Jacek Kwiatkowski



Pobieranie 357,55 Kb.
Strona1/7
Data25.04.2018
Rozmiar357,55 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7

Jacek Kwiatkowski



GROŹNE PROMIENIE

TOM 2 autobiografia
Rozdział 1
Rok 1969. Sąd cywilny – Szczecin.

Za czarnym stołem siedziało trzech przeciwników. Sędzia o nieodgadnionym spojrzeniu, po bokach miał dwóch pomocników – ławników sądowych. Z oczu ławników wyzierała otwarta ciekawość. Sędzia pilnował się, aby mieć twarz nieodgadnioną.

Zadanie miałem niełatwe. Chciałem obalić system złego traktowania robotników. Musiałem zmienić wrogie nastawienie sędziów do skrzywdzonych robotników, urzędników, wszelkich pracujących, którzy chcieli odszkodowań za wypadki, jakich doznali w czasie pracy. Sędziowie bali się stawać po stronie skrzywdzonych. Gdyby im zarzucono, że stoją po stronie żądających odszkodowań, przestaliby awansować, dostawać nagrody i premie. Ten lęk ich obezwładniał, odbierał odwagę.

Wiedziałem o tym. Pisane prawo było na bakier z prawem zwyczajowym. W szczecińskim procesie, jaki wytoczyłem w takiej właśnie sprawie, sędzia nie chciał się poddać, ławnicy w prawie się nie orientowali. Byli tylko milcząca asystą, dla wzmacniania prestiżu sędziego.

Mój przeciwnik, sędzia, wieku był średniego. Siedział z ławnikami za podłużnym czarnym stołem, na jego piersi wisiał złocony łańcuch, twarz, maska nieruchoma, pochylała się lekko nad rozłożonymi aktami. Wszyscy trzej milcząc, wyglądali jak zespół, któremu zabieram niepotrzebnie czas, bo i tak nic nie uda się zmienić.

Grałem o dużą stawkę. Robotnicy w Polsce nie skarżyli się w sądach. Nie było takiej praktyki. Mogli udać się do redakcji gazet i tam się poskarżyć, mogli pójść do komitetu partyjnego i złożyć skargę dyżurującemu sekretarzowi. Gdy była to niezbyt ważna sprawa, brak roboczych rękawic, sprawę szybko załatwiano. Ale gdy skarżący chciał dokonać zmian w rytuale, żądał odszkodowania za wypadek przy pracy, wtedy wszyscy, dosłownie wszyscy, i w aparacie partyjnym, i w redakcjach, i w prokuraturach a także w sądach, wtedy wszystkie tam oczy stawały się nieobecne, mówiły: nie zabieraj nam czasu! Nic tu po tobie. Odczep się.

Był wówczas w Szczecinie odważny dziennikarz, nazywał się Henryk Prawda. Napisał w Głosie Szczecińskim o robotnikach, że w stoczni nie dostali na czas roboczych rękawic. Za opublikowany artykuł rozhulały się telefony, dziennikarz miał być zwolniony z pracy, szeroko o tym plotkowano, nie dziwmy się sędziom, że byli nieprzyzwyczajeni do żądań odszkodowańa, srożyli się wewnętrznie i kombinowali, jakby wyjść z tej operacji bez szwanku dla siebie.

A ja teraz, w Sądzie Wojewódzkim w Szczecinie, prowadziłem sprawę… Ale jaką… Sprawę rozdętą do granic wytrzymałości sędziów. Wiedziałem, że będę przez sąd zbywany jak inni poszkodowani, dlatego pozwałem do sądu aż jedenaście osób z wielu instytucji, same ważne osoby, dyrektorów, naczelników. Był tam dyrektor Polskiej Żeglugi Morskiej, był dyrektor Stacji Sanitarno-epidemiologicznej, byli inni, którym postawiłem zarzut opieszałości w załatwianiu mojej sprawy, napromieniowanego w czasie pracy marynarza, naruszyli moją godność.

Miałem głęboko w sobie spychane wyrzuty sumienia. Wszystkie osoby przeze mnie pozwane miały nie tylko nieposzlakowaną opinię, ale także cieszyły się powszechnym szacunkiem. Najbardziej bolała mnie świadomość, że za życzliwość, jaką mi okazywali w przedsiębiorstwie dyrektor naczelny i kierownik działu BiHP, ja tworzyłem z nich przeciwników.

Wreszcie sędzia oderwał wzrok od leżących przed nim papierów i spojrzał na mnie ostro, jakby chciał mnie zasztyletować. Miałem na prawdę groźnego przeciwnika. Mógłby mnie prosto z sali sądowej wsadzić do aresztu, ale musiałbym mu dać choćby drobną szansę, jakiś najcieńszy atut. Na przykład, gdybym podniósł głos, albo wykonał gest, który w oczach sędziego byłby wybrykiem. Patrzył na mnie bacznie i obserwował czujnie jak lampart polujący na kozła w Afryce, i czekał.

A ja zachowywałem się jak ten zalękniony, zahipnotyzowany kozioł, nieruchomy w ruchach, stałem pokornie i zdawałem się cierpliwie czekać na pożarcie przez sędziego lamparta.

- Wysoki Sądzie, przerwałem ciszę. - Domagam się przeprowadzenia komisji powypadkowej, a tę nie powołuje się, przez co doznaję uszczerbku…

- Nie udzieliłem panu głosu – przerwał sędzia nie podnosząc wzroku. Przydzielam panu obrońcę z urzędu. Zamknął posiedzenie, zabrał ze stołu papiery, podniósł się, ławnicy jak automaty podnieśli się także, aby opuścić salę. Musiałem wyjść. „Przydzielam obrońcę z urzędu!” A więc w taki sposób sędzia chce mnie zwalczyć, odebrać mi głos. Co powie obrońca z urzędu? Obrońca z urzędu powie to, co po cichu podpowie mu sędzia.

Sąd Wojewódzki był na ulicy Narutowicza. Moje mieszkanie było niedaleko, na ulicy 3 Maja, na czwartym piętrze. Tam był mój sekretariat. Przeróżne dokumenty, a wśród nich książka księdza Włodzimierza Sedlaka, profesora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Otwierał oczy na budowę człowieka, ujmując, że człowiek jest „Homo electronicus”. Wyrażał się, że jestem jak inni, człowiekiem elektrycznym, składający się z atomów, elektronów etc, i podatnym przez to na pola elektromagnetyczne. 

To, że jestem składnicą elektronów, protonów itd. przekonałem się niebawem.

Po silnym napromieniowaniu mikrofalowym występują u napromieniowanego człowieka echa. Dziwne echa. Echa wracające jak głos z dalekiej odległości odbite ze ścian lasu, albo wewnątrz pieczar, echa po napromieniowaniu silnie alergiczne. Kontakt z polem elektromagnetycznym wywołuje reakcje, bardzo ciekawe dla mnie, jako obserwatora tego zjawiska, ale reakcje dla mnie przykre osobiście. Musiałem przed nimi się zabezpieczyć, albo je złagodzić.


Rozdział 2

Zbudowano w Szczecinie, przy ulicy Malczewskiego, nowy Dom Marynarza. Wybudowany ze składek marynarzy, wielopiętrowy gmach z dużym hotelem, każdy pokój miał łazienkę. Rozlokował się w nim Morski Ośrodek Metodyczno Informacyjny w skrócie zwany MOMI. Kilkunastu instruktorów zajmowało się kulturą, organizowali konkursy dla marynarzy, przyznawali nagrody za prace plastyczne. Marynarze w czasie rejsu czytali, malowali obrazy, tkali dywaniki, robili dzieła sztuki z lin okrętowych, oglądali filmy wyświetlane na projektorze filmowym. Książki i filmy dostarczano na statek, gdy zawinął do portu, albo nawet przesyłano innym statkiem. MOMI było czymś znacznym dla marynarzy.

W MOMI zacząłem pracować, czekając na przyznanie okresowej renty, aby później wrócić do pracy na morzu.

Któregoś dnia do MOMI przyszedł porozmawiać ze mną przedstawiciel konsulatu rosyjskiego, prawdopodobnie dostał zlecenie zasięgania opinii u ludzi niezależnie myślących, niekryjących się ze swoim zdaniem. Po kilku ogólnych wstępach, zapytał mnie o Mieczysława Moczara. Moczar był w czasie wojny rozsławionym partyzantem, później miał różne funkcje, stworzył organizację ZBOWID, Związek Bojowników o Wolność i Demokrację, w której w przeważającej ilości byli dawni partyzanci.

Przybyły zapytał mnie wprost: - co sądzę o wybraniu Moczara na pierwszego sekretarza Partii PZPR, a więc człowieka spełniającego rolę prezydenta Polski.

Odpowiedziałem, że Moczar był szefem Urzędu Bezpieczeństwa w Łodzi, tam torturowali byłych członków Armii Krajowej, Moczar nie ma u ludzi dobrej opinii.

Przybyły podziękował mi i sobie poszedł, a ja zacząłem myśleć, skąd ten człowiek o mnie się dowiedział. Być może kierownictwo MOMI wskazało na mnie, że mogę udzielić niezależnej opinii.

* * *


Ciekawe przypadki zaczęły mnie spotykać. Po napromieniowaniu radarem zaszły u mnie zmiany w sferze fizycznej. Zacząłem się łatwo elektryzować. Nocami nie mogłem zasnąć, zanikało mi tętno, i musiałem czekać aż do czwartej rano, czekać do wschodu słońca, kiedy jego światło, jego energia zaczynało docierać na ziemię. Wówczas odżywałem jak roślina ożywiona promieniem słońca, powracało mi tętno w żyłach i mogłem spokojnie zasnąć.

Na noc nie zamykałem drzwi. Spodziewałem się, że gdy moje tętno zniknie, gdy umrę, to złodziej zobaczy mnie nieruchomego. Okradnie mieszkanie, zostawi szeroko otwarte drzwi, sąsiedzi znajdą mnie i przekażą gdzie trzeba. Na cmentarz!

I wtedy zaczęły do mojego mieszkania przychodzić starsze panie. Pojedynczo. Ja siadywałem na tapczanie, panie na fotelu, i opowiadały swoje życie cicho, jak cicho płynie przez płaską łąkę niewielki strumyk.

Każda mówiła to samo zgaszonym głosem. Miała mieszkanie, przepisała na córkę, syna, wnuczka. Gdy wnuczek był mały, babcia była potrzebna, gdy wnuczek zaczął dorastać, w mieszkaniu stawało sie ciasno, babcia wędrowała za drzwi, nie wpuszczano jej do wnętrza, nocowała na schodach.

Opowiadały, że kilka babć z głodu umarło niedaleko swego mieszkania.

Morał z tego wynikał taki, aby mieszkania nie przepisywać na rodzinę. Żyć po amerykańsku.

Mógłbym o tym mówić przychodzącym do mnie starszym babciom, ale były tak przybite swoim rozczarowaniem, żadne słuszne słowa do nich nie mogły już dotrzeć. Kiwały potakująco głowami, wypijały herbatę, czasem coś zjadły, wychodziły dalej prząść swoją tułaczą wędrówkę po różnych klatkach schodowych, szukając datku pieniężnego, aby przedłużyć życie, chociaż o kilka dni.
Rozdział 3

Sędzia chciał mnie pokonać, a ja się mu się nie poddawałem Przydzielił mi adwokata z urzędu, adwokat zamiast mnie reprezentować, przedstawiać korzystne dla mnie fakty, stwarzał o mnie opinię chuligana szkalującego wszystkich. Miał w tym rację, ale pomijał moją rację poszkodowanego, który chce powołania komisji powypadkowej.

Gdy na kolejnej rozprawie sędzia nie pozwolił mi się odezwać, gdy udzielał głosu tylko stronniczemu obrońcy z urzędu, złożyłem do protokołu rozprawy wniosek o cofnięcie pełnomocnictwa dla obrońcy, a potem wyłączenie sędziego.

Na korytarzach sądu kłębiły się gromadki ludzi. Czekali przed salami posiedzeń na swoje rozprawy. Po wielu tygodniach, widząc mnie często przechodzącego korytarzami sądu, niektórzy zaczęli mi się z szacunkiem kłaniać, myśląc, że jestem pracownikiem sądu, albo adwokatem.

Walka w gmachu sądu wojewódzkiego trwała wiele miesięcy, w międzyczasie doszło też do rozprawy w sądzie pracy.

Tam też odczułem, aby moją sprawę w sądzie pracy odrzucić. Starszy już sędzia, Nęcki, chociaż przychylnie mnie posadził po drugiej stronie swojego biurka, patrzył na mnie nieufnie. Czułem, że wolałby odrzucić moje żądanie odszkodowania za wypadek przy pracy. Wcale mnie to nie zdziwiło, sędzia mi po prostu nie wierzył.

Już niedaleko miał do emerytury. Nie widział przed sobą awansów i nagród. Twarz miał rozluźnioną, oczy spokojne, nie przerywał mi, gdy tłumaczyłem o promieniowaniu radaru okrętowego. Początkowa niewiara zaczęła w nim słabnąć.

- Utrzymuje pan, że promienie radaru mogą szkodzić człowiekowi? Byłoby to powszechnie znane.

- Nie mogą być znane, jeżeli informacje są utajniane, - odpowiedziałem. – Proszę zrozumieć, że wojsko na całym świecie używa promieniowania radarowego, promieniowania mikrofalowego dla celów zbrojeniowych. Ujawnienie szkodliwości tegoż promieniowania wzbudziłoby nie tylko protesty w wielu krajach, ale także zaczęto by żądać przeprowadzenia szczegółowych badań przez cywilne ośrodki naukowe. A do tego przemysł zbrojeniowy, a także generałowie wojskowi, nie chcą dopuścić.

Sędzia zadumał się i spojrzał na mnie inaczej. Nieufność i niewiara spłynęły z niego jak woda z lodowca. Uśmiechnął się do mnie ze zrozumieniem, zaczęliśmy rozmawiać jak równy z równym.

- Proszę zrozumieć, - spojrzał mi otwarcie w oczy - nie można w pańskim przypadku uznać wypadku przy pracy, a także choroby zawodowej związanej z promieniowaniem radaru, gdyż nie ma takich przepisów. Jest napromieniowanie rentgenowskie, a mikrofal w wykazie przyczyn jeszcze nie ma.

Wychylił się nad blatem biurka w moją stronę, jakby chciał, abym lepiej go słyszał i rozumiał.

- Miałem stosunkowo niedawno podobnie trudną sprawę. Młoda kobieta pracowała w laboratorium przy antybiotykach. U niej też wystąpiła alergia, nadwrażliwość tak niezwykła, że nikt jej nie dawał wiary.

- Niech pan sobie wyobrazi, przy kontakcie z antybiotykiem puchła, robiła się gruba. I nikt jej nie chciał wierzyć. Przeprowadzone badania wykazały, że puchnie, gdy na jej dłoń nalano czy nałożono antybiotyk, ale także odczuwała alergicznie obecność człowieka, który pobrał antybiotyk w zastrzyku. Była to najtrudniejsza sprawa, jaką miałem – westchnął. - Jej sprawę udało się doprowadzić do końca, otrzymała rentę zawodową.

Sędzia Nęcki był przyzwoitym człowiekiem. Starał się pomóc, ale to była sprawa dużo trudniejsza. Wymagała jeszcze wielu zabiegów.

Wpierw musiałem załatwić sprawę czarów. Miałem dżu-dżu, podarowane przez afrykańskiego przyjaciela. Dżu-dżu to określenie związane z czarami w Afryce. Coś, co przynosi szczęście, a w Europie zwane jest talizmanem. Otrzymałem w porcie afrykańskim małą tykwę, wewnątrz były czarne kryształki. Czarnoskóry przyjaciel, który dawał mi ją w darze powiedział: - gdy wetrzesz w dłoń kilka kryształków wraz z kroplami perfum, tą dłonią uściśniesz dłoń innej osoby, będzie twoim przyjacielem. Gdy uściśniesz dłoń kobiety, będzie twoim wielkim przyjacielem, choćby cię przedtem nie lubiła, będzie twoim wielkim przyjacielem.

Przed dwoma miesiącami tak uzbrojoną dłonią uścisnąłem rękę młodej kobiety i wtedy zaczęła się przygoda. Mało dawałem wiary działaniu amuletów. Przypływając na statkach do portów zachodniej Afryki, słyszałem o przeróżnych wierzeniach w talizmany. Starałem się odkryć zasadę ich działania i skuteczność.

Jednym z talizmanów była noszona przez niektórych Afrykańczyków przepaska powyżej łokcia, „Finda-fonda-fe”. Był to talizman bardzo drogi, wewnątrz miał COŚ, co chroniło właściciela przed ugodzeniem nożem. Noszenie tego talizmanu było bardzo przydatne. Właściciel nie obawiał się noża, nie obawiał się kalectwa lub śmierci.

Zastanawiałem się nad tym zjawiskiem - DLACZEGO? Dlaczego utrzymuje się tak silna wiara w działanie tego talizmanu? Na skutek przemyśleń doszedłem do prostego wniosku, że działanie i wiara w talizman „Finda-fonda-fe” polega na oddziaływaniu talizmanu na układ nerwowy człowieka. Bliski kontakt ze skórą noszącego talizman, wpływa na działanie jego układu nerwowego.

Układ nerwowy noszącego „Finda-fonda-fe” wysyła silne sygnały telepatyczne, które powstrzymują nożownika przed użyciem narzędzia zbrodni. Gdyby noszący talizman został ugodzony nożem, został zraniony lub zamordowany, wtedy mit przestałby istnieć. Jednak powszechne przekonanie o sile tego talizmanu nadal trwa, wiecznie, niepodważalnie i zwycięsko.

Teraz w Szczecinie mogłem zobaczyć niezwykłą skuteczność mojego dżu-dżu. Uścisk mojej dłoni, która posmarowałem dżu-dżu zadziałał na kobietę, moją przyszłą żonę. Była wesołą blondynką, miała wielu adoratorów przystojniejszych, atrakcyjniejszych, a przede wszystkim zdrowszych ode mnie, człowieka napromieniowanego. Jednak siła afrykańskiego talizmanu była tak wielka, że zwyciężył wszystkich. Musiała wybrać mnie.

Codziennie jedliśmy obiad w stołówce Domu Marynarza. Po obiedzie wychodziliśmy na ulicę. Tam zostawiała mnie samego i szła na jakieś spotkanie. Odchodząc, co kilkadziesiąt kroków oglądała się wstecz, jakby tajemnicza siła nie pozwalała jej oderwać się od mojej osoby, zanikała mi w oddali horyzontu ulicy, widziałem jak ciągle się za mną ogląda, póki nie znikła zupełnie z moich oczu.

Wówczas udawałem się do swego mieszkania, aby pracować nad socjologicznymi wzorami związanymi z konfliktami społecznymi.

Przekształcane wzory matematyczno-socjologiczne dały wynik: t x d = 1 t – czas d – dystans między grupami konfliktu, cyfra 1 jako stały constans.

Wzór ujawnił zależność dystansu między jednostkami albo grupami społecznymi konfliktu od czasu trwania konfliktu. Tego odkrycia nie ujawniałem, ale pracowałem nad nim nadal, mając na uwadze ważność wzoru i przydatność dla pokoju.

Pracowałem godzinami, całymi nocami. Pewnego późnego dnia, niedaleko przed północą, mieszkanie jak zwykle było zamknięte tylko na klamkę, poczułem, że nie jestem sam. Nikt do mieszkania nie wszedł. Podłoga nie skrzypnęła. Żadnych odgłosów wejścia kogokolwiek nie usłyszałem, ale odczułem, tak jak niewidomy odczuwa obecność ludzi, że nie jestem sam, że ktoś jest w pobliżu.

Na biurku przede mną leżały białe kartki zapisane cyframi, za sobą odczułem obecność osoby. Nie warto było się oglądać za siebie, wiedziałem, że nikogo nie zobaczę. Tej osoby widzieć nie było można. Ale ją czułem. Pochyliła się nade mną z lewej strony, nad moim lewym ramieniem, aby zobaczyć, co piszę. Żeby jej to ułatwić, odchyliłem się w prawo, aby odsłonić zapisane kartki. Próbowałem wtedy połączyć mój wzór ze wzorem Einsteina: E = mc2

Nie zląkłem się niewidzialnej wizyty. Stale liczyłem się z własną śmiercią w czasie snu, nie zamykałem mieszkania, cóż w obliczu stałego zagrożenia śmiercią mogłoby mnie przestraszyć? Przestraszenie mnie było niemożliwe. Niemożliwe całkowicie i zupełnie.

Na pogodzenie się ze śmiercią mogła też wpłynąć moja zwiększona religijność. Przedtem, będąc marynarzem, byłem religijny jak inni marynarze. Obcując z morskim żywiołem, stykając się ze śmiercią ludzi pracujących w zwiększonym ryzyku, nie spotkałem nikogo, kto by powiedział: Boga nie ma! Takiej osoby nie spotkałem.

Mieszkałem w centrum Szczecina w pobliżu dwóch kościołów: j Jeden z nich, Kościół Garnizonowy, był z wojskowymi kapelanami. Do tego kościoła lubiłem chodzić. Mając napromieniowany organizm, nadmiernie wrażliwy na bodźce mechaniczne, stałem się nadwrażliwy także nadzmysłowo. Czułem płynące wewnątrz budynku kościoła wibracje, odczuwałem uniesienia tłumu, odczuwałem siłę wiary.

Jestem przekonany, że wiara pozwala przetrwać, napełnia ufnością. Człowiek wiary odważniej sięga w przyszłość, widzi cele przed sobą, ma lepsze oparcie niż człowiek, który na wszystko mówi – to i tak nic nie da. To i tak się nie uda.

Tak jak ocenia szklankę wypełnioną w połowie wodą. Wierzący optymista mówi, że szklanka do połowy jest pełna, niewierzący pesymista odpowiada, że jest w połowie pusta.

Wierząc w pełną szklankę wyczytałem w Głosie Szczecińskim informację, że jest organizowany kurs dziennikarski. Prowadzić go miał Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu dla członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Niestety, nie byłem członkiem partii, byłem bezpartyjny, ale postanowiłem na kurs dziennikarski się dostać.

WUML siedzibę miał przy placu Orła Białego. Na pierwszym piętrze w sekretariacie złożyłem podanie o przyjęcie, a po tygodniu miała zostać wywieszona kartka z nazwiskami przyjętych kursantów. Mojego nazwiska nie było. W sekretariacie powiedziano mi, że ktoś moje podanie zabrał. Hm... Nieładnie.

Zapukałem do drzwi dyrektorki WUML-u. Miła starsza pani, starannie uczesana, podała mi rękę: – czym mogę panu służyć? Proszę usiąść.

Usiadłem. Patrząc jej w oczy powiedziałem:

- Chciałem być studentem kursu dziennikarskiego. Napisałem podanie. Nie jestem członkiem partii PZPR, ale bardzo z tego kursu chciałem się nauczyć. Pomogłoby mi w przyszłości w pisaniu do gazet. A moje podanie ktoś wycofał.

Dyrektorka wstała zza biurka, weszła do sekretariatu. Wróciła po chwili i powiedziała, co mnie ucieszyło:

- Rzeczywiście, ktoś zabrał pańskie podanie. Nie przyjęłabym pana na studium dziennikarskie, gdyż jest pan bezpartyjny, kurs ma być tylko dla członków PZPR, lecz pana podanie ktoś wycofał, zabrał. W mojej karierze dyrektorki WUML-u zdarzyło się to pierwszy raz. Dlatego pana przyjmę!

Tak zostałem słuchaczem studium dziennikarskiego.

To była mądra inicjatywa. W latach 70-tych zamierzano w dużych przedsiębiorstwach wprowadzić komórki socjologiczne, żeby lepiej poznać pracę urzędników i robotników, ulepszać warunki pracy i uzyskać lżejszą, wydajniejszą pracę. Na wzór amerykański w USA.

Podobnie planowano wprowadzenie w dużych przedsiębiorstwach gazetek, biuletynów zakładowych. Do tego potrzebni byli dziennikarze, tych wyszkolić miał WUML. Były to mądre inicjatywy.

Na wykładach WUML-u, chociaż miał nazwę związaną z Marksem i Leninem, nie słyszało się o marksizmie i leninizmie, nic z polityki nie było. Wykładowcy przyjeżdżali z Warszawy, czasem przylatywali samolotem. Były wśród nich znaczące postacie dziennikarstwa. Wykładał Kazimierz Kąkol, redaktor naczelny „Prawa i Życia”, wykładali profesorowie z warszawskiego uniwersytetu. Lokalnym wykładowcą był naczelny redaktor Głosu Szczecińskiego, Stefan Janusiewicz. Zaczepił mnie i przypomniał, że Głos wydrukował mój krótki reportaż, który wysłałem z radiostacji statku Metalowiec, o katastrofie promu Iraklion na wodach greckich, gdzie utonęło kilkaset osób.

To był bardzo trudny dla mnie kurs. Uczciwie uczył rzemiosła dziennikarskiego. Musiałem dużo notować. Mój napromieniowany organizm przeszkadzał mi. Pisząc notatki, widziałem zamazane kartki, wtedy sięgałem lewą ręką za siebie i mocno tarłem paciorki kręgosłupa. Poprawiało mi widzenie na krótko, ale wzbudzało popłoch obok siedzącego kursanta. Podejrzewał, że gryzą mnie pchły, a może wszy. Gwałtownie odsuwał się ode mnie na bezpieczny dystans. Był przysięgłym tłumaczem języka łotewskiego, lękał się, że moje insekty przejdą na niego a potem na jego klientów.

Ale wpadłem na pomysł. Żeby zamykać jedno oko a drugim patrzyć na papier. Już nie musiałem masować kręgosłupa, aby poprawiać krążenie krwi. Mogłem swobodnie słuchać wykładu i notować w zeszycie. Patrząc jednym okiem dokładnie widziałem to, co notowałem. Litery były czytelne i wyraźne.

Kurs był wielomiesięczny, ukończony dyplomem. Zaraz wziąłem dyplom pod pachę i podążyłem śpiesznie do Wojewódzkiego Komitetu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Usiadłem dumny przed dyżurnym sekretarzem, pokazałem dyplom i odezwałem się z nadzieją, że będę potraktowany jak upragniony partner: będę mógł teraz krytykować, co tylko uchwycę do naprawy.

Siedzący za biurkiem tyłem do okna, przez co słabo go widziałem, gwałtownie się poruszył. Niepodnoszącym głosem, bardzo wyrównanym, odezwał się do mnie: niech pan tego nie robi. Proszę być rozważnym.

Podziękowałem dyżurnemu sekretarzowi za radę. Pożegnałem go grzecznie. Odłożyłem krytykowanie na bardziej sprzyjający czas.


Rozdział 4

Gazetą, której artykuły czytano z dużym zainteresowaniem, był tygodnik Polityka. Napisałem do Polityki list, opisujący trudności w uzyskaniu orzeczenia komisji wypadkowej. Po kilku tygodniach zapowiedziała się z przyjazdem do Szczecina dziennikarka Hanna Krall.

Już nie mieszkałem sam, wesoła blondynka odrzuciła adoratorów, pobraliśmy się, w czym według mnie, odniósł duży wpływ tajemniczy afrykański dżu-dżu.

Dziennikarka Polityki Hanna Krall, drobna, błyskotliwa brunetka, zjadła u nas obiad i opowiedziała ciekawą historię ze swojej praktyki. Gdy robiła reportaż w ośrodku naukowym radzieckiej fizyki, w Dubnej, zobaczyła młodych naukowców, jak zabawiali się kładzeniem rąk nad drewnianym stolikiem, potem podnosili dłonie w górę, a stolik unosił się w górę za ich dłońmi, lewitował.

Krall napisała o mnie artykuł. Opisała perypetie z brakiem komisji, napisała o mojej pracy socjologicznej, wspomniała o Matematycznej Teorii Konfliktu, ujawniła wzór, zakończyła, że będę w przyszłości pucybutem.

Artykuł niewiele pomógł, sprawa była trudna, brak było przepisu w ustawie o wypadkach lub chorobie zawodowej związanej z napromieniowaniem energią radaru.

Pojechałem do Ministerstwa Zdrowia popytać o zmiany w przepisach. Czekając w pokoju obok gabinetu ministra, zacząłem rozmowę z lekarzem, który też miał sprawę do załatwienia.

Lekarz ujawnił, że przenoszą go karnie za jakąś niesubordynację, oraz opowiedział o studentach, którzy agresywnie żądali zwrócenia uwagi na ochronę zdrowia i ochronę środowiska. Za tę agresywność zostali usunięci z uczelni.

Urzędujący w gabinecie ministra odesłali mnie do wydziału zajmującego się chorobami zawodowymi. Byłem przyjaźnie i współczująco przyjęty, czym chwycili mnie za serce. Zapytali mnie wprost: - czy pan chce jak najszybciej dostać odszkodowanie? Pomożemy panu go szybko uzyskać. Ale może pan też zaczekać na przepis, nad którym pracujemy, a to przedłuży pana sprawę o kilka a nawet kilkanaście miesięcy… Co pan wybiera?

Pomyślałem: - gdy szybko dostanę odszkodowanie, mogą inni poszkodowani nic nie dostać. Lepiej poczekam. Czekając, będę mógł więcej zdziałać dla innych.

- Odpowiedziałem: - poczekam na przepis.

Nie wzięli mi tego za złe, chyba mieliśmy wspólne fale telepatyczne. Oni też myśleli o sprawach polskich.

Poszedłem do redakcji Polityki. Hanna Krall poczęstowała mnie kawą, obok niej siedziała Wanda Falkowska, pisząca artykuły związane z prawem.

Mój słuch był niezmiernie wyczulony. Była to nadsłyszalność. Dźwięki słyszałem tak wzmocnione, że często musiałem w uszach nosić watę. Dziennikarki rozmawiały cicho i sekretnie. Siedziałem od nich odległy kilka metrów. Chociaż cicho szeptały do siebie, słyszałem dobrze. Zaciekawiło mnie wyznanie Falkowskiej: -„On tej sprawy nie wygra”.

Widocznie moje sądowe utarczki były w redakcji Polityki omawiane. Będąc już wewnątrz redakcji Polityki, zacząłem w innych pokojach pytać, czemu artykuły redakcyjne w Polityce są odważniejsze od artykułów innych redakcji. Dlaczego nie obawiają się konsekwencji? Przecież często wywlekają na wierzch sprawy, które są starannie chowane pod dywan przez utytułowane osoby.

- Nam pomaga generał – dowiedziałem się. Lecz nazwiska nie chciano mi ujawnić, ale mógł to być tylko generał Wojciech Jaruzelski, wtedy szef wydziału politycznego w głównym sztabie Wojska Polskiego.

W szczecińskim sądzie nie mogli mnie pokonać. Kilka razy odwoływałem przymusowych adwokatów z urzędu, wnosiłem o zmianę sędziów, aż doszło do sytuacji, że Sąd Wojewódzki oddalił mój pozew, a ja odwołałem się do Sądu Najwyższego w Warszawie. Rozprawy miały być wiele miesięcy później.



  1   2   3   4   5   6   7


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna