Gustaw Herling-Grudziński



Pobieranie 0,86 Mb.
Strona1/23
Data13.11.2017
Rozmiar0,86 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   23

Gustaw Herling-Grudziński
Inny świat

Zapiski sowieckie


Tu otwierał się inny, odrębny świat, do niczego niepodobny; tu panowały inne, odrębne prawa, inne obyczaje, inne nawyki i odruchy; tu trwał martwy za życia dom, a w nim życie jak nigdzie i ludzie niezwykli. Ten oto zapomniany zakątek zamierzam tutaj opisać.


DostOjewski, Zapiski z martwego domu
Krystynie

Od Autora

Należy chyba zacząć od przedstawienia, na użytek czytelnika polskiego w Kraju, zwięzłej historii Innego Świata. Napisałem tę książkę w ciągu roku, od lipca 1949 do lipca 1950, w Rugby i w Londynie. Ukazała się najpierw po angielsku w znakomitym przekładzie śp. Andrzeja Ciołkosza i z przedmową Bertranda Russella. Spotkała się z dobrym przyjęciem prasy i czytelników. Za wydaniem angielskim poszły inne, zarówno normalne, jak "kieszonkowe": amerykańskie, szwedzkie, niemieckie, włoskie, hiszpańskie (w Argentynie), japońskie, chińskie (w Hongkongu), arabskie. Najdłużej, bo aż trzydzieści pięć lat, musiałem czekać na wydanie francuskie: nosi datę 1985, poprzedzone jest wstępem pisarza hiszpańskiego Jorge Sempruna, obecnego ministra kultury w rządzie Gonzaleza. Przekład francuski, bardzo dobrze przyjęty, pociągnął za sobą wznowienia w Anglii i w Ameryce. Lada dzień ukaże się w Londynie przekład rosyjski pióra Natalii Gorbaniewskiej. Kto wie, czy nie ujrzy kiedyś światła dziennego również w ojczyźnie tłumaczki. Ostatecznie za trzema stroniczkami w Doktorze Źywago na opisany w Innym Świecie temat, które taki niegdyś wywołały skandal w ojczyźnie wielkiego poety, poszedł niebawem Dzień Iwana Denisowicza w miesięczniku Twar-dowskiego ,,Nowyj Mir". A dziś urządza się w Moskwie wieczór publiczny ku czci Warłama Szałamowa, autora Opowiadań kolymskich; i coraz częściej mówi się, że dotrze w końcu otwarcie i masowo do swoich naturalnych odbiorców Archipelag Gulag.
Po polsku Inny Świat ukazał się w roku 1953 nakładem londyńskiego wydawnictwa "Gryf. W roku 1965 przejął go Instytut Literacki w Paryżu. Był tam odtąd pięciokrotnie wznawiany, ostatnie wznowienie datowane jest 1985.

Zbyteczne byłoby roztrząsanie w autorskiej przedmowie problematyki Innego Świata, skoro czytelnik polski ma teraz dzięki "Czytelnikowi" książkę przed sobą i może sam towarzyszyć lekturze własnymi refleksjami. Chciałbym tylko, naruszając trochę elementarne przykazanie pisarskiej powściągliwości i skromności, zwrócić uwagę na jedną rzecz. "Inny Świat - pisał Ignazio Silone w prezentacji włoskiego wydania mojej książki - jest nie tylko świadectwem, lecz także dziełem literackim". Podobne akcenty pojawiają się w przedmowie Russella do wydania angielskiego i w przedmowie Sempruna do wydania francuskiego. Kładła też na to nacisk większość obcojęzycznych recenzentów. Zawsze cieszyła mnie szczególnie opinia krytyka angielskiego Edwarda Crankshawa. Wyrażał on tyle lat temu pewność, że Inny Świat czytany będzie "długo jeszcze po zlikwidowaniu instytucji, które opisuje". Obecne oficjalne wydanie polskie jest jednym z dowodów, że zbliżyliśmy się bardzo do potwierdzenia słuszności tych słów.

Oficjalne, lecz nie pierwsze w Kraju. Inny Świat wydany był wielokrotnie w "drugim obiegu", w niskich z konieczności nakładach. Wysokonakładowe wydanie "Czytelnika" pozwala żywić nadzieję, że moja książka trafi teraz do rąk wielu czytelników krajowych. Jakaż to satysfakcja dla polskiego pisarza emigracyjnego! Zaiste, habent suafata libelli...
Gustaw Herling-Grudziński

Neapol, 15 listopada 1988


Część pierwsza


Witebsk - Leningrad - Wołogda

Lato w Witebsku dobiegało końca. Po południu słońce prażyło jeszcze przez chwilę bruk dziedzińca więziennego i kończyło swój bieg za czerwoną ścianą sąsiedniego bloku. Z podwórza dochodziły kroki więźniów, wystukujące miarowo drogę do łaźni, i słowa komend rosyjskich, pomieszane z dźwiękiem kluczy. Dyżurny na korytarzu podśpiewywał, składał co parę minut gazetę i nie śpiesząc się zbytnio, podchodził do okrągłego okienka w drzwiach. Dwieście par oczu odrywało się jak na dany znak od sufitu i zbiegało się w małej soczewce "judasza". Spod ceratowego daszka spoglądało ku nam ogromne oko i objąwszy wahadłowym ruchem celę, znikało za opuszczoną zastawką z blachy. Trzy uderzenia butem w drzwi oznaczały: "Przygotujcie się do kolacji".

Półnadzy podnosiliśmy się z cementowej podłogi - sygnał do kolacji kończył również naszą popołudniową drzemkę. Czekając z glinianymi miskami na gorącą ciecz wieczorną, odlewaliśmy przy okazji do wysokiego kibla żółtawą ciecz z obiadu. Strumienie moczu z sześciu lub ośmiu otworów spotykały się, zatoczywszy łuk jak w fontannie, pośrodku kibla i wkręcały się wirującymi lejami do dna, podnosząc poziom piany u ścian. Przed zapięciem rozporków przyglądaliśmy się jeszcze przez chwilę wygolonym rozkroczom; wyglądały dziwnie, jak przygięte wichrem drzewa na jałowych zboczach polnych.

Gdyby mnie ktoś zapytał, co jeszcze robiliśmy w sowieckich więzieniach, niewiele umiałbym dodać. To prawda, że ledwie umilkła u drzwi kołatka poranna zwiastująca pobudkę, a do celi wjeżdżał kocioł gorącego odwaru z ziela i kosz z dziennymi racjami chleba, nasza skłonność do rozmów osiągała punkt szczytowy; chcieliśmy ,,przegadać" chleb do obiadu. Katolicy zbierali się wokół ascetycznego księdza. Żydzi obsiadali opodal rabina wojskowego o rybich ślepiach i fałdach skóry zwisających z dawnego brzucha, ludzie prości opowiadali sobie sny i wspominali dawne życie, a ludzie inteligentni zbierali niedopałki na wspólnego papierosa. Wystarczyły jednak dwa uderzenia butem w drzwi, aby wszystko co żywe ruszało w skupionym milczeniu, pod wodzą swoich przewodników duchowych, do kotła zupy na korytarzu. Od chwili gdy w naszej celi zjawił się maleńki, czarny "Jewriej" z Grodna i obwieściwszy nam, że "Niemcy wzięli Paryż", zapłakał gorzko, ustał na barłogach szept patriotyczny i skończyły się rozmowy polityczne. W strumieniu omijającego nas życia płynęliśmy jak martwy skrzep ku bijącemu coraz słabiej sercu wolnego świata.

Pod wieczór powietrze stawało się chłodniejsze, a na niebie pojawiały się wełniste obłoki i żeglowały wolno przed siebie, zapalając po drodze pierwsze gwiazdy. Rdzawy mur naprzeciwko okna wybuchał na chwilę rudym płomieniem, po czym gasł gwałtownie, dosięgnięty skrzydłem zmierzchu. Nadchodziła noc, a wraz z nią oddech dla płuc, odpoczynek dla oczu i wilgotny dotyk chłodu dla spieczonych warg.

Przed samym apelem w celi zapalało się światło. Od tego nagłego przejaśnienia niebo za oknem pogrążało się w mroku, aby w chwilę potem zapłonąć znowu migotliwą jasnością. To narożne wieżyczki patrolowały noc krzyżującymi się cięciami reflektorów. Zanim jeszcze upadł Paryż, o tej właśnie porze zjawiała się zazwyczaj na małym odcinku ulicy, który widać było z okien naszej celi, wysoka kobieta w chustce na głowie i przystanąwszy pod latarnią naprzeciwko muru więziennego, zapalała papierosa. Zdarzyło się parę razy, że płonącą zapałkę podniosła do góry jak żagiew i znieruchomiała na chwilę w tej niepojętej pozie. Osądziliśmy, że ma to oznaczać Nadzieję. Po upadku Paryża ulica opustoszała na dwa miesiące. Dopiero w drugiej połowie sierpnia, gdy lato w Witebsku zbliżało się ku końcowi, nieznajoma zbudziła nas z drzemki szybkim tupotem nóg, dudniących w ciszy o bruk ulicy, zatrzymała się pod latarnią i zapaliwszy papierosa, zgasiła zapałkę zygzakowatym ruchem ręki (pogoda była bezwietrzna), podobnym do skoków przekładni w kołach lokomotywy. Zgodziliśmy się wszyscy, że ma to oznaczać Transport.

Z transportem nie spieszono się jednak i przez następne dwa miesiące. Dopiero pod koniec października z celi, liczącej dwieście osób, wywołano pięćdziesięciu więźniów na odczytanie wyroków. Szedłem do kancelarii obojętnie, bez śladów podniecenia. Śledztwo w mojej sprawie skończyło się już dawniej, w więzieniu grodzieńskim; nie zachowałem się na nim wzorowo, o nie! - i do dziś jeszcze podziwiam szczerze moich więziennych znajomych, którzy mieli odwagę prowadzić z sowieckimi sędziami śledczymi finezyjną szermierkę dialektyczną, pełną celnych ukłuć i błyskawicznych ripost. Odpowiadałem na pytania krótko i wprost, nie czekając, aż rozgorączkowana wyobraźnia heroiczna podsunie mi na schodach, w drodze powrotnej do celi, dumne wersety z katechizmu męczeństwa polskiego. Jedyne, czego pragnąłem, to spać, spać i jeszcze raz spać. Nie umiem fizycznie opanować dwóch rzeczy: przerwanego snu i pełnego pęcherza. Obie groziły mi jednocześnie, gdy przebudzony wśród nocy siadałem na twardym stołku naprzeciwko sędziego śledczego, zwróciwszy twarz prosto w kierunku żarówki o niesamowitej mocy.

Pierwsza hipoteza oskarżenia opierała się na dwóch dowodach rzeczowych: wysokie buty z cholewami, w których młodsza siostra wyprawiła mnie po klęsce wrześniowej w świat, miały świadczyć, że jestem ,,majorem wojsk polskich", a pierwsza część nazwiska w brzmieniu rosyjskim (Gerling) kojarzyła mnie niespodzianie z pewnym marszałkiem lotnictwa niemieckiego. Logiczna konkluzja brzmiała: "jest oficerem polskim na usługach wrogiego wywiadu niemieckiego". Jaskrawe niedokładności w obu przesłankach pozwoliły nam jednak stosunkowo szybko uporać się z tym ciężkim zarzutem. Pozostał bezsporny fakt - usiłowałem przekroczyć granicę państwową Związku Sowieckiego i Litwy.- Po cóż to, jeśli można wiedzieć? - Żeby się bić z Niemcami. - A czy wiadomo mi, że Związek Sowiecki zawarł pakt przyjaźni z Niemcami? - Tak, ale wiadomo mi również, że Związek Sowiecki nie wypowiedział wojny Anglii i Francji. - To nie ma znaczenia. - Jak brzmi ostatecznie akt oskarżenia? - "Zamierzał przekroczyć granicę sowiecko-litewską, aby prowadzić walkę ze Związkiem Sowieckim". - Czy nie można by słów "ze Związkiem Sowieckim" zamienić na słowa "z Niemcami"? - Uderzenie otwartą dłonią na odlew otrzeźwiło mnie z miejsca. "To wychodzi na jedno" - pocieszył mnie sędzia śledczy, gdy podpisywałem przedłożony dokument.



W celi, do której skierowano mnie po odczytaniu wyroku (pięć lat), w bocznym skrzydle więzienia witebskie-go, zetknąłem się po raz pierwszy z więźniami rosyjskimi. Na drewnianych pryczach leżało kilkunastu chłopców w wieku od lat czternastu do szesnastu, a pod samym oknem, z którego widać było już tylko skrawek ciężkiego, ołowianego nieba, siedział mały człowieczek o zaczerwienionych oczach i haczykowatym nosie, gryząc w milczeniu suchar czarnego chleba. Deszcz zacinał już od paru dni. Jesień zawisła nad Witebskiem rybim pęcherzem, który posikiwał strugami brudnej wody z wylotu rynny nad koszem, osłaniającym dolną połowę krat i widok na dziedziniec więzienny.
Małoletni przestępcy są plagą więzień sowieckich, ale nie spotyka ich się prawie nigdy w obozach pracy. Nienaturalnie ożywieni, wiecznie czegoś szukający na cudzych pryczach i we własnych rozporkach, oddają się z zamiłowaniem dwóm wielkim namiętnościom: kradzieży i onanizmowi. Prawie wszyscy albo nie znają w ogóle rodziców, albo nie wiedzą nic o ich istnieniu. Na olbrzymich obszarach państwa policyjnego prowadzą z zadziwiającą swobodą typowe życie "biezprizornych", podróżując na gapę pociągami towarowymi z miasta do miasta, z osiedla do osiedla. Żyją z kradzieży towarów ze składów państwowych i nierzadko kradną z powrotem to, co przed chwilą sprzedali, szantażując nieostrożnych nabywców groźbą donosu. Sypiają na dworcach kolejowych, w parkach miejskich, w remizach tramwajowych - za jedyny majątek mając czasem tylko małe zawiniątko, przewiązane rzemiennym paskiem. Dopiero później przekonałem się, że "biezprizorni" tworzą obok "urków" (przestępców pospolitych) najgroźniejszą mafię półlegalną w Rosji, która zorganizowana jest na wzór lóż masońskich. Jeżeli istnieje w Związku Sowieckim coś w rodzaju szczątkowego czarnego rynku, to tylko dzięki tym młodym oberwań-com, myszkującym niespokojnie w tłumie, oblegającym "spiectorgi", skradającym się o zmierzchu ku spichrzom zboża i składom węgla. Władze sowieckie przyglądają się temu przez palce, uważając "biezprizornych" za jedynych "prolesów", nie obciążonych dziedzicznie grzechem pierworodnym kontrrewolucji, za masę plastyczną, z której można wszystko ulepić. Toteż młodzi chłopcy nauczyli się szybko uważać więzienie za coś w rodzaju kolonii letnich i bez większego sprzeciwu korzystają z tego okresu wytchnienia po wyczerpującym życiu na wolności. Do naszej celi w Witebsku przychodził czasem "wospitatiel" o ewangelicznej twarzy, płowej czuprynie i niebieskich oczach i głosem przypominającym łagodny szept w konfesjonale wzywał gromadę ,,biezprizornych" na naukę: "Riebiata, pojdiom niemnożko pouczitsia". Uszy puchły, gdy "riebiata" wracali z kursu. Naj ohydniej sze wyzwiska i przekleństwa przeplatały się z frazesami "politgramoty". Z kłębowiska młodych ciał wybiegały ku nam nieustanne oskarżenia o "trockizm", "nacjonalizm" i "kontrrewolucję", zapewnienia, że "towarzysz Stalin dobrze zrobił, zamykając was w więzieniu", a "sowiecka władza zawojuje wkrótce cały świat" - wszystko to powtarzane z okrutnym, sadystycznym uporem, tak typowym dla każdej bezdomnej młodości. Nieco później, w obozie, spotkałem osiemnastoletniego chłopca, który pełnił funkcję naczelnika "kawecze" (kulturno-wospitatielnaja czast') tylko z tego tytułu, że niegdyś jako "biezprizorny" uczęszczał na kursy pedagogiczne w więzieniu.

Mój sąsiad pod oknem przyglądał mi się pierwszego dnia podejrzliwie,' żując bez przerwy skórki czerstwego chleba, po które sięgał do dużego worka, służącego mu na pryczy za poduszkę. Był jedynym człowiekiem w celi, do którego miałem ochotę przemówić. Często w więzieniach sowieckich spotyka się ludzi z piętnem tragedii odciśniętym na twarzach. Wąskie usta, krogulczy nos, łzawiące jak od garści piasku oczy, urywane westchnienia i kurze łapki zanurzające się co pewien czas w worku - mogły znaczyć wszystko albo nic. Szedł do ustępu, drobiąc małymi kroczkami, a gdy przychodziła na niego wreszcie kolej, rozkraczał się niezdarnie nad dziurą, spuszczając spodnie, unosił ostrożnie do góry długą koszulę i prawie stojąc, wzdymał się i czerwieniał od nadmiernego wysiłku. Wypędzano go zawsze z ustępu ostatniego, ale jeszcze na korytarzu zapinał spodnie, uskakując śmiesznie w bok przed poszturchiwaniami strażnika. Po powrocie do celi kładł się natychmiast na pryczy i dyszał ciężko, a jego stara twarz przypominała zasuszoną figę.

- Polak? - zapytał wreszcie któregoś wieczoru.

Skinąłem głową.

- Ja jestem ciekawy, czy w Polsce - zaskrzeczał gniewnie - mój syn mógłby być kapitanem w wojsku.

- Nie wiem - odpowiedziałem. - Za co pan siedzi?

- To nie jest ważne. Ja mogę zgnić w kryminale, ale mój syn jest kapitanem w lotnictwie.

Po apelu wieczornym opowiedział mi swoją historię. Leżąc obok siebie, rozmawialiśmy szeptem, żeby nie przebudzić naszych "biezprizornych". Stary Żyd był od kilkudziesięciu lat szewcem w Witebsku, pamiętał rewolucję i wspominał z rozrzewnieniem wszystko, co przeżył od chwili jej wybuchu. Został skazany na pięć lat za to, że w artelu szewców sprzeciwił się używaniu skrawków skóry do żelowania nowych butów. "To nie jest ważne - powtarzał w kółko - rozumiecie przecież, że wszędzie są ludzie zazdrośni. Ja wykształciłem syna, ja z niego zrobiłem kapitana lotnictwa, to jak im się mogło podobać, że ja, stary Żyd, mam syna w lotnictwie? Ale on napisze podanie i mnie zwolnią przedterminowo. Czy to kto widział, żeby dawać taki chłam na nowe zelówki?" Podniósł się na pryczy i upewniwszy się, że "biezprizorni" śpią, rozpruł w marynarce podszewkę pod rękawem i wyjął spod waty zmiętą fotografię. Spoglądał z niej na mnie człowiek w mundurze lotnika, o inteligentnej twarzy i zakrzywionym ostro nosie.

W parę minut potem jeden z "biezprizornych" zlazł z pryczy, odlał się do kibla przy drzwiach i zastukał w okienko. Na korytarzu zabrzęczały klucze, rozległo się przeciągłe ziewnięcie i o kamienną podłogę załomotały podkute buty.

- Czego? - zapytało rozespane oko w judaszu.

- Obywatelu dyżurny, dajcie zapalić.

- Mleko ssać, gówniarzu - warknęło groźnie oko i zniknęło za blaszaną zastawką.

Chłopiec przywarł obiema pięściami do drzwi i wspinając się na palcach do ślepego okienka, zawołał głośno:

- Grażdanin dieżurnyj, ja imieju k wam wopros!

Teraz klucz zazgrzytał dwa razy w zamku i okute drzwi ustąpiły. Na progu stał młody strażnik w przekrzywionej na bok czapce z niebieskim denkiem i czerwonym otokiem.

- Gadaj.


- Nie mogę tutaj, muszę na korytarz.

Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem szerzej, chłopiec wślizgnął się pod ręką opartą o klucz tkwiący w zamku na korytarz i wrócił po chwili do celi z zapalonym papierosem. Zaciągając się chciwymi haustami, spoglądał ku nam niespokojnie i kulił się jak młode szczenię, cofające się przed kopnięciem.

Po kwadransie drzwi celi otworzyły się znowu szeroko, dyżurny przestąpił energicznie próg i krzyknął ostro:

- Wstawać! Dowódca bloku! Rewizja!

Dowódca bloku rozpoczął rewizję od "biezprizornych", a dyżurny nie odrywał tymczasem wzroku od dwóch szeregów więźniów, stojących w postawie na baczność tyłem do prycz, a twarzami do siebie. Wprawne ręce przerzucały szybko sienniki ,,biezprizornych", pogmerały w moim barłogu i zanurzyły się w worku starego Żyda. Zaraz potem usłyszałem szelest papieru, stłumiony lekko miętoszeniem waty.

- Co to jest? Dolary?

- Nie. Fotografia mojego syna, kapitana Armii Czerwonej, Natana Awramowicza Zygfelda.

- Za co siedzisz?

- Za szkodnictwo w rzemiośle.

- Szkodnik sowieckiego rzemiosła nie ma prawa przechowywać w celi fotografii oficera Armii Czerwonej.

- To jest mój syn...

- Milcz. Nie ma w więzieniu synów.

Gdy wychodziłem z celi na etap, stary szewc kiwał się na pryczy jak ogłupiała papuga na drążku, żując wraz ze skórkami chleba parę powtarzających się monotonnie słów.
Szliśmy na dworzec późną godziną, przez opustoszałe już prawie miasto. Ulice wychłostane ulewą połyskiwały w czarnym świetle wieczoru jak długie tafle miki. Powietrzem płynęła duszna fala ciepła, a Dźwina, wezbrawszy gwałtownie, szumiała niespokojnie pod uginającymi się deskami mostu. W małych uliczkach miałem nie wiadomo dlaczego uczucie, że ze wszystkich okien biegną ku nam poprzez szpary w deskach okiennic ludzkie spojrzenia. Dopiero na głównej ulicy ruch ożywił się nieco, ale grupki przechodniów mijały nas w milczeniu, nie odwracając głów w naszą stronę, z oczami utkwionymi przed siebie lub w ziemię, z oczami, które widziały nie patrząc. Pięć miesięcy temu przechodziliśmy przez te same ulice Witebska w upalny dzień czerwcowy, odgrodzeni od tro-tuaru stalową linką bagnetów. Dźwina wlokła się leniwie w wyschniętym łożysku, na chodnikach lepkich od żaru słonecznego szli energicznym krokiem zmęczeni przechodnie, rozmawiając skąpo i nie zatrzymując się ani na chwilę: urzędnicy w czapkach z zadartymi do góry daszkami, robotnicy w kombinezonach skwierczących smarem z maszyn, chłopcy z tornistrami na plecach, żołnierze w wysokich butach śmierdzących łojem, kobiety w brzydkich perkalikowych sukienkach. Ileż bym wówczas dał za to, żeby zobaczyć grupkę wesoło rozmawiających ludzi! Mijaliśmy domy o otwartych oknach, z których nie zwisały kolorowe kołdry, zaglądaliśmy ukradkiem przez płoty na podwórka, na których nie suszyła się bielizna, widzieliśmy zamknięty kościół z napisem "Antirieligioznyj Muziej", czytaliśmy slogany na transparentach przewieszonych w poprzek ulicy, wpatrywaliśmy się w ogromną czerwoną gwiazdę na szczycie ratusza. Nie było to miasto Smutku; było to miasto, w którym nigdy nie gościła Radość.
W Leningradzie nasz etap podzielony został na dziesięcioosobowe partie, które w parominutowych odstępach czasu odjeżdżały z dworca czarnymi karetkami więziennymi do "Pieriesyłki". Wciśnięty pomiędzy towarzyszy, niemal dusząc się w drewnianym pudle bez okien i wentylatorów, nie miałem sposobności obserwować miasta. Jedynie na zakrętach ulic pęd samochodu spychał mnie z ławeczki i na okamgnienie dostrzegałem przez szparę w budce szofera fragmenty gmachów, skwerów i tłumu ludzkiego. Dzień był mroźny, ale słoneczny. Spadł był już śnieg - przyjechaliśmy do Leningradu w listopadzie 1940 roku - na ulicach spotykało się pierwszych przechodniów w walonkach i futrzanych czapkach uszankach. Kłapiące boki czapek opadały wprawdzie tylko na uszy i nie zasłaniały oczu, ale na wzór końskich okularów pozwalały patrzeć prosto przed siebie i nie rozpraszać uwagi na boki. Nasz transport przejechał ulicami miasta nie zauważony, jak stado czarnych kruków kołujące w poszukiwaniu żeru nad zaśnieżonym polem.

Starzy więźniowie opowiadali mi, że w Leningradzie siedziało w owym czasie około 40 tysięcy ludzi. Obliczenia te - dość, jak sądzę, prawdopodobne - oparte były głównie na żmudnym zestawianiu i porównywaniu faktów, poszlak i pokątnych relacji. I tak na przykład, w słynnym więzieniu na Krestach, liczącym tysiąc jednoosobowych cel, przebywało średnio trzydziestu więźniów w celi. Wiadomość o tym przynieśli więźniowie z Krestów, którzy przed etapem do obozów spędzali zazwyczaj parę nocy w naszej Pieriesyłce. Własne siły obliczaliśmy na dziesięć tysięcy; w celi 37., zdolnej w normalnych warunkach pomieścić co najwyżej 20 osób, siedziało 70 więźniów. Jednym z najbardziej zdumiewających i zachwycających zjawisk w ubogim życiu umysłowym ,,martwych domów" jest wspaniale wyostrzona czujność obserwacji każdego doświadczonego więźnia. Nie było celi, w której bym nie spotkał choć jednego statystyka i badacza życia więziennego, pogrążonego dniem i nocą w rekonstruowaniu obrazu otaczającej go rzeczywistości z drobnej mozaiki napomknień, opowiadań, strzępów rozmowy zasłyszanej na korytarzu, strzępów gazety znalezionej w ustępie, zarządzeń administracyjnych, ruchu pojazdów na dziedzińcu, dźwięku zbliżających się i oddalających kroków przed bramą. W Leningradzie zetknąłem się po raz pierwszy z hipotezami na temat liczby więźniów, zesłańców i białych niewolników w Związku Sowieckim. W dyskusjach więziennych wahała się ona pomiędzy 18 a 25 milionami.

Nasz etap natknął się na korytarzu na grupę więźniów, zdążających ku drzwiom wyjściowym. Stanęliśmy w miejscu jak wryci, powstrzymywani bardziej impulsem strachu niż obawą przelotnego zajrzenia w obce twarze. Grupa idąca nam na spotkanie cofnęła się również w głąb korytarza. Staliśmy tak naprzeciwko siebie z opuszczonymi głowami - dwa światy sprzęgnięte wspólnym losem, a przedzielone murem nieufności i lęku. Konwojenci naradzali się krótko; okazało się, że musimy dać drogę. Zastukała żelazna kołatka w bocznych drzwiach, uchyliło się okienko judasza. Znowu krótka narada i wprowadzono nas na szeroki, widny korytarz oddziału, którego wygląd zdawał się przeczyć wszystkiemu, co widziałem dotąd w czasie mojej więziennej wędrówki.

Ten luksusowy pawilon o dużych oknach i lśniących od czystości korytarzach, które tak jaskrawo kontrastują z klasztorną martwotą większości więzień rosyjskich, mieści się w najładniejszym skrzydle Pieriesyłki. Ogromne kraty, przesuwane na szynach, zastępują w jednej ścianie drzwi, dając złudzenie zupełnej wewnętrznej wolności i tej szczególnej dyscypliny, jaką ludzie izolowani od świata wytwarzają samorzutnie, aby zapomnieć o samotności. Cele były puste i robiły wrażenie izb mieszkalnych, opuszczonych przez kursantów na chwilę przed naszym przybyciem. Wzorowo posłane łóżka, nocne stoliki zastawione

fotografiami rodzinnymi w ramkach z kolorowego papieru i srebra, wieszaki na ubrania, duże stoły zawalone książkami, gazetami i szachami, białe muszle umywalni w rogach, radioodbiorniki i portrety Stalina; w głębi korytarza wspólna jadalnia z podium, jak sądzę, dla uzdolnionych muzycznie więźniów. Portrety Stalina w więzieniu! Aby zrozumieć całą niezwykłość tego faktu, trzeba pamiętać, że więźniowie w Rosji są zupełnie wyobcowani z życia politycznego, nie biorą udziału w jego liturgii i obrzędach sakralnych. Okres pokuty odbywają bez Boga, nie korzystając jednak ze wszystkich dobrodziejstw tego przymusowego ateizmu politycznego. Nie wolno im Stalina chwalić, lecz nie wolno im go również ganić.

W ciągu tych paru minut wyczekiwania zdążyłem nie tylko zanotować w pamięci wygląd więzienia Intourista - które zwiedzała prawdopodobnie Lenka von Koerber, autorka entuzjastycznej książki o więziennictwie sowieckim - ale udało mi się również zamienić parę słów z jedynym w pawilonie więźniem, pełniącym w czasie nieobecności swych towarzyszy funkcje porządkowego w celach. Opowiedział mi, dłubiąc w radioodbiorniku i nie patrząc w moim kierunku, że odsiadują tu karę "pełnoprawni obywatele Związku Sowieckiego o wyrokach nie przekraczających osiemnastu miesięcy, zasądzeni na kary więzienia za takie przestępstwa, jak "miełkaja krążą" (drobna kradzież), "proguł" (spóźnienie do pracy), "chuligaństwo" i uchybienia przeciwko dyscyplinie fabrycznej. Pracują cały dzień w ciężkich warsztatach mechanicznych, które mieszczą się w obrębie więzienia, otrzymują niezłe wynagrodzenie, mają dobry wikt i wolno im dwa razy w tygodniu przyjmować krewnych na "widzeniach". Gdyby władze sowieckie stworzyły podobne warunku życia dwudziestu milionom więźniów i zesłańców w Rosji, Stalin mógłby trzymać w szachu wojsko, NKWD i partię "czwartą siłą". Mój rozmówca bowiem nie uskarża się bynajmniej na brak wolności. Jest mu dobrze i wygodnie.



  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   23


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna