Empiryzm, racjonalizm, irracjonalizm po przełomach naukowych XX wieku Wprowadzenie



Pobieranie 1,02 Mb.
Strona1/4
Data10.01.2018
Rozmiar1,02 Mb.
  1   2   3   4

Witold Marciszewski

Empiryzm, racjonalizm, irracjonalizm

po przełomach naukowych XX wieku

Wprowadzenie. Dwa są rodzaje przewodników, do których udajemy się o pomoc w poznawaniu świata. Jedni oprowadzają nas po muzeach, miastach czy krajach, udzielając wiedzy o krajobrazach, dziełach rąk ludzkich, czy historiach, które się w pokazywanych miejscach działy. Innego natomiast przewodnika nam trzeba, gdy chcemy dotrzeć do jakiegoś wybranego miejsca, nie znając doń drogi, a to, co po drodze, mniej nas interesuje. Celem drogi, do którego przewodnik prowadzi może być górski szczyt, ciekawe przyrodniczo miejsce w puszczy, czy bezpieczny obszar za granicą, do którego dąży prześladowany zbieg. Przewodnik nie zatrzymuje się co chwila, by snuć opowieści, lecz idąc na przedzie prowadzi w zamierzonym kierunku.
Przypowieść o przewodnikach ma pomóc określić miejsce obecnych wywodów w publikacji noszącej miano przewodnika po epistemologii. Mają być one przewodnikiem bardziej drugiego niż pierwszego rodzaju. Raczej prowadzić do celu drogi niż komentować kolejne widoki. Celem obecnych rozważań jest uświadomienie, w jakiej znajdujemy się dziś fazie wiekowego sporu w obrębie trzech wymienionych w tytule nurtów epistemologii. Jest to faza syntezy idei racjonalizmu z ideami empiryzmu w praktyce naukowej. Słowo „praktyka” wskazuje na tę orientację obecnych rozważań, którą się w epistemologii nazywa pragmatyzmem. Istotnie, postawa pragmatyczna jest jakby katalizatorem rzeczonej syntezy. Będąc refleksją nad strumieniem zadziwiających sukcesów, które przyniósł nauce i filozofii miniony wiek, przez to samo kładzie ona kres sceptycznym irracjonalizmom.
Sam początek XX wieku znamionują w nauce dwie daty. W 1900 Max Planck wpada na trop kwantów. W tymże roku na światowym kongresie matematyki w Paryżu David Hilbert ogłasza program badań na cały wiek; jego część dotycząca badań logicznych zaowocowała teorią obliczalności (Kurt Gödel, Alan Turing), będącą dziś u podstaw informatyki. Niebawem, w 1905 Albert Einstein ogłasza szczególną teorię względności; niedługo potem teorię ogólną – na temat czołowego aktora sceny kosmicznej, którym jest grawitacja. W połowie wieku ludzkość uświadamia sobie genealogię wszechświata i własną, zapoczątkowaną Wielkim Wybuchem, oraz dostaje do ręki instrument badawczy o mocy wręcz demiurgicznej, jakim jest komputer.
A wracając do natury publikacji, jaką jest przewodnik po jakiejś gałęzi filozofii, zauważmy, iż może on mieć charakter bądź encyklopedyczny, co odpowiadałoby profesji przewodnika jako opowiadacza i erudyty, bądź charakter heurystyczny. To drugie znaczy, że chce się naprowadzić czytelnika na szlak myślowy dotąd przez niego nie uczęszczany, a zasługujący żeby nań wejść, prowadzący w ważnym kierunku.
Które szlaki są uczęszczane w czcigodnym akademickim świecie, to znacząco zależy od uwarunkowań środowiskowych. Polskie środowisko filozoficzne jako całość (pomijam osiągnięcia pewnych specjalistów) zdaje się być mało wrażliwe na przemożny w naszych czasach wpływ nauk ścisłych na wizje filozoficzne, w tym na kwestie mocy i zasięgu ludzkiego poznania.
Jako przykład preferencji środowiskowych mogą służyć niektóre publikacje autorów młodszego pokolenia. Jedna z nich, poświęcona racjonalności nauki, kompetentna w zakresie pewnych nowych prądów i na różne sposoby pożyteczna, pomija jednak takie postacie, jak Georg Cantor i Kurt Gödel, a są to nazwiska widniejące na froncie panteonu współczesnego racjonalizmu. Ale – co trzeba podkreślić – nie tylko ta książka pomija ów ważki nurt. Jeśli sięgnąć do prac uznawanych za wysoce autorytatywne, jak I. M. Bocheńskiego „Formale Logik” (München 1956) czy T. Kotarbińskiego „Wykłady z dziejów logiki” (Łódź 1957), dziwi okoliczność, że prawie nieobecny jest w nich Gödel, a całkowicie nieobecny kongenialny z nim Alan Turing. Inaczej rzecz wygląda z perspektywy zachodnio-europejskiej; np. obszerny dział poświęca Gödlowi, zestawiając go z Turingiem, książka W. i M. Kneale'ów „Development of Logic” (1962).
Zwróciłem uwagę na fakt, że wspomniana praca wyszła spod pióra autora młodszego pokolenia, bo z następstwem pokoleń wiąże się w filozofii polskiej pewien ważny aspekt merytoryczny. Starsze pokolenie, którego dość liczni przedstawiciele zaliczają się do spadkobierców Szkoły Lwowsko-Warszawskiej przekazuje młodszemu tę wielką tradycję z dumą, która jest oczywiście słuszna. Nie należy jednak zapominać, jak szybko biegnie czas w dziejach myśli, nie wolno też poniechać śledzenia, które ze sławetnych nurtów zachowują żywotność w swym rozwoju, a które zmierzchają. Dziś szczególnie żywotna w nauce i technice jest problematyka złożoności obliczeniowej, która w znacznej mierze wywodzi się z intuicji ontologicznych i epistemologicznych Kurta Gödla oraz Georga Cantora. Nie przypadkiem wybitny fizyk z Oksfordu David Deutsch, pionier obliczeń kwantowych, w swej książce „The Fabric of Reality” (1997) tę krainę, w której się obraca współczesna nauka określa mianem „środowisko Cantgot”, gdzie sylaba „Cant” wskazuje na Cantora, „go” na Gödla, a „t” na Turinga.
O tej problematyce młodzi filozofowie w Polsce wiedzą na ogół niewiele. Stąd pilna potrzeba zwrócenia na nią uwagi. Chciałbym się do tego przyczynić obecnym esejem. Świadom jestem ograniczeń, które trzeba przyjąć, żeby zmieścić się objętościowo w rozsądnych ramach. Niektórzy czytelnicy mogą mieć niedosyt pełniejszej informacji o losach sporu w obrębie trzech tytułowych nurtów, takie są jednak koszty kierowania się hierarchią ważności założoną przez autora. Do wiadomości tu pominiętych, a łatwych do uzyskania skądinąd, odsyła na końcu tekstu „Uwaga w sprawie literatury zalecanej”.
1. Rzut oka na wzajemne relacje

trzech kierunków epistemologicznych
§1.1. Powiada się nieraz, że rozum i nauka mają swoje granice. To prawda. Ale prawda tylko wtedy, gdy pojmuje się granicę nie w sensie statycznym jako ograniczenie, poza które nie da się wyjść (ang. limit), lecz dynamicznie – jako przesuwający się do przodu front (ang. frontier). To drugie pojęcie ukształtowało się w Ameryce, w pionierskiej epoce prącego na zachód osadnictwa, i podpowiada nam metaforę, która dobrze obrazuje pionierską dynamikę nauki. To znaczy, ma ona granice, ale nie takie, które ją ograniczają, lecz takie, które ona wciąż przesuwa do przodu.
Ta metafora, operując dwoma pojęciami granicy, pozwala też zdefiniować obrazowo zapowiedziany w tytule irracjonalizm jako radykalny pogląd w sprawie ograniczeń rozumu. Nie wiele w tym eseju poświęcimy mu miejsca, rezerwując je na nurty bliższe epistemologii nauki, empiryzm i racjonalizm, ale za to spróbujemy go zlokalizować w pejzażu nauki zaraz na wstępie. Warto w tym celu sięgnąć po dźwięczną strofę z wiersza Adama Mickiewicza „Rozum i wiara”, gdzie rozum naukowy przyrównany jest do burzliwego oceanu; nie przeczy poeta jego potędze, ale kreśli nieubłaganą dlań granicę, jaką stanowią skalne brzegi.
Jest Pan, co objął oceanu fale

I ziemię wiecznie kazał mu zamącać;

Ale granicę wykował na skale,

O którą wiecznie będzie się roztrącać.


Bezsilność rozumu, rozbijającego się o twarde skalne granice, głoszą nie tylko fideiści, przekonani o poznawczej mocy górującej nad nim wiary. Czynią to także ateistyczni relatywiści, przepełnieni absolutną pewnością, że ani rozum ani jakakolwiek wiara nie jest w stanie doprowadzić umysł do obiektywnej prawdy. Nie ma czegoś takiego, jak prawda, powiada się w tych kręgach. Są jedynie subiektywne przeświadczenia, indywidualne lub grupowe. Moc tych grupowych akcentuje multikulturalizm, który wraz z innymi relatywizmami, także z feministycznym (relatywność prawdy ze względu na płeć), gromadzi się dziś pod sztandarem postmodernizmu. Ten zaś w tonie wyższości z pasją podważa oświeceniowe zaufanie do rozumu.
Pomimo tego jakby folkloru, dającego się opisywać tonem felietonowym, w pewnych punktach jest irracjonalizm dla racjonalizmu i empiryzmu godnym uwagi adwersarzem. Świadczy o tym wielowiekowa żywotność w epistemologii nurtu sceptycznego. W ramach obecnych rozważań trudno poświęcić tej sprawie osobne miejsce, ale pewne sceptyczne wątki pojawią się niejako ubocznie w postaci argumentów na rzecz rewizji nadmiernych optymizmów poznawczych, obecnych w klasyce tak empiryzmu jak i racjonalizmu. Do tych argumentów chętnie dziś nawiązują wyznawcy relatywizmu, powołując się np. na teorię względności (biorąc z samej nazwy asumpt do relatywizmu), na zasadę nieoznaczoności w teorii kwantów (mającą świadczyć o nieistnieniu prawdy obiektywnej), czy na Gödlowski dowód nierozstrzygalności arytmetyki (jako wynik rzekomo na rzecz sceptycyzmu). Jest to zwykle mieszanka ignorancji z fantazjowaniem. Na ile jednak pojawiły się w nauce realne wyniki na temat jej własnych ograniczeń, a więc jakiś cząstkowy jakby sceptycyzm (podchwytywany i wyolbrzymiany przez relatywistów), na tyle będzie się tu do nich nawiązywać.

§1.2. Romantycznemu obrazowi niepokonalnych dla rozumu granic przeciwstawiamy współczesną refleksję nad poznaniem. Można ją streścić, jak następuje. Na każdym etapie poznania istnieją problemy nie dające się rozstrzygnąć za pomocą dostępnych aktualnie metod badawczych czy intuicyjnych zrozumień, ale na kolejnych etapach pojawiają się nowe intuicje i nowe metody. Za ich sprawą graniczny front (frontier) nauki przesuwa się dalej, i tak po nieskończoność. Stopniowo – w wizji racjonalizmu – dynamika rozumu kruszy skalne granice i rozprzestrzenia się na nowe lądy.
W pewnym stopniu sekunduje tej wizji ukształtowany w XX wieku ten rodzaj empiryzmu, który będę określał jako pragmatyczny. Można go też określić jako postklasyczny, gdy przez klasyczny rozumieć nurt zrodzony z Hume'a, uzupełniony przez Comte'a i dopełniony ostatecznie przez empiryzm logiczny (inaczej, neopozytywizm) wielce aktywnie uprawiany w latach 20-tych i 30-tych XX wieku przez Koło Wiedeńskie. Okazało się jednak, że trzeba ten empiryzm przemyśleć na nowo w obliczu rewolucji naukowych w fizyce i w logice matematycznej. Wyprowadziły one poznanie naukowe daleko poza ten rodzaj intuicji zmysłowych, którym empiryzm klasyczny bez reszty zaufał jako punktowi startowemu w nauce mającemu być niezawodnym jej fundamentem.1
Trzeba jednak przyznać empiryzmowi w każdej postaci, że żywi szacunek dla możliwości poznawczych ludzkiego umysłu, podzielając go z racjonalizmem Kartezjusza, Leibniza, Spinozy, Malebranche'a czy Pascala, i tworząc wspólnie front antyirracjonalizmu (jak to nazwał Kazimierz Ajdukiewicz, 1934) czyli racjonalizmu rozumianego najszerzej. W tym szerokim ujęciu jest to postulat racjonalności poznawczej, inaczej wprawdzie pojmowanej co do metody przez empiryzm, inaczej przez racjonalizm w ścisłym (tym sięgającym XVII wieku) rozumieniu, ale po równi przeciwstawny postawom irracjonalistycznym.
Należało tu wspomnieć ów szeroki sens terminu „racjonalizm”, gdyż kursuje on w obiegu językowym. Ale dla uniknięcia wieloznaczności warto – za Ajdukiewiczem – posłużyć się przy tym rozumieniu wyrażeniem „antyirracjonalizm”, a termin „racjonalizm” zarezerwować w epistemologii dla poglądu zainicjowanego w XVII wieku. Poglądu, wedle którego na poznanie, prócz spostrzeżeń zmysłowych i tłumaczących je hipotez, składają się też sądy rozumowe, np. matematyczne, do których powstania i uzasadnienia dane zmysłowe nie wystarczają. W tym sensie jest on w opozycji do empiryzmu, negującego ów rodzaj autonomii rozumu.
Tak pojęty racjonalizm musiał w 20-wiecznym stanie nauki ulec znaczącej transformacji. Trzeba odejść od poglądu klasyków, że kanon sądów rozumu jest na dobre już ustalony i niezmienny, jak np. „Cogito” Kartezjusza czy ścisły determinizm Leibniza. Nie potwierdziło się co do „Cogito”, że da się zeń wywieść cała metafizyka; a determinizm nie okazał się taką oczywistością, jak był o tym przekonany Leibniz. Nie ulega zaś wątpliwości, że jedno i drugie jest sądem rozumu.
Wraz z tym, klasyczny racjonalizm uległ rewizji, gdy idzie o pojmowanie intuicji intelektualnej, która miała być niezawodnym gwarantem prawdziwości sądów rozumu. Ona istnieje (wbrew klasycznemu empiryzmowi), ale nie jest bynajmniej tak nieomylna, jak w to wierzył wiek XVII. Ani też kategorie rozumu nie są tak niezmienne i ostateczne, jak w to wierzył Kant. Wszak niektóre intuicje dotyczące zbiorów nieskończonych sprowadziły matematykę na manowce antynomii; toteż podobnie jak hipotezy empiryczne trzeba je kontrolować przez śledzenie ich konsekwencji. Także kantowskie kategorie umysłu, jak przyczynowość, przestrzeń i czas trzeba było przedefiniować, żeby sprostały nowej wiedzy, uzyskiwanej doświadczalnie w ramach teorii względności czy kwantów.
Racjonalizm leibnizjański (różny od kartezjańskiego) został zrewidowany również w pewnym żywotnym dlań punkcie, mianowicie w poglądzie, że każdy problem naukowy jest rozstrzygalny metodą algorytmiczną czyli rachunkowo (słynne „calculemus” Leibniza). Stało się to pod naporem odkryć logiczno-matematycznych Gödla, Turinga, Churcha, Tarskiego i innych, z lat 30-tych ubiegłego wieku.
Gdy mowa o rachunkowej rozstrzygalności, powraca na scenę drugi z bohaterów opowiadanej tu historii – neopozytywizm czyli empiryzm logiczny. Pogląd o rachunkowej rozstrzygalności logiki i matematyki podzielał on z racjonalizmem (choć inaczej pojmował te dyscypliny), toteż i on musiał w tym punkcie ulec korekcie. Ponadto, empiryzm logiczny postulował pewną algorytmiczną metodę dla nauk empirycznych. Mianowicie, podejmując kluczową dla empiryzmu ideę, że metodą nauki empirycznej jest indukcja – wysuniętą przez Francisa Bacona, rozwijaną potem przez Johna Stuarta Milla, empiryzm logiczny połączył ją z postulatem uprawiania indukcji w sposób rachunkowy. Miał temu służyć odpowiednio do tego celu opracowany rachunek prawdopodobieństwa; czołowi empiryści logiczni, jak Hans Reichenbach (1935) i Rudolf Carnap (1950) poświęcili temu zadaniu pokaźne tomy. Tworzona w ten sposób dyscyplina otrzymała miano logiki indukcji. Miała ona dostarczyć metod wywodzenia teorii empirycznych z obserwacji zmysłowych za pomocą algorytmów budowanych na teorii prawdopodobieństwa. Projekt ten, krytykowany wytrwale przez Karla Poppera (1959), okazał się porażką neopozytywizmu, gdyż postulowanej przezeń logiki indukcji nie udało się stworzyć w takiej postaci, by dostarczała pomocnych dyrektyw badaniom empirycznym. I bez jej wsparcia fizyka odnosi olśniewające sukcesy, a gdy fizycy oddają się refleksji metodologicznej nad swymi problemami, to dobrze im służy konkurencyjne względem programu indukcji popperowskie pojęcie falsyfikacji hipotez.
§1.3. To wstępne i wielce skrótowe zdanie sprawy z treści irracjonalizmu, racjonalizmu i empiryzmu wymaga uzupełnienia uwagą terminologiczną co do terminu „empiryzm”. Jak to się zdarzyło słowu „racjonalizm”, tak i w przypadku empiryzmu mamy do czynienia z pojęciem węższym, bardziej technicznym, oraz z pojęciem dalece rozszerzonym; raczej to drugie jest tym, które kursuje w obiegu potocznym, należy mu się więc nasza uwaga.
Pojęcia, którymi operujemy językowo mają swe definicje w słownikach czy podręcznikach, ale ponadto są takie, które bardziej niż w mowie przejawiają się w działaniu; i to raczej sposób działania niż słowne formuły dostarcza im swoistej definicji. W tym behawioralnym sensie empirystą, czy raczej empirykiem, jest każdy, kto w swych czynnościach poznawczych posługuje się z przekonaniem, umiejętnie i skutecznie wiedzą o faktach, go których dociera się przez zmysły, czy to bezpośrednio czy pośrednio.
Jest więc empirykiem pracujący w laboratorium fizyk czy biolog. Ale także polityk czy inny działacz, który w swych planach i strategiach starannie bierze pod uwagę fakty doświadczalne, a nie słowne stereotypy czy frazesy ideologiczne. Empirykiem tego pokroju jest też każdy, kto dba o to, żeby jego pojęcia o przyrodzie, ludziach i społeczeństwie były ugruntowane w rzetelnych obserwacjach, a nie brane tylko z książek, wypowiedzi autorytetów, czy obiegowych opinii; to znaczy, by były przyporządkowane do obserwowalnych faktów, a nie werbalistyczne.
Można tę charakterystykę jeszcze uwyraźnić, mówiąc o temperamentach umysłowych: temperamencie empirycznym oraz tym przeciwstawnym, którego odmianami są umysły skłonne do frazeologii, przerostów ideologicznych, ulegania stereotypom, czy podporządkowania swych myśli autorytetom. Taki antyempiryzm praktyczny doznaje niekiedy słownych sformułowań w postaci kategorycznych postulatów. Głoszą je np. kaznodzieje, religijni czy laiccy, którzy się domagają się od bliźnich podporządkowania się jakiejś instancji, która jest przez nich przedstawiana jako niepodważalny autorytet – wodza, duchowego mistrza, urzędu nauczycielskiego itp.
Temperament empiryczny kieruje się pewnym zasobem poglądów i reguł, które nie koniecznie muszą być ujęte w słownych sformułowaniach, ale jeśli trzeba, poddają się te zasady werbalizacji. Tak było np. u pisarzy renesansowych, którzy w imię liczenia się z doświadczeniem wzywali do zrywania ze średniowieczną skłonnością do werbalizmu i uległości wobec autorytetów; była ta skłonność obecna jako duch czasu nie tylko w chrześcijańskiej scholastyce, lecz także w bardzo żywym intelektualnie średniowieczu arabskim. Inny duch czasu zaświtał (choć zapanował nie od razu) w erze Odrodzenia.
Leonardo da Vinci (1452-1519) pisał te ważkie słowa. „Jeśli stwierdzasz jakiś fakt w twym własnym doświadczeniu, który zaprzecza naukom jakiegoś autorytetu, to nie przejmuj się autorytetem, polegaj na własnym spostrzeżeniu i rozumowaniu.”
Francis Bacon (1561-1626) mówi po wielokroć w swych pismach, że prawdy nigdy się nie osiągnie przez sam posłuch wobec autorytetu (truth can never be reached by just listening to the voice of an authority), i że nauki nie mają fruwać w powietrzu (to aluzja do jałowych spekulacji), lecz spoczywać na solidnym fundamencie doświadczenia (the sciences may no longer float in air, but rest on the solid foundation of experience).
Szukając określenia dla takiej postawy, nie można nie nazwać jej empiryzmem. Tę ogólną i praktyczną jego postać, w naszych czasach (inaczej niż w średniowieczu) raczej bezdyskusyjną, trzeba odróżnić jakąś przydawką od szczegółowych programów metodologicznych różnych empiryzmów, niekiedy mocno kontrowersyjnych. Najstosowniejszym do tego celu określeniem zda się być empiryzm praktyczny. Jego uściśleniem w wyniku gruntowniejszej refleksji metodologicznej, dokonanej w szczególności przez W.V.O. Quine'a, jest empiryzm pragmatyczny, o którym mowa w następnym odcinku.

2. Konwergencja racjonalizmu z empiryzmem

na podłożu pragmatycznym
§2.1. Oba te prądy łącznie są w stanie stworzyć koalicję przeciw irracjonalizmowi, jeśli zostałyby oba zreformowane w duchu pragmatyzmu. Różniłoby to je znacząco od wersji klasycznych przez utratę pewnych tradycyjnych wątków, ale rekompensatą byłoby zbliżenie do aktualnej refleksji nad nauką, z tymi jej osiągnięciami, które poprzedni wiek zostawił w dziedzictwie obecnemu.
Klasyką racjonalizmu są stanowiska, które układają się w spektrum mające na jednym krańcu intuicjonistę Kartezjusza, a na drugim formalistę czyli algorytmistę – Leibniza; elementami tego spektrum są, przykładowo, uczeni z kręgu Port Royal usytuowani blisko Kartezjusza, czy Christian Wolff blisko Leibniza. Jeśli ktoś zapyta o racjonalistów naszego czasu, to miejsce najpocześniejsze zajmie Kurt Gödel (por. §3.3).2
Klasykę empiryzmu stanowią przede wszystkim: David Hume (1740) negujący istnienie rozumowych sądów koniecznych, August Comte (1830) z jego postulatem redukcji wszelkich (poza matematyką) nauk do fizyki, wreszcie empiryzm logiczny łączący idee swych prekursorów w spójną całość. Do tego nurtu wyrazistej klasyki nie wliczam tu myślicieli, którzy na scenie dziejów empiryzmu również występowali w rolach głównych, jak Arystoteles czy Demokryt, a w nowożytności John Locke (1690), ale kroczyli drogą niejako pośrednią między wersjami bardziej radykalnymi. Pomijam też prężny nurt empiryzmu we Francji doby Oświecenia (D'Alambert, Condillac i in.) oraz niemieckiego empiryzmu z końca wieku XIX (Mach, Avenarius i in.). Jest to daleko idące ograniczenie, gdy brać pod uwagę historyczną doniosłość tych nazwisk, ale jest ono celowe, gdy trzeba się skupić na głównym wątku argumentacji, a jest nim postępująca konwergencja racjonalizmu z empiryzmem za sprawą orientacji pragmatycznej.
Proces konwergencji (łac. convergere – dążyć do jednego punktu) czyli stopniowego dochodzenia do jednomyślności w jakiejś kwestii dotąd spornej stanowi prawo rozwojowe funkcjonujące w różnych dziedzinach. Ponieważ w filozofii jest ono trudniej uchwytne, przyjrzyjmy się mu na przykładach z innych dziedzin.
Ogólna teoria względności, zrodzona z genialnej wyobraźni Einsteina, miała zrazu status nieco spekulatywny, i wtedy o jej trafność można było się spierać. Ale tylko dopóty, póki owoce wyobraźni nie zostały wsparte z jednej strony przez odpowiedni model matematyczny, a z drugiej przez tyczące się różnych aspektów teorii obserwacje Eddingtona i Hubble'a. Podobnie było z teoriami Kopernika i Newtona. Dlaczego nie ma dziś newtonowców i antynewtonowców? Wszak do tych tych drugich należał genialny Leibniz, a więc obiekcje na poziomie intuicyjnych wyobrażeń musiały być zrazu poważne. Z czasem jednak nagromadziła się tak potężna masa potwierdzeń empirycznych (w tym sukces teorii grawitacji w realizacji lotów kosmicznych), że kontynuowanie dawnych kontrowersji nie miałoby najmniejszej racji bytu; bardzo pouczające wyjaśnienia tego rodzaju procesów w rozwoju fizyki i astronomii daje książka Johna Barrow'a (2011).
Dla ekonomii dotkliwą trudnością metodologiczną jest niemożność sprawdzania teorii przez powtarzalne eksperymenty. Zjawiska bowiem ekonomiczne zachodzą w takiej makroskali, i tak zależą od zdarzeń minionych, których odtworzyć się nie da, że niezwykle jest trudna eksperymentalna weryfikacja teorii. Rodzi to silne kontrowersje, czyniąc trudnym proces konwergencji. Szczęśliwie jednak, tę nieosiągalność doświadczeń laboratoryjnych w znacznym stopniu kompensuje doświadczenie historyczne. Np. kumulujące się doświadczenia z powtarzalnością kryzysów finansowych prowadzą do wniosków, które zbliżają do siebie konkurencyjne dotąd teorie ekonomiczne, jak J. M. Keynesa (min. postulat intensywnej kredytowej interwencji państwa) i F. Hayeka (teza o kryzysogennej roli nadmiernego kredytowania). Takie ucieranie się wspólnego poglądu we współczesnych sporach ekonomicznych wnikliwie analizuje Nouriel Roubini w książce z roku 2010 (np. odcinek „Back to Austria”, gdzie chodzi o tzw. Szkołę Austriacką, której luminarzem był Hayek).
Konwergencję między racjonalizmem i empiryzmem, która dokonała się w minionym wieku, zawdzięczamy przyglądaniu się praktyce naukowej. Obserwując ten sposób praktycznego uprawiania nauki, który ją doprowadził do olśniewających sukcesów, chce się powiedzieć idiomatycznie „tak trzymać!”.
Nim wywnioskujemy, co z tych obserwacji wynika dla uzgodnienia racjonalizmu z empiryzmem, trzeba zwrócić uwagę na występującą w tym wnioskowaniu przesłankę, którą część filozofów odrzuca. Jest nią idea pragmatyzmu, że sukces teorii jest wiarogodnym kryterium jej przybliżania się do prawdy. Przybliżenie jest tym większe, im więcej dana teoria ma pól zastosowań; przy każdej bowiem kolejnej aplikacji mogą się pojawić nie występujące wcześniej kontrprzykłady. Dlatego maksymalną wiarogodność mają teorie o bardzo rozległych zastosowaniach w technice, jak mechanika Newtona czy mechanika kwantowa. Nie wszyscy jednak się godzą na tak pragmatyczne kryterium. Oto przykłady niezgody.
Święta Inkwizycja pod przewodem kardynała Bellarmina przyznała w toku procesu Galileusza, że heliocentryczna teoria Kopernika lepiej się sprawuje w obliczeniach astronomicznych niż teoria geocentryczna, ale uznała to za instrumentalny chwyt rachunkowy, któremu się przeciwstawia obiektywna prawda podana w Biblii (Bóg na prośbę wodza Izraelitów zatrzymał słońce w jego biegu wokół ziemi, żeby Izraelici zdążyli za dnia dokończyć krwawego pogromu swych wrogów).
Podobną postawę zajmują dziś niektórzy nominaliści, których razi stosowanie w nauce pojęć wysoce abstrakcyjnych (w pełni aprobowanych przez racjonalizm), a nie mogąc nie uznać sukcesu operujących tymi pojęciami teorii, przyznają im jedynie walor instrumentalny, a rolę źródła prawdy przyznają jedynie intuicji filozoficznej (czytaj: nominalistycznej). Wyrazistym przedstawicielem tego sposobu myślenia jest Nelson Goodman. Odnośny tekst miejscami wyraża lekceważenie dla uczonych operujących abstrakcjami, a czyni to w sposób tak barwnie idiomatyczny, że jest to prawie nieprzetłumaczalne, toteż cytuję dosłownie (kursywa od WM w celu późniejszego komentowania).
„The nominalist does not presume to restrict the scientist. The scientist may use platonic class constructions, complex numbers, divination by inspection of entrails, or any claptrappery that he thinks may help him get the results he wants. But what he produces then becomes raw material for the philosopher, whose task is to make sense of all this: to clarify, simplify, explain, interpret in understandable terms.” Zob. „The world of individuals” w I. M. Copi (red.) 1967, s. 214.
Goodman tak dalece odrzuca myśl o docieraniu przez naukę do obiektywnej prawdy, że matematyczną teorię klas i arytmetykę ceni nie bardziej niż uprawiane przez starożytnych wróżbitów przepowiadanie z wnętrzności zwierząt ofiarnych. Odmawia też uczonym zdolności wyjaśniania i czynienia pojęć zrozumiałymi, rezerwując ją wyłącznie dla filozofów. W Polsce podobne stanowisko w odniesieniu do matematyki, choć formułowane ze znacznie większą kurtuazją i ostrożnością, zajmował Tadeusz Kotarbiński (1957, s. 157nn), o którym też wiadomo, że znał i cenił twórczość Goodmana.
Te odniesienia do historii i literatury powinny wystarczyć dla wyjaśnienia, jak zasadne jest określać mianem pragmatycznego nasz argument o konwergencji między racjonalizmem i empiryzmem. Kryterium pragmatyczne każe uznać sukcesy nauki za kryterium prawdy, a wiedza historyczna o racjonalizmie i empiryzmie pozwala dostrzec, które elementy jednego i drugiego są dla tych sukcesów zasłużone i przez to zasługujące na uznanie „ex aequo”, co zamyka dawne kontrowersje. Dobrze dziś wiemy, że teoria wymaga weryfikacji empirycznej przez pomiary, te zaś wymagają do swej interpretacji modelu matematycznego (np. pojęcia pochodnej w pomiarach przyspieszenia ruchu), a pojęć matematycznych – głosi racjonalizm – nie da się wyprowadzić z wrażeń zmysłowych. Na tym przeto polu zdobywa punkty tak racjonalizm, jak i empiryzm.
Gdy idzie o empiryzm, to myśl, żeby jakąś jego odmianę określić mianem pragmatycznej ma drogę przetartą przez Quine'a (1953). Krytykował on dogmaty empiryzmu zwącego się logicznym, nie odżegnywał się jednak od empiryzmu w ogólności. Żeby się przekonać, że ten krytyk logicznego empiryzmu jest uznawany powszechnie za empirystę, będąc zarazem sztandarowym współczesnym pragmatystą, wystarczy wywołać Google'm hasła ”Quine's empiricism” i „Quine's pragmatism”. Okaże się, że oba mają w literaturze przedmiotu po kilkaset reprezentacji. Ma więc rację bytu pojęcie pragmatycznego empiryzmu. Nie gorsza jest sytuacja pojęcia pragmatycznego racjonalizmu. Jak można wnosić z przeglądu literatury, pierwszym z autorów, któremu przypisuje się pogląd określany tym zwrotem jest Gottlob Frege.3 Impulsem do takiej interpretacji jest pogląd Fregego, że prawdy rozumowe, takie jak aksjomaty matematyczne, przyjmuje się na zasadzie ich owocności w postępowaniu naukowym, a nie jedynie – jak głosił Kartezjusz – za sprawą intelektualnego wglądu (intuitus). Jest to istotnie zasada pragmatyzmu, ale sformułowana dość ogólnikowo. Aby ją ukonkretnić, trzeba przywołać kluczowe dla racjonalizmu pojęcie sądów rozumowych.



  1   2   3   4


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna