Dom wydawniczy rebis



Pobieranie 2,25 Mb.
Strona8/20
Data14.02.2018
Rozmiar2,25 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   20

86

sem podejmowanych pod pozorem rozmów o środkach an­tykoncepcyjnych, ich działaniu i potencjalnej szkodliwości.

Jeszcze inne zjawisko, którym jak dotąd się nie zajmo­wałam, świadczy o tym, że ogólnie rzecz biorąc, wzrost po­ziomu libido rzeczywiście ma swój udział w powstawaniu napięcia przedmiesiączkowego, nie jest jednak czynnikiem decydującym. Chodzi mi tu o znaczne poczucie ulgi poja­wiające się wraz z nastaniem miesiączki. Ponieważ nara­stanie libido trwa przez całą miesiączkę, ten nagły spadek napięcia emocjonalnego, rozpatrywany tylko na podstawie zmian libido, musi pozostać niezrozumiały. Początek krwa­wienia kładzie jednak kres fantazjom na temat ciąży, jak znajdowało to wyraz w przypadku pacjentki T: „Teraz poja­wiło się dziecko". Indywidualne procesy psychiczne mogą przebiegać całkiem odmiennie. W jednym z wymienionych wyżej przypadków na pierwszy plan wysuwała się idea ofia­ry. Wraz z nastaniem miesiączki u kobiety, o której mowa, pojawiała się myśl: „Bóg przyjął ofiarę". W podobny sposób, w zależności od konkretnego przypadku, spadek napięcia i może czasem wynikać z nieświadomego spełnienia fanta­zji, reprezentowanego przez krwawienie, albo z osłabienia kontroli superego, spowodowanego zaniknięciem silnie odrzucanych fantazji. Najistotniejsze jest jednak to, że fan­tazje te znikają wraz z nastaniem miesiączki.

Podsumowując, ze wszystkich przedstawionych tu obser­wacji wyłania się hipoteza, iż bezpośrednim czynnikiem powodującym ustanie napięcia przedmiesiączkowego są procesy fizjologiczne przygotowujące organizm do ciąży. Jestem teraz już tak głęboko przekonana o istnieniu tego powiązania, że napotykając jakieś zaburzenie, przewiduję występowanie u źródeł choroby oraz u podstaw osobowości konfliktów związanych z pragnieniem urodzenia dziecka. Sądzę, że nigdy nie pomyliłam się jeszcze w swoich przypu­szczeniach.



Chciałabym jeszcze raz odróżnić powyższą koncepcję od koncepcji ginekologicznej. Nie mamy tu do czynienia z za­sadniczą słabością, ze stanem zdrowotnym, którego wystę-

87

powanie prowadziłoby do tendencyjnego wniosku o mniej­szej sprawności kobiet. Twierdzę raczej, że ten konkretny okres w cyklu miesiączkowym kobiet stanowi obciążenie tylko dla tych kobiet, u których idea macierzyństwa obcią­żona jest silnymi wewnętrznymi konfliktami.

Naprawdę uważam jednak, że macierzyństwo stanowi dla kobiet problem o wiele istotniejszy, niż przypuszcza Freud. Wielokrotnie stwierdza on, że pragnienie posiada­nia dziecka jest czymś, co „należy wyłącznie do sfery psy­chologii ego"3, że powstaje ono tylko jako zjawisko wtórne, podyktowane rozczarowaniem z powodu braku członka4, a zatem nie jest popędem pierwotnym.

W przeciwieństwie do powyższego poglądu stoję na sta­nowisku, że choć pragnienie posiadania dziecka może rze­czywiście uzyskiwać znaczne wtórne wzmocnienie ze stro­ny pragnienia posiadania członka, to jednak stanowi ono pragnienie pierwotne i mając charakter instynktowny, jest silnie zakorzenione w sferze biologii. Spostrzeżenia doty­czące napięcia przedmiesiączkowego wydają się zrozumia­łe tylko dzięki fundamentalnej koncepcji. Sądzę wręcz, że właśnie te spostrzeżenia mogą niejednokrotnie świadczyć o tym, iż pragnienie posiadania dziecka spełnia wszystkie warunki, jakie według samego Freuda powinno spełniać pojęcie „popędu". Popęd do macierzyństwa ilustruje zatem „psychiczną reprezentację nieprzerwanego strumienia bodźców wewnątrzsomatycznych"5.

3 Sigmund Freud, On the Transformation of Instincts with Special Reference to Anal Erotism (1916), (w:) Collected Papers, vol. II, s. 164--171.

4 Sigmund Freud, Some Psychological Conseąuences of the Anatomical
Differences Between the Sexes
(1925), (w:) Collected Papers, vol. V, 1956,
s. 175-180.


5 Freud, Three Papers on the Theory ofSex, (w:) Collected Papers, vol. V.

Nieufność pomiędzy płciami*

Rozpoczynając dzisiejszą prelekcję poświęconą pewnym problemom w relacjach między płciami, muszę prosić, abyście państwo nie czuli się zawiedzeni. Zasadniczo bo­wiem nie będę się zajmować tym aspektem omawianego problemu, który ma największe znaczenie dla lekarza. Do­piero na zakończenie pokrótce omówię kwestię terapii. Znacznie ważniejsze jest dla mnie zwrócenie państwa uwa­gi na parę psychologicznych powodów nieufności pomiędzy płciami.

Relacje pomiędzy mężczyznami i kobietami w dużej mie­rze przypominają relacje pomiędzy dziećmi i rodzicami, a podobieństwo to polega na tym, że wolimy koncentrować się na ich pozytywnych aspektach. Wolimy przyjmować za­łożenie, że to miłość stanowi coś, co jest nam dane w sposób podstawowy, a wrogość przydarza się w sposób przypadko­wy i można jej uniknąć. Choć znane nam są potoczne wyra­żenia, takie jak „walka płci" albo „wrogość pomiędzy płcia­mi", musimy przyznać, że niewiele one znaczą. Powodują, że zbytnio skupiamy się na związkach seksualnych pomię­dzy mężczyznami i kobietami, co łatwo może doprowadzić do zbyt jednostronnego podejścia w kwestii relacji pomię­dzy płciami. Istotnie, sięgając do licznych opisów przypad­ków, można wyciągnąć wniosek, że związki miłosne dość łatwo ulegają rozkładowi pod wpływem jawnej lub ukrytej

* Odczytane 20 listopada 1930 roku w berlińsko-brandenburskiej filii Stowarzyszenia Medycznego Niemek, Das Misstrauen zwischen den Ge-schlechtern, „Die Arztin", VII, 1931, s. 5-12. Przedruk w wersji angielskiej za pozwoleniem spadkobierców Karen Horney.

89

wrogości. Z drugiej strony, mamy wielką skłonność do zrzu­cania odpowiedzialności za te trudności na indywidualny zły los, na niedopasowanie partnerów albo na przyczyny natury społecznej lub ekonomicznej.

Nasze przypuszczenia dotyczące indywidualnych przy­czyn kiepskich relacji pomiędzy mężczyznami i kobietami mogą być trafne. Niemniej, z powodu rozpowszechnienia lub inaczej - nagminnego występowania zaburzeń w rela­cjach miłosnych, musimy zadać pytanie, czy zaburzenia spotykane w indywidualnych przypadkach nie mają jakie­goś wspólnego podłoża i czy nie można by znaleźć jakiegoś wspólnego mianownika łączącego przypadki tak często i łatwo pojawiającej się podejrzliwości pomiędzy płciami.

Jest niemal niewykonalne dokonanie pełnego przeglądu tak obszernego zagadnienia w ramach krótkiego wykładu. Nie wspomnę więc nawet o takich czynnikach, jak pocho­dzenie i wpływ takich społecznych instytucji, jak małżeń­stwo. Mam jedynie zamiar zająć się niektórymi przypadko­wo wybranymi czynnikami, które byłyby psychologicznie zrozumiałe i miałyby związek z przyczynami i następstwa­mi istnienia wrogości i napięcia pomiędzy płciami.

Chciałabym zacząć od bardzo banalnego stwierdzenia, że ta atmosfera podejrzliwości jest w dużej mierze zrozumiała i uzasadniona. Najwyraźniej nie ma ona nic wspólnego z konkretnym partnerem, a raczej z intensywnością afek­tów i trudnościami w ich opanowaniu.



Wiemy albo niejasno zdajemy sobie sprawę z tego, że afekty te mogą prowadzić do ekstazy, do wyrzeczenia się siebie, co oznacza skok w to, co nieograniczone i niezmie­rzone. Może dlatego właśnie prawdziwa namiętność jest czymś tak rzadkim. Bo tak jak dobry przedsiębiorca, nie­chętnie stawiamy wszystko na jedną kartę. Skłonni jeste­śmy zachowywać powściągliwość i w każdej chwili gotowi jesteśmy do odwrotu. Tak czy inaczej, instynkt samozacho­wawczy wywołuje w nas naturalny lęk przed zatraceniem się w drugiej osobie. Dlatego właśnie to, co dzieje się w przy­padku miłości, dzieje się w przypadku wychowania i psy-

90

choanalizy: każdy myśli, że wszystko o nich wie, ale rzad­ko jest tak naprawdę. Mamy skłonność nie dostrzegać, jak mało z siebie dajemy, ale tym wyraźniej dostrzegamy podobny brak u partnera, co znajduje wyraz w myślach typu „tak naprawdę nigdy mnie nie kochałeś". Żona, która ma myśli samobójcze, bo mąż nie poświęca jej całego swego czasu i uwagi i nie obdarza jej całą swoją miłością, nie zau­waży, jak wiele jej własnej wrogości, ukrytej mściwości i agresji znajduje wyraz w takim nastawieniu. Będzie od­czuwała tylko rozpacz z powodu nadmiaru swojej „miłości", jednocześnie boleśnie odczuwając i wyraźnie widząc brak miłości u swojego partnera. Nawet Strindberg [który był mizoginistą], broniąc się, nadmienił przy jakiejś okazji, że nie jest wrogiem kobiet, ale że to kobiety go nienawidzą i dręczą.



Nie mamy tu w żadnym razie do czynienia z jakimiś pa­tologicznymi zjawiskami. W przypadkach patologicznych dostrzegamy jedynie zniekształcenie i przerysowanie pew­nych powszechnych i normalnych zjawisk. Każdy będzie skłonny do pewnego stopnia nie zauważać własnych agre­sywnych odruchów, jednocześnie pod naciskiem swego nie­czystego sumienia dokonując ich projekcji* na partnera. Proces ten musi z konieczności budzić jawne lub ukryte wątpliwości co do miłości, wierności, szczerości i życzliwo­ści partnera. Dlatego właśnie wolę mówić o nieufności, a nie o nienawiści pomiędzy płciami; bowiem dzięki posia­danemu doświadczeniu jest nam lepiej znane uczucie nie­ufności.

Innym, niemal nieuniknionym źródłem rozczarowań i nie­ufności w naszym normalnym życiu miłosnym jest to, że sama intensywność naszych uczuć miłosnych wznieca wszy­stkie głęboko w nas drzemiące najskrytsze nadzieje i tęsk­noty za szczęściem. Wszystkie nasze nieświadome pragnie­nia, wzajemnie sprzeczne i rozprzestrzeniające się bezgra-

* Projekcja to obronny proces psychiczny rzutowania cech, impulsów i myśli podmiotu na przedmiot (przyp. tłum. poi.).

91

nicznie we wszystkich kierunkach, czekają tu na swoje speł­nienie. Oczekujemy od partnera, aby był silny, a jednocze­śnie bezbronny, aby dominował nad nami i był nam powol­ny, aby był ascetyczny oraz zmysłowy. Powinien nas gwał­cić i być czuły, poświęcać czas wyłącznie nam, lecz także być głęboko pochłonięty pracą twórczą. Dopóki wydaje nam się, że mógłby on naprawdę spełnić wszystkie te oczekiwa­nia, mamy tendencję do przeceniania jego wartości jako obiektu seksualnego. Tę zawyżoną ocenę traktujemy jako miarę naszej miłości, tymczasem wyraża ona tak napraw­dę jedynie miarę naszych oczekiwań. Sama natura naszych żądań czyni ich spełnienie niemożliwym. W tym tkwi przy­czyna naszych rozczarowań, którym mniej lub bardziej sku­tecznie usiłujemy stawiać czoło. W sprzyjających okolicz­nościach nie musimy nawet uświadamiać sobie wielkiej liczby naszych rozczarowań, tak jak nie byliśmy również świadomi rozmiarów naszych ukrytych oczekiwań. Jednak pozostają w nas jakieś ślady nieufności, jak u dziecka, które odkrywa, że ojciec nie jest jednak w stanie dać mu gwiazd­ki z nieba.

Jak dotąd nasze rozważania z pewnością nie były ani szczególnie oryginalne, ani nie miały charakteru specyficz­nie psychoanalitycznego, a niejednokrotnie kwestie te były formułowane lepiej w przeszłości. Podejście analityczne roz­poczyna się wraz z postawieniem pytania: Jakie to szcze­gólne czynniki w ludzkim rozwoju prowadzą do rozbieżno­ści pomiędzy oczekiwaniami a możliwością ich spełnienia i co powoduje, że mają one szczególne znaczenie w konkret­nych przypadkach? Zacznijmy od ogólnej refleksji. Pomię­dzy rozwojem człowieka a zwierzęcia istnieje zasadnicza różnica, a mianowicie długi okres bezradności i uzależnie­nia niemowlęcia. Raj dzieciństwa najczęściej jest tylko ilu­zją, którą lubią łudzić się dorośli. Jednak dla dziecka ten raj zaludniony jest zbyt wieloma niebezpiecznymi potwora­mi. Nieprzyjemne doświadczenia w kontaktach z płcią prze­ciwną wydają się nieuniknione. Wystarczy tylko przywołać zdolność dzieci, nawet bardzo małych, do ulegania namięt-

92
nym i instynktownym pragnieniom seksualnym, podobnym do odczuwanych przez dorosłych, a jednak różnym od nich. Dzieci różnią od dorosłych cele ich popędów, ale przede wszystkim niewinna szczerość ich żądań. Trudno im wyra­żać swoje pragnienia w sposób bezpośredni, a gdy tak się dzieje, nie są traktowane poważnie. Ich powaga odbierana jest czasami jako rezolutność, może też być w ogóle nie do­strzegana lub odrzucana. Krótko mówiąc, dzieci narażone są na bolesne i upokarzające doświadczenia bycia odrzuco­nym, zdradzanym i okłamywanym. Mogą również być zmu­szone do ustąpienia miejsca jednemu z rodziców lub rodzeń­stwu, a kiedy bawiąc się swoim ciałem, poszukują przy­jemności, których odmawiają im dorośli, spotykają się z groźbami i zastraszeniem. Dziecko jest wobec tego wszy­stkiego zasadniczo bezbronne. Nie jest w stanie w żaden sposób, lub tylko w bardzo znikomym stopniu, dać upustu swojej wściekłości, nie potrafi też uporać się z tym doświad­czeniem poprzez ogarnięcie go intelektem. Zatem dziecko tłumi w sobie gniew i agresję, które przybierają postać wy­bujałych fantazji, z rzadka tylko pojawiających się w polu świadomości i mających z punktu widzenia dorosłych wręcz zbrodniczy charakter, od zabierania siłą i kradzieży po za­bijanie, palenie, ćwiartowanie i duszenie. Ponieważ dziec­ko niejasno zdaje sobie sprawę z tkwiących w nim destruk­cyjnych sił, więc w myśl prawa odwetu czuje się podobnie zagrożone ze strony dorosłych. Oto źródło tych dziecięcych lęków, od których żadne dziecko nie jest w pełni wolne. To pozwala nam już nieco lepiej zrozumieć obawy przed uczu­ciem miłości, o których wspomniałam wcześniej. Właśnie tutaj, w tej najbardziej irracjonalnej ze wszystkich sfer na­szego doświadczenia, ożywa dawny dziecięcy lęk przed gro­źnym ojcem lub matką, i w sposób instynktowny zajmuje­my stanowisko obronne. Innymi słowy, obawa przed miło­ścią zawsze będzie połączona z obawą przed tym, co możemy wyrządzić drugiej osobie albo co ona może wyrzą­dzić nam. Na przykład na wyspach Aru żaden kochanek nigdy nie podaruje ukochanej pukla swoich włosów, gdyby

93

się bowiem pokłócili, mogłaby ona go spalić, przez co jej partner zapadłby na jakąś chorobę.

Chciałabym pokrótce omówić, jak konflikty okresu dzie­cięcego mogą w późniejszym życiu wpływać na stosunek do płci przeciwnej. Rozpatrzmy na zasadzie przykładu typową sytuację. Mała dziewczynka, boleśnie zraniona z powodu jakiegoś wielkiego zawodu, który spotkał ją ze strony ojca, przekształci swoją wrodzoną, instynktowną chęć, aby otrzy­mywać od mężczyzny, w mściwe pragnienie, aby odbierać mu siłą. Zatem zostaje położona podwalina pod dalszy kie­runek rozwoju, prowadzący prosto ku późniejszej postawie, zgodnie z którą kobieta nie tylko zaprzeczy swemu instynk­towi macierzyńskiemu, lecz kierować się będzie tylko jed­nym pragnieniem, a mianowicie, aby skrzywdzić mężczy­znę, wykorzystać go i wyssać z niego ostatnie soki. Staje się wampirem. Przyjmijmy, że ma miejsce podobna przemiana od chęci otrzymywania do pragnienia odbierania. Przyjmij­my następnie, że to ostatnie pragnienie zostało wyparte w wyniku lęku spowodowanego nieczystym sumieniem. Otrzymamy wówczas podstawową konstelację do ukształ­towania się pewnego typu kobiety, która nie potrafi nawią­zać kontaktu z mężczyzną, gdyż obawia się, że każdy męż­czyzna będzie ją podejrzewał o to, że coś od niego chce. W rzeczywistości oznacza to, że obawia się, iż może on od­gadnąć jej wyparte pragnienia. Albo też, dokonując całko­witej projekcji swoich wypartych pragnień na każdego na­potkanego mężczyznę, będzie sobie wyobrażać, że chce on ją jedynie wykorzystać, że pragnie od niej tylko seksualne­go zaspokojenia, po czym porzuci ją. Albo przypuśćmy, że reakcja upozorowana wyrażająca się przesadną skromno­ścią zamaskuje wyparte pragnienie panowania. Mamy wówczas typ kobiety, która unika wymagania albo przyj­mowania czegokolwiek od męża. Taka kobieta, z powodu powracania wypartych treści, będzie reagować depresją na niespełnienie jej nie wyrażonych, a często nawet nie uświa­domionych pragnień. W ten sposób mimo woli dostaje się z deszczu pod rynnę, podobnie zresztą jak jej partner, bo-

94

wiem jej depresja da mu się we znaki o wiele silniej niż wyrażona wprost agresja. Dość często wyparcie agresji wo­bec mężczyzny pozbawia kobietę całej jej energii witalnej. Czuje się wówczas bezradna i niezdolna do radzenia sobie w życiu. Całą odpowiedzialność za swoją bezradność prze­rzuci na mężczyznę, nie dając mu ani chwili wytchnienia. Oto rodzaj kobiety, która pod pozorem dziecięcej bezradno­ści potrafi zdominować swojego mężczyznę.



Są to przykłady ilustrujące, jak fundamentalny stosu­nek kobiet wobec mężczyzn może zostać zaburzony przez konflikty okresu dziecięcego. Starając się nie komplikować sprawy, skupiłam się tylko na jednej kwestii, która wydaje mi się jednak kluczowa - na zaburzeniach w rozwoju uczuć macierzyńskich.

Przejdę teraz do prześledzenia pewnych cech psychologii mężczyzn. Nie chcę tu badać rozwoju indywidualnych przy­padków, choć mogłoby być bardzo pouczające zaobserwo­wać na przykład ze stanowiska analitycznego, jak nawet mężczyźni, którzy na poziomie świadomym mają bardzo pozytywne relacje z kobietami i mają o nich bardzo pochleb­ne zdanie, gdzieś w głębi duszy żywią wobec nich skrytą nieufność i jak ta nieufność wiąże się z uczuciami do matki, których doświadczali w przeszłości, kiedy kształtowała się ich osobowość. Skupię się raczej na pewnych typowych po­stawach mężczyzn wobec kobiet i na tym, jaki przybierały one kształt w różnych epokach historycznych i kulturach, nie tylko w odniesieniu do związków natury seksualnej, lecz również, a nieraz bardziej, w kontekście nieseksualnym, jak na przykład w odniesieniu do ich ogólnej oceny kobiet.

Przedstawmy parę dowolnie dobranych przykładów, za­czynając od Adama i Ewy. Kultura żydowska, jak wynika ze Starego Testamentu, jest jawnie patriarchalna. Fakt ten znajduje odzwierciedlenie zarówno w ich religii, w której nie ma bogiń-matek, jak i w moralności i obyczajach, które nadają mężowi prawo do rozwiązania więzów małżeńskich przez zwykły akt porzucenia swojej żony. Tylko jeśli jeste­śmy świadomi tego tła kulturowego, potrafimy dostrzec, jak

95

dominacja męskiego pierwiastka wpłynęła na dwa wyda­rzenia w historii o Adamie i Ewie. Po pierwsze, kobieca zdolność do dawania życia jest tam częściowo zakwestiono­wana, a częściowo zdewaluowana: Ewa powstała z żebra Adama i nałożona została na nią klątwa, aby w bólach ro­dziła dzieci. Po drugie, zinterpretowano to, że skusiła ona Adama do zjedzenia owocu z drzewa poznania, jako pokusę natury seksualnej, co uczyniło z niej kusicielkę seksualną, która sprowadza na mężczyznę nieszczęścia. Uważam, że te dwa elementy, jeden płynący z niechęci, a drugi z lęku, od najdawniejszych czasów aż do dzisiaj szkodziły stosun­kom pomiędzy płciami. Przyjrzyjmy się temu bliżej. Lęk mężczyzny przed kobietą jest głęboko zakorzeniony w sfe­rze seksualnej, a świadczy o tym prosty fakt, iż obawia się on tylko kobiety atrakcyjnej seksualnie, która choć silnie go pociąga, musi być trzymana w niewoli. Z drugiej strony, stare kobiety cieszą się dużym szacunkiem, nawet w kultu­rach, w których młoda kobieta budzi lęk i dlatego jest nie­wolona. W niektórych prymitywnych kulturach stara ko­bieta może mieć decydujący głos, jeśli chodzi o sprawy ple­mienia; wśród narodów azjatyckich cieszy się ona też dużą władzą i prestiżem. Z drugiej strony, w prymitywnych ple­mionach kobieta przez cały okres seksualnej aktywności otaczana jest różnymi rodzajami tabu. Kobiety z plemienia Arunta potrafią za pomocą magii oddziaływać na męskie narządy płciowe. Jeśli zaśpiewają przed źdźbłem trawy, a następnie skierują je albo rzucą w kierunku mężczyzny, ten choruje albo traci genitalia. Kobiety kuszą go, dopro­wadzając do zguby. W pewnym wschodnioafrykańskim ple­mieniu mąż i żona nie śpią razem, oddech kobiety mógłby bowiem mężczyznę osłabić. Jeśli kobieta z pewnego połu­dniowoafrykańskiego plemienia przekroczy nogę śpiącego mężczyzny, nie będzie on mógł biegać; stąd wywodzi się zasada zachowywania wstrzemięźliwości seksualnej przez dwa do pięciu dni przed polowaniem, działaniami wojen­nymi lub połowem ryb. Jeszcze silniej odczuwany jest lęk przed miesiączką, ciążą i porodem. W okresie miesiączki

96

kobiety otacza wiele tabu - mężczyzna, który dotknie mie­siączkującej kobiety, umrze. U podstaw tego wszystkiego leży jedna główna myśl: kobieta to tajemnicze stworzenie, które komunikuje się z duchami, a zatem dysponuje ma­gicznymi mocami, których może użyć, aby wyrządzić krzyw­dę mężczyźnie. Musi on więc zabezpieczyć się przed jej mo­cami poprzez poddanie jej swojej woli. Dlatego w Bengalu plemię Miii nie pozwala swoim kobietom jeść mięsa tygry­sa, aby nie stały się zbyt silne. Mężczyźni plemienia Wata-wela ze wschodniej Afryki utrzymują w tajemnicy przed kobietami umiejętność rozpalania ognia, aby nie zapano­wały one nad nimi. Indianie z Kalifornii odprawiają cere­monie mające na celu zapewnienie uległości kobiet; jeden z mężczyzn przebiera się za diabła, aby zastraszyć kobiety. Arabowie z Mekki, aby nie dopuścić do zażyłości pomiędzy kobietami a ich panami, wykluczają je z uczestnictwa w ob­rzędach religijnych. Podobne obyczaje odnajdujemy w śre­dniowieczu - kultowi Matki Boskiej towarzyszy palenie cza­rownic; adoracja „czystej" macierzyńskości, całkowicie wyzu­ta z elementów seksualnych, obok okrutnej eliminacji kobiet pociągających pod względem seksualnym. Tu znowu moż­na doszukać się leżącego u podstaw takiego działania lęku, albowiem czarownica jest kimś, kto ma konszachty z diabłem. Obecnie, kiedy nasza agresja przybiera formy bardziej cywilizowane, palimy kobiety tylko w sposób sym­boliczny, czasem z nieukrywaną wrogością, a czasem z po­zorną życzliwością. Tak czy inaczej, „Żyd musi spłonąć". W życzliwych, potajemnych autodafe wypowiada się pod ad­resem kobiety wiele komplementów, szkoda tylko, że w swo­jej naturalnej, przez Boga stworzonej postaci nie dorównuje ona mężczyźnie. Móbius zwrócił uwagę, że mózg kobiety waży mniej niż mózg mężczyzny, ale to, co sugeruje owo

* Jest to cytat z dzieła Mądry Natan osiemnastowiecznego humanisty Gottholda Efraima Lessinga, rzecznika oświecenia i racjonalizmu. Wyra­żenie to weszło do potocznego obiegu i oznaczało, że jeśli ktoś jest Żydem, to jest winny, choćby jego uczynki były prawe i wypływały z jak najlep­szych intencji (przyp. tłumacza z wersji niem.).

97

stwierdzenie, niekoniecznie musi być wyrażane w sposób tak nieoględny. Przeciwnie, można podkreślać, że kobieta wcale nie jest gorsza, tylko inna, ale że niestety nie posiada ona lub posiada mniej tych ludzkich lub kulturowych cech, które tak wysoko ceni sobie mężczyzna. Mówi się, że jest głęboko zakorzeniona w sferze osobistej i emocjonalnej, co jest wspaniałe; niestety powoduje to, że jest ona niezdolna do obiek­tywizmu i wymierzania sprawiedliwości, a zatem nie może sprawować funkcji sądowniczych i rządowych oraz duchowych. Mówi się, że jest w swoim żywiole tylko w sferze Erosa. Spra­wy duchowe obce są jej najgłębszej istocie i jest na bakier z trendami kulturalnymi. Jest zatem, jak otwarcie stwierdzają Azjaci, istotą niższej kategorii. Kobieta może być pracowita i użyteczna, jest jednak niestety niezdolna do wydajnej i nieza­leżnie wykonywanej pracy. Przeszkodę na drodze jej prawdzi­wych osiągnięć stanowią godne pożałowania, krwawe tragedie menstruacji i porodu. I dlatego każdy mężczyzna po cichu dzię­kuje swojemu Bogu, tak jak robi to w swych modlitwach po­bożny Żyd, że nie urodził się kobietą.



Stosunek mężczyzny do macierzyństwa to temat obszer­ny i skomplikowany. Na ogół nie dostrzega się żadnych pro­blemów w tej kwestii. Nawet mizoginista jest najwyraźniej skłonny szanować kobietę jako matkę i pod pewnymi wa­runkami, o których mowa była powyżej w kontekście kultu Matki Boskiej, odnosić się z czcią do jej uczuć macierzyń­skich. Aby uzyskać jaśniejszy obraz sytuacji, musimy roz­różnić dwie postawy przyjmowane przez mężczyzn: ich po­stawę wobec uczuć macierzyńskich, w najczystszej postaci występujących w kulcie Matki Boskiej, oraz postawę wobec samego macierzyństwa, takiego jakie odnajdujemy w sym­bolice pradawnych bogiń-matek. Mężczyźni zawsze będą aprobować uczucia macierzyńskie, znajdujące wyraz w nie­których duchowych przymiotach kobiet, a zatem wizeru­nek życiodajnej, bezinteresownej i pełnej poświęcenia matki. Postać taka stanowi bowiem idealne ucieleśnienie kobiety, która mogłaby spełnić wszystkie jego tęsknoty i oczekiwania. W przypadku pradawnych bogiń-matek mężczyzna nie czcił

98

uczuć macierzyńskich w ich wymiarze duchowym, a raczej macierzyństwo w najbardziej dosłownym i podstawowym znaczeniu. Boginie-matki to boginie związane z ziemią i jak ziemia płodne. Wydają na świat nowe życie i opiekują się nim. To właśnie ta kobieca moc tworzenia życia, ta funda­mentalna siła natury napełniała mężczyznę podziwem. I właśnie tutaj biorą swój początek wszystkie problemy. Jest bowiem sprzeczne z ludzką naturą, aby bez uczucia urazy doceniać u innych umiejętności, których samemu się nie posiada. Dlatego znikomy udział mężczyzny w dziele tworzenia nowego życia stał się dla niego ogromną podnie­tą do samodzielnego tworzenia rzeczy nowych. Stworzył on wartości, z których słusznie może być dumny. Państwo, re­ligia, sztuka i nauka to zasadniczo jego dzieło, a cała nasza kultura nosi na sobie jego znamię.



Jednak tak jak dzieje się to w innych dziedzinach, rów­nież tutaj największe nawet osiągnięcia i satysfakcja, jeśli powstają w wyniku sublimacji, nie są w stanie w pełni skompensować tego, czym nie zostaliśmy obdarzeni przez przyrodę. Stąd ewidentna pozostałość ogólnej urazy męż­czyzn wobec kobiet. Ta uraza znajduje wyraz, również obe­cnie, w wynikających z nieufności manewrach mężczyzn, mających na celu obronę ich sfer działania przed groźbą wtargnięcia w nie kobiet; takie podłoże ma też ich tenden­cja do pomniejszania wartości ciąży i porodu i przypisywa­nia nadmiernego znaczenia męskiej genitalności. Taka postawa znajduje odzwierciedlenie nie tylko w teoriach nau­kowych, ale jest również brzemienna w następstwa w przy­padku całości stosunków pomiędzy płciami i ogólnie rzecz biorąc, w przypadku moralności seksualnej. Macierzyń­stwo, szczególnie pozamałżeńskie, jest zdecydowanie nie­wystarczająco chronione przez prawo -jedynym wyjątkiem jest tutaj ostatnia próba polepszenia tego stanu rzeczy w Rosji.* Natomiast jest wiele sposobności, aby mogły być

* Aluzja Karen Horney do rozwiązań przyjętych w Rosji Radzieckiej (przyp. tłum. poi.)-

99

spełniane męskie potrzeby seksualne. Dalsze konsekwencje tej męskiej orientacji to tendencja do nieodpowiedzialnego folgowania swoim zachciankom seksualnym oraz sprowa­dzanie kobiety do roli obiektu, mającego zaspokajać te czy­sto fizyczne potrzeby.



Z badań prowadzonych przez Bachofena* wiemy, że ten stan kulturowej supremacji mężczyzn nie trwał wiecznie, ale że kobiety zajmowały kiedyś centralną pozycję w społe­czeństwie. Był to okres tak zwanego matriarchatu, kiedy prawo i obyczaje koncentrowały się wokół matki. Wówczas, jak pokazał to Sofokles w Eumenidach, to matkobójstwo stanowiło niewybaczalną zbrodnię, podczas gdy ojcobójstwo traktowane było jako stosunkowo drobne przewinienie. Dopiero w udokumentowanych czasach historycznych męż­czyźni zaczęli grać wiodącą rolę na polu polityki, ekonomii i sądownictwa, jak również w dziedzinie moralności seksu­alnej. Wydaje się, że obecnie przechodzimy okres zmagań, kiedy kobiety ponownie odważyły się walczyć o równou­prawnienie. Jest to etap, którego długości nie jesteśmy je­szcze w stanie ocenić.

Nie chcę być źle zrozumiana — nie sugeruję, że wszelkie nieszczęścia są wynikiem męskiej dominacji i że wzajemne stosunki pomiędzy płciami polepszyłyby się, gdyby przewa­gę zdobyły kobiety. Musimy sobie jednak zadać pytanie, czy w ogóle walka o władzę pomiędzy płciami jest nieunik­niona. W każdym okresie strona silniejsza będzie tworzyć ideologię mającą służyć utrzymaniu zdobytej pozycji i uczy­nieniu tej pozycji znośną dla strony słabszej. W ideologii takiej odmienność słabszych będzie interpretowana jako niższość i dowodzić się będzie, że te różnice są niezmienne, fundamentalne lub że wynikają z woli Boga. Funkcją ta­kiej ideologii jest ukrywanie lub zaprzeczanie istnieniu ja­kiejkolwiek walki. Oto jedna z możliwych odpowiedzi na

* Johann Jakob Bachofen (1815-1887) - szwajcarski historyk prawa, etnolog - przedstawiciel ewolucjonizmu, badacz zagadnień kultury i jej rozwoju; był twórcą teorii matriarchatu, dowodził, że poprzedzał on pa­triarchat (przyp. tłum. poi.).

100


zadane na początku pytanie, dlaczego tak mało jesteśmy świadomi faktu, że walka pomiędzy płciami istnieje. W in­teresie mężczyzn leży zaciemnianie tego faktu, a nacisk, jaki kładą na propagowane przez siebie ideologie, powodu­je, że kobiety również akceptują te teorie. Podjęta przez nas próba rozwikłania tych racjonalizacji i zbadania, jakie to fundamentalne siły leżą u podstaw tych ideologii, stano­wi zaledwie krok na drodze obranej przez Freuda.

Wydaje mi się, że to, co do tej pory powiedziałam, daje jaśniejszy obraz przyczyn niechęci niż przyczyn lęku, chcia­łabym więc pokrótce omówić ten drugi problem. Przekona­liśmy się, że mężczyzna lęka się kobiety jako istoty seksu­alnej. Jak należy to rozumieć? Najbardziej zrozumiały aspekt tego lęku można dostrzec w plemieniu Arunta. Uwa­żają oni, że kobieta ma magiczną moc oddziaływania na męskie narządy płciowe. To właśnie w analizie określamy mianem lęku kastracyjnego. Jest to lęk o źródłach psycho­gennych, który wypływa z dawnego poczucia winy i lęków dziecięcych. Jego anatomiczno-psychologiczne jądro zasa­dza się na tym, że podczas stosunku mężczyzna musi po­wierzyć swoje genitalia ciału kobiety, że obdarza ją swoim nasieniem i interpretuje to jako zrzeczenie się na rzecz ko­biety siły witalnej, i podobnie doświadcza ustania wzwodu po stosunku -jako dowodu na to, że został osłabiony przez kobietę. Chociaż następująca idea nie została jeszcze do­kładnie zbadana, jest wysoce prawdopodobne, że zgodnie z danymi analitycznymi i etnologicznymi stosunek do mat­ki jest silniej i bardziej bezpośrednio związany ze strachem przed śmiercią niż stosunek do ojca. Nauczyliśmy się rozu­mieć tęsknotę za śmiercią jako tęsknotę za ponownym zjed­noczeniem z matką. W afrykańskich bajkach to kobieta sprawia, że na świecie pojawia się śmierć. Wielkie boginie--matki również sprowadzały śmierć i zniszczenie. To tak jakbyśmy byli opętani ideą, że ten, kto obdarza życiem, ma również zdolność do odbierania go. Jest jeszcze trzeci aspekt męskiej obawy przed kobietą, który trudniej zrozu­mieć i udowodnić, ale który można pokazać, obserwując

101


pewne powtarzające się zjawiska w świecie zwierzęcym. Widzimy, że samiec jest dość często wyposażony w pewne specyficzne stymulanty służące zwabieniu do siebie samicy albo w pewne specyficzne mechanizmy umożliwiające mu przytrzymanie jej podczas aktu seksualnego. Taki stan rze­czy byłby trudny do zrozumienia, gdyby samica zwierzęcia odznaczała się równie silnymi lub rozbudowanymi jak u samca potrzebami natury seksualnej. W rzeczy samej ob­serwacja wykazuje, że po zapłodnieniu samica w sposób bezwarunkowy odrzuca samca. Chociaż odnosząc przykła­dy zaczerpnięte ze świata zwierząt do istot ludzkich trzeba zachować maksymalną ostrożność, w kontekście naszych rozważań dopuszczalne jest postawienie następującego py­tania: Czy to możliwe, że pod względem seksualnym męż­czyzna jest bardziej zależny od kobiety niż ona od niego, ponieważ u kobiet część energii seksualnej związana jest z procesem rozrodczym? Czy to możliwe więc, aby w żywot­nym interesie mężczyzn leżało utrzymywanie kobiet w za­leżności od siebie? To tyle na temat czynników, które zdają się leżeć u źródeł wielkiej walki o władzę pomiędzy mężczy­znami i kobietami, przynajmniej z punktu widzenia ich psy­chogennego charakteru i o tyle, o ile dotyczą one mężczyzn.

Temu wielowymiarowemu zjawisku zwanemu miłością udaje się przerzucać mosty od samotności na tym brzegu do samotności na tamtym brzegu. Te mosty mogą być nie­zwykle piękne, ale rzadko kiedy trwają całą wieczność i często nie są w stanie bez zarwania się unieść zbyt wiel­kiego ciężaru. Oto jeszcze inna odpowiedź na postawione na początku pytanie, dlaczego w stosunkach pomiędzy płciami wyraźniej dostrzegamy miłość niż nienawiść - jest tak dlatego, że jedność płci daje nam największe możliwo­ści osiągnięcia szczęścia. Mamy w związku z tym natural­ną skłonność do niedostrzegania, jak potężne są destruk­cyjne siły, które nieustannie próbują zniszczyć nasze szan­sę na szczęście.

Można by na zakończenie postawić pytanie, w jaki spo­sób wiedza psychoanalityczna mogłaby przyczynić się do

102


zmniejszenia nieufności pomiędzy płciami. Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Obawa przed siłą afektów oraz trudność w panowaniu nad nimi w relacji miłosnej, wyni­kający stąd konflikt pomiędzy uległością a instynktem sa­mozachowawczym, pomiędzy Ja a Ty, jest najzupełniej zro­zumiałym, nieuniknionym i w pewnym sensie normalnym zjawiskiem. To samo w zasadzie odnosi się do naszej skłon­ności do nieufności, która wypływa z nie rozstrzygniętych konfliktów dziecięcych. Te konflikty okresu dziecięcego mogą jednak znacznie różnić się stopniem nasilenia i pozo­stawiają po sobie różnego rodzaju, mniej lub bardziej głę­bokie ślady. Psychoanaliza może nie tylko w indywidual­nych przypadkach pomóc w polepszeniu relacji z przeciwną płcią, ale może też starać się polepszyć psychologiczne uwa­runkowania dzieciństwa i zapobiec pojawieniu się nadmier­nych konfliktów. Z tym oczywiście wiążemy swoje nadzieje na przyszłość. W tej doniosłej walce o władzę analiza może spełnić ważną rolę poprzez ujawnienie prawdziwych pobu­dek tych zmagań. Tego rodzaju ujawnienie nie zlikwiduje samych motywów, ale może przyczynić się do prowadzenia tej walki w sposób jawny zamiast przenoszenia jej na kwe­stie poboczne.

Problemy malżeństwa*

Dlaczego udane małżeństwa są taką rzadkością - mał­żeństwa, które nie hamują rozwoju partnerów, w których podskórne napięcie nie zatruwa atmosfery domu albo jest tak silne, że doprowadziło do zbawiennej obojętności? Czy jest może tak, że instytucja małżeństwa jest nie do pogo­dzenia z pewnymi faktami ludzkiej egzystencji? Czy mał­żeństwo jest może jedynie iluzją i lada chwila przestanie istnieć, czy też to współczesny człowiek jest jakoś szczegól­nie niezdolny do nadania mu treści? Czy potępiając je, uznajemy jego klęskę, czy też przyznajemy się do własnej? Dlaczego tak często małżeństwo stanowi kres miłości? Czy musimy skapitulować w obliczu takiego stanu rzeczy, jak­by stanowił on nieuniknione prawo, czy też podlegamy dzia­łającym w nas samych siłom o różnej treści i wpływie, które można poznać, a nawet uniknąć ich, a które pomimo to sze­rzą w nas spustoszenie?

Na pozór problem ten wydaje się bardzo prosty - i rów­nie beznadziejny. Rutyna, do której prowadzi długotrwałe przebywanie z tą samą osobą, sprawia, że związek staje się, ogólnie rzecz biorąc, uciążliwy i nudny, szczególnie w dziedzinie seksu. Uważa się więc, że stopniowe zamiera­nie i ochłodzenie wzajemnych stosunków jest nieuniknio­ne. Van de Velde obdarzył nas całą książką wypełnioną rzetelnymi sugestiami na temat tego, jak radzić sobie z sy­tuacją seksualnego niespełnienia. Przeoczył jednak jedną

* Zur Problematik der Ehe, „Psychoanalytische Bewegung", IV (1932), s. 212-223. Przedruk w wersji angielskiej za pozwoleniem spadkobierców Karen Horney.

104


rzecz, a mianowicie zajmował się raczej objawem, a nie samą chorobą. Spostrzeżenie, iż małżeństwo traci swą du­szę i blask na skutek przytłaczającej monotonii upływają­cych lat, stanowi tylko powierzchowny ogląd sytuacji.

Nie jest zbyt trudne uświadomienie sobie działania tych ukrytych sił, ale jest to niewygodne, jak każde wejrzenie w głębie. Nie jest konieczna biegła znajomość idei Freuda, aby zrozumieć, że pustka małżeństwa nie wynika ze zwy­kłego zmęczenia, lecz stanowi rezultat ukrytych sił destruk­cyjnych, które potajemnie wykonywały swoją pracę, podko­pując podstawy tego związku; że jest to po prostu ziarno kiełkujące na żyznym gruncie rozczarowań, nieufności, wro­gości i nienawiści. Niechętnie przyjmujemy do wiadomości istnienie tych sił, szczególnie w nas samych, albowiem sta­nowią one dla nas tajemnicę. Samo dopuszczenie takiej moż­liwości implikuje konieczność postawienia sobie pewnych niewygodnych wymagań. Ale to właśnie do tego rodzaju świadomości i jej rozwijania powinniśmy dążyć, jeśli pra­gniemy poważnie zająć się psychologicznymi aspektami pro­blemów małżeństwa. Fundamentalne psychologiczne pyta­nie musi brzmieć: W jaki sposób powstaje niechęć do współ­małżonka?

Przede wszystkim istnieje kilka przyczyn bardzo ogólnej natury, które są niemal zbyt banalne, by je tutaj wymieniać. Wypływają one z naszych ludzkich ograniczeń, z których posiadania zdajemy sobie sprawę, bez względu na to, czy zgodnie z Biblią uważamy, że wszyscy jesteśmy grzesznika­mi, czy za Markiem Twainem utrzymujemy, że wszyscy je­steśmy częściowo obłąkani, czy też w sposób bardziej oświe­cony określamy te ograniczenia mianem nerwicy. Wszyst­kie te założenia dopuszczają jeden tylko wyjątek: nas samych. Czy ktokolwiek słyszał kiedyś, aby ktoś rozważa­jący możliwość zawarcia ślubu stwierdził: u mnie wy­kształcą się kiedyś takie to a takie nieprzyjemne cechy? Wady — oczywiście u współmałżonka — nieuchronnie poja­wiają się w ciągu długiego okresu wspólnego życia. Uru­chamiają one małą lawinę, która automatycznie narasta

105


wraz z posuwaniem się po zboczu czasu. Jeśli, na przykład, mąż przywiązany jest do złudzenia swojej niezależności, to jako reakcja na poczucie, iż jest potrzebny żonie i przez nią krępowany, pojawi się skrywana gorycz i uraza. Z kolei ona wyczuwa jego tłumiony bunt, reaguje ukrytym lękiem, że go utraci, i z powodu swoich obaw zwiększa wymagania wobec niego. Mąż reaguje na to zwiększoną drażliwością i po­głębioną postawą obronną — aż w końcu tama pęka, i żadne­mu z nich nie udaje się zrozumieć leżącej u podstaw ich za­chowania nerwowości. Wybuch może nastąpić przy okazji jakiegoś mało ważnego wydarzenia. W porównaniu z małżeń­stwem, każdy przelotny związek, przykładowo oparty na pro­stytucji, na flircie, na przyjaźni czy romansie, jest ze swej istoty mniej skomplikowany, w takim bowiem związku jest stosun­kowo łatwo uniknąć ocierania się o twarde rysy osobowości partnera.

Co więcej, pośród typowych ludzkich niedoskonałości jest też taka, że nie lubimy wysilać się bardziej, niż to jest abso­lutnie konieczne, zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Urzędnik państwowy, który ma zapewnioną posadę na całe życie, na ogół nie angażuje się w swoją pracę do maksi­mum. Nie musi się przecież obawiać o posadę ani zabiegać o swoją karierę i konkurować z innymi, jak człowiek wyko­nujący wolny zawód czy nawet robotnik. Spójrzmy teraz na przywileje zawarte w kontrakcie małżeńskim, które zosta­ły usankcjonowane albo przez prawo, albo po prostu przez obowiązujące normy społeczne. Łatwo można dostrzec, że z psychologicznego punktu widzenia prawo do oczekiwania od współmałżonka wsparcia, dozgonnej przyjaźni, wierno­ści, a nawet współżycia seksualnego, stanowi dla małżeń­stwa ogromne obciążenie i zagrożenie, gdyż niepokojąco przypomina sytuację urzędnika państwowego, którego nie można zwolnić. Edukacja w dziedzinie małżeństwa prak­tycznie nie istnieje i większość z nas nawet nie zdaje sobie sprawy, że choć możemy zostać obdarowani uczuciem zako­chania, to dobre małżeństwo musimy budować stopniowo sami. Na razie istnieje tylko jeden znany sposób na zapeł-

106


nienie luki pomiędzy tym, co stanowi prawo, a szczęściem. Polega on na zmianie własnej postawy w kierunku wewnę­trznej rezygnacji z wymagań wobec partnera. Chciałabym, aby było jasne, że mówiąc o wymaganiach, mam na myśli żądania, a nie pragnienia. Poza tymi ogólnymi trudnościa­mi będą występować różne inne, o bardziej indywidualnym charakterze, w zależności od konkretnego przypadku poja­wiające się z różną częstotliwością i nasileniem. Istnieje nie­skończony szereg pułapek stojących na przeszkodzie miłości i powodujących pojawienie się nienawiści. Niewiele przyj­dzie nam z wyliczenia i opisania ich. Może prościej będzie skupić się na paru większych ich kategoriach i z grubsza je opisać.

Małżeństwo może kiepsko rokować od samego początku, jeśli nie dokonamy wyboru „właściwego" partnera. Jak mamy rozumieć fakt, że wybierając osobę, z którą chcieli­byśmy dzielić życie, tak często wybieramy nieodpowiednie­go partnera? Na czym właściwie to polega? Czy polega to na nieuświadamianiu sobie własnych potrzeb? A może na niedostatecznej znajomości drugiej osoby? Czy może jest to chwilowe zaślepienie spowodowane tym, że jesteśmy zako­chani? Z pewnością wszystkie te czynniki mogą grać tu ja­kąś rolę. Wydaje mi się jednak najważniejsze, aby pamię­tać o tym, iż ogólnie rzecz biorąc, wybory, jakich dokonuje­my, kiedy dobrowolnie zawieramy z kimś małżeństwo, nie muszą być całkowicie „błędne". Jakaś cecha partnera rze­czywiście odpowiadała jakiemuś naszemu oczekiwaniu; coś w partnerze rzeczywiście rokowało nadzieje na zaspokoje­nie jakiejś naszej tęsknoty, i być może faktycznie w mał­żeństwie to się potwierdziło. Jeśli jednak reszta naszej oso­bowości niewiele ma wspólnego z partnerem, to ta obcość nieuchronnie doprowadzić musi do perturbacji w utrzyma­niu trwałości związku. Zatem podstawowy błąd polega na zastosowaniu jednego tylko, wyizolowanego kryterium wyboru. Na plan pierwszy z dużą siłą wysunął się jeden tylko impuls, jedno jedyne pragnienie, przyćmiewając wszystko inne. Na przykład u mężczyzny mógłby to być

107


nieodparty impuls, aby zdobyć taką dziewczynę, o której względy zabiega wielu innych mężczyzn. Jest to szczegól­nie niefortunny warunek pojawienia się uczucia miłości, albowiem atrakcyjność kobiety musi rozwiać się wraz z po­konaniem rywali i może ożyć tylko w przypadku pojawie­nia się nowych konkurentów, którzy będą w nieświadomy sposób poszukiwani. Partner może też wydawać się pocią­gający, gdyż daje nam nadzieję na spełnienie naszych skry­tych dążeń do zdobycia uznania, czy to w sensie ekonomicz­nym, czy społecznym lub duchowym. W innych jeszcze przy­padkach wybór mogą determinować ciągle jeszcze niezwykle silne pragnienia okresu dziecięcego. Mam tu na myśli przypadek pewnego młodego, niezwykle zdolnego mężczyzny, który osiągnął w życiu sukces, ale który nie­zwykle głęboko tęsknił za matką, którą stracił w wieku czterech lat. Poślubił starszą, pulchną, opiekuńczą wdowę z dwojgiem dzieci, nad którą znacznie górował inteligencją i innymi cechami osobowości. Albo weźmy przypadek ko­biety, która w wieku siedemnastu lat poślubiła mężczyznę starszego od siebie o trzydzieści lat, który zarówno fizycz­nie, jak i psychicznie był wyraźnie podobny do jej ukocha­nego ojca. Przez wiele lat, mimo braku jakichkolwiek kon­taktów seksualnych, była z tym ezłowiekem całkiem szczę­śliwa, aż w końcu wyrosła ze swoich dziecinnych tęsknot. Uświadomiła sobie wówczas, że w zasadzie jest sama -związana z mężczyzną, który niewiele dla niej znaczy, po­mimo licznych sympatycznych cech. We wszystkich tego typu przypadkach, a jest ich naprawdę dużo, zbyt wiele w nas samych pozostaje pustki i niespełnienia. Po począt­kowym spełnieniu przychodzi rozczarowanie. Zawód nie jest jeszcze równoznaczny z niechęcią, ale na pewno stano­wi jej potencjalne źródło, chyba że mamy niezwykle rzadki dar akceptacji i nie sądzimy, że związek oparty na tak kru­chej podstawie przeszkodzi nam w poszukiwaniu innych możliwości zdobycia szczęścia. Bez względu na to, jak je­steśmy cywilizowani i do jakiego stopnia panujemy nad na­szymi popędami, ludzka natura ma to do siebie, że gdzieś

108


w głębi duszy będziemy odczuwać narastającą wściekłość, skierowaną przeciw wszystkiemu, co grozi zablokowaniem realizacji najistotniejszych dla nas dążeń. Ta wściekłość będzie rosnąć bez naszej wiedzy, a jednak będzie bardzo czynna, pomimo naszych starań, aby nie dopuszczać do sie­bie myśli ojej ewentualnych następstwach. Partner wyczu­je, że nasz stosunek do niego staje się bardziej krytyczny i lekceważący i że wykazujemy mniej cierpliwości.

Chciałabym tu wymienić jeszcze jedną grupę przypad­ków, w których zagrożenie płynie nie tyle ze strony rosną­cego poziomu naszych wymagań co do miłości, ile z konflik­tu wynikającego ze sprzecznych oczekiwań. Zazwyczaj uwa­żamy swoje dążenia za bardziej jednorodne i spójne, niż są w rzeczywistości, ponieważ instynktownie czujemy — nie bez powodu - że sprzeczności w nas samych stanowią za­grożenie dla naszej osobowości lub naszego życia. Te sprzeczności są bardziej widoczne u ludzi o zachwianej rów­nowadze emocjonalnej, ale określanie jakichś ścisłych kry­teriów ich występowania nie wydaje się tu najistotniejsze. W naturze rzeczy leży to, że tego rodzaju wewnętrzne sprzeczności najłatwiej i najsilniej znajdują wyraz w sferze seksu. Albowiem w innych sferach życia, takich jak praca czy stosunki międzyludzkie, rzeczywistość zewnętrzna wy­musza na nas bardziej jednolitą, a jednocześnie bardziej społecznie akceptowaną postawę. Nawet te jednostki, które zazwyczaj reprezentują wysoki poziom moralny, najłatwiej ulegają pokusie czynienia właśnie z seksu pola, na którym przejawiają się ich sprzeczne marzenia i fantazje. I jest najzupełniej naturalne, że te różnorodne oczekiwania wno­szone są również w małżeństwo.

Przypominam sobie pewien modelowy przypadek, do którego podobnych jest wiele innych. Chodzi o mężczyznę, który sam będąc łagodny, uległy i nieco zniewieściały, oże­nił się z kobietą, która znacznie przewyższała go witalno-ścią i charakterem i która stanowiła kwintesencję typu matczynego. Było to autentyczne małżeństwo z miłości. Niemniej pragnienia tego mężczyzny-jak to często u męż-

109


czyzn bywa - były sprzeczne. Pociągała go również kobieta

0 swobodnym sposobie bycia, kokieteryjna i wymagająca,


czyli reprezentująca wszystko to, czego nie mogła mu dać
żona. I właśnie ta dwoistość pragnień zniszczyła jego mał­
żeństwo.

Można by tu również wspomnieć przypadki mężczyzn, którzy, choć są bardzo związani ze swoimi rodzinami, wy­bierają żonę pochodzącą z całkowicie odmiennego środowi­ska - zarówno pod względem rasy, jak i wyglądu, zaintere­sowań i pozycji społecznej. Jednocześnie jednak ludzi ta­kich nieświadomie odstręczają te różnice i wkrótce zaczynają oni rozglądać się za bardziej im znajomym ty­pem kobiety.

Przychodzi mi też do głowy sytuacja kobiet, które mają własne ambicje i zawsze chcą być na szczycie, ale nie potra­fią się odważyć na zrealizowanie tych ambitnych marzeń

1 zamiast tego oczekują od swoich mężów, aby w ich imie­


niu spełniali te pragnienia. Mąż powinien być znakomito­
ścią, górować nad otoczeniem, cieszyć się sławą i wzbudzać
podziw. Oczywiście niektóre kobiety będą zadowolone, jeśli
mężowie będą spełniać wszystkie ich oczekiwania. Jednak
równie często zdarza się, iż w takim małżeństwie kobieta
nie będzie tolerować spełniania przez partnera jej pragnień,
jej własna żądza sukcesu i władzy nie pozwala jej bowiem
ścierpieć tego, że pozostaje w cieniu męża.

I w końcu są też kobiety, które dobierają sobie zniewie-ściałego, delikatnego i słabego męża. Powoduje nimi ich wła­sna męska postawa, choć często nie zdają sobie z tego spra­wy. Jednocześnie jednak drzemie w nich tęsknota za silnym, brutalnym samcem, który wziąłby je siłą. Dlatego będą mieć pretensje do męża o to, że nie potrafi sprostać obu zestawom oczekiwań, i skrycie pogardzać nim za jego słabość.

Takie konflikty mogą w rozmaity sposób powodować nie­chęć do współmałżonka. Możemy mieć do niego pretensje, że nie potrafi nas obdarzyć tym, co dla nas najistotniejsze, jednocześnie jego autentyczne zalety przyjmując jako rzecz naturalną i pomniejszając ich wartość. Przez cały czas to,

110


co nieosiągalne, stanowi fascynujący cel, jasno oświetlony ideą, iż właśnie tego od samego początku „naprawdę" bar­dzo pragnęliśmy. Z drugiej strony, możemy partnerowi za­rzucać nawet to, że spełnił nasze oczekiwania, bowiem oka­zało się to nie do pogodzenia z naszymi wewnętrznie sprzecznymi dążeniami.

We wszystkich naszych dotychczasowych rozważaniach jeden fakt pozostał w cieniu, a mianowicie, że małżeństwo to również relacja seksualna pomiędzy dwiema osobami różnej płci. Ten właśnie fakt może stanowić najgłębsze źródło nienawiści, jeśli wzajemne stosunki pomiędzy płcia­mi już są zaburzone. Wiele niepowodzeń małżeńskich stwa­rza wrażenie konfliktu dotyczącego tylko tego konkretnego partnera i tak też są przez nas odczuwane. Łatwo zatem dojść do przekonania, że nic takiego nie mogłoby się nam przydarzyć, gdybyśmy wybrali innego partnera. Skłonni jesteśmy pomijać możliwość, iż decydującym czynnikiem jest tu nasz własny stosunek do przeciwnej płci, który może przejawiać się w podobny sposób w związku z każdym in­nym partnerem. Innymi słowy, spośród wszystkich trudno­ści pojawiających się w małżeństwie często - a raczej za­wsze - lwia część wnoszona jest przez nas samych jako wynik naszego własnego rozwoju. Walka płci nie tylko sta­nowiła przez całe tysiąclecia wielkie tło wszelkich wyda­rzeń historycznych, ale staje się również podłożem, na którym przebiegają zmagania w każdym konkretnym mał­żeństwie. Tak często spotykana, w takiej czy innej postaci, skryta nieufność pomiędzy mężczyzną a kobietą nie wyni­ka na ogół ze złych doświadczeń naszego dorosłego życia. Choć wolimy uznać, że przyczyny tkwią właśnie tam, nie­ufność ta bierze swój początek we wczesnym dzieciństwie. Późniejsze doświadczenia, mające miejsce w okresie dojrze­wania i późnej adolescencji, są zazwyczaj uwarunkowane poprzednio nabytymi postawami, choć nie uświadamiamy sobie tych powiązań.



Pozwólcie państwo, że dla uprzystępnienia powyższego materiału dodam jeszcze parę uwag. Jednym z fundamen-

111


talnych i prawdopodobnie trwałych wglądów, które za­wdzięczamy Freudowi, jest teza o tym, że miłość i namięt­ność nie pojawiają się po raz pierwszy w okresie dojrzewa­nia, lecz że już małe dziecko zdolne jest do intensywnego doświadczania uczuć, pragnień i stawiania żądań. Ponie­waż jego duch nie został jeszcze złamany czy osłabiony, prawdopodobnie jest ono zdolne do doświadczania tego ro­dzaju uczuć z intensywnością całkiem odmienną od tej, do jakiej zdolni jesteśmy my, dorośli. Jeśli zaakceptujemy te fundamentalne fakty, a co więcej przyjmiemy jako oczywi­stość, że tak jak każde zwierzę podlegamy wielkiemu pra­wu wzajemnego przyciągania się płci, to kontrowersyjna teza Freuda o istnieniu kompleksu Edypa, stanowiącego etap rozwoju, przez który musi przejść każde dziecko, nie wyda nam się już tak dziwna i niezrozumiała.

Podczas tych wczesnych doświadczeń miłosnych dziecko zazwyczaj doznawać będzie przykrości wynikających z fru­stracji, rozczarowań, odrzucenia i bezsilnej zazdrości. Bę­dzie również okłamywane, karane i straszone. Jakieś ślady tych wczesnych doświadczeń miłosnych zawsze pozostaną i wpływać będą na późniejszy stosunek do płci przeciwnej. Ślady te w poszczególnych przypadkach przybierają nie­skończenie różnorodne formy, ale z tej rozmaitości postaw obu płci wyłania się pewna rozpoznawalna prawidłowość.

U mężczyzny często odnajdujemy następujące pozostało­ści jego wczesnego stosunku do matki: Po pierwsze, jest to opór przed kontaktem z surową, wydającą zakazy kobietą. Ponieważ na ogół matce powierza się opiekę nad niemowlę­ciem, właśnie od niej pochodzą nie tylko nasze najwcze­śniejsze doświadczenia ciepła, opieki i czułości, lecz także najwcześniejsze zakazy. Wydaje się, że bardzo trudno jest całkowicie uwolnić się od tych wczesnych doświadczeń. Czę­sto ma się wrażenie, że ich ślady pozostają żywe w prawie każdym mężczyźnie; szczególnie kiedy zobaczymy, jak roz­luźnieni i swobodni są mężczyźni, gdy znajdują się we wła­snym gronie, czy to w jakimś klubie, na gruncie sportu, nauki czy nawet na wojnie. Wyglądają jak uradowani

112


uczniacy, którzy wreszcie wymknęli się spod kurateli doro­słych! Jest najzupełniej naturalne, że takie nastawienie będzie powtarzać się najwyraźniej w ich związkach mał­żeńskich, albowiem w porównaniu z innymi kobietami żona mężczyzny ma największą szansę zająć miejsce jego matki.

Drugim rysem charakterystycznym, który świadczy o nie rozwiązanej relacji zależności od matki, jest wyobrażenie o świętości kobiety, które osiągnęło swą najbardziej wysu­blimowaną postać w kulcie Matki Boskiej. Idea ta być może ma pewne piękne aspekty, jeśli chodzi o życie codzienne, ale odwrotna strona medalu jest dość niebezpieczna. W skraj­nych przypadkach prowadzi ona bowiem do przekonania, że porządna, przyzwoita kobieta jest aseksualna i że żywiąc wobec niej pragnienia natury seksualnej, poniżylibyśmy ją. Koncepcja ta zakłada ponadto, że miłość do takiej kobiety nie może mieć pełnego charakteru, mimo głębokiego uczu­cia, jakim ją darzymy, i że satysfakcji seksualnej będziemy szukać tylko u kobiety upadłej, u ladacznicy. W nie budzą­cych wątpliwości przypadkach znaczyć to będzie, że może­my kochać i cenić swoją żonę, ale nie jesteśmy w stanie jej pożądać, a więc w większym lub mniejszym stopniu będzie to świadczyć o naszym zahamowaniu wobec niej. Niektóre żony mogą zdawać sobie sprawę z tego męskiego nastawie­nia, nie protestując przeciw niemu, szczególnie jeśli są ozię­błe, jednak prawie nieuchronnie doprowadzi ono do obu­stronnego, jawnego lub ukrytego niezadowolenia.

W tym kontekście chciałabym wymienić trzecią cechę, która wydaje mi się charakterystyczna dla stosunku męż­czyzny do kobiety. Chodzi o lęk mężczyzny, że nie będzie w stanie zaspokoić kobiety. Obawy te dotyczą ogólnych wy­magań kobiety, a w szczególności jej wymagań natury se­ksualnej. Lęk ten do pewnego stopnia ma pokrycie w fak­tach biologicznych, o tyle że mężczyzna musi nieustannie wykazywać się wobec kobiety, podczas gdy ona może odby­wać stosunek, począć dziecko i urodzić je nawet wtedy, gdy jest oziębła. Z ontologicznego punktu widzenia nawet tego rodzaju lęk wywodzi się z dzieciństwa, kiedy mały chłopiec

113


uważał się za mężczyznę, ale obawiał się, że jego męskość zostanie wyśmiana, a pewność siebie osłabiona, gdy jego dzie­cięce zaloty spotykały się z żartami i kpinami. Ślady tej nie­pewności przejawiać się będą częściej, niż jesteśmy skłonni to przyznać, niejednokrotnie znajdując wyraz w przywiązywa­niu nadmiernej wagi do męskości jako wartości samej w so­bie, a jednak ta niepewność widoczna jest w ciągłych waha­niach pewności siebie mężczyzny w jego kontaktach z kobie­tą. Małżeństwo może ujawnić trwałe przewrażliwienie na tle wszelkich frustracji doznawanych z powodu żony. Jeśli nie jest ona tylko do jego dyspozycji, jeśli nie wystarcza mu to, co najlepsze, jeśli nie zaspokaja jej seksualnie, wszystko to musi być odbierane przez zasadniczo niepewnego męża jako dotkli­wa zniewaga wobec jego męskiej miłości własnej. Z kolei ta reakcja w instynktowny sposób rozbudzi jego pragnienie, aby upokorzyć żonę poprzez zachwianie jej pewności siebie.

Tych parę przykładów wybrano w celu zademonstrowa­nia niektórych tendencji charakteryzujących mężczyznę. Może to wystarczy, aby wykazać, że niektóre postawy wo­bec przeciwnej płci mogły ukształtować się w dzieciństwie i nieuchronnie znajdą odbicie w późniejszych związkach, szczególnie w małżeństwie, i że są stosunkowo niezależne od osobowości partnera. Im mniej mąż był w stanie prze­zwyciężyć je w toku swojego rozwoju, tym większą niewy­godę musi odczuwać w stosunkach z żoną. Obecność takich uczuć często pozostanie nieświadoma, a ich pochodzenie zawsze takie będzie. Sposób reagowania na nie może być bardzo różny. Może prowadzić do napięć i konfliktów mał­żeńskich, poczynając od skrytej urazy aż do jawnej niena­wiści, albo może skłaniać męża do szukania i znajdowania ulgi od tego napięcia w pracy lub w towarzystwie męż­czyzn, ewentualnie kobiet, których wymagań się nie oba­wia i w których obecności nie czuję się obarczony wszelkie­go rodzaju zobowiązaniami. Wciąż obserwujemy, że węzeł małżeński okazuje się jednak silniejszy, na dobre i na złe. Niemniej jednak związek z inną kobietą niejednokrotnie jest bardziej relaksujący, satysfakcjonujący i błogi.

114


Spośród trudności, które wnosi ze sobą w małżeństwo żona, stanowiących wątpliwej wartości dar pochodzący z czasów kształtowania się jej osobowości, wymienię tylko jedną: oziębłość. To, czy jest ona naprawdę istotna, może być przedmiotem dyskusji, ale świadczy ona o zaburzeniu związku z mężczyzną. Niezależnie od różnic w formie prze­jawiania się, zawsze oznacza ona odrzucenie mężczyzny, czy to konkretnej osoby, czy to ogólnie całej płci męskiej. Statystyki dotyczące częstości występowania oziębłości róż­nią się znacznie między sobą i wydają mi się zasadniczo mało wiarygodne, częściowo dlatego, że nie sposób wyrazić statystycznie jakości uczucia, a częściowo dlatego, że trud­no oszacować, ile kobiet oszukuje się w taki czy inny sposób co do swojej zdolności przeżywania zadowolenia seksualne­go. Zgodnie z moim doświadczeniem skłonna jestem przy­jąć, że oziębłość o niewielkim stopniu nasilenia jest częst­sza, niż można by wnioskować z bezpośrednich wypowie­dzi kobiet.

Mówiąc, że oziębłość stanowi zawsze wyraz odrzucenia mężczyzny, nie miałam na myśli wyraźnych przejawów wrogości wobec niego. Takie kobiety mogą mieć bardzo ko­biecą budowę ciała, sposób ubierania się i zachowanie. Mogą sprawiać wrażenie, że całe ich życie jest „nastawione tylko na miłość"*. Chodzi mi o coś znacznie głębszego -o niezdolność do prawdziwej miłości, do oddania się męż­czyźnie. Takie kobiety wolą chodzić swoimi ścieżkami albo zniechęcą do siebie mężczyznę swoją zazdrością, wymaga­niami, znudzeniem i kłótliwością.

W jaki sposób powstaje takie nastawienie? Możemy być zrazu skłonni do obwiniania o to naszych dawnych i obe­cnych metod wychowywania dziewcząt, z presją zakazów seksualnych oraz separowaniem od mężczyzn, co uniemoż­liwia widzenie ich w normalnym świetle. Stąd jawią się oni albo jako bohaterowie, albo jako potwory. Jednak dowody oraz refleksja ujawniają, że ta koncepcja jest zbyt po-

* Cytat ze znanej piosenki Marleny Dietrich Tylko miłość.

115


wierzchowna. Fakty są takie, że większa surowość w wy­chowywaniu dziewcząt nie znajduje odzwierciedlenia we wzroście oziębłości. Poza tym okazuje się, że tam gdzie w grę wchodzą pewne podstawowe cechy, natura ludzka nigdy nie uległa istotnej zmianie w wyniku zakazów i przy­musu.

Jest może jeden tylko czynnik, który w ostatecznym roz­rachunku jest na tyle silny, aby zniechęcić nas do zaspoko­jenia naszych żywotnych potrzeb: lęk. Jeśli chcemy zrozu­mieć jego pochodzenie i rozwój, o tyle, o ile możliwe jest ujęcie tego w sposób rozwojowy, musimy zająć się bliżej typowym losem popędów u dziecka płci żeńskiej. Można wówczas odnaleźć różne czynniki, które sprawiają, że rola kobieca wydaje się małej dziewczynce niebezpieczna i że niechętnie się do niej odnosi. Typowe lęki wczesnego dzie­ciństwa z ich przejrzystą symboliką ułatwiają odgadnięcie ich prawdziwego znaczenia. Cóż innego mogą oznaczać oba­wy przed włamywaczami, wężami, dzikimi zwierzętami i burzami, jeśli nie kobiecy lęk przed przytłaczającymi siła­mi, które mogą poskromić, wtargnąć i zniszczyć? Istnieją też dodatkowe lęki związane z wczesnymi instynktownymi przeczuciami dotyczącymi macierzyństwa. Mała dziewczyn­ka z jednej strony obawia się tego tajemniczego i strasznego przyszłego doświadczenia, a z drugiej w takim samym stop­niu lęka się, że może nigdy nie mieć sposobności, aby stało się ono jej udziałem.

Mała dziewczynka ucieka przed tymi niewygodnymi uczuciami w typowy sposób, a mianowicie poprzez zwraca­nie się ku pożądanej lub wyobrażonej roli męskiej. Można zaobserwować mniej lub bardziej wyraźne przejawy takiej postawy u dziewczynek w wieku od czterech do dziesięciu lat. Przed okresem dojrzewania i w jego trakcie znika hała­śliwe, chłopięce zachowanie, ustępując postawie kobiecej. Pod powierzchnią mogą jednak utrzymywać się pewne sil­ne i niepokojące tendencje, przejawiające się na przykład jako ambicja, dążenie do władzy i uraza wobec mężczyzny,

116


który zawsze odbierany jest jako ktoś posiadający przewa­gę, jako wojownicze nastawienie wobec niego, w postaci różnych sposobów manipulacji seksualnej, i w końcu jako zahamowania lub całkowite zablokowanie, jeśli chodzi o po­zwolenie sobie na doświadczenie seksualnego zaspokoje­nia ze strony mężczyzny.

Jedna kwestia stanie się jaśniejsza, jeśli zrozumiemy tę szkicowo zarysowaną historię rozwoju oziębłości. Jeśli spoj­rzymy na małżeństwo całościowo, dostrzeżemy, że tło, z którego bierze swój początek oziębłość, oraz sposób, w jaki wyraża się w ramach ogólnej postawy wobec męża, są istot­niejsze niż sam symptom, który będąc po prostu równo­znaczny z zaprzepaszczonymi przyjemnościami, nie jest może aż taki ważny.

Macierzyństwo jest jedną z tych funkcji kobiecych, które podatne są na wpływ takiego niekorzystnego kierunku roz­woju. Wolałabym tu nie omawiać rozmaitych sposobów, na jakie tego rodzaju fizyczne i emocjonalne zaburzenia mogą się wyrażać; ograniczę się tylko do jednej kwestii: Czy to możliwe, aby zasadniczo dobre małżeństwo ucierpiało na skutek urodzenia się dziecka? Często można usłyszeć podobne pytanie w formie bardziej zdecydowanej, a miano­wicie: Czy dzieci sprzyjają jedności małżeńskiej, czyją na­ruszają? Zadawanie tego pytania w tak ogólnej formie jest jednak bezcelowe, albowiem odpowiedź będzie zależeć od specyficznej sytuacji panującej w konkretnym małżeństwie. Dlatego moje pytanie trzeba sformułować w sposób bardziej precyzyjny. Czy dobrym relacjom pomiędzy współmałżon­kami może zaszkodzić pojawienie się dziecka?



Choć taka ewentualność wydaje się z biologicznego punk­tu widzenia paradoksalna, pod pewnymi określonymi wa­runkami natury psychologicznej może stać się faktem. Może się na przykład zdarzyć, że mężczyzna, który nieświa­domie jest silnie przywiązany do matki, zacznie odbierać swoją żonę jak matkę, kiedy ona sama faktycznie stanie się matką. W związku z tym stanie się dla niego niemożliwe

117


zbliżenie się do niej jako do obiektu seksualnego. Można bronić takiej zmiany we własnej postawie poprzez racjona­lizację, iż żona straciła na urodzie w wyniku ciąży, porodu i karmienia. Właśnie poprzez tego rodzaju racjonalizację zazwyczaj staramy się uporać z emocjami i zahamowania­mi, które wynurzają się z niepojętych głębin naszej istoty, oddziałując na nasze życie.

Jeśli chodzi o kobietę, to może się zdarzyć, że w wyniku jakiegoś wypaczenia w jej rozwoju wszystkie jej kobiece tę­sknoty zaczną skupiać się na dziecku. Stąd w dorosłym mężczyźnie kocha ona tylko dziecko - dziecko, które on sam dla niej stanowi, jak i dziecko, którym mają obdarzyć. Jeśli taka kobieta rzeczywiście urodzi dziecko, mąż staje się nie­potrzebny, a nawet irytuje ją swoimi wymaganiami.

A zatem w pewnych psychologicznych okolicznościach dziecko również może stać się przyczyną niechęci i ochło­dzenia wzajemnych stosunków.

Chciałabym w tym miejscu zakończyć, przynajmniej na jakiś czas, mimo iż nawet nie wspomniałam o innych waż­nych przyczynach mogących prowadzić do konfliktu, jak na przykład utajony homoseksualizm. Bardziej wyczerpujące potraktowanie tematu nie wniosłoby jednak nic zasadniczo nowego do wniosków płynących z omówionych powyżej psy­chologicznych wglądów.

Mój tok myślenia przebiega zatem w sposób następują­cy: Gdy w małżeństwie coś się wypala lub wkracza w nie trzecia osoba, wówczas te właśnie czynniki, które obwinia­my o rozpad małżeństwa, stanowią już następstwo pew­nych wcześniejszych okoliczności. Stanowią one rezultat procesu, który zazwyczaj pozostaje przed nami ukryty, ale który stopniowo doprowadza do niechęci wobec partnera. Źródła tej niechęci, wbrew temu, co sądzimy, mają o wiele mniej wspólnego z denerwującymi nas cechami partnera niż z nie rozwiązanymi konfliktami wynikającymi z nasze­go własnego rozwoju, które wnosimy do małżeństwa.

Stąd problemów w małżeństwie nie rozwiążemy ani po­przez napomnienia dotyczące obowiązków i wyrzeczeń, ani

118


poprzez zalecenia, aby bez żadnych ograniczeń folgować instynktom. To pierwsze podejście jest już obecnie anachro­niczne, a drugie w dość oczywisty sposób nie sprzyja nasze­mu dążeniu do szczęścia, nie mówiąc już o tym, że grozi nam ono zagubieniem naszych najcenniejszych wartości. Prawdę mówiąc, kwestię tę należałoby postawić w sposób następujący: Jakie czynniki, które prowadzą do uczucia niechęci wobec współmałżonka, są możliwe do uniknięcia? Oddziaływanie których z nich można złagodzić? Które moż­na przezwyciężyć? Elementów wprowadzających zbyt wiel­ką dysharmonię w rozwoju można uniknąć, a przynajmniej można osłabić ich wpływ. Można z dużą dozą słuszności powiedzieć, że szansę małżeństwa uzależnione są od stop­nia dojrzałości emocjonalnej osiągniętego przez oboje part­nerów przed ślubem. Wydaje się, że wielu trudności nie sposób uniknąć. Może częścią naszej ludzkiej natury jest oczekiwanie, że spełnieniem zostaniemy obdarowani, nie musząc na nie zapracować. Możliwe, że zasadniczo dobry, to znaczy wolny od obaw i niepokoju związek pomiędzy płciami musi pozostać nieosiągalnym ideałem. Musimy również pogodzić się z tym, iż pewne wzajemnie sprzeczne oczekiwania w nas samych stanowią do pewnego stopnia nieodłączny element naszej istoty, a zatem, że niemożliwe będzie spełnienie ich wszystkich w ramach małżeństwa. Nasze nastawienie wobec wyrzeczeń będzie się różnić w zależności od tego, w jakim znajdziemy się momencie hi­storii. Poprzednie pokolenia domagały się zbyt dużych wy­rzeczeń, jeśli chodzi o działanie instynktów. My z kolei na ogół zbytnio obawiamy się wszelkich ograniczeń. Wydaje się, że najbardziej pożądanym celem w każdym małżeń­stwie, tak jak i w każdym innym związku, jest znalezienie równowagi pomiędzy wyrzeczeniem a przyzwoleniem, po­między ograniczaniem popędów a dawaniem im upustu. Jednakże podstawowym wyrzeczeniem, które naprawdę zagraża małżeństwu, nie jest to, które narzucane jest nam przez faktyczne niedoskonałości partnera. Moglibyśmy mu w końcu wybaczyć, że nie jest nam w stanie dać więcej, niż

119


pozwalają mu na to ograniczenia jego natury; musieliby­śmy jednak zrezygnować z innych naszych roszczeń, które -uzewnętrznione lub nie - tak łatwo zatruwają atmosferę. Musielibyśmy zrezygnować z roszczeń do odmiennych spo­sobów szukania i znajdowania zaspokojenia innych popę­dów w nas samych, nie tylko seksualnych, których nasz partner nie zaspokajał. Innymi słowy, musimy poważnie zrewidować absolutną normę monogamii poprzez ponowne zbadanie z otwartym umysłem jej pochodzenia, wartości i zagrożeń.



1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   20


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna