Grzebiąc w pamięci szukając miejsc



Pobieranie 36,83 Kb.
Data05.05.2018
Rozmiar36,83 Kb.

Jan Kieniewicz

GRZEBIĄC W PAMIĘCI, SZUKAJĄC MIEJSC


„Prowadzony pamięcią niedawno zajrzałem do książki” 1 .

Dyspozycja:

Grzebanie w pamięci znaczy tyle, że usiłuję rozpoznać nie tylko zasób, ale też użyteczność zapamiętanego.

Odnoszę się do pamięci własnej, czyli tego co wiem na podstawie przekazu ustnego, oraz do tego co pochodzi z zapisu pamięci rodzinnej, pochodzącej od świadków bezpośrednich.

Obszarem poszukiwania jest czas przed rewolucją rosyjską, na terenach określanych jako Kresy, albo zachodnie gubernie cesarstwa rosyjskiego.

Celem tego postępowania jest:

- rekonstrukcja procesu formowania się ciągu pamięciowego w obrębie kolejnych pokoleń,

- refleksja nad możliwościami wykorzystania pamięci o gnieździe rodzinnym w budowaniu tożsamości,

- próba określenia charakteru miejsc, z którymi związana jest pamięć, a więc na ile sądzić można są to miejsca pamięci (skoro nie istnieją), a na ile mogą się stać miejscem mówiącym (skoro ich nie odwiedzam).

Chodzi oczywiście o pamięć epizodyczną i o świadome postępowanie mające na celu rekonstrukcję zdarzeń i doznań zarejestrowanych, tak świadomie jak i nieświadomie. Nie zajmuję się procesami zapamiętywania i upamiętnienia, a tylko odtwarzaniem zasobu, który może być werbalizowany, czy w innej postaci przedstawiony lub zakomunikowany. Znaczenie ma zatem stan wiedzy o pamiętanym, zdolność do wykorzystania odziedziczonego zasobu. Pamięć jest więc przede wszystkim przewodnikiem umożliwiającym skoordynowanie własnej pozycji w czasie i przestrzeni.

„Prowadzony pamięcią” to znaczy pobudzany do ruchu i kierowany zasobem odnajdywanym w sobie. „Sięgnięcie do książki” natomiast oznacza możliwość dodania do własnego zasobu doświadczeń także świadectw zapisanych. Rozumie się bowiem samo przez się, że poza przekazem ustnym tradycji, w tym zwłaszcza rodzinnej, na pamięć w każdym pokoleniu składa się zbiór wszelkiego rodzaju świadectw. Należą tu zapisy pamiętnikarskie, korespondencja rodzinna i to co najogólniej określa się jako pamiątki. Mam na myśli nie tylko albumy z rodzinnymi fotografiami, wszelkiego rodzaju dokumenty, ale także przedmioty użytkowe wraz z ich legendą. W moim przypadku zostały one bardzo przetrzebione nie tylko przez rewolucję (z której rodzina Kieniewiczów ocaliła względnie sporo), ale przez drugą wojnę światową (pamiątki w znakomitej części spłonęły w Powstaniu).

Pamiątki to przedmioty opatrzone legendą, wzbudzające sentymenty, pozostające ważną częścią tradycji rodzinnej2. Dołączamy do nich sukcesywnie rozmaite przedmioty mające tylko nam znane znaczenie. Legendy te często się gubią, może dlatego, że nasze związki z nimi były zbyt intymne, by je uzewnętrznić i przekazać, a może najzwyczajniej nie przywiązywaliśmy wagi do sentymentów starszych pokoleń?3 Jakże często przedmioty będące dla kogoś nośnikami pamięci, świadkami wydarzeń, trafiają na śmietnik lub targ staroci4.

Prowadzony pamięcią muszę stwierdzić, że o czasach „przed potopem” niczego wiedzieć sam z siebie nie mogłem. Urodzony dwadzieścia lat później, swego miejsca intymnego musiałem szukać w świecie pogruchotanym przez kolejną wojnę i rewolucję. Zastanawiając się nad tym, a rzecz dotyczy przecież całego pokolenia5, zwróciłbym uwagę na to, że nie mieliśmy doświadczenia czasu sielskiego. Nie istniał dla nas prawdziwy czy urojony świat bezpiecznego, czy tylko ustabilizowanego bytowania. Czy to jedyna racja, dla której nie mogę sobie nawet wyobrazić podjęcia próby opisania dopiero stabilizującego się świata? Wszystko co się zdarzyło między 1938 a 1946 pozostaje dla mnie nie koherentnym zbiorem strzępów, nielicznych migawek, nie układających się jakikolwiek sensowny obraz świata. Tak jakbym nie miał dzieciństwa. Dostrzegam w tym zasadniczą różnicę w porównaniu z doświadczeniem mego Ojca. Czyżby dzieliło nas tak wiele?

Swą dziecinną powieść mój Ojciec napisał w 1918, a więc mając lat 11. Tyleż miałem w 1949. Wspominając własne z tych czasów pisania nie mam wątpliwości co do dzielących nas możliwości. Wydaje się jednak, że poza różnicą talentu i temperamentu, poziomu wykształcenia, zasadniczą odrębność stwarzał chaos i brak stabilności mego dzieciństwa. Bezdomni mogli powstać także z powodu kontrastu pomiędzy stabilnym światem dzieciństwa Ojca a chaosem rewolucji6. Tymczasem ja właściwie dopiero w Milanówku7 mogłem doznać dzieciństwa jako stabilizacji świata wokół mnie. Ciekawa jest w tym kontekście także różnica w zakresie zasobu zatrzymanego w pamięci. Ojciec pisał swe wspomnienia z Dereszewicz mając lat 71. W mojej pamięci dzisiaj, gdy jestem w tym samym wieku, z okresu sprzed 1946 roku pozostały tylko oderwane strzępy.

Powojenna stabilizacja rodzinna oznaczała dla mnie przewrót równie znaczący, jak dla mego Ojca zagłada rodzinnego gniazda. W jego pamięci formą rekompensaty stała się niepodległa Polska, w której po dwudziestu latach wydawał się stabilizować w zupełnie nowej społecznej postaci. Wydaje mi się, że dzieciństwo moje jest całkowicie nieczytelnym ciągiem całkowicie oderwanym od posiadanej wiedzy o tamtych czasach. Dopiero po 1946 roku następuje stabilizacja pozwalająca na zapamiętanie. Nie czułem jednak i nie zapamiętałem rekompensaty, choćby w postaci ulgi wynikającej z zakończenia czasu niepewności. Czas wojenny obszedł się ze mną łagodnie, nie byłem świadkiem rzeczy strasznych, nie doznałem wprost żadnej traumy. Katastrofa, jaką był okres 1944/1945 (zagłada domu w Warszawie, ponad roczny brak wieści o Ojcu) wydawała się do mnie nie docierać8. Przed tym wszystkim chroniła mnie czuła i wierna miłość.

Te rozważania mają istotne znaczenie dla rozpoznania roli własnej pamięci. Chodzi mi jednak o coś więcej. Przekaz o świecie „sprzed potopu”, ale także i „sprzed wojny”, został w moim przypadku świadomie ograniczony. O rodzinnej przeszłości miałem się dowiedzieć późno, ze świadectw pisanych, a nie z opowiadań rodziców czy dziadków. Historie rodzinne poznawałem w czasie mało sprzyjającym docenianiu owej zamierzchłej przeszłości. Tym bardziej, że domu zachowywano wobec niej daleko posuniętą dyskrecję. Ojciec nie opowiadał o dawnych czasach z kilku powodów natury psychologicznej i praktycznej. Te drugie ujmował w ten sposób, że w tamtych czasach, nazywanych stalinowskimi, lepiej było nie zwracać na siebie uwagi podkreślaniem arystokratycznych czy ziemiańskich paranteli9. Słusznie też oceniał, że dzieci są zdolne do rozgłaszania informacji nie koniecznie pożądanych. W moim domu nie występował żadną miarą kult dawnych czasów, a już zwłaszcza tych sprzed rewolucji. Nie było to zjawisko powszechne w kręgu rodzinnym. Dla wielu ludzi pielęgnowanie wspomnień i tradycji miało stanowić przeciwwagę dla nowej, obcej i wrogiej rzeczywistości. W moim domu utrzymywano dystans w stosunku do przeszłości i teraźniejszości. Pozwolono mi chłonąć wszystko co przychodziło z zewnątrz w przekonaniu, że przykład własnego życia Rodziców okaże się wystarczającą osłoną. Było to oczywiście ryzykowne założenie. W przypadku mego Ojca dochodziło do tego przekonanie, że przeszłość może stać się ważnym czynnikiem formowania postaw dopiero w wieku dojrzałym. W rezultacie Pamiętniki mego Dziadka przeczytałem dopiero gdy uznano, że jestem wystarczająco odpowiedzialny. Nie sądzę bym je wtedy potrafił docenić. Wydaje się, że największe wrażenie zrobiły wtedy na mnie opisy poleskich polowań!

Dystans wobec przeszłości, nie wracanie do niej w celu poszukiwania wzorów postępowania, wynikał więc w znacznej mierze z krytycznej postawy. Nie wychowano mnie w atmosferze kultu dla rodzinnej przeszłości. Dopuszczano bez komentarzy wpływy szkoły i obowiązkowych lektur w duchu realizmu socjalistycznego i kultu Związku Radzieckiego. Nie wykluczone, że przysłowiowa fajtłapowatość ochroniła mnie przed zbyt daleko idącymi zaangażowaniami. Najważniejsze, że wyrastałem w atmosferze konsekwentnego praktykowania zasad i wartości wyniesionych z domu rodzinnego.

Powstawanie świadectw rodzinnej przeszłości rozłożyło się na kilka dziesięcioleci. Poznawałem je jako historyk i traktowałem jako źródła do historii Polski, do dziejów środowiska kiedyś bardzo ważnego, ale obecnie pozbawionego znaczenia. Ojciec zdawał sobie sprawę z własnego miejsca w świecie minionym i dbał o utrzymanie więzi rodzinnych. Z biegiem czasu stawał się rodzinną instytucją. Świadomość Jego wyjątkowości nie prowadziła jednak wprost do pogłębienia mej wiedzy o tej przeszłości, do której nie sięgałem doświadczeniem. Rzecz więc dość szczególna, nie odczuwałem potrzeby dowiedzenia się więcej. Wynikało to w jakiejś mierze z obranej drogi zawodowej, ale w równym stopniu z przeświadczenia, że zapis pamięci o czasach przed potopem jest kompletny i nie wymaga uściśleń. Myśl o uzupełnieniu zapisu dziejów rodzinnych przyszła zbyt późno. Pozostało mi wykorzystanie tego co ocalało dla rekonstrukcji świata własnej pamięci. Jest więc ona dziś nieporównanie bogatsza niż przed 50 laty.

Świadomość konstruowania własnej pamięci, czyli przyswajania zasobu pozostawionego przez dwa poprzednie pokolenia, pozwala mi zwrócić uwagę na kilka zjawisk o znaczeniu ogólniejszym. Po pierwsze zrozumiałem dlaczego nie poczułem się kustoszem rodzinnych wspomnień i nie zająłem się swego rodzaju historią rodzinną. Słabość mej wiedzy genealogicznej jest przysłowiowa. Po drugie zauważyłem, że pamięć spełnia istotną rolę w konstruowaniu przestrzeni niezbędnej dla określenia własnej tożsamości.

Mam na uwadze dwa równorzędne procesy. Pierwszy ma charakter intuicyjny. Sprowadza się do refleksji nad sentymentami wyzwolonymi najczęściej przez stosunek uczuciowy do osób. Drugi można uznać za wyrozumowany. Polega na próbie wykorzystania pamięci dla odtworzenia brakującej przestrzeni identyfikacji.

Archeologię pamięci rozumiem jako próbę świadomego wykorzystania zasobów doświadczeń wcześniejszych generacji dla dopełnienia, czy może raczej jako substytutu dla własnej pamięci. Trzeba się jednak zastanowić nad możliwością dokonywania jakichkolwiek operacji na zasobie wytworzonym z pamięci przodków. Czy tam gdzie brak jest jakichkolwiek doświadczeń własnych świadectwa rodzinne nie stają się źródłem wiedzy? Czym różni się to odziedziczone, ale drukiem upublicznione świadectwo, od ogólnej lub szczegółowej wiedzy o epoce10?

Dwa pokolenia żyjące w świecie kresowym przed potopem, a więc dysponujące własnym doświadczeniem, wytworzyły zbiór doświadczeń nadający się do przekazu. Ich autorytet nie wynika wyłącznie z uczucia łączącego kolejne generacje. Ze względu na formę pisaną, czy raczej z racji publikacji, świadectwa rodzinne nabrały znaczenia podobnego innym źródłom. Taka podwójna autoryzacja pozwala im wytrzymać konfrontację z narracją oficjalną przekazywaną przez szkołę, naukę i media. Dotyczy to nie tylko przekazu stricte rodzinnego, ale może przede wszystkim świadectwa o czasie i miejscu.

W rodzinie Kieniewiczów pamięć o świecie przed potopem została zakumulowana w dwu pokoleniach, bezpośredni transfer świadectw dotyczył kolejnych dwu pokoleń. Proces wytwarzania i przekazywania świadectw obejmował razem okres stuletni. W konsekwencji sięgania wstecz, do zasobu tradycji rodzinnej, oraz dzięki wykorzystaniu różnorodnej zachowanej dokumentacji, można było objąć pamięcią rodzinną okres dwustuletni11. Stworzyło to dość wyjątkową sytuację, ponieważ na ogół przekaz rodzinny wyczerpuje się w trzecim pokoleniu. W moim przypadku istotne znaczenie miały, jak wspomniałem, ograniczenia w dostępie do pamięci żywej. Tego się nie da nadrobić, wraz z odejściem dwu pokoleń świadków, nie ma szans na „przypomnienie sobie”. Własna więc rola „archeologa pamięci” wynika z unikalnej możliwości, jaką stwarza dostęp do pamięci świadków. Ale też z przyjętej postawy poszukiwania. W konsekwencji poczuwam się do odpowiedzialności za tę pamięć.

Powstaje zatem pytanie: co należy do pamięci, którą dziś w całości dysponuję? Czemu może służyć ten zasób wiedzy, świadectw i doświadczeń, odnoszący się do czasu sprzed stu lat? W dodatku związany z miejscem nie istniejącym. Dereszewicze będące gniazdem rodzinnym dla pięciu pokoleń Kieniewiczów zostało rozgromione w 1917, a po traktacie ryskim znalazło się poza granicami Polski. W 1944 roku dwór dereszewicki spłonął w trakcie działań wojennych. Po tamtym świecie nie został ślad. Została natomiast pamięć, której potrzeba i przydatność okazują się daleko większe niż sobie można wyobrazić.

Ważnym elementem mego rozważania byłby powrót do miejsca urodzenia, tam „gdzie mój dom”. Zgadzam się bowiem z Kazimierzem Kutzem, że „warto stanąć przed domem swojego urodzenia, po to by podreperować umysł i serce, ocknąć się do życia...12. Rzecz w tym, że dom przy Wilanowskiej 14 (mieszkania 39), gdzie mieszkali przed wojną moi rodzice, dochował się tylko we fragmentach. Fizycznie przyszedłem na świat na Wiejskiej 11, w mieszkaniu mej babki Sobańskiej. Od października 1939 roku mieszkałem w domu Dziadostwa Kieniewiczów na Czerwonego Krzyża (dziś Jaracza) 25, w latach 1942-1943 w Topoli Konarskich, od maja 1944 do stycznia 1945 w podkrakowskiej Ruszczy, gdzie moi Dziadostwo osiedli u Róży z Popielów Kieniewiczowej, żony stryja Henryka. Dom na Czerwonego Krzyża się spalił, dwór w Topoli spłonął od sowieckich bomb, wygnani z Ruszczy zagnieździliśmy się na Beliny Prażmowskiego 37 w Krakowie. Potem było Leszno, Bydgoszcz, Milanówek. Zwyczajny los polski czasu wojny. W rezultacie w żaden sposób nie mogę dziś odtworzyć rodzinnego domu. Dla mych Rodziców stał się nim jesienią 1955 roku lokal 32 w domu na ul Wiktorskiej 83/87. Nie dla mnie jednak, gdyż już od 1958 roku szukać zacząłem domu dla siebie. Dopiero po ćwierć wieku poczułem, że osiadłem na stałe i mogę zacząć budować swój dom. Znalazłszy w końcu własne miejsce mogłem się rozejrzeć za brakującym gniazdem rodzinnym. To miejsce nie tyle urodzenia co pochodzenia musiałem sobie wyobrazić i stał się nim nie istniejący od półwiecza dwór dereszewicki. Nie zostało nic z tamtego świata, nawet pamięci własnej. A jednak widzę i czuję bliskość moich przodków, cień drzew w parku i szum rzeki za oknami. O tym dochodzeniu do własnego miejsca jako fundamentu dla odtworzenia własnej ojczyzny wyobrażonej pisałem kiedyś obszerniej. Mogę powtórzyć: „Moje Kresy są więc autentycznie własnym, jakby z pamięci wykopanym dziedzictwem.”13.

Dlatego archeologia pamięci ma jeszcze dodatkowy wymiar. Uświadamia mi, jak bardzo rodzinne świadectwa mogą służyć budowaniu przestrzeni identyfikacji. Istnienie świadectw drukowanych, świadomość związku dziejów rodzinnych z dziejami narodowymi, osłabia naturalną skłonność przypominania. Nie mogę liczyć dziś na „przypomnienie sobie” jakiegoś szczegółu, nawet najdrobniejszego fragmentu rzeczywistości. Wysiłek jednak wygrzebywania z pamięci czegoś, co może się okazać istotną częścią mojej tożsamości okazuje się niespodziewanie pożyteczny i to w dwu aspektach. Co zupełnie naturalne jestem w stanie skomentować „zapamiętane” i w tym sensie nadać przekazom znaczenie. To jest ważne dla nawiązania ciągłości pokoleniowej. Uświadamiam sobie, że bez mojej emocji nie będzie możliwy przekaz. Ja sam muszę tym odziedziczonym świadectwom nadać barwę i smak. Z czego natomiast nie zdawałem sobie sprawy, to z możliwości jaką owo dziedzictwo stwarza próbom autonomicznej rekonstrukcji świata „zamierzchłej przeszłości”.

Zwraca to uwagę na specyfikę pamięci zapisanej. Wyjątkowość świadectw rodzinnych polega na nieomal fotograficznym odtworzeniu szczegółów i na trosce o wierność całości obrazu. Relacje Antoniego Kieniewicza i Janiny Żółtowskiej wyróżniają się w zestawieniu z większością ujęć pamiętnikarskich. Obie bardzo emocjonalne zostały zarazem sporządzone z wielkim wyczuciem spraw ludzkich i okoliczności życia. Wbrew pozorom tylko w niewielkim stopniu zajmują się ustalaniem i zapamiętywaniem relacji rodzinnych, koligacji i anegdot14. Skupiają się przede wszystkim na życiu, działaniach ludzi, usiłują słowem odtworzyć świat utracony. O ile pamięć „genealogiczna” ma wielkie znaczenie dla kojarzenia ciągów linearnych, ujawniania rodzinnych powiązań i utrwalania poczucia bliskości, to w pamięci „matrycowej” dostrzegam kapitalną zdolność do rekonstrukcji przestrzeni wyobrażonej. Do tej właśnie matrycy chciałbym się dokopać grzebiąc w pamięci.

Dlaczego nie nazwać tego historią? Można oczywiście wykorzystać całość zasobu jako źródło dla jakiegoś procesu odtwarzania dziejów Kresów. Można powiedzieć, że na tej podstawie powstawać będą różne narracje. Odnoszę się jednak do zasobu szerszego, nie w pełni dostępnego badaczom i nie jestem zainteresowany badaniem, czy to losów ludzkich czy to przełomów dziejowych. Sięgając do pamięci w celu ukształtowania potrzebnego mi stanu uobecnienia się w przestrzeni, nie znajduję w sobie najmniejszych skłonności do uogólnienia niezbędnego w pracy historyka. Być może jednak właśnie formacja historyczna, a także tradycja rodzinna, każą mi dostrzec szersze konsekwencje owej archeologii15. Konsekwencje te określiłbym jako nie zaplanowaną, ale potencjalną odpowiedniość własnej przestrzeni wyobrażonej z przestrzenią cudzą, bo przecież jednak nie obcą. Pozwala to sądzić, że gdy z jednej pamięci powstawać mogą odrębne matryce tożsamości, to wysiłek heurystyczny i emocja sentymentalna mogą się okazać przydatne. Uważam tę moją prywatną archeologię za upoważnioną i celową. Jeśli dla mnie jest koniecznością, to dla innych może się okazać przydatną.



Sprawa charakteru miejsca pozostaje zatem nie rozstrzygnięta. O tym czy Dereszewicze przyjmą postać miejsca pamięci zdecydują potrzeby i możliwości innych ludzi, przede wszystkim miejscowych. O tym czy ślady po Dereszewiczach przemówią do kogoś, zdecydują okoliczności. W miejscu po mym gnieździe rodzinnym zostało coś więcej niż tylko pamięć. Odszukanie i usłyszenie należy do nas.

1 E. M. Rostworowski, Popioły i korzenie. Szkice historyczne i rodzinne, Znak, Kraków 1985, s. 513.

2 Klasyczny przykład daje B. Ostrowska, Bohaterski miś czyli przygody pluszowego niedźwiadka na wojnie (1919), s. 28-30. O tę kwestię zatrąca tekst Ojca będący ostatnim (1990) dopiskiem do Wspomnień, S. Kieniewicz, Prastryj pradziada w: J. Kieniewicz, Ekspansja, kolonializm, cywilizacja, Warszawa 2008, s. 279-297.

3 Przykładem znakomitym może służyć portrecik Tadeusza Reytana znajdujący się w domu Henryka Kieniewicza (Scone, Szkocja) a otrzymanym w prezencie ślubnym (o czym wspomina S. Kieniewicz, Prastry...op. cit. s.). Dedykacja na odwrocie głosi „Portret Tadeusza Reytana, znaleziony przez pannę Józefę Kurzeniecką u antykwarjusza w Moskwie w r. 1901 i ofiarowany Henrykowi Skirmuntowi, który z radością go przekazuje PP Henrykom Kieniewiczom krwi Reytanowskiej spadkobiercom z życzeniem żeby żywo krążyła w żyłach przyszłych pokoleń” Mołodów lipiec 1939, H. Kieniewicz, Tadeusz Rejtan w dwóchsetną rocznicę śmierci, „Wiadomości”.

4 K. Pomian, Zbieracze i osobliwości. Paryż-Wenecja XVI-XVIII w., PIW, Warszawa 1996.

5 Mam na myśli pokolenie urodzonych przed II wojną światową, w zasadzie roczniki 1937-1939 ,nazwane przez Tomka Łubieńskiego pokoleniem tubylców. Ankieta „Pokolenie tubylców” została przeprowadzona w 1971 roku w numerach 37, 39 i 41 „Kultury”.

6 S. Kieniewicz, Bezdomni. Powieść z czasów rewolucji rosyjskiej, Wilczyska 2007

7 Rodzice osiedli w Milanówku jesienią 1946 r. gdy Ojciec uzyskał angaż w Uniwersytecie Warszawskim

8 Rodzinny dom (Czerwonego Krzyża 25) spłonął 1 sierpnia 1944, Ojciec po Powstaniu znalazł się w obozach koncentracyjnych wrócił do Polski 27 X 1945, do Milanówka sprowadziliśmy się 12 października 1946 roku.

9 S. Kieniewicz, Pamiętnik opóźnionego dojrzewania, mps.

10 Wspomnienia Antoniego Kieniewicza (Nad Prypecią dawno temu. Wspomnienia zamierzchłej przeszłości, Ossolineum, Wrocław 1989) i Janiny Żółtowskiej (Inne czasy inni ludzie, Londyn 1959) należą do często wykorzystywanych materiałów źródłowych dla dziejów życia na Kresach, por. I. Domańska-Kubiak, Zakątek pamięci. Życie w XIX-wiecznych dworkach kresowych, Iskry, Warszawa 2004.

11 Taką próbę rekonstrukcji podjął Stefan Kieniewicz, Dereszewicze 1863, Ossolineum, Wrocław 1986.

12 K. Kutz, Piąta strona świata, Znak, Kraków 2010, s. 29.

13 J. Kieniewicz, Spotkania Wschodu, Novus Orbis, Gdańsk 1999, s. 17.

14 Znakomitym przykładem takiej gawędy o czasach i ludziach rodzin kresowych są Wspomnienia mojej babki Janiny Sobańskiej (pisane w latach 1949-195?). Są absolutnie niezbędne dla rekonstrukcji związków między ludzkich na Podolu, choć przynoszą wiele ważnych szczegółów z zakresu życia materialnego. Por. w podobnym guście A. Pawełczyńska, Koniec kresowego świata, Wydawnictwo Test, Warszawa 2003 (cz. I Testament prababki).

15 Okoliczności spisania wspomnień Antoniego Kieniewicza (lata 1946-1947) prezentuje Ojciec w Przedmowie do Nad Prypecią, s. 5-7. Eksponuje przeznaczenie „dla wnucząt” oraz swoisty zamysł terapeutyczny. „Inicjatywa była mojej Matki, chodziło jej o umysłowe zatrudnienie Ojca...”. Podkreśla swój pierwotnie sentymentalny a następnie „nałogowo zawodowy” stosunek do tego tekstu. Wszakże w tamtych latach był już głęboko przekonany o szerszym znaczeniu tego pisania, a może i miał większy udział , niż zapamiętał. Cytuję z listu mojej Matki do mojej Babki Janiny Sobańskiej: „Stefan gdy mu przeczytałam co pisze Wacław do Mamy podskoczył i krzyknął ‘ależ ma rację, Mama koniecznie powinna spisać a przede wszystkim pamiętnik’ on to mówi jako historyk, już w zeszłym roku uprosił swego ojca by napisał wspomnienia ze swego życia, wobec zaginięcia tylu dokumentów, wszelkie pamiętniki mogą jego zdaniem oddać wielkie usługi przyszłym pokoleniom badaczy”. List datowany 31 stycznia 1947.




©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna