Grey, do jasnej cholery! Może zejdziesz w końcu na dół?! Za chwilę przyjadą!!!



Pobieranie 1,35 Mb.
Strona1/19
Data18.11.2017
Rozmiar1,35 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19

Początek

 

-Grey, do jasnej cholery! Może zejdziesz w końcu na dół?! Za chwilę przyjadą!!!



-Nie! Nie zejdę!!!

Udław się siostra. Nie mam nawet zamiaru schodzić. Po co?! Żeby się przywitać z matki starą przyjaciółką i jej rodzinką?! Po to?! Żeby się mnie wystraszyli na wejściu? Żeby wszyscy mieli satysfakcję? „A mówiliśmy – nie rób sobie tego kolczyka w nosie! Nie bij się z Paulą! A mówiliśmy?!” Mówiliście! I co kurna z tego?! GÓWNO!!! Jedno wielkie gówno! Teraz mnie możecie w dupę pocałować! Po swoim własnym trupie zejdę na dół! Tyle wam powiem!

Podeszłam do wieży, włączyłam muzykę. Jakieś stare płyty mojej matki, wygrzebane na strychu. Na tym zapyziałym, zakurzonym, zaśmiardniętym strychu, na który nikt nie zaglądał od lat. Poza mną. Nie rozumiem dlaczego. Że jest tam ciemno, że śmierdzi, że warstwa kurzu sięgała mi prawie po kostki? Dlatego? Żaden powód! Teraz ta zgniła speluna jest najprzytulniejszym kątem w domu. Wysprzątałam, wywietrzyłam, naznosiłam świeczek, swoich starych zabawek, pamiętników i drobiazgów. I dalej nikt tam nie chodzi, bo do łbów zakutych im nie przyjdzie, że tam się da normalnie żyć. I spoko. Moja własna, kochana samotnia. Te stare, wysłużone fotele, ubrania rodziców, fotografie i te kufry, pozamykane na cztery spusty, do których nie mogę się dostać... No widać już tak musi być.

Podeszłam do okna i zaciągnęłam ciężkie zasłony. W pokoju zrobiło się jeszcze goręcej. Parne powietrze ostatnich dni lipca gotowało się w pomieszczeniu. Oczywiście postanowiłam mieć wszystko głęboko w dupie, tak jak wszystkich i wszystko. Tak, jak traktuje mnie moje otoczenie... Zatrzasnęłam drzwi, włączyłam wiatrak, podkręciłam gałkę w wieży. Leciało HIM. Nie rozumiem co moja matka w tym widziała. Dalej nie rozumiem, co ja w tym widzę... Co ja słyszę, raczej.

Usiadłam w wąskiej smudze światła padającego z okna, z lusterkiem w dłoni i zaczęłam kombinować przy nosie. Po bójce sprzed tygodnia, jaką stoczyłam z moją kochaną siostrzyczką bliźniaczką, po tym, jak mi z piąchy niby przypadkiem wysunęła w nos, opuchlizna do tej pory mi nie zeszła. Szczególnie, że kolczyk zrobiony jakieś cztery miesiące temu całą sprawę jeszcze spotęgował. Nic! No nic! Żadne zaklęcie nie pomagało. Żadne okłady wujka produkcji. Cały zasrany świat się uwziął na mnie! No i super! A ja się na niego wypnę i tyle mnie widział!

-GREY!!! Schodź natychmiast!

-Daj mi spokój tata! Nigdzie nie idę!!! – wychyliłam się na korytarz i krzyknęłam w stronę schodów.

-Ale...

-NIGDZIE!!! – trzasnęłam drzwiami. Po raz kolejny w ciągu tego dnia zatrzęsły się książki na półkach.

Usiadłam z powrotem. Spojrzałam w oczy samej sobie. Co ja w nich takiego mam, że jak spojrzę na małe dziecko na ulicy, to od razu zaczyna ryczeć? No co? Czy fakt, że są takie szaro – niebieskie i prawie białe jest tak strasznie przerażający? Że czarne włosy i oprawa oczu czyni je jeszcze bledszymi? Czy przez to jestem taka straszna? Być może... Ale wolę wyglądać jak niedoszły trup, niż jak, z całym szacunkiem, moja siostra bliźniaczka, (jak łatwo się domyśleć jesteśmy dwujajowe) która jest blondynką z brązowymi oczami i cudnymi rumieńcami naszej matki. Może to przez ten fakt ojciec i matka bardziej interesują się nią, niż na ten przykład taką zwykłą, brzydką, blada mną. A z resztą... po co mi oni?

Rzuciłam lusterko na łóżko i na chwilę ściszyłam muzykę. Dobrze przeczuwałam, że ktoś wpełza po schodach. Złapałam pilota, włączyłam muzykę na pełną głośność, podbiegłam do okna, przesadziłam nogę przez parapet, stanęłam po jego zewnętrznej stronie i kilkoma wyćwiczonymi przez lata ruchami wspięłam się po mocno wystających kamieniach na dach. To mimo wszystko był błąd. Chyba za chwilę się tutaj usmażę... Ale cóż... sama sobie wybrałam...

Would you die tonight for love? Baby join me in death... Would you die? Baby join me in death...” Wyło przez okno z pokoju. Lubię tą piosenkę. Chyba najbardziej z tych wszystkich piosenek mojej starej.



Nie słyszałam rumoru w pokoju. Muzyka wszystko zagłuszała. Jednak po krótkiej chwili przycichła i w oknie zobaczyłam twarz Maxa.

-Nigdzie nie idę. – warknęłam.

-A myślisz, że mnie coś obchodzi, czy ty chcesz gdzieś iść, czy nie? – wycedził tym swoim głosem starszego brata, po czym wdrapał się na górę i usiadł obok mnie. – No, Młoda, ruszaj się. Idziemy.

-Czy ty jesteś głuchy, czy coś takiego? Mówię, że nie idę.

-Ale o co tobie biega, kobieto? Przecież będą mieszkać obok. Warto by ich poznać.

-Właśnie. Będą mieszkać obok. To się opatrzą z moim obleśnym widokiem. Nie chcę ich zniechęcić na samym wejściu...

-Właśnie teraz ich zniechęcasz.

-Spadaj. Nie jesteś moim bratem, żeby mi takie poważne życiowe nauki zapodawać.

-A ja myślałem, że jestem. – podniósł moją brodę na kciuku i spojrzał w oczy. Był jedną z niewielu osób, która robiła to bez najmniejszych problemów. Patrzę mu w oczy i widzę lśniące czarne tunele, pełne przecież zrozumienia i czułości, a on widzi tylko zimną biel i czystą niecheć. Czemu on tak się o mnie troszczy? W gruncie rzeczy, tylko on to robi.. – Zrobiłaś mi przykrość.

-No to bardzo cię przepraszam w takim razie! Panie Chodząca Obraza! Pędź się. Chcę być sama.

-Nie, Grey. Teraz idziemy RAZEM na dół, przywitać ciotkę i jej dzieciaki.

-To ona jeszcze ma dzieci?! No to cudownie! Po prostu wspaniale! Pewnie jakieś gnoje zakichane...

-Jakbyś się tak nie rzucała, tylko posiedziała czasami z rodziną, to byś się dowiedziała, że ma córkę w twoim i syna o rok młodszego ode mnie. Czy ciebie na serio nie obchodzi, co się dzieje wkoło?

-Na serio.

-A myślałem, że uda mi się ciebie wychować...

-Ha, ha, ha... Jakiś ty zabawny! Dwa lata starszy braciszek cioteczny się bierze za wychowywanie siostry... Nie rozśmieszaj mnie!

-Grey. Zwyczajny z ciebie wrzód na dupie. Może faktycznie nie idź na dół... Właśnie przyjechali... – dobiegły nas okrzyki i piski radości. Boże... co za ludzie!

-No i dobrze! Ciebie też nie będzie. Nie mam ochoty spotykać się z tą bandą bałwanów.

-Ja za chwilę schodzę. A ciotka jest całkiem fajna. Pamiętam, jak byliśmy jeszcze mali, to ona nas czasem odwiedzała. I syn też całkiem spoko. Znamy się z listów...

-No nie chrzań! I nic mi nie powiedziałeś, że znasz jej bachora?! Ty świnio! Giń!!! – pookładałam go chwilę pięściami, po czym zaczęliśmy się oboje zaśmiewać.

-Hej! Gdzie jesteście?! Max!!! – z domu dobiegło nas stłumione krzyczenie.

-O w dupę jeża! Kogo znowu niesie? – najeżyłam się.

-Spokojnie. To ten jej syn – Mike.

-Max! Gdzie jesteście?!

-Na dachu! Wyleź przez okno!!!

-O Boże. Cwelu przyjdzie... Będę go mogła zwalić na dół! Ha!

-Weź się przymknij! Zrób to dla mnie, co?

-No weź! O co ci nagle chodzi?

-Chcę dobrze wypaść. I tobie chyba też zależy...

-Mi?! Nie wygłupiaj się!

-Aaaaa... no to tutaj jesteście...

W oknie pojawiła się głowa tego chłopaka. Niebo momentalnie zasnuło się burzowymi chmurami, ziemia się zatrzęsła, a we mnie jakby piorun trzasnął. Poczułam, jak mi się dach osuwa spod tyłka. Jednak byłam mocna i postanowiłam nie spadać i robić z siebie mokrej miazgi. Więcej się tam nie spojrzę. Koniec.

Jednak okno przyciągało spojrzenie nie wiadomo kiedy.

Blond czuprynka, ze śmiesznie odstającą do góry grzywką, spokojne, a zarazem zawadiackie spojrzenie szarych, lekko wpadających w niebieski, oczu, trochę spiczasty nos, mocna szczęka, nieśmiało uśmiechnięte, różowe usta momentalnie zmuszające do pomyślenie o tym, jak fajnie byłoby je pocałować. I nagle taka niewyobrażalna tkliwość mnie wzięła. Do chłopaka, który przecież był taki zwyczajny. Nie żaden książę ciemności, wampir, czy jakiś inny typ spod ciemnej gwiazdy, tylko taki pospolity BLONDYN. Umarłam. Nie ma mowy. On nie jest w moim typie. W żadnym wypadku!

Tak mną to postanowienie targnęło, że aż podskoczyłam, w następstwie czego o mały włos nie spadłam. Max mocno złapał mnie za ramię, przy czym po raz kolejny w moim piętnastoletnim życiu uratował mi tyłek.

-Dzięki. – mruknęłam.

-Spokojnie. Wiedziałem, że to się tak skończy. – Tak! On wiedział! Gówno wiedział! A nie dam mu tej satysfakcji!

-Chamie...

-Tak? 

-Zamknij się.

W tak zwanym międzyczasie Mike zdążył przetransportować się na parapet, a teraz wspinał się po kamieniach. Za dużo wysiłku go to nie kosztowało, bo okazało się, że ma coś koło dwóch metrów wzrostu, jest szczupły i dość zwinny. Po chwili więc siedział już obok mnie, skulony, wystraszony... ONIEŚMIELONY. MNĄ! No dobre sobie! Bał się mnie! No to już w ogóle jest cudnie! Ha, ha, ha...!

-Cześć. Jestem Mike. – wyciągnął rękę. Okazało się, że w porównaniu z moją jest po prostu gigantyczna. W ogóle jego wymiary mnie przerażały.

-A ja święty Mikołaj. –Max przykopał mi w kostkę. -Yyyy...to znaczy... Grey. - spojrzał na mnie uważnie. Szczególnie przyglądał się moim oczom. Bóg jedyny raczy wiedzieć, jak mnie to wkurza. - Co? Jeszcze w życiu takich obleśnych oczu nie widziałeś?

-Grey. Stul pysk! – zawarczało mi za plecami.

-Czemu od razu obleśnych? Są całkiem... yyy... fajne... oryginalne.

-Ta... A jedzie mi tu trabant?

-Czekaj, przyjrzę się. – pochylił się w moją stronę i sprawdzał, czy mi pod dolną powieką nie jedzie trabant. – Nie stwierdziłem obecności żadnego pojazdu kołowego.

-No to szkoda ciebie bardzo.

Po raz kolejny Max postanowił zaaplikować mi palec między żebra, żebym się już więcej nie odzywała.

-Chyba ciebie szkoda, jak nie wiesz, co mówisz...

Zagotowało się we mnie. Para chyba poszła mi uszami, bo Max ograniczył mój dostęp do tego drągala swoją ręką i wciskał mi łokieć w żołądek.

-No to jak tam stary, droga ci minęła?

-Dzięki, było ok. Gdyby nie moja siostra, która na wieść o tobie przez połowę drogi się tapetowała. Tak śmierdziało kosmetykami, że się o mały włos nie zbełtałem.

-To teraz masz okazję...

-Weź się przymknij, niewyparzona gębo! – wrzasnął na mnie Brat.

-Bo co mi zrobisz? Pobijesz mnie? Zrzucisz z dachu? No proszę!

-Jeszcze zobaczysz! Tak ci skopię tyłek, że się nie pozbierasz! Poczekaj, aż stąd zejdziemy, to...!

-To cię zjem! – kłapnęłam zębami i zaczęłam idiotycznie się śmiać. Zdarzają mi się takie napady głupawki czasami. Tak ogólnie, to śmieję się tylko wtedy. – Tylko kości po tobie zostaną ha, ha, ha... bo ja jestem bestią pożerającą młodych ludzi... ha, ha, ha!!! Zakopię twoje szczątki w ogródku pod jakimś krzakiem... ha, ha, a potem zjem... jego!!! – ryknęłam i uwiesiłam się Mikeowi na ramieniu. Nie wiedział chłopak o co chodzi. – Zjem i pewnie się otruję... ha, ha, ha! Blondyni zazwyczaj są trujący... – ledwo trzymałam się na tym dachu, bo mnie kolka złapała ze śmiechu. Mike podtrzymywał mnie w pasie, żebym nie spadła.

-Co jej się stało?

-Pierwszy napad pierdolca od 3 miesięcy. To będzie ciężkie do zniesienia.

-Oj, zamknij się, ty nietoperzu! Ty chodząca kopio swojego ojca! Sam wyglądasz, jakbyś z niego skórę ściągnął. Przyznaj się! Sklonowałeś go, a prawdziwego zjadłeś! Ha, ha, ha!!!

-Trzymaj ją! Trzymaj ją, bo ja już wiem, co będzie za chwilę!

-I zakopałeś go w ogródku! Iiiii...hihihi!!! – trzymali mnie już obaj, bo zaczęłam się rzucać, zupełnie nie panując nad ruchami. Przez chwilę tkwiłam tak obezwładniona, kołysana wolnymi ruchami. Powoli uspokoiłam się i z przerażeniem stwierdziłam, że przytulam się do tego wypierdka społeczeństwa. Odrzuciło mnie momentalnie do tyłu. – O Boże!

-Spokojnie, dewotko jedna! – Max odetchnął z ulgą, że wróciłam do siebie.

-MIKE!!! – usłyszeliśmy wrzask dochodzący z dołu.

-MOMENT!!! – mało mi bębenki nie pękły. – Sorry na chwilę... muszę lecieć, bo mnie wapno woła...

-Jasne...

Zlazł na dół, wskoczył przez okno z powrotem do pokoju i pognał do salonu.

-Czy ty zawsze musisz robić z siebie idiotkę?

-O co ci chodzi kochany barciszku-gacoperzu? Hihi...

-O to, że zachowujesz się jak nawiedzona i robisz obciachu i sobie i mnie.

-Jakbyś nie wiedział, że zwyczajnie jestem sobą. Jeśli mnie taką nie zaakceptuje, to ma przerypane, i ty dobrze o tym wiesz.

-Wiem, ale zawsze mam nadzieję, że sobie odpuścisz te testy.

-Nawet rodziny to nie omija i dlatego jestem w wojnie z Nicole, która na siłę chce ze mnie zrobić człowieka. Ale to przecież bez sensu, bo ja jestem bestią pożerającą nieletnich!

-No dobrze, wiem. A co sądzisz o tym „nowym”?

-Yyyy... Jest... yyy... jest jakiś... taki... no... yyy... ostatecznie, to może być...

Max zaczął się śmiać. Zupełnie nie rozumiem dlaczego...

-Hej! Chodźcie! Podwieczorek! Placek dyniowy! Piwo kremowe! Starych krew zalewa, że was nie ma! Śmierć nadejdzie niebawem! Ruszać się!

-Ale ja nigdz...

-Grey, no chodź... – jęknęli obaj. Odezwało się we mnie serce będące w stanie spoczynku od jakiś 10 lat i dałam się namówić.

Przetransportowaliśmy się na parapet, bez zbytniego pośpiechu, oczywiście. Max z kopyta wypadł z pokoju i zjechał po poręczy schodów. Ja nadal tkwiłam na parapecie oparta o ramę okna, bo mimo wszystko zapatrzyłam się na Mikea. Miałam ochotę przywalić z sierpowego samej sobie, ale jeszcze tej sztuki nie opanowałam do końca...

-Może pomóc ci zejść?

-Nie, dzięki.

-Może jednak? – uśmiechnął się tak zabójczo ciepło, jak nikt poza Maxem nigdy się do mnie nie uśmiechał. Boże, co z moimi kolanami?!

Nie zdążyłam odpowiedzieć, żeby spadał na drzewo, bo objął mnie lekko w pasie i zestawił momentalnie na podłogę, cały z siebie zadowolony.

-Na serio, nie musiałeś fatygować swojej osoby zajmowaniem się kimś takim, jak ja! – warknęłam. Znowu wzbierała we mnie złość. Wywoływał u mnie jakieś uczucia, których za wszelką cenę chciałam się pozbyć. Zabić, unicestwić. Albo one, albo ja! Nie dam się opanować!

-Nie denerwuj się... – złapał mnie za rękę.

-Odwal się, rozumiesz?! Puść mnie!

-Ale...

-ODWAL SIĘ ODE MNIE!!! – bardziej krzyczałam do swoich myśli, niż do niego. A ponieważ nadal mnie nie puszczał niewiele myśląc przydzwoniłam mu z kolanka między nogi i uciekłam z pokoju. Zbiegłam na dół.

Po własnym trupie.
I nie bij bliźniego swego...

 

Wypadłam na korytarz. Dyszałam jak smok, serce waliło tak, że słyszałam dokładnie każde jego uderzenie w uszach. Kolna i ręce mi się trzęsły, czułam, że za chwilę się zbełtam. Cholera jasna, co się dzieje?! Ja tego chyba normalnie nie przeżyję!



Usłyszałam kroki na górze. Schowałam się szybko za najbliższy filar i wyjrzałam.

Mike schodził po schodach z miną umierającego. Schodził! Też określenie! On się bujał na nogach, tak szeroko je rozstawiał. Mimo wszystko zrobiło mi się go nieco żal, kiedy tak człapał w stronę salonu. Chyba trochę przesadziłam. Jak ja mogłam kopnąć go w jaja?! JEGO?!

Zniknął za zakrętem, a ja wskoczyłam do łazienki, której drzwi były po prawo. Przekręciłam zasuwkę i padłam na kolana. Schowałam twarz w rękach i starałam się uspokoić. Oddychać, nie zapomnij oddychać idiotko, bo to się źle dla ciebie skończy!

Cała byłam spocona, po prostu ze mnie ciekło strumieniami. Włosy miałam potargane. Aż bałam się pomyśleć, jak ja je teraz doprowadzę do stanu używalności...

Podniosłam się powoli i oparłam o umywalkę. Wyglądałam gorzej niż źle, ale nie ważne. Napiłam się wody z kranu, pochlapałam twarz i kark. Nic mi to nie dało oczywiście. Przerażał mnie fakt, że cały czas byłam blada, jak gówno w trawie. Tylko jasne rumieńce na policzkach pozwalały się domyśleć, że pod skórą wszystko mi się gotuje. Dzięki ci ojcze za twoją wspaniałą karnację, dzięki której wyglądam, jak chodzący trup!

Boże, gdzie moja matka miała oczy, jak sobie męża wybierała? Przecież on do dupy nie jest podobny...

Rozebrałam się i desperackim posunięciem wskoczyłam pod prysznic. To chyba jedyny sposób, żeby się chociaż trochę ochłodzić. Zaczęłam od ciepłego prysznica, stopniowo coraz bardziej go ochładzając. Mokre miałam włosy, woda lała mi się do ust, powoli zaczynałam dostawać dreszczy...

Czułam, że odżywam.

Po 10 minutach wypełzłam z kabiny, wytarłam się, wyciągnęłam czyste ciuchy z szafy, ubrałam się szybko i potrzepałam głową, żeby włosy przeschły. Sięgnęłam po kosmetyki stojące na półce. Hm... od czego by tu zacząć?

-GREY!!! GDZIE JESTEŚ?! – usłyszałam wrzaski Maxa na zewnątrz.

-Czego?!

-Gdzie jesteś?!

-W łazience! – coraz głośniejsze kroki.

-Czy ciebie posrało, żeby go kopać... w wiesz?!

-A co? Już ci się poskarżył?

-Nie, po prostu tak chodzi, że widać. Nie posądzam go o to, że sam się tak załatwił...

-No wiesz, ja tam nie wiem, do czego on jest zdolny...

-GREY.

-Skończ ten temat.

-Dobrze. Przyjdziesz do salonu?

-Nie wiem...

-Nie zawiedź mnie, dobra? Liczę na ciebie...

-Tak, oczywiście... – mruknęłam walcząc z nakładaniem tuszu.

-Nie rób mi wstydu!

-DOBRZE! Idź już sobie!

Odszedł, słyszałam to. Skończyłam czesać włosy, które były już niemal całkiem suche i wyszłam. W korytarzu było ciemno i parno. Nabrałam kilka głębszych oddechów i zaczęłam iść. To będzie ciężki orzech do zgryzienia, ta cała zabawa w starych przyjaciół...

Po trzech energicznych krokach wpadłam na kogoś wysokiego. Myślałam, że to mój ojciec, bo tylko on w domu ma ponad metr 90 i jest tak kościsty, ale niestety. Okazało się, że był to Mike. Krew mnie zalała na miejscu.

-A ty tu czego? – wysyczałam.

-Do łazienki idę. Może mi zabronisz?

-A jeśli tak, to co wtedy?

-To przestanę się przejmować faktem, że jestem twoim gościem.

-Chyba się tym i tak nie przejmujesz...

-I tym, że jesteś dziewczyną..

-No nie mów! Ja jestem dziewczyną?!

-Jeśli nie jesteś, to przepraszam, że cię za nią wziąłem... Od początku nie byłem pewien, czy ty się w ogóle kwalifikujesz do ludzi... naprawdę, bardzo mi przykro...

-Żeby mi się za chwilę nie zrobiło przykro, jak ci rozkwaszę mordę...

-Już się boję...

-Przecież wiesz, że potrafię... – niby przypadkiem podrapałam się po kolanie. Skrzywił się nieco w półmroku.

Serce mi się ściskało, kiedy tak mu trułam, ale musiałam być twarda. Przecież potrafię zapanować nad emocjami... Jednak to nie zmieniło faktu, że wyglądał bardzo nieprzyjemnie, kiedy z taką niewyraźną miną na mnie patrzył.

-Wiem.

-Przepraszam, że zapytam, boli cię? – oparłam się łokciem o ścianę i uśmiechnęłam do siebie. Matko, jaka ja jestem wścibska...

-Nie twój interes...

-No nie, w twój interes przykopałam. Chcę znać swoje możliwości...

-Nie powinno cię to obchodzić.

-Ale obchodzi.

-Mów głośniej, bo cię nie słyszę tam z dołu!

-ALE MNIE OBCHODZI!!! Jak głuchy jesteś, to se wyczyść uszy, bo aż wstyd... taki duży, a się nie myje...

-A ty co? Od ziemi odrosłaś 20 centymetrów i podskakujesz? – znowu we mnie zawrzało. O cholera! Teraz to już przegina! Niech się może odpierdzieli od mojego metr 60...

-Się zamknij chodząca wykałaczko!!!

-Bo co mi dziecko zrobisz? - Nie wytrzymam! Nie wytrzymam! Sam się prosi do cholery! – Oj, dziewczynko! Jestem przerażony twoimi mięśniami... Może lepiej zawołam Maxa, żeby mnie przed tobą obronił, bo jeszcze mnie uszkodzisz...

Nie wytrzymałam. Łzy wściekłości rozmazały mi widok. Rzuciłam go na ścianę, złapałam za te blond kudły i przychrzaniłam łbem o drzwi kibla. Puściłam. Osunął się na klęczki. Czułam jak mi żyła pulsuje na skroni, puls znowu zaczął dudnić w uszach. Ręce się trzęsły, chyba za chwilę wycharczę serce na światło dzienne...

-Jeszcze?! Mało ci jeszcze?! – podniósł głowę. Miał bladą twarz, wzrok nieprzytomny. Ręce mi opadły, kolana się ugięły. Na Boga, co ja robię?! – Mike... Mike, wszystko w porządku...? – Brak odpowiedzi. Głowa mu się dziwnie chwieje. – Mike, co ci jest? – runęłam na kolana i złapałam go za ramię. Potrząsnęłam nim lekko. Przewrócił oczami, po czym stracił przytomność. Osunął się na mnie gładko i wylądował z nosem między moimi cyckami. Mowę mi totalnie odjęło. Biłam się z chłopakami nie raz, ale żaden nie stracił przytomności... do tego żaden nie był taki... kurde!

Przepchnęłam go na podłogę. Autentycznie był nieprzytomny. Sparaliżowało mnie.

I co teraz?! No i co cholera teraz?! Gdzie moje zasrane opanowanie? Trzeźwy umysł? Gdzie moje pierdzielone stalowe nerwy?! Jak ja mogłam dać się sprowokować?!

Panika.

Gardło mi ścisnęło. No nie! Ja nie będę teraz płakać chyba! Pochyliłam się nad nim, poklepałam po twarzy. Nic nie reagował. Biały był jak kreda. Pogładziłam go po włosach. Były takie przyjemnie miękkie...

Dziewczyno! Nie rozklejaj się teraz! Żadnych czułości! Tu nie ma czasu do stracenia!

Zerwałam się na równe nogi i pobiegłam do salonu, skąd co chwila dochodziły wybuchy śmiechu. Wpadłam do środka, zupełnie zdezorientowana i stanęłam między trzema kanapami ustawionymi wokół niskiego stołu.

-Grey, czy coś się stało? – zainteresował się uprzejmie wujek.

-A, to to jest Grey! – zapiała jakaś babka. Nie miałam na to czasu...

-Max! Gdzie jest Max?! – zawyłam.

-W kuchni, o co chodzi? – zaniepokoiła się ciotka.

-O nic, o nic...

Wypadłam z pokoju bez żadnego przepraszania. Wiedziałam, że starzy się wpienią... 

Ile pary w nogach poleciałam do kuchni. Max stał przy blacie i kroił ciasto podżerając co chwila.

-MAX!!!

-Boże! Grey, bym zawału dostał! Nikomu nie mów, że podjadam, przecież wiesz, że mam słabość do wypieków twojej matki...

-Jezu.. Max... – jęknęłam bliska rozpaczy.


  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna