie usiadła, żeby trochę odetchnąć. Czuła się odpowiedzialna za czystość. Od czasu do czasu wynosiłem kosz ze śmieciami. Nauczyłem się posługiwać odkurzaczem i ścierką od kurzu. Dla mnie była to zabawa, lecz ta nauka później mi się przydała.

W centrum miasta był sklep z zabawkami o których mogłem tylko marzyć. Był tam pociąg elektryczny, który jeździł od rana do wieczora. Godzinami patrzyłem i marzyłem, tylko to mi zostało. Dobrze wiedziałem, że nigdy nie będę ich mieć.

Święty Mikałaj do nas przychodził, ale zostawiał jedynie slipy lub skarpetki, nigdy zabawki. Pisałem do niego. Musiał zgubić mój list lub o nim zapomniał. Dziękuję Mikołaju!

W 1976 roku pan Bourreau, dawny trener piłki nożnej został naszym wychowawcą. Bourreau oznacza " kat " i myśleliśmy, że był złośliwy. Na szczęście był bardzo dobry. Myślał tylko o sportowych wyczynach i zaliczaniu medali.

Jedna z uczennic, Marie-Rose, przebiegała 50 metrów w rekordowym czasie. Później się dowiedziałem, że została mistrzynią Francji w maratonie. Mieliśmy też dobrą drużynę w koszykówce i piłce ręcznej. Wygrywaliśmy wszystkie międzyszkolne zawody. Osobiście, byłem najlepszy w piłce nożnej. Czy znacie Portugalczyka który nie lubi tego sportu? Ja nie!

Pan Bourreau był z nas dumny i zachęcał nas do wysiłku, jakby chciał się odegrać na własnej przeszłości. Niestety, w szkole były też inne przedmioty i w tym roku zaczęliśmy naukę języka niemieckiego, przedmiot, który przychodził mi z trudem.

Co za wspaniały rok! Zakochałem się pierwszy raz, raczej miłostka, która długo nie trwała, ale nigdy nie zapomnę pierwszego pocałunku Anne-Marii. Wyglądałem już na mężczyznę, głos mi się zmieniał i z niecierpliwością czekałem na pierwszy zarost, który delikatnie szczotkowałem by wąsy były piękne.
W tym też roku miała miejsce tzw. druga Komunia. Sądzę, że po 1972, rok 1976 był jednym z piękniejszych.

Koniec roku szkolnego był smutny, cała klasa się rozpadła. Jedni zostali skierowani do college'u a drudzy opuszczali Alzację, jak François, którego matka zaakceptowała pracę w Lyonie.

Zaprosili mnie na wakacje w ich góralskim szałasie niedaleko od Gerardmer. Zgodziłem się z radością.

Nurkowanie, kajak, basen, piesze wycieczki, dni były zbyt krótkie na to wszystko. Koniec wkacji i pożegnanie zostały mi w pamięci. Mój najlepszy przyjaciel, który pokazał mi francuską kulturę, zabawy i wiele innych rzeczy. Nigdy więcej go nie zobaczyłem.


W 1977, rozpoczęcie roku szkolnego nie było zabawne. Starsi uczniowie dokuczali młodszym, popychali nas na schodach lub zamykali w ubikacjach.

Do każdego przedmiotu zmienialiśmy wykładowcę, co mi się wcale nie podobało. Wybrałem portugalski jako język obcy, gdyż mama uważała że nabrałem francuskiego akcentu. Kilka lat temu było na odwrót.

Nauczyciel portugalskiego, pan Pinto, był Francuzem a jego żona Portugalką. Miał okropny akcent i z trudem rozumiałem o czy mówił.
Zaprzyjaźniłem się z Turkiem, który był w mojej klasie i jego bratem. Wychodziliśmy razem i czasami chłopcy z portugalskiej rodziny " Ameida ", szli razem z nami, mimo iż nie należeli do naszej parafii. W tej rodzinie było 7 dzieci i chłopcy dobrze grali w piłkę nożną.
Członkowie mojej rodziny uczestniczyli w zajęciach portugalskiej parafii. Mama i siostry śpiewały w chórze a ja dawałem lekcje katechizmu sześciolatkom w każdą niedzielę po mszy o co prosił mnie ksiądz Jacques.

Cieszyłem się mogąc pomóc księdzu i czułem się dumny w mojej roli nauczyciela religii. Dzieci mnie lubiły, gdyż od czasu do czasu między " Ojcze Nasz " i " Zdrowaś Mario " opowiadałem im kawały.


W międzyczasie Céleste urodziła chłopczyka o przepięknych, błękitnych oczach. Nazwano go Philippe. Po raz drugi zostałem wujkiem, gdyż mój brat, Antonio, niewiele wcześniej miał córkę, Christine.

1978...1979. Zacząłem następną klasę z innymi wykładowcami. Tylko pan Pinto pozostał wierny na straży i nie stracił swojego akcentu. Lata mijały i czasami spędzaliśmy wakacje w Portugalii.


Któregoś wieczora usłyszałem rozmowę mamy z Manuelem.

Rozmawiali o definitywnym powrocie do kraju. Od tego dnia przestałem się uczyć. Po co? Przecież wracam do Portugalii. Nie miałem ochoty na naukę, chodziłem na wagary.


Mina, moja druga siostra urodziła dziewczynkę. Nazwano ją Sandra a mój brat Antonio został jeszcze raz ojcem; chłopczyka nazwano Gabriel. Rodzina się powiększyła i w wieku 15 lat byłem 4 razy wujkiem.

Pod koniec roku szkolnego nauczyciele skierowali mnie do liceum technicznego bym nauczył się stolarki lub mechaniki. Chciałem sprawić przyjemność mamie, która widziała we mnie przyszłego właściciela zakładu w Portugalii. Wybrałem stolarkę.

Céleste urodziła drugie dziecko, tym razem dziewczynkę; Elisabeth, śliczną brunetkę. siostra cieszyła się, że jej dzieci są różnej płci.

Liceum mi nie odpowiadało, wszystko dla chłopców, ani jednej dziewczyny na horyzoncie. Uczestniczyłem jedynie w lekcjach wychowania fizycznego i stolarki. Obiad jadłem na stołówce a po południu grałem w piłkę.


Na końcowym świadectwie można było przeczytać uwagę : " uczeń błyszczy dzięki swojej nieobecności ". Miałem zero ze wszystkich przedmiotów oprócz stolarki, gdzie miałem 14 na 20 i sportu, 18 na 20. Oczywiście, mama nic nie wiedziała, gdyż imitowałem jej podpis na wszystkich zwolnieniach. Wiem mamo, że źle robiłem. Nie musiałaś tak głośno mówić o powrocie do Portugalii. Wolałbym nic nie słyszeć i kontynuować normalną naukę. Trudno! Tak czy inaczej, nie nadawałem się na stolarza, bałem się o palce.
Mina urodziła drugie dziecko, chłopczyka o imieniu José Miguel. Był śliczny, jak wszystkie dzieci w naszej rodzinie.
Emilia przerwała naukę. Chciała być niezależna od mamy i pójść do pracy ze strachu przed powrotem do Porugalii. Siostra miała nadciśnienie i kłopoty z drogami oddechowymi, klimat Strasburga nie był dla niej dobry.

Wyjechaliśmy z naszym przyjacielem, panem Manuelem w lipcu 1980 roku, osiem lat po naszym przyjeździe do Francji.

Pożegnanie było przykre. Po raz pierwszy opuszczałem siostry i siostrzeńców a najtrudniej było mi się pożegnać z Emilią, która, najmłodsza z sióstr, nadal z nami mieszkała.

Emilia miała 18 lat i całkowite zaufanie mamy, tym bardziej, że postanowiła zamieszkać u Miny do czasu znalezienia małego mieszkania.

Mama wyjeżdżała ze spokojnym sumieniem zostawiając dzieci i wnuki, mimo iż nikt nie rozumiał tej decyzji. Postąpiła tak samo, jak 13 lat temu, tylko my byliśmy więksi.
Nie miałem wyboru, nie miałem 18-tu lat. Nie miałem absolutnie wyboru!
Pan Manuel zbudował dla nas piękny dom kilka kilometrów od Vizeli. Byliśmy sąsiadami. Na widok domu smutek mnie opuścił.

Nowi sąsiedzi, nowi znajomi, nowy dom z łazienką, ciepłą wodą i ubikacją. I to wszystko wyłącznie dla nas. Nareszcie łazienka i ciepła woda, czekałem na to 17-cie lat. Zaczynało się dla nas nowe życie.


Niedaleko od domu pan Manuel otworzył bar w którym co wieczór mama pracowała. Ja też pracowałem od czasu do czasu jako kelner.

Czułem się zagubiony w nowym miasteczku gdzie nikogo nie znałem i wszyscy nazywali mnie " Francuzem ".


Interes był kwitnący i mama cieszyła się z nowej pracy. Gotowała francuskie dania za którymi przepadali klienci. Wszystko było dobrze do dnia w którym żona Manuela zaczęła opowiadać, że mama jest kochanką jej męża i że to wszystko zaczęło się już we Francji. Wstrętna , złośliwa baba!

Zaczęły się plotki, ludzie pokazywali mamę palcem nazywając " kurwą " a mnie bękartem. Mój ojciec też miał na imię Manuel. Tak Manuel, ale nie ten.

Pewnego wieczoru szwagrowie pana Manuela wtargnęli do baru i zaczęli mamę ciągnąć za włosy W tym momencie grałem w bilard i na nic się nie oglądając przyłożyłem jednemu w łeb.

Mama nie czuła się winna, miała czyste sumienie lecz zaczęła żałować powrotu. Myślała że będzie szczęśliwa wracając do kraju po tylu latach ciężkiej pracy we Francji. Rozczarowana, żałowała tej decyzji. Czy czuła coś do Manuela?

Przestała pracować w barze a ja szukałem pracy i na wieczornych kursach uczyłem się portugalskiego. Byłem przygnębiony, nie tak miał wyglądać nasz powrót. Nieobecność sióstr też była ciężka do zniesienia. Od czasu do czasu pisały do mnie : " Trzymaj się Manu i pomóż mamie ". Mamie też było ciężko bez reszty rodziny.
Znalazłem pracę w stolarni gdzie płacono mi 15 euro miesięcznie za 10 godzin dziennie.

Dawałem matce 10 euro, więc niewiele mi zostawało. We Francji minimalna wypłata osiągała 500 euro. Chciałem kupić samochód i zdać prawo jazdy, jak wszyscy w moim wieku. Przy tak niskich zarobkach, było to niemożliwe!


W listach błagałem siostry o powrót do Francji, niepełnoletni, musiałem jeszcze czekać jeden rok. Życie jest skomplikowane! 10 lat temu płakałem, bo mama mnie opuściła a dzisiaj to ja chcę ją porzucić. Nie do pojęcia!

Czekając na wyjazd do Strasburga spędzałem wieczory u sąsiadki, która miała siedmioro dzieci. Dwóch chłopców i pięć dziewczynek. Było jej ciężko, sama wychowywała dzieci gdyż mąż pracował w Niemczech. Było mi u nich dobrze. Jedna z najsympatyczniejszych rodzin w miasteczku. Nazywali się Lopez. Zakochałem się nawet w jednej z córek, ale nie trwało to długo!


Była też rodzina Perreira. Wyjechali do Francji i często wracali na wakacje. Też bardzo mili. Dwie jedyne rodziny z którymi czułem się dobrze.

Opowiem Wam kawał. Jeden z sąsiadów kupił odtwarzacz do kaset video; pierwszy w miasteczku. zaprosił 5 przyjaciół w tym mnie i pożyczył kasetę na cały wieczór. Czekaliśmy na rozpoczęcie filmu i film był portugalski. Sąsiad był przekonany, że w wypożyczalni pomylono kasety a on po prostu zapomniał nacisnąć na PLAY. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że oglądaliśmy film z codziennego portugalskiego programu. Pękaliśmy potem ze śmiechu.

W dalszym ciągu pracowałem w stolarni i udało mi się dostać podwyżkę o 2 euro. Teraz dostawałem 17 euro miesięcznie. Śmieszne w porównaniu z zarobkami kolegów, którzy dostawali 70 euro.

Właściciel uważał, że na więcej nie zasługuję, bo jestem za młody. Po prostu mnie wykorzystywał!

Praca była taśmowa, mniej więcej 200 krzeseł i około dziesięciu stołów dziennie od poniedziałku do soboty a czasami i w niedzielę.

Siostry przyjechały pod koniec lipca. Wiedziałem, że z nimi wyjadę, więc przestałem pracować. Siostrzeńcy bardzo urośli. Philippe potrafił mówić. Elisabeth i José Miguel dojrzeli a Sandra moja ulubiona była śliczna. Cieszyłem się z ich przyjazdu. Siostry oznajmiły, że Antonio jest ojcem już trzeci raz. Chłopczyk miał na imię Daniel.

Między 1980 a 1981 rokiem wyjechaliśmy z mamą do Gafanhy, do teściów moich sióstr. Pani Maria i jej mąż pan Joao, teściowie sióstr byli prostymi i miłymi ludźmi. Mówiąc szczerze, nigdy nie spotkałem kogoś tak sprawiedliwego, uczciwego i pełnego poważania. Idealny ojciec, prawdziwy dżentelman.

Wakacje były pracowite. Szwagrowie budowali dom na trzech poziomach w miasteczku, niedaleko Aveiro, 50 kilometrów od Coimbry między Porto a Lisboną.

Cała rodzina pomagała przy fundamentach. Kobiety w kuchni a mężczyźni przy budowie. Pracowałem tylko rano popołudnia spędzałem z kobietami na plaży.Wieczorne posiłki były obfite.

Nie był to pałac, lecz ogromny budynek z 10 pokojami, 4 łazienkami, 2 kuchniami i czterema salonami. Największy budynek w mieście.

Mamę cieszyło szczęście dzieci, była jednak smutna myśląc o zbliżającym się wyjeździe. Rozstanie było ciężkie i dla niej i dla nas. Wiedzieliśmy, że będzie cierpieć z tego powodu. Musiała jednak zrozumieć, że i na nas przyszła kolej. Chcieliśmy mieć lepsze życie, tak jak ona to zrobiła kilka lat temu.
Siostry wyjechały z całmi rodzinami i nie było dla mnie miejsca w samochodzie. Do Strasburga musiałem dotrzeć pociągiem. Mama kupiła mi bilet i razem z ciotką towarzyszyła mi do Porto skąd miałem bezpośrednie poączenie do Paryża.

Przez całą drogę miałem ściśnięte myśląc o płaczącej mamie na peronie, gdy machała białą chustką krzycząc :


" Adeus meu filho ". Żegnaj synku, bądź mężczyzną, nie zrób głupstw!
Ten sam obraz przed oczami : odjazd i smutek. Zastanawiałem się, co przyszłość przyniesie.
Podróż do Strasburga trwała 28 godzin. Tego dnia padał deszcz i miałem bardzo złe samopoczucie.

Zamieszkałem z Emilią, która znalazła 2-pokojowe mieszkanie. Ona zajęła pokój a ja spałem w salonie.


Pracowałem ze szwagrami w ich zakładzie budowniczym. Praca była ciężka zwłaszcza przy niskich temperaturach. Odzwyczaiłem się od mrozu.

Pierwsza wypłata wprawiła mnie w dumę : 3500 franków ( około 530 euro ). Pobiegłem z nimi do banku żeby otworzyć konto.

Interes szedł dobrze, akceptowaliśmy nawet najmniejsze prace; trzeba było jeść. Clides podpisał nową umowę w okolicach Nicei. Remont dworku z XIX-go wieku. Miało to trwać od 6 do 9 miesięcy.

Wyjechaliśmy w trójkę. Po 15-tu godzinach podróży znaleźliśmy się przed tak zwanym dworkiem. Taką nazwę dał mu nasz klient, mimo iż były to tylko 4 ściany.

Rozpoczęliśmy pracę i wszystko było w porządku.

Życie nie było łatwe. Oni spali na dworze, na styropianie a ja w budzie na narzędzia. Miałem więcej szczęścia.

Jak zwykle nie było bieżącej wody ani ubikacji. Chyba miałem kłopoty z tą k..... ubikacją.

Czerpaliśmy wodę ze studni metalowymi wiadrami i grzaliśmy ją na ognisku. Przynajmniej mogliśmy się trochę umyć przed wieczornym pójściem do baru.


Robota posuwała się szybko. Clides czekał na czek klienta, który nawet nie zajrzał do "dworku ".

Dowiedzieliśmy się, że bank mu nie dał kredytu na tego typu inwestycje.

Nowina nas ogłuszyła i napięcie wzrosło jeszcze bardziej, gdy bracia zaczęli zrzucać winę jeden na drugiego. Nie mieszałem się, byłem zwykłym robotnikiem.

Clides zdecydował się na powrót do Strasburga. Dla przedsiębiorstwa był to ciężki cios. Dwa miesiące bez pieniędzy i trzeba było płacić długi.

Zwolniono mnie, gdyż brakowało pieniędzy na moją wypłatę.

Emilia poznała chłopaka który grał w portugalskiej ekipie piłki nożnej. Cieszyłem się, że znalazła kogoś porządnego i była naprawdę zakochana. Ładny chłopak, był księgowym w przedsiębiorstwie rozbiórki starych domów.

Znaleźliśmy nowe 2-pokojowe mieszkanie w Schiltigheim; tańsze od poprzedniego.

Chłopak siostry często do nas przychodził i widziałem, że Emilia czuła się nieswojo gdy byłem z nimi w domu. Szukałem pretekstu żeby wyjść i pozwolić jej żyć własnym życiem. Ona przecież też dużo wycierpiała w przeszłości.

Powiedziałem jej, że zamieszkam z kolegami w centrum miasta. Z miłości do siostry ryzykowałem odchodząc z jedną walizką w której były przybory toaletowe i trochę ubrań.

Ta decyzja zmieniła wszystko. Pogrążyłem się w najbardziej ponurym okresie mojego życia.

Pojechałem do miasta, do " LAS VEGAS ", nie w Ameryce lecz w Strasburgu. Był to rodzaj kasyna dla studentów, gdzie od czasu do czasu grałem w bilard.

Miałem nadzieję, że spotkam kogoś znajomego, który udzieli mi tymczasowego noclegu. Nie znałem nikogo a nie chciałem prosić nieznajomych o nocleg. O 22-ej, po zamknięciu baru udałem się do kina. Po seansie poszedłem do toalety, gdzie czekałem na zamknięcie drzwi wejściowych. Ułożyłem się do snu między rzędami foteli.

Obudził mnie wrzask sprzątaczki. uciekłem zanim zawołała o pomoc.

Całe dnie spędzałem w sali gier. Byłem dobrym graczem i Azjaci wiele na mnie stawiali. Grałem przeciw Turkom i Cyganom i gdy stawki były wysokie nie chcieli płacić. Kończyło się bijatyką. Przyjeżdżała policja, która nie interesowała się Azjatami, natomiast jeśli chodzi o Turków dyskryminacja już istniała.

Dzieliliśmy się wygraną bardzo uważając na podstępnych Chińczyków. Nieuczciwi, gdy chodziło o liczenie pieniędzy. Grosz, to grosz.

Azjaci lubią zakłady, nawet dwie muchy które się biją mogą dać pretekst do stawki.

Nie miałem do nich żalu, gdyż często zapraszali mnie do restauracji gdy wygrali w bilard i mieli dobry dzień.

W ciągu dnia miałem mnóstwo zajęć, lecz nocami błąkałem się po ulicach Strasburga szukając schronienia na noc. To był luty i noce były zimne. Niedaleko turystycznej dzielnicy znalazłem garaż, który stał się moją stałą siedzibą. Byłem żebrakiem, mimo iż na to nie wyglądałem. Nikt nie znał mojego adresu i wszyscy sądzili, że mam piękne mieszkanie, gdyż byłem zawsze zapięty na ostatni guzik. Zniszczone ubrania wolałem je wyrzucić niż wyprać i ubrać niewyprasowane. Byłem w nędzy lecz maniak do przesady.

Dołączyłem do bandy 4-ech Azjatów, wkrótce było nas 12-tu.

Wytatuowałem sobie smoka na ramieniu, kupiłem skórzaną kurtkę i rękawiczki oraz parę santiagów żeby upodobnić się do grupy. Wszyscy mieli pseudonimy : byk, skorpion, czarna wdowa, wąż, tygrys. Mnie nazwano białym smokiem, gdyż byłem jedynym, który nie pochodził z Azji.

Między nami byli mistrzowie tajlandzkiego boksu, kung-fu i taekwondo. Każdego popołudnia uczyli mnie swoich technik a wieczorem mogłem je praktykować na członkach innych band.

W dwunastkę wygrana była często po naszej stronie. Trenowaliśmy w parkach, z daleka od ciekawskich.

Przy pomocy bambusowych rurek paliliśmy haszysz aż do omdlenia. Byliśmy silni, niezwyciężeni, czuliśmy się władcami świata..... przynajmniej takie mieliśmy o sobie wrażenie.

Pod wpływem haszyszu i alkoholu grałem źle i wygrywałem jeszcze rzadziej. Uzależniony od narkotyków potrzebowałem coraz więcej pieniędzy. Na szczęście przyjaciele mnie nie opuścili. Jeśli odnosi się do nich z szacunkiem, Azjaci są bardzo ludzcy.


Z haszyszu przeszedłem na kokainę, potem na heroinę. Nie chciałem się kłuć bojąc się być jescze bardziej uzależnionym.

Czułem, że upadam coraz niżej i postanowiłem zastąpić narkotyki papierosami.

Zapisałem się do klubu boksu tajlandzkiego. Mistrza klubu znałem z widzenia gdyż też grał w bilard, ale na myśl by mi nie przyszło, że ten człowieczek ze swoim 1m 60cm był mistrzem Tajlandii w swojej dyscyplinie. Nazywał się Tid.

Kilka lat wcześniej poznałem Thierry'ego i Khama, Tajlandczyka który świetnie boksował. Boks, kung-fu, te sporty bardzo mnie pociągały.

Wieczorem, gdy mi brakowało pieniędzy, wychodziłem sam.

Podobałem się dziewczynom. Nieznajomi płacili za mnie w barze,wieczory niewiele mnie kosztowały. Często usypiałem a dyskoteki zamykały o 6-tej rano. Cieszyłem się z nocy spędzonych w cieple. W moim garażu na wilgotnych pudłach ciężko było spać.

Podrywano mnie często. Z początku spanie w cieple i kąpiel były wystarczające.

Potem kazałem sobie płacić 300 franków a nawet 500 za noc w zależności od klienta. Łatwy sposób na zarobienie pieniędzy.

Kochałem się z małżeństwami, uczestniczyłem w orgiach. Oddawałem się zboczeńcom. Stałem się " żigolakiem ", prawdziwym i zaczęło mi się to podobać.

Dnie spędzałem z bandą a nocami " seksualna bestia " wkraczała na scenę.

Zacząłem wybierać klientów. Uczęszczałem strasburską śmietankę towarzyską, która mnie ubierała, karmiła i dawała nocleg w zamian za noce które z nią spędzałem. Dobrze jadłem, piłem ile chciałem. Czy mieszkając na ulicy można odmówić?

W życiu za wszystko trzeba płacić a ja płaciłem własnym ciałem, gdyż była to jedyna możliwość. Czasami miałem wrażenie, że ciało nie było moją własnością, że należało do pieniędzy, na sprzedaż na każdym rogu baru lub dyskoteki.

Proponowano mi amatorskie filmy pornograficzne za 200 franków. Na myśl o tym, że można mnie będzie oglądać, że ktoś mnie pozna, odmawiałem. Nie chciałem żeby moja rodzina, moi bliscy musieli to znosić któregoś dnia.

Pewnego wieczoru, w nowo otwartej dyskotece siedziałem przy barze, gdy mężczyzna około trzydziestki postawił mi kielicha. Zrozumiałem, że chciał mnie poderwać. Był przystojnym mężczyzną. Wysoki brunet, wysportowana sylwetka, zielone oczy.

Barmani spoglądali na niego łakomie a on tylko na mnie patrzył. Wyciągnął plik pieniędzy zapraszając mnie na noc. Chyba było około 13000 franków ( mniej więcej 2000 euro ). Odmówiłem widząc taką sumę, za duże ryzyko, przecież mógł być z policji. W nocy wszystko jest piękne, pełne światła, ale lepiej uważać na kogo się wpada.

Dowiedziałem się później, że był to syn dyrektora wielkiego warsztatu samochodowego i żałowałem tej nocy.

Być może moje życie byłoby inne gdybym się zgodził.

Mając bezpośredni kontakt ze środowiskiem seksu, narkotyków i pieniędzy, zdawałem sobie sprawę że ci zakłamani i powierzchowni ludzie nie byli interesujący. Zaspokajanie ich potrzeb przestało mnie bawić.

Wieczorem wróciłem do garażu by zrobić bilans życia. Zaskoczony stwierdziłem, że brakuje mi wielu rzeczy. Ktoś mnie okradł.

Przypomniałem sobie, że po drodze minąłem dwóch chłopców z workiem. Czy były w nim moje rzeczy?

Złapałem ich, faktycznie byli to złodzieje.

Byli mniej więcej w moim wieku. Jeden z nich, Turek zapytał :



" Czego chcesz? "

Odpowiedziałem podenerwowany :


" To, co właśnie ukradłeś ".
Padła nieoczekiwana odpowiedź :

" Teraz moja kolej ".

" Co? "

Wściekły, wyszedłem sam z siebie i uderzyłem go stopą w twarz. Upadł plując krwią. Złapałem drugiego za szyję i mocno ścisnąłem palce. Zaczął się dusić i jego charczenie przywróciło mnie do rzeczywistości.

W tym momencie nadjechała policja i w kajdankach wylądowałem na posterunku gdzie spędziłem resztę nocy. Było mi ciepło ale wolałbym być gdzie indziej.

Wyznaczono mi adwokata. Starego wariata z wielkimi potrzebami seksualnymi. Chciał żebym do niego zaglądnął po wyjściu z więzienia. Bycie adwokatem nie daje wszystkich praw. Wykorzystywał sytuację aby zaciągnąć młodych do łóżka twierdząc, że to jedyny sposób na zapłacenie za obronę przed trybunałem. Wiem o tym , to prawda, przysięgam. Nie chcę podać jego nazwiska, gdyż on nadal pracuje w Strasburgu.

Sędzia uwolnił Turków a mnie dostało się 15 dni więzienia, 3 miesiące zawieszenia i 3 lata kontroli. Wszystko to za zwykłą bijatykę. Sądzono mnie, jakbym napadł na bank. Przecież to ja byłem ofiarą.

Więzienie było okropne, dwadzieścia pięć osób w mojej celi i jeden głupszy od drugiego. W porównaniu z nimi byłem aniołem. Jeden zabił żonę, drugi napadł na bank..... wszyscy byli mniej więcej w moim wieku i czekali na wyrok.

Jeden z nich rządził wszystkimi. Mógł zmusić współwięźnia do lizania stóp lub ich gwałcić. Ulegano mu bez oporu.

Zaraz w pierwszy dzień zwrócił się do mnie :



" Będziesz dla mnie pracował "

Odpowiedziałem :



" Dostałem tylko piętnaście dni i mowy nie ma bym dla ciebie pracował "

" Czy wiesz do kogo mówisz? " zapytał.

" Oczywiście, do zwykłego faceta, który szuka zwady i ją znajdzie ".
Ledwo skończyłem zdanie gdy się podniósł by mnie uderzyć. Uchyliłem się.
" Uprawiasz jakiś sport? karate? " pytał.
Potwierdziłem. Jeśli ma ochotę na bójkę, proszę bardzo. Uliczne bijatyki były dla mnie normalką. Ku mojemu zdziwieniu, facet zmiękł i chciał się ze mną zaprzyjaźnić. Imponowałem mu, gdyż w latach 80-tych tego typu sport był mało znany. W Strasburgu były tylko 2 kluby karate. O kung-fu praktycznie nikt nic nie wiedział.

Ta dyscyplina została rozpowszechniona dzięki filmom z Bruce Lee, uwielbianym przez młodych.

Rano, gdy się obudziłem podłoga celi była zalana krwią. Jeden z więźniów, 20 latek podciął sobie żyły żyletką. Jeszcze żył, więc zawołaliśmy strażnika i przewieziono go do szpitala.
Zaszokowany, postanowiłem skończyć z głupotami, które zaprowadziły mnie do więzienia.

Po piętnastu dniach spędzonych w więzieniu zmieniłem się. Zrozumiałem, że wolność jest bezcenna. Co za cudowne uczucie gdy otwiera się więzienna brama! Miałem wrażenie, że trwało to 3 lata i nie potrafię zrozumieć, że ludzie raz uwięzieni po wyjściu popełniają te same błędy i wracają do celi. Te 15 dni otworzyły mi oczy i dotarło do mnie, że więzienie to PIEKŁO. Wolność, robić to , na co ma się ochotę jest cudowne!

Tak, czy inaczej musiałem się trzymać prostej drogi, gdyż za nowe przekroczenie prawa czekało mnie trzy miesiące więzienia plus nowa rozprawa sądowa.
Wróciłem do garażu; był zamknięty. Spędziłem więc noc w dworcowej poczekalni z innymi bezdomnymi. Było zimno i co trochę kontrolerzy nas wyrzucali. Przez całą noc błąkałem się po ulicach szukając ciepłego miejsca. Spałem na ławkach przykryty gazetami.

Miałem przyjaciół, przynajmniej tak myślałem, ale gdy jest się na ulicy, jest się samotnym i opuszczonym. Nigdy nie żebrałem. Czasami ukradłem kanapkę.

Mogłem pójść do jednej z sióstr, ale duma mi nie pozwalała. Co za idiota! Przecież wiedziałem że siostry by mi dały schronienie i jedzenie. Było to jednak silniejsze ode mnie. Być może wstyd? Skrępowanie? Duma? To moja wina, że tak nisko upadłem. Boże! Jakie poniżenie! Boże, pomóż mi! Myślałem o moim domu w Portugalii, o moim pokoju, moim łóżku. A jeśli bym wrócił do kraju...

Czułem się podle. Moja rodzina była uboga, ale uczciwa. Nie chciałem skończyć jako włóczęga!

Myślałem o mamie, która się dla nas poświęciła i miałem ochotę krzyczeć :

" Przebacz mi mamo za to, czym się stałem. Byłaś taka dumna z Twojego Nelinho, który Ci przyrzekł pójść prostą drogą. Kłamałem, przebacz mi mamo! ".
Chciałem być na nowo porządnym człowiekiem. Kimś, z kogo mogłaby być dumna. Postanowiłem zrobić wszystko co możliwe w tym celu.
Po wyjściu z więzienia straciłem z widzenia kolegów z bandy, tym lepiej. Chciałem się zmienić, więc lepiej ich nie szukać.
W barze poznałem księgowego, który pracował w największym światowym cyrku : "American circus ".

Podarował mi bilet na przedstawienie.

Następnego dnia poszedłem do cyrku zainstalowanego niedaleko centrum Strasburga. Byłem oczarowany i po przedstawieniu powiedziałem nowemu przyjacielowi, że szukam pracy. Księgowy wysłał mnie do dyrektora cyrku który przyjął mnie do pracy. Wyznaczył mi wóz w którym spałem z sześcioma osobami.

Nie mogłem zasnąć myśląc o moim nowym życiu i oglądając ze wszystkich stron cyrkowy namiot.


Nazajutrz kazano mi pozamiatać arenę i pokazano jak karmić konie, zebry i słonie. Na szczęście nie musiałem zajmować się drapieżnikami. Bałbym się wejść do klatki.

Cyrk został w Strasburgu 7 dni. Potem wyjechaliśmy do Nancy.

Kilka miesięcy później pozwolono mi przyjmować widzów i wskazywać im miejsca wokół areny.

Przedstawienia odbywały się co dwa dni. Jedno o 14-tej 30, drugie o 20-tej 30.

Parada była przepiękna, coś w rodzaju osmozy między ludźmi i zwierzętami.
Dowiedziałem się, że dyrekcja szukała barmana. Zgłosiłem się i przyjęto mnie do baru.

Bar znajdował się w ciężarówce. Klienci mogli kupić kawę, herbatę lub słodycze podczas przerwy.

Było to miejsce do którego zaglądali artyści po spektaklu.
Jeśli chodzi o cyrkowe wozy w których spaliśmy, artyści lepiej opłacani dysponowali większą powierzchnią. Wóz dyrektora był luksusowy, wyłożony włoskim marmurem, ze sauną i jacuzzi.

Cyrk był na amerykańskim wzorze i należał do Włocha. Różnica polegała na tym, że w Stanach cyrk nie podróżował lecz pozostawał w Dallas.

W cyrku pracowało ponad 470 osób i nie wszystkich znałem. zaprzyjaźniłem się już z kilkoma artystami, zwłaszcza " Fratellini ", klaunami z ojca na syna.Byli to prawdziwi wirtuozi, chociaż łatwo się o tym zapominało widząc jedynie ich stronę humorystyczną.
Ich stroje były tak zabawne, że płakałem ze śmiechu gdy przychodzili do baru.

Był też magik, który uczył mnie sztuczek z kartami między dwoma klientami. Na każdej przerwie ćwiczyłem z trapezistami, żonglerami i akrobatami, jak oni chciałem być artystą.

Nie każdy może pracować w cyrku, trzeba ćwiczyć od dzieciństwa. To lata pracy, cierpienia i poświęceń. Widz nie zdaje sobie z tego sprawy oglądając przedstawienie. Odnosi się wrażenie, że to łatwe, ale sami spróbujcie. Uszanowanie Panowie Artyści!
Jeździliśmy z miasta do miasta i wszędzie były te same kłopoty. Podłączenie do prądu, do wody lub brak miejsca gdyż namiot był ogromny, mógł pomieścić 4000 osób.

Potrzebne było 12 godzin żeby go postawić i 8 na złożenie. Wszyscy w tym uczestniczyli, nawet kobiety i dzieci.

Dawano mi jedzenie, mieszkanie i prano moją odzież. Zarabiałem 3000 franków ( około 450 euro ) i nie miałem czasu żeby je wydać.

Z pierwszej wypłaty kupiłem ubranie i przybory toaletowe, żeby jako tako wyglądać.

Jadłem na stołówce i codziennie zmieniał się jadłospis. Od czasu do czasu artyści mnie zapraszali do siebie lub szedłem z akrobatami do restauracji. Gdy za dużo wypili, robili akrobacje na ulicy co było bardzo zabawne.

Któregoś dnia jeden z trapezistów wypalił za dużo trawki i nie był w stanie zrobić potrójnego salta. Próbował trzy razy i za każdym razem spadał do siatki. Wyobrażam sobie czym by się to skończyło, gdbyby nie było zabezpieczenia. Dyrektor był zły.


Cyrkowcom płacono w zależności od stopnia niebezpieczeństwa numeru, jaki wykonywali. Za niebezpieczną pracę płacono więcej. Amerykański trapezista, który pracował bez siatki, bez linki ubezpieczającej, miał najlepszą wypłatę. Ryzykował życiem. Odnosiłem wrażenie, że igrał ze śmiercią.

Trapezista miał dwa wyjątkowe numery. Jeden to " koło śmierci ". Było to wielkie, obracające się koło, zawieszone 15 metrów od areny. Z przepaską na oczach i utrzymywał równowagę na kole w kierunku jego obrotu. Wspaniałe widowisko!

Otrzymał tytuł " najlepszy numer 1983 roku ".

Program zmieniał się corocznie; jedni odchodzili, nowi przyjeżdżali. Zostali członkowie rodziny " Fratellini " i " Rastelli ".

Wnuczka " Rastelli " była akrobatką. Nadzwyczaj giętka, robiła co chciała ze swoim ciałem. Naprawdę nadzwyczajna, duma rodziny.
W cyrku były 3 areny. Środkowa, przeznaczona dla najlepszych i każdy marzył, by na niej wystąpić. Dwie pozostałe służyły dla mniej znaczących.

Artyści byli zazdrośni, często się kłócili. Przychodzili do mnie ze swoimi kłopotami, lecz nie mieszałem się do ich spraw.


Mieliśmy 120 koni, 20 tygrysów, 10 lwów, 5 czarnych panter, 10 słoni i mnóstwo innych zwierząt. Widzowie mogli je oglądać płacąc 10 franków ( 1,50 euro ).

Podziwiałem dyrektora; miał prawdziwy talent do kierowania tak wielkim przedsiębiorstwem. Moje uszanowanie!

Po półtorarocznym pobycie w cyrku doszedłem do siebie, lubiłem nową pracę, lecz tęskniłem za rodziną. Widząc innych, otoczonych bliskimi, czułem się samotny. Rodzina nie wiedziała gdzie jestem. Nie dałem im znaku życia od wyjazdu ze Strasburga, gdzie chciałem wrócić, by zobaczyć bliskich.

Dyrektor nie chciał przyjąć mojej dymisji. Proponował mi podwyżkę i mieszkanie w dyrektorskim wozie. Był to wielki honor i przywilej. Nie zmieniłem decyzji, chciałem wrócić między swoich.

Nowina rozeszła się w ciągu kilku godzin. Każdy próbował mnie nakłonić do pozostania.Płakałem widząc tyle przyjaźni, po raz pierwszy mnie zaadoptowano, czułem się kochany.

Podjąłem decyzję. W Bordeaux pożegnałem się z cyrkiem. Wiedziałem, że porzucam wspaniałych ludzi i że są smutni z mojego powodu. Płakałem odchodząc i niewiele mi brakowało do zmiany decyzji. Dlaczego odszedłem, było z nimi dobrze.


Na dworcu ciągle płakałem, zastanawiając się nad słusznością tej decyzji i nad tym ,czy naprawdę mam ochotę na powrót do Strasburga.
Bałem się spotkania z rodziną i mając trochę oszczędności zamieszkałem w hotelu.

Na mieście spotkałem Céleste i Minę zdziwione moim widokiem.

Nieśmiało wziąłem je w ramiona. Po tak długiej nieobecności staliśmy się dla siebie obcy.

Nic nie opowiedziałem o moim życiu w cyrku, jakby mi było tego wstyd.

Dowiedziałem się, że Emilia była w ciąży i czekała na urodzenie dziewczynki. Poszdłem do niej z gratulacjami, ucieszyła się bardzo na mój widok.

Emilia i Santos kupili mieszkanie; nie żałowałem więc mojego wyjazdu, mimo iż życie miałem ciężkie.

Siostra promieniowała szczęściem, jak wszystkie przyszłe matki.

Poznałem Wietnamczyka, profesora kung-fu. Zaproponował mi wspólne mieszkanie. Zgodziłem się, kosztowało mnie to taniej, niż pokój w hotelu. Pracował na własny rachunek w kilku klubach.

Ćwiczyłem z nim sześć godzin dziennie. Po kilku miesiącach stałem się jego asystentem a nawet go zastępowałem.
" Kung-fu " oznacza : " Człowiek spełnia się w pracy " przez co można zrozumieć " Dobra praca wymaga wielu wysiłków ".

Uprawianie kung-fu jest dobre dla nie tylko dla ciała. Spoglądałem inaczej na życie. Czułem się przygotowany do zmian, być może na pracę na własne konto.

Czasami szliśmy razem do nowo otwartego " Baru Lotników ". Uczęszczali go studenci, którzy zaproponowali nam zrobienie reklamy dla naszego klubu.
Często zaglądałem do Emilii. Jeszcze nie urodziła. Przybrała 13 kilogramów i z niecierpliwością czekała na poród.

Gdy Johanna przyszła na świat zostałem wujkiem ósmy raz. Myślałem o dniu, gdy będę miał własne dzieci, ale do tego muszę najpierw znaleźć kobietę. Małżeństwo i życie rodzinne wcale by mi nie przeszkadzały.

Sądziłem, że już wszystko widziałem, lecz życie gotowało dla mnie następne niespodzianki.

Stałem się bywalcem " Baru Lotników ". Michelle, właścicielka baru była bardzo sympatyczną osobą. Przyjęła mnie do pracy na próbę jako barmana. Pracowałem od 18-tej da 4-tej rano. Ciężki rytm, ale potrzebowałem pieniędzy jeśli nie chciałem na nowo wylądować na ulicy.

Odpoczywałem w ciągu dnia. Nie chciałem rozczarować szefowej, która miała do mnie zaufanie.

Nocna praca powoduje wielkie zmęczenie, nie byłem więc w stanie kontynuować kung-fu.


Atmosfera w barze była sympatyczna. Barmani i kelnerzy dobrze razem żyli.

Wszyscy pracownicy mieli tendencję do picia. Piłem z nimi dla towarzystwa a przestałem od roku.

Wkrótce wróciłem też do narkotyków.
Po pracy wszyscy razem szliśmy do dyskoteki. Jaki upadek! To, czego się nauczyłem do niczego nie posłużyło! Człowiek jest słaby! Na nowo stałem się " seksualną bestią ", tym razem nie dla pieniędzy... lecz dla przyjemności.

Roztrwaniałem zarobki, 6000 franków ( 900 euro ) plus 1500 franków ( 230 euro) napiwku, na narkotyki. Grosz mi nie zostawał na koniec miesiąca. Wielkimi krokami zbliżałem się do upadku. Nie wyciągnąłem lekcji z przeszłości. Dlaczego raz jeszcze upadłem?

Myślałem tylko o seksie, byle z kim, byle gdzie, często w ubikacji baru podczas przerwy na kawę.

Pewnego styczniowego wieczoru 1986 roku poznałem dziewczynę, narkomankę jak ja, zresztą nieważne, chciałem się kochać bez stawiania pytań. Wiedziałem, że któregoś dnia złapię syfilis lub coś w tym rodzaju, ale w obecności dziewczyny, zwłaszcza jeśli miała ochotę, przestawałem się bać.

Wracając do mojej konkiety. Po stosunku dziewczyna krwawiła, raczej normalne, być może była dziewicą. Nie znam dziewic narkomanek.
Wieczorami jak zwykle chodziłem do dyskotek. Nie widywałem dziennego światła. Byłem wyczerpany i straciłem apetyt.

Wycieńczony, czułem że mam kłopoty. Myślałem raczej o grypie, nadmiarze alkoholu lub haszyszu.

Sobotniego wieczoru, blondynka przy barze, około trzydziestki zapytała :

" Jesteś giętki? "
Nie bardzo rozumiałem, ale nonszalancko odpowiedziałem :

" Oczywiście, ale w jakim sensie? "

" Przyjdź do mnie po pracy! "

Na chwilę zaniemówiłem. Pracowałem patrząc na nią. Wyglądała na osobę zrównoważoną, inteligentną a zwłaszcza zaskakującą.


Wychodząc zostawiła mi swój adres? Podobałem się jej, więc dlaczego nie pójść, co miałem do stracenia?

Po zamknięciu baru jak zwykle zaproponowano mi pójście do dyskoteki. Odmówiłem. Idąc pod wskazany adres stawiałem sobie wiele pytań : " Kto to jest? Czego chce? "

Zadzwoniłem, drzwi się otworzyły, wbiegłem na trzecie piętro. Drzwi mieszkania były otwarte i usłyszałem je głos :
" Wejdź "
Serce biło mi mocno z niepokoju. Wystrój mieszkania był " zen ", czuć było silny zapach kadzidła.

Ze zdziwieniem zobaczyłem nagą kobietę leżącą na łóżku.

Spytałem :

" Na co pani czeka? "
Co za głupek ze mnie! To przecież oczywiste!

Okazało się jednak, że chodziło o coś innego.

Wytłumaczyła mi, że uczyła jogi posiadała salę nazwaną " ZNAKI ".

Miała zamiar zrealizować krótki film na temat jogi i moja " aura " jej się spodobała.

Przez całą noc rozmawialiśmy na temat jej projektu i zrozumiałem aluzję do " giętkości ".

Po śniadaniu poszliśmy do klubu sprawdzić moje zdolności.

Nie byłem taki zwinny, jak myślała i projekt filmu spełznął na niczym. Pozycje jogi wymagają wielkiej elastyczności. Potrafiłem zrobić szpagat, nie było to jednak wystarczające.

Trzeba być akrobatą, tak samo jak w cyrku.


Wczesnym popołudniem Monique, gdyż tak miała na imię, zaproponowała mi spacer w lesie a później kolację w restauracji. Podczas kolacji zaofiarowała mi wspólne mieszkanie.

Wiem że ta propozycja nadeszła szybko, ale mieszkanie znajdowało się niedaleko od mojego miejsca pracy, co było mi na rękę. Przeprowadziłem się tego samego wieczoru.

Dni mijały. Monique zbytnio mnie nie pociągała, ale podobała mi się jej inteligencja i zrównoważenie. We mnie wszystko się gotowało i jej spokój mnie uśmierzał.

Czy to kobieta mojego życia? Czy mogliśmy uformować rodzinę i mieć dzieci? Nie wiedziałem. Monique była poprostu niezwykła!


Uczyła mnie " Kama-sutry ", nowej sztuki o której nic nie wiedziałem. Pokazała mi różne pozycje, często dziwne. Czułem się nowicjuszem a sądziłem, że jestem ekspertem.Prawdę mówiąc, nowe wychowanie seksualne bardzo mi się podobało. " Kama-sutra " jest zaskakująca i tajemnicza. Można się bawić w chowanego i często nie wiedziałem, kto szuka a kto " kryje ".
Kilka dni później miałem skurcze żołądka i biegunkę. Monique sądziła, że to nieżyt żołądka, coś jednak mi mówiło, że na tym się nie skończy.

W lutym wziąłem 8-em dni urlopu i wyjechałem na narty z przyjaciółmi. Ból był coraz większy, biegunki coraz częstsze. Czasami nie mogłem utrzymać stolca.

Urlop zmienił się w koszmar! Przyjaciele nic nie rozumieli a ja ani tyle. Poszedłem do miejscowego lekarza, który dał mi 7 dni zwolnienia, myśląc że to zwykły nieżyt jelit.

Wysłałem zwolnienie do pracy i postanowiłem zostać w górach mając nadzieję, że pomoże mi górskie powietrze.

Po powrocie Monique stwierdziła, że źle wyglądam, że bardzo zeszczuplałem. Faktycznie, straciłem 5 kilogramów w ciągu 15 dni.
Wyrzucono mnie z pracy gdyż moje zwolnienie wysłane listownie nie dotarło. Chciałem zaskarżyć Michelle, moją pracodawczynię, ale koniec końców zrezygnowałem.

Zmęczony i osłabiony, brakowało mi sił na szukanie nowej pracy.

Minęło lato i mój stan się pogorszył. Czułem się źle, zaniepokojony domyślałem się, że coś się stanie. Dziwne jak można wiedzieć, przeczuć coś anormalnego.

Danièle, przyjaciółka Monique mieszkała w tym samym bloku. Była dyrektorką laboratorium medycznego. Poradziła nam zrobić badanie krwi.

Kilka dni później, gdy oglądałem telewizję, Danièle i Elisabeth, inna laborantka zadzwoniły do drzwi. Nie śmiejąc mi spojrzeć w oczy, dały mi wyniki badań.



  1   2   3   4


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna