Gliwice, 15 styczeń 2002 r



Pobieranie 173,58 Kb.
Strona1/4
Data14.02.2018
Rozmiar173,58 Kb.
  1   2   3   4



Gliwice, 15 styczeń 2002 r

Szanowni Państwo.

Pewnie nie długo minie rok jak wam opowiedziałem na tej sali, o jednym ze zdarzeń wojennych, którego byłem uczestnikiem. Przez ten rok kilkakrotnie zabierałem się do napisania kolejnego opowiadania, ale jak to bywa w życiu zawsze znalazła się jakaś sprawa ważniejsza aniżeli pisanie jakiegoś tam opowiadania i do tego z czasów wojny.

Kogo to zresztą dzisiaj interesuje - młodzież? Chyba nieliczne wyjątki. A może starszych, tych co byli świadkami, uczestnikami zmagań wojennych? Oni jednakże mają zazwyczaj już dość wspomnień. Zresztą, co tu dużo mówić - żyją już w innym świecie, świecie przepięknej późnej, złotej jesieni życia kontestowanej wedle zanikających jak we mgle obrazów z ponad półwiecza, czasów tak dawno minionych.

Aliści drodzy państwo, pomimo wielorakich odczuć różnych ludzi na te czasy napisałem kolejne opowiadanie chociażby dla tych żołnierzy AK przychodzących tutaj na cotygodniowe spotkania, o żołnierzach, co w moich opowiadaniach tworzą sagę czasów wojennych, dla uczestników tych sag, co jeszcze gdzieś tam żyją, aż wreszcie i dla moich potomnych.

Przyznaję, iż nie lada problemem było wybranie tematu mogącego zainteresować państwo, z tych nie opowiedzianych dotąd przeżyć wojennych, których nazbierało się sporo. A patrząc z ponad pół wiekowej perspektywy na te przeżycia, myślę sobie jakie były barwne, piękne. I chyba nie skłamię, w beztroskim życiu, z dnia na dzień. Wszystkie - przynajmniej dla mnie - wydają się interesujące. Dlatego wyszukanie tematu opowiadania dla tak wybrednych słuchaczy, jakimi jesteście państwo, byli żołnierze AK, okazało się zaiste trudnym wyborem.

W pierwszym odruchu pomyślałem opowiedzieć o mojej ucieczce z przejściowego, może trafniejsze będą słowa, tymczasowego bądź prowizorycznego obozu jenieckiego z okolic Równego, w jakim znalazłem się po 17 września 1939 roku aresztowany ze sporą grupą żołnierzy WP przez żołnierzy radzieckich. Jednakże po przemyśleniu zamierzonego opowiadania pomyślałem, iż ciekawszym opowiadaniem będzie temat pierwszego i niedoszłego zrzutu przez aliantów w okolicy Wieliczki, który stał się jakby przysłowiową kropką nad “i" wejścia do lasu macierzystego oddziału dywersyjnego AK “Potok" i przekształcenie go w oddział partyzancki.

To opowiadanie - tak mi się wydaje - będzie skromnym przyczynkiem dla tych, co parają się historią powstawania oddziałów partyzanckich na ziemi krakowskiej, ściślej dla wieliczan, których interesuje ukształtowanie się zrębów oddziału partyzanckiego AK ,,Potok”, w którym trzon stanowili prawie sami harcerze, mieszkańcy Wieliczki i okolicznych wsi,

Łapanka w Wieliczce w sierpniu 1944 roku.

Tak się jakoś dziwnie złożyło, że z początkiem sierpnia 1944 roku dostałem urlop parotygodniowy z miejsca pracy, jaką w tym czasie była Zawodowa Straż Pożarna w Krynicy. Mało się namyślając pojechałem oczywiście do domu rodzinnego w Wieliczce, po prostu do Mamy, sióstr i braci z myślą o rzeczywistym wypoczynku po znojnej pracy w Straży Pożarnej godzonej, powiem pompatycznie, z odpowiedzialną służbą w krynickiej placówce AK.

Wszelako dobrze zapowiadający się wypoczynek, pośród rodzinnego kręgu, przyjaciół, już w pierwszych dniach został zachwiany wydarzeniem mogącym mieć nieprzewidywalne skutki nie tylko dla mnie, ale również dla całej rodziny oraz znajomych.

Jak wspominałem w innych opowiadaniach, moi rodzice prowadzili w Wieliczce największą restaurację, do której podczas wojny przychodzili oprócz Polaków również Niemcy do wydzielonych pomieszczeń ze sławetnymi napisami „Nur für Deutsche“.

Bardzo często, podczas nasilenia ruchu restauracyjnego, szczególnie w okresie popołudniowym i wieczornym pomagałem zwyczajowo, jako kelner, w rozładowaniu realizacji zamówień, zazwyczaj w pomieszczeniach przeznaczonych dla Niemców, ze względu na znajomość języka niemieckiego.

Po prawdzie, to byłem zadowolony z tej dorywczej pracy, ba, nawet ją polubiłem, bowiem dawała mi szerszy wgląd w środowisko niemieckie, jego poznanie, zarazem dawała możliwość konwersacji, otrzymania ,,trinkgla” , a przy tym dorobienia, nawet powiedziałbym, sporych pieniędzy już z pierwszej ręki na handlu wszystkim, co sprzedawali Niemcy. A był to bowiem czas, sierpień 1944 r, w którym Niemcy wiedzieli dobrze o przegranej wojnie, sprzedawali tedy wszystko, co można było sprzedać, w pierwszym rzędzie tym, których znali.

Właśnie podczas takiej pracy, jakoś po paru dniach urlopu w trakcie sporego ruchu w czasie przyjmowania zamówienia, Mama z za lady podniesioną ręką przywoływała mnie do siebie wskazując zarazem miejsce, do którego miałem się udać. Przyjąwszy zamówienie wyszedłem z sali restauracyjnej na korytarz, gdzie czekała na mnie widocznie podekscytowana.

- Gienku, otrzymałam przed chwilą anonimowy telefon, ale to był telefon od znajomego żandarma, stałego bywalca naszej restauracji, poznałam go natychmiast po dialekcie, - Mama znała perfekt język niemiecki - który powiedział, że dzisiaj w nocy będzie “łapanka". Co robić?

Prawie bez namysłu, dosłownie odruchowo odrzekłem.

- To, co możesz zrobić najlepiej, to wracaj do swojej pracy, resztę pozostaw mnie. Mamy wprawdzie niewiele już czasu do dyspozycji, ale tych, co można będzie ostrzec, zostaną ostrzeżeni. Otworzyłem drzwi i delikatnie, lecz stanowczo po prostu wepchnąłem Ją do sali.

Teraz dopiero z powiedzeniem „sam na sam”, no bo przecież nie było się kogo poradzić, mogłem rozważyć tak nagle zaistniałą sytuację i przystąpić do jednoznacznego działania. Uruchomienia specjalnej linii powiadamiania członków naszej akowskiej organizacji o mającym nastąpić zagrożeniu wychwytywania i aresztowania młodzieży oraz mężczyzn w sile wieku przez wojsko i policję, rozszerzoną o prośbę ostrzeżenia również i innych bliskich nam ludzi.

W ówczesnym czasie mieliśmy w Wieliczce tylko telefony na korbkę. Łączenie z danym numerem następowało tylko przez ręczną centralę na poczcie obsługiwaną przez telefonistkę. Takie przekazywanie informacji z natury rzeczy trwało niekiedy dość długo, i co gorsze, wiązało się zawsze z niebezpieczeństwem przechwycenia rozmowy przez podsłuch niemiecki, chociaż przekazywane wiadomości były z reguły lakoniczne, do tego zaszyfrowane. Dlatego w większości przypadków ważne informacje przekazywano przez łączników.

Tak oto w zrozumieniu ważności i pilności sprawy dotyczącej przecież bezpieczeństwa akowskiej organizacji, i nie tylko jej, po raz jedyny w mojej działalności konspiracyjnej podjąłem decyzję uruchomienia kompleksowego systemu alarmowego ostrzegającego akowców oraz z nią związanych przed grożącym niebezpieczeństwem.

W ten właśnie sposób informacja o mającej nastąpić “łapance" ruszyła w weiliczański świat.

Pierwszymi łącznikami - informatorami - naszych trójek był Zdzisio „Gipsek”, „Onysek” mój najmłodszy brat, drugim ja. Tak się jakoś złożyło, że Andrzeja Grodzińskiego „Grota” naszego dowódcę drużyny zawiadomiłem telefonicznie, tak jakby w odruchu, On nie leżał w mojej siatce łączności. A ten odruch, jak się później okazało, był odruchem szczęśliwym. Do niego nie dotarł łącznik. Moje ostrzeżenie otrzymał dosłownie w ostatniej chwili w momencie, kiedy pies przydomowy zaczął szczekać. Wówczas to, z wyreżyserowanym opóźnieniem, jego ojciec otworzył drzwi wejściowe na ogród, zamknął psa w budzie i dopiero poszedł otworzyć furtkę w wysokim dość odległym płocie od domu. W tym czasie Andrzej wyskoczył przez okno, przebiegł całą długość sporego ogrodu i ukrył się w malinach rosnących dość szerokim pasem wzdłuż płotu.

Niemcy wprowadzeni przez ojca długo penetrowali pomieszczenia dużego domu badając nawet ciepłotę łóżek porównując ją z ilością zastanych w domu mieszkańców. Szczęśliwym trafem nie znaleźli nic podejrzanego, może i dlatego, że rodzice dawali wszelakie wyjaśnienia w nie nagannym, płynnym języku niemieckim. Warto wspomnieć, w ogromnej większości nasi rodzice, dziadkowie znali język niemiecki. Nauczyli się go w szkołach dawnego zaboru astryjackiego, a którym musieli się posługiwać, po prostu w życiu codziennym.

Andrzej przeleżał całą noc w malinach, nie pokusił się na powrót do domu.

Tymczasem po uruchomieniu systemu alarmowego, który zadziałał nadzwyczaj sprawnie, prawie bezbłędnie, pomyślałem wreszcie o bezpieczeństwie moich najbliższych i oczywiście o własnym. Tak się jakoś złożyło, że w naszych czynszowych domach po eksterminacji Żydów w 1942 roku opuszczone mieszkania zajęli Polacy z pobrzeża marginesu wielickiego społeczeństwa - do których, co tu dużo mówić, wtargnęli siłą, za cichym przyzwoleniem Niemców nadzorujących miejskie władze miasta. Dla większości tych ludzi, ówczesnych sąsiadów, szczególnie mężczyzn noce były źródłem wytężonej pracy. Dlatego ta noc była szczęśliwym trafem dla sąsiadów naszej oficyny, Po prostu nie było ich w domu, pracowali gdzieś w im tylko znanym terenie.

Miałem tedy uproszczone zadanie. Z około jedenastu lokatorów podwórka pozostało do powiadomienia trójka. Emerytowany sędzia pan Waltoś, fryzjer pan Lenczowski oraz nasz stróż, zarazem woźnica pan Stanisław Janus. Dwaj moi bracia, Kazek i Tadek byli akuratnie poza terenem miasta. Ostatecznie, po małym przeliczeniu, mężczyznami, którymi mogli się zainteresować Niemcy byli: mój Ojczym, panowie Lenczowski i Janus oraz mój brat Zdzisio i oczywiście ja. Co do pana Waltosia nie byłem pewny, miał syna dorosłego, ale nie wiem gdzie się podziewał, Po prostu nie widywałem go i dlatego musiałem pójść do sędziwego już sędziego.

Póki co, Ojczyma i pana Lenczowskiego powiadomiła Mama. Byli akuratnie w restauracji. Jak przyjęli tą wiadomość, czy się przestraszyli, co zamierzali zrobić aby nie dać się złapać, o tym mi nigdy nie opowiedzieli. Lecz skutek tego powiadomienia był taki, że te chłopy zamiast pomyśleć o jakimś sposobie ukrycia się wzięli tradycyjną siwuchę w litrowym opakowaniu, poszli do restauracyjnej altany przyległej do kręgielni, usiedli przy stole i - co tu dużo opowiadać - ululali się jak przysłowiowe dzieciaki, a potem wtłoczyli się całkowicie w objęcia Morfeusza, zasypiając w rozłożystych wiklinowych fotelach.

Nie wiedząc o powiadomieniu pana Lenczowskiego przez Mamę o mającej nastąpić „łapance” poszedłem do jego mieszkania. Żona powiedziała mi, że na pewno go znajdę u nas - przecież poszedł na piwo. No bo gdzie indziej mógł pójść jak nie do sąsiada.

Rzeczywiście, pan Lenczowski był nie tylko naszym sąsiadem, ale i stałym klientem, lecz my również byliśmy jego klientami, bowiem cała nasza rodzina korzystała z jego usług fryzjerskich. Tak też wiedząc już gdzie zastanę sąsiada przyszedłem do domu i wszedłem do restauracji drzwiami służbowymi.

- Mamo, jest tu gdzieś pan Lenczowski?- zapytałem.

- Był tu jeszcze chyba przed chwilą wraz z Lolkiem, moim Ojczymem, Powiedziałam im o nocnej łapance i powróciłam do gości. Więcej ich nie widziałam.

- Gdzie mogli pójść?. Obszedłem wszystkie znane mi restauracyjne zakamarki i nie znalazłem poszukiwanych panów. Natomiast znalazł mnie brat, który powrócił z informacją o wykonaniu powierzonego zadania. Teraz poszukiwania przejął brat, a ja poszedłem do pana Janusa, kolejnego sąsiada, którego miałem powiadomić o „łapance”. Na moje szczęście był w domu po wieczornych obrządkach w stajni. Akuratnie zasiadał do kolacji w otoczeniu całej rodziny. Porosiłem go o chwilę rozmowy wychodząc zarazem na dwór. Po chwili był już ze mną.

- Na dworze opowiedziałem całą sprawę, z którą przyszedłem do niego. Po chwili jakby namysłu powiedział.

- Dzięki Bogu, że pan przyszedł. Nawet nie wiem jak dziękować, nie wiem jak rozpocząć rozmowę, lecz zanim ją rozpocznę, musi mi pan coś przyrzec, bo to co powiem jest i musi pozostać wielką tajemnicę.

Nie potrafię dzisiaj powiedzieć czy kiwnąłem głową, czy powiedziałem tak. Nie potrafię odtworzyć jego mowy. Pamiętam tylko jak mówił jakoś nie składnie, gorączkowo. Pamiętam również, że przerwałem potok jego słów, może nawet nazbyt energicznie.

- Panie Stanisławie, mówże o co się rozchodzi, w czym rzecz ?

- A zachowa pan tajemnicę, którą panu wyjawię, przyrzeka pan.

- Panie Stanisławie, przecież powiedziałem, tak.

Wówczas pochwycił mnie za ręce i zaczął powtórnie mówić tym razem pomału jakby co najmniej spowiednikowi.

- Ja przechowuję Żydów z naszego podwórka od roku1942. Przechowuję i ukrywam ich nie tylko przed Niemcami, ale również przed naszymi sąsiadami. Wie pan dobrze, jakich teraz mamy sąsiadów. Zmieniam im od czasu do czasu miejsca schronienia. Dzisiaj są w stajni. W naszej kryjówce, w drugiej przegrodzie.

Gdy to posłyszałem o mało mnie szlag nie trafił, lecz cóż miałem odpowiedzieć. Wstawiłem się natychmiast w jego położenie, w tajemnicę, którą mi powierzył, oraz w sytuację, która nagle się wytworzyła i która musiała znaleźć rozwiązanie.

Widząc jego zmartwioną, taką jakby nieporadną twarz, zarazem twarz nie starego sługi, a przyjaciela, - uśmiechnąłem się bądź co bądź w tej przecież tragicznej sytuacji.

-Panie Stanisławie, umawiamy się tak. Pan zaraz idzie do swoich Żydów. Mówi im pan o dzisiejszej o nocnej łapance i pozostaje pan z nimi. My zaś, Ojczym, pan Lenczowski, Zdzisek i ja, może jeszcze ktoś, ukryjemy się w pierwszej przegrodzie kryjówki. Wy będziecie wiedzieć o nas, natomiast my, wyłączywszy mnie, nie. Musicie za wszelką cenę zachować maksymalne opanowanie i bezwzględną ciszę, nawet w przypadku gdyby nas odkryli Niemcy.

Was bez psa nie znajdą. Moi goście nic nie wiedzą, a ja na pewno nie zdradzę. Podałem dłoń, która gdzieś znikła w mocnym uścisku jego dużej spracowanej dłoni. Nie odwracając się ruszył w kierunku stajni.

Ja zaś ruszyłem do pana sędziego, Mieszkał na piętrze dużego jednopiętrowego domu, którego parter zajmowały niemieckie wojskowe magazyny umundurowania, bielizny, obuwia oraz jakiegoś drobnego sprzętu wchodzącego w skład wyposażenia umundurowania.

Idąc po schodach do mieszkania pana sędziego podczepionych do zewnętrznej ściany magazynu wspomniało mi się jak regularnie okradałem ten magazyn od początku jego założenia, chyba od roku 1943. Kradzieże nigdy nie zostały wykryte, pewnie, dlatego że kradłem drobnymi partiami ściśle określone rzeczy, tylko na polecenia organizacyjne w sposób nadzwyczaj prosty, wręcz naiwny, a przy tym wyrafinowany.

Może przyjdzie czas, to i o nich opowiem, bo rzeczywiście, warte są wspomnień.

Kiedy w tych przemiłych, podświadomie przebiegających po przez zakamarki mózgowe wspomnieniach, stanąłem wreszcie przed drzwiami mieszkania sędziego, kiedy prysły pod naporem rzeczywistości, zapukałem. Po chwili oczekiwania, drzwi otworzył sędzia. Wiedziałem tedy, że syna nie ma w domu. I zrobiło mi się od razu jakoś lżej na duszy i może dlatego wejście do korytarza robiło wrażenie pogodnych sąsiedzkich odwiedzin. Nie mniej, bez jakiegoś tam wstępu, niczym w marszu wyłuszczyłem sędziemu powód mego przyjścia oferując równocześnie konieczną pomoc. Ale nie była konieczna. Syn pana sędziego był na wsi u znajomych po odbiór zakupionej żywności.

On, jako już stary człowiek mógł się nie obawiać „łapanki”. Niemcy potrzebowali młodych, silnych i sprawnych.

Tymczasem brat usilnie poszukiwał zguby, Ojczyma i pana Lenczowskiego. Gdy dotarłem do niego, był wyraźnie zmęczony nawet, powiedziałbym, w pewnym sensie zrezygnowany bezskutecznymi poszukiwaniami. Staliśmy akuratnie na takim jakby pasażu łączącym restaurację z altaną, z której było wejście do kręgielni z jednej strony, z drugiej - pewnego rodzaju łącznikiem pomiędzy główną ulicą Słowackiego a oficyną. W chwili ciszy namysłu, gdzie dalej szukać z równocześnie już kiełkującym przypuszczeniem, że może się schowali w przyległych do naszej posiadłości paro hektarowych ogrodach, nagle usłyszeliśmy brzęk tłukącego się szkła dochodzący z altany. Oczywiście zaraz, prawie biegiem weszliśmy do altany.

Lecz tam nic nie było widać z powodu późnego już wieczoru pogłębionego ciemnościami wywołanymi przykryciem całej altany zbitym uliścieniem dzikiego winogrona. Dopiero oczy, gdy po kilku sekundach przywykły do tych ciemności ujrzeliśmy zarysy siedzących postaci ludzkich w fotelach.

Zaginieni się znaleźli. Spali sobie spokojnie w powietrzu przesyconym wieczorną wilgocią, zmieszanym zarazem niezapomnianym zapachem z wtrąceniami odoru wdychanego alkoholu.

Cóż było robić z naszymi kochanymi pijaczkami, którzy swoją ostoję przed „łapanką” widzieli zapewne li tylko w takim rozwiązaniu. Zaczęliśmy ich budzić. Nic nie pomogło, z bełkotliwych wypowiedzi dowiedzieliśmy się, że chcą tylko spać i to tylko w altanie, bo tutaj ich Niemcy nie znajdą.

Aliści, niby to, co opowiadam zakrawa na farsę, ale wówczas farsą nie było. Czas szybko ulatywał. Już dawno było po godzinie policyjnej, a my mieliśmy nie lada problem z ukryciem naszych bliskich. Wreszcie pozbyliśmy się skrupułów, i siłą zgarnęliśmy dwa bezwładne ciała dosłownie przewieszając je sobie przez karki, zanosząc je już w panujących ciemnościach do stajni. Tam po zamknięciu drzwi, w świetle żarówki, po wejściu po stromych schodach w poddasze stodoły, otworzyłem na oczach zdumionego brata wejście do kryjówki w wielotonowej zbitej masie pachnącego świeżością siana.

- Gienku, kiedyś ty to zrobił?

- Opowiem później, a Ty poznanej tajemnicy masz dochować,

Teraz dopiero mogliśmy wnieść naszych pijaczków do kryjówki. Za nim to jednak nastąpiło opróżniliśmy ich kieszenie ze wszystkiego, głównie za przyczyną papierosów, zapałek i zapalniczek. Z nałogowymi palaczami do tego w wydaniu naszych podopiecznych moglibyśmy mieć nieprzewidywalne kłopoty.

Uporawszy się z tą niecodzienną pracą, zamknęliśmy stajnię i poszliśmy do domu do Mamy. Opowiedzieliśmy Jej o przygodzie z Ojczymem i panem Lenczowskim, zjedliśmy kolację, zabraliśmy parę syfonów z wodą sodową na orzeźwienie i wraz z Mamą poszliśmy do stajni. Mamusia zamknęła stajnię na kłódkę, tak jak to robił codziennie pan Janus.

Dobrą chwilę poczekaliśmy przy schodach prowadzących na poddasze do momentu, kiedy oczy jako tako przywykły do panującej ciemności, a gdy już przywykły - w smudze światła latarki weszliśmy  na siano składowane w poddaszu lodowni i stajni, a następnie, gdzieś w połowie tego składowiska z sunęliśmy się w specjalny otwór zrobiony w sianie tuż przy stężeniu dachowym będący wejściem do kryjówki. Było znakomicie zamykane i maskowane, które można było przeprowadzać, tak od wewnątrz jak i od zewnątrz bez pomocy osoby drugiej.

Komora kryjówki miała wprost doskonałą, naturalną wentylację, bowiem krawędź dolną jednej ze ścian tworzyła szczelina pomiędzy pokryciem dachu, a podłogą lodowni. Tą szczelinę w zależności od potrzeby przewietrzenia można było regulować po przez przykrywanie lub odsuwanie siana. Warto dodać, że sufit tej komory tworzyły żerdzie, na których spoczywała ponad dwumetrowa, może i większa warstwa zbitego siana. Przez szczelinę wentylacyjną słyszało się wszystko, co pochodziło z rejonu podwórza przyległego do stajni oraz z rejonu przyległej kręgielni, graniczącym z ogrodem pani Miczyńskiej. Aby znaleźć tą kryjówkę musiałoby się wyrzucić ze stodoły kilkadziesiąt ton siana. Jedyną niedogodnością tego schronienia, jeżeli w ogóle można mówić o niedogodności schronień ratujących ludzkie życie była jej wysokość, która nie przekraczała chyba 80 centymetrów, z wyjątkiem komór wejściowych.

Jednakże przestronność pomieszczenia, mająca wymiary jakieś 3 na 4 metry z jej bardzo dobrą wentylacją i izolacją, z naddatkiem wynagradzała dosłownie wszystkie niedoskonałości kryjówki. W celu podniesienia jej bezpieczeństwa miała ona zamaskowane połączenie z drugą identyczną kryjówką równolegle położoną obok. Te kryjówki oddzielała od siebie przegroda ze sprasowanego siana o szerokości ze 3 metry.

Tak ułożone stanowiły pewnego rodzaju elastyczną całość, uzupełniając się wzajemnie w zależności od potrzeb,

W takiej oto kryjówce, w tak niecodziennej sytuacji znaleźli nagle schronienie przed „łapanką” z jednej strony Żydzi z ukrywającym ich panem Janusem, z drugiej - czworo domowników posesji przy ulicy Słowackiego 10 przygodnie chowających się przed Niemcami.

Zaszyci w ciszy w stogu siana olbrzymiej stodoły, ciszy przerywanej rytmicznie oddychającymi śpiącymi towarzyszami niedoli oczekiwaliśmy nadejścia Niemców. Niby opanowani, przyzwyczajeni z bratem do podobnych sytuacji, a jednak tym razem byliśmy trochę podekscytowani wyczekiwaniem na moment rozpoczęcia oczekiwanego wydarzenia.

Gdzieś przed północą wreszcie usłyszeliśmy uderzenia kolb karabinów w drzwi i towarzyszące im okrzyki – „aufmachen, aufmachen”, a potem już tylko stłumione okrzyki dochodzące z głębi przeszukiwanych mieszkań. Po chwili znowu wrzask mieszany z przekleństwami narastał. Wiadomo było dlaczego, bo po prostu w mieszkaniach żadnych chłopów nie znaleźli. To zaś u Niemców potęgowało gniew, złość i rozwydrzenie podbudowane, jak zawsze przed takimi akcjami - wiadomo czym - alkoholem.

W tym całym ambarasie - nagle, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej obudzili się nasi współtowarzysze. Żeby to chociaż chcieli być cicho, ale gdzie tam. Wstali i podnieśli się na tyle na ile pozwalał sufit i dalej wykrzykiwać.

- Naprzód, bić Niemców!

Można sobie wyobrazić nasze przerażenie i to, co wprost identycznie uczyniliśmy. Doskoczyliśmy do nich, powalając na podłogę z równoczesnym zamknięciem ust dłonią jednej ręki, drugą natomiast uchwyciliśmy gardła przyduszając dość mocno krtań. Bojowe okrzyki stawały się coraz cichsze, aż po chwili ucichły. Cały czas siedzieliśmy okrakiem na nich, kontrolując - na ile było to możliwe - oddech obezwładnionych. Czy przeżyją czas rewizji lodowni, stajni i stodoły - tego nie wiedzieliśmy.

Kiedy pośród tego niesamowitego zgiełku krzyczących ludzi wyrwanych ze snu, wypędzanych na podwórze, wrzasku żołnierzy niemieckich zrewidowali wszystkie mieszkania i nikogo nie znaleźli, dopiero teraz jakby nagle zobaczyli zamknięte stajni i lodowni drzwi. Rzuciwszy się na nie próbowali kolbami rozbić mocno trzymające się kłódki, lecz one oparły się temu atakowi. Jedynym skutkiem tych uderzeń było rozpętane ryczenie krów, kwik świń, rżenie wraz z biciem nóg przerażonych koni oraz łomot skrzydeł i gdakanie stada kur.

Pośród tego rumoru ktoś tam wpadł na pomysł zapytania czyja jest ta stajnia. Oczywiście Niemcy zaraz wzięli jakiegoś tam lokatora, który ich zaprowadził do Mamy. Ta przerażona, nie mniej opanowana zabrała klucze i wraz z Niemcami wyszła z mieszkania prowadząc ich wpierw do lodowni, gdzie było składowane w jednej komorze mięso na kartki dla mieszkańców Wieliczki, w drugiej piwo. Ta taktyczna jakby zagrywka umiejętnie rozegrana, podbudowana nadzwyczajną towarzyszącą rozmową w bezbłędnym języku niemieckim stłumiła wyjątkowo mocno atak rozwścieczonych Niemców. Tak dalece, że po otwarciu drzwi przeszukiwania stajni i stodoły były już raczej zdawkowe. Nawet przestraszone zwierzęta uspokoiły się i powróciły ponownie do swego nocnego życia.

Mama zamykała drzwi stajni w obecności Niemców równie powoli jak je otwierała, karmiąc ich cały czas interesującą rozmową, która sprawiła, iż w tym słuchaniu Niemcy otoczywszy Mamę odprowadzili Ją do samych drzwi mieszkania przyjmując zarazem zaproszenie na piwo w następnym dniu.

Jak tu nie wierzyć przysłowiu - Gdzie diabeł nie może tam babę posyła.

Tymczasem my odczekawszy sporą chwilę mogliśmy wreszcie zwolnić uściski gardeł i zdjąć ręce z ust Ojczyma i pana Lenczowskiego. Teraz mogli dowoli krzyczeć, ale nie krzyczeli. Powracało do nich zbyt pomału życie po dość mocnym przyduszeniu, które okazało się konieczną operacją, ratującą przecież życie całej naszej czwórki, a może i innych.

Gdy nasi towarzysze wspólnej przygody doszli do siebie jako tako po przymusowym - powiedziałbym - letargu, zabraliśmy się do otwierania wyjścia z naszej kryjówki, które nie było zbyt prostą czynnością, a następnie już dużo łatwiejszego jej opuszczenia. Wyjście ze stajni przez okno, przez które wyrzucano nawóz na dwór do specjalnego otwartego zbiornika po mimo prostoty nie należało do przyjemności. Musiało się przecież zeskoczyć z okna w grząski gnój, przejść po nim dobrych parę metrów, aby dojść do otaczającego go betonowego obrzeża.

Z początku myśleliśmy, aby za karę niepoczytalnego zachowania w kryjówce wypchnąć przez okno jednego z bohaterów tej przygody, aby przyniósł klucze do otwarcia stajni, lecz zaraz ten zamysł odrzuciliśmy mając na uwadze to, co uczynili po uzyskaniu wiadomości o mającej nastąpić „łapance”.

I tak po te klucze, chcąc nie chcąc, poszedł brat Zdzisek. Nie było go dość długo zanim otworzył drzwi, ale też po powrocie nie woniał zapachami wszelakiej maści nawozów ani też gnojowicą, przez którą musiał przechodzić. Zaraz po przyjściu do domu wskoczył do „wody”, szorując się zapamiętale tak długo, aż Mama pozwoliła mu wyjść.

Stanęliśmy przez chwilę przed wrotami stajni w nocnym orzeźwiającym nas powietrzu szczęśliwi, że jesteśmy jeszcze razem. Staliśmy w ciszy nocnej podwórka naszej oficyny nie zamieniając ze sobą ani słowa. Każdy był zatopiony we własnych myślach i pewnie każdy dziękował Bogu za to szczęście przeżycia.

Następnego dnia już od rana niosła poczta pantoflowa o fiasku “łapanki".

Nikt z akowców nie został złapany. Było mi o tym miło słyszeć, wiedząc, iż w tym sukcesie była Brata i moja jakaś tam mała cegiełka.





  1   2   3   4


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna