Dolina Szkła



Pobieranie 359,83 Kb.
Strona1/5
Data30.03.2018
Rozmiar359,83 Kb.
  1   2   3   4   5

Dolina Szkła”
Wszystko zaczęło się od małego, czerwonego punktu na niebie. Po chwili stał się on centrum wszystkich gwiazd, które lgnęły do niego niczym dziecko do matki. Ich wędrówka ku czerwieni przypominała srebrny wodospad. Gdy już każda gwiazda znalazła się w tym jednym punkcie, niebo przypominało czarny ekran z jedną, kilkukrotnie większą od słońca gwiazdą. Gwiazda rozrastała się coraz bardziej, a wokół niej powstał potężny wir, pochłaniający światło należące do ludzi. z każdej jednej żarówki, gniazdka, akumulatora wylewał się strumień srebrno-fioletowej energii. Uporządkowany ruch ładunków elektrycznych płynął do góry do tej jednej, potężnej matki światła.

Gwiezdne słońce otworzyło się, a w jego blasku stanęła Ona. Wyciągnęła prawą rękę przed siebie, a do jej dłoni poczęły wpływać wszystkie tańczące w wirze światła. Gdy już wszystko zostało pochłonięte, niebo się zamknęło, gwiazdy rozproszyły po niebie, a ziemię pochłonęły ciemności.

Mijały godziny, a prądu nie było. Nagle ludzie stracili telewizję, komputery, całą ich świętą technologię. Wykorzystując resztki baterii w telefonach komórkowych dzwonili do bliskich z innych części kraju i świata. Szybko okazało się, że prądu nie było nigdzie. Zupełnie tak jakby przestał istnieć. Przez noc nic się nie zmieniło. Rano ludzie nie wychodzili z domów, nie chcieli oglądać świata, który bez sztucznej energii zdawał się być martwy. Zostali w swoich bezpiecznych murach i czekali na cud.

Ale cud nie nadchodził. Pociągi zasnęły w głębiach stacji kolejowych, samochody w garażach, samoloty na lotniskach. Wszystkie stacje paliw upadły. Ludziom pozostało tylko czekanie. w strachu, tęsknocie, niepewności. Bez jakichkolwiek informacji.


***

Miesiąc później

Na początku czuła się tak, jakby ktoś zbudził ją po trzydziestoletniej śpiączce.Z dnia na dzień świat całkowicie zmienił sposób funkcjonowania. Nagle trzeba było nauczyć się życia na nowo. Lecz z czasem przyzwyczajenie uspokoiło cały ten strach o przyszłość. Choć większość ludzi wolała pozostać w domach, wychodząc tylko co jakiś czas po pożywienie, mała cząstka z nich wolała błąkać się po wymarłym mieście. Ich przystanią szybko stał się jedyny czynny bar w tej okolicy – „Gravitation”. Pracowała tam jako kelnerka, choć wcale nie musiała zarabiać. Od wydarzeń sprzed miesiąca cały handel opierał się na pożywieniu, więc z większością pieniędzy nie miała co zrobić. Lecz nie mogła siedzieć w domu i czekać. Chciała w miarę możliwości żyć normalnie.

Stała za barem i wycierając kufel po piwie przysłuchiwała się rozmowie dwóch mężczyzn.

-Trzeba na nowo stworzyć element, który spowoduje dostarczenie nośników ładunku… - mówił jeden tak, jakby na nowo wymyślał działanie prądu.

-Ale jak chcesz to zrobić, skoro te ładunki od razu wymierają? – zapytał jego towarzysz.

-To wszystko prawdopodobnie zależy od złego rodzaju źródeł prądu. Być może te, którymi dysponowaliśmy do tej pory, na przykład cewka indukcyjna, nie wystarczą. Earie! – zwrócił się do niej, uśmiechając się spod gęstej brody. – Nalej mi dziecko jeszcze trochę ciemnego piwa.

-Już się robi – odparła.

-Być może jesteśmy zmuszeni stworzyć coś nowego – mówił dalej.

Napój spływał leniwie po ściankach kufla. Lubiła tu przebywać. Obserwowanie ludzi, którym wciąż chce się żyć, dodawało jej siły.

-Proszę bardzo – mówiąc to położyła kufel przed mężczyzną. – Widzę, że nadal pan walczy.

-Tak… To dobre słowo – mówiąc to pociągnął spory łyk piwa. – Walczę. Nie jest dobrze, oj nie jest.

-Będzie dobrze – odrzekła przez uśmiech. – Ważne, że piwa nie brakuje – zaśmiała się, odrzucając złoty warkocz do tyłu.

Gdy opuściła bar, księżyc od dawna wisiał na niebie. Jej dom znajdował się pół godziny drogi od baru, jednak nie bała się tego, co kryła noc.

Miasto bez światła wyglądało przerażająco. Każda uliczka przypominała drogę do piekła. Manekiny na wystawach nieczynnych sklepów, zdawały się obserwować ją szyderczo. Droga była oblodzona, co znacznie utrudniało poruszanie się. Przechodząc obok katedry zawsze czuła jak po plecach przebiega jej dreszcz. Mimo tego, że nie była duża, to i tak w nocy straszyła swym wyglądem. Spojrzała w niebo. Kłębiły się na nim gęste chmury, zwiastujące burzę śnieżną. Widząc to, przyspieszyła kroku.

Zastanawiała się jak wygląda teraz Londyn. Choć od Chelmsford dzieliły go 42 kilometry, to bez środków transportu dotarcie tam graniczyło z cudem. Wyobrażała sobie te wygasłe telebimy, umarłe kluby, tysiące wygasłych latarni, pozostawione samochody na ulicach, metra zatrzymane w połowie trasy. Myślała jak ludzie radzą sobie z pożywieniem. w okolicach Chelmsford aż roiło się od wsi, więc nie był to tutaj duży problem. Ale co z centrum potęgi?

Gdy w końcu dotarła do domu, od razu poszła do łóżka. Nie myślała o niczym przed snem. Od razu pozwoliła sobie udać się do zakamarków swojego umysłu.


***

Dwoje srebrnych oczu wpatrywało się w niego przeszywająco. Od samego początku spotkania nie odezwała się ani słowem, choć mówił do niej już od kilkunastu minut. Patrzyła na niego, jakby czytając z jego twarzy, czy to, co mówi jest prawdą. Nie potrafił spojrzeć jej w oczy, choć czuł jak obserwowała go spod rzęs.

Skończył mówić, a ona wciąż tylko na niego patrzyła. Spojrzał na jej twarz. Nie wyrażała żadnych emocji. Nie wiedział jak długo to trwało. Trwał nieruchomo, klęcząc na jednym kolanie. Nie potrafił na nią patrzeć zbyt długo. Bał się każdego jej kroku.

Gdy w końcu otworzyła usta, jego dłoń odruchowo powędrowała w kierunku skórzanego pasa, za którym spoczywał pistolet. Jej głos był delikatny i rozkoszny, niczym śmiech dziecka.

-Zatem wypuście ich. Niech go szukają. Znajdźcie go i wezwijcie do mnie.

Po tych słowach odeszła w mrok.


***

Obudził ją nagły, oślepiający błysk, wpadający przez okno. Pierwszą jej myślą, było to, że w końcu wrócił prąd, lecz myliła się. Gdy spojrzała zaspanym wzrokiem przez szybę, ujrzała podobny widok do tego sprzed miesiąca. Gwiazdy skulone w jednym miejscu, potężne słońce, niebo pozbawione światła, prócz tego jednego punktu. Niewiele myśląc, wybiegła na zewnątrz.

Niebo po raz kolejny otworzyło się. Przez gwiezdną bramę zaczęły wysypywać się czarne punkty, biegnące coraz szybciej w stronę ziemi. Były ich tysiące, setki tysięcy. Stada tych dziwnych istot wylewały się z nieba jak szarańcza.

Stada potężnych, czarnych koni cwałowały ku ziemi. Na ich grzbietach siedzieli okryci metalowymi zbrojami jeźdźcy. Ich twarze zasłaniały czarne maski. Na każdej z nich widniał srebrny półksiężyc. Za nimi, przyczepione do zbroi, unosiły się długie, czarne peleryny. Konie w żadnym stopniu nie przypominały żywych istot. Zgięcia ich kończyn były wykonane z metalu, podobnie jak część łba i kłębu. Metalowe kopyta były pokryte grubą warstwą rdzy. Byli blisko. Kilkoro z nich być może już wylądowało.

Earie nie mogła się ruszyć. Trwała w bezruchu, okryta przerażeniem. Jeźdźcy wciąż wyjeżdżali z gwiezdnej bramy, tak, jakby było ich nieskończenie wiele.

Ocknęła się gdy dwoje metalowych koni wylądowało kilka metrów od niej. Patrzyła w ich kierunku, wciąż nie mogąc się ruszyć. Jeden z jeźdźców wyraźnie patrzył w jej kierunku. Gdy skierował skórzane wodze w jej stronę, w końcu się ruszyła. Pobiegła rozpaczliwie w stronę domu, błagając w myślach, by ten stwór jej nie dogonił. Nie odwracała się za siebie, lecz słyszała wyraźnie tętent końskich kopyt. W końcu dobiegła do upragnionych drzwi. Gdy wpadła do środka od razu rozejrzała się za czymś, czym mogłaby zaryglować wejście. Bez wahania zaczęła pchać szafę na ubrania. Gdy w końcu zakryła nią drzwi, udała się do najbliższego okna.

Było ich mnóstwo. Jeździli po ulicach i wchodzili wszędzie gdzie się da, tak, jakby czegoś szukali. Spojrzała w niebo. Gwiazdy były na swoim miejscu tak, jakby nic się nie stało. Jeszcze nigdy tak nie tęskniła za światłem. Tak bardzo chciała być teraz z rodzicami, z przyjaciółką, kimkolwiek. Wróciła do drzwi wejściowych. Szafa wciąż stała na swoim miejscu. Usiadła, opierając się o nią plecami. Bała się. Długo zajęło jej uspokojenie się. w końcu zebrała się na zamknięcie oczu, a w końcu sen.
***

Jej drobne palce stukały rytmicznie o kant marmurowego parapetu. Słońce oświetlało skąpymi promieniami jej jasną twarz. Nie mógł przestać na nią patrzeć. Była dumna, piękna i jednocześnie tak niewinna.

-Zgodził się? – spytała swym delikatnym głosem, okrywając jego postać srebrzystym wzrokiem.

-Tak, pani. Właśnie jest w drodze do Doliny Szkła.

Kobieta kiwnęła lekko głową. Na jej twarzy pierwszy raz od dziesiątek lat pojawił się delikatny uśmiech.

-A co do twoich ludzi… - mówiła dalej, nie patrząc już na niego. – To mogą tam zostać, jeśli dobrze się tam czują. Możesz im przekazać, że jestem zadowolona.

-Oczywiście, pani – skłonił się jeszcze niżej, lecz ona nie zwróciła na to uwagi. Wciąż wpatrywała się w widok zza okna.

***


Promienie słońca wpadały leniwie przez okno i osiadły na jej twarzy. Otworzyła oczy. Chwilę zajęło jej przypomnienie sobie dlaczego siedzi pod drzwiami. Gdy tylko wróciły do niej obrazy sprzed nocy, pognała do okna.

Ulice były puste. Okna wszystkich domów były zasłonięte kawałkami lnu, drewna, czasami gazetami. Nikt nie odważył się wyjść z domu, choć było już przed południem. w miejscach, gdzie nikt nie mieszkał, były wybite szyby, wywarzone drzwi, gdzieniegdzie leżały kawałki cegieł. Na zmieszanym ze śniegiem żwirze, który musiał być pozostałością po ścianach, były odbite ślady końskich kopyt.

Nie mogła całego dnia przesiedzieć w domu. Tych potworów pewnie już nawet nie było w mieście. Odsunęła szafę od drzwi, założyła płaszcz, po czym wyszła niepewnie na zewnątrz. Rozejrzała się uważnie, lecz nikogo nie zobaczyła. Płatki śniegu fruwały po mieście, tak, jakby chciały je oczyścić po wydarzeniach sprzed nocy. Jej buty zanurzały się w białej kołdrze, tak świeżej i niewydeptanej przez nikogo. Szła, nie przestając się nerwowo rozglądać, lecz wciąż nikogo nie widziała. Wszędzie walały się kawałki drewna i cegieł, w niektórych budynkach były wybite okna, jednak widać było, że potwory atakowały tylko te miejsca, w których nikt nie mieszkał. w końcu dotarła do baru. Weszła od strony zaplecza, z ciekawością, czy ktoś prócz niej przyszedł do pracy.

-Earie! – przywitał ją Henry, właściciel baru. Był to niski, siwiejący mężczyzna o brzuchu tak wielkim, że Earie nieraz zastanawiała się jak on może się poruszać. – Wiedziałem, że ty przyjdziesz.

-Dzień dobry. Był pan w domu podczas tego wczorajszego napadu? – spytała zdejmując kurtkę i sięgając po czerwony fartuch.

-Nie, w barze. Nie wracałem do domu, bałem się. Te stwory były straszne – powiedział, mnąc nerwowo brzeg koszuli.

-Ale już ich nie ma. Ulice są puste.

-To dobrze. i niech już nie wracają. Szatańskie stworzenia, eh… Nieważne. Earie, idź proszę posprzątać stoliki. i wydaje mi się, że przyszli jacyś goście.

Dziewczyna weszła za barek i rozejrzała się po pomieszczeniu. Na pierwszy rzut oka nie było w nim nikogo, dopiero później dostrzegła dwoje ludzi, siedzących w samym kącie sali. Podeszła do stolika, szukając w kieszeni fartucha notesu i czegoś do pisania.

Przy stole siedział młody mężczyzna, ubrany w szary płaszcz. Jego szatynowe włosy były starannie uczesane. Nachylał się do starszej kobiety. Była bardzo chuda, siwe włosy miała związane czarną wstążką. Była ubrana w długą, ciemnozieloną suknię. Na krześle zawiesiła czarny płaszcz. Z uwagą przysłuchiwała się słowom mężczyzny.

-To nie jest tak jak myślisz Saro… - szeptał mężczyzna. – Ona planuje coś bardzo ważnego. Po to zesłała Najeźdźców…

-Przepraszam – powiedziała Earie, stając przy stoliku. – Czy napiją się państwo czegoś?

Mężczyzna zmierzył ją wzrokiem, ale nie odpowiedział.

-A ty dziecko dlaczego nie w domu? – spytała kobieta zatroskanym głosem.

-Bo nie zamierzam się ukrywać. a państwo dlaczego nie w domu? – spytała, zerkając na mężczyznę, który patrzył tępo w stół.

Kobieta uśmiechnęła się ciepło.

-Z tego samego powodu co ty. Ale uważaj na siebie. Najeźdźcy mogą ci zrobić krzywdę.

-Ich już nie ma – odpowiedziała spokojnym głosem, przewracając kartki notesu. – Przed chwilą byłam na zewnątrz. Ulice są puste.

Sara pokiwała głową, nie przestając się uśmiechać.

-Nalej mi proszę soku pomarańczowego. James? – spytała, zerkając na mężczyznę.

-To samo – odpowiedział, nie podnosząc wzroku.

-Już się robi – powiedziała, po czym ruszyła w stronę barku, zapisując na kartce zamówienie.

Ci ludzie muszą wiedzieć coś więcej, pomyślała, wyciągając z lodówki sok w kartonie. Pospiesznie wlała go do szklanek, po czym wróciła do stolika. Tym razem to kobieta szeptała coś do mężczyzny.

-Może i tak. Ale musisz być ostrożny. Nie powinieneś jechać tam sam. To bardzo niebezpieczne.

-Proszę bardzo, sok pomarańczowy – powiedziała Earie, kładąc przed nimi szklanki.

-Dziękuję – odpowiedziała kobieta.

Earie już miała odejść, ale nie wytrzymała. Musiała zapytać.

-Czy pani wie skąd ci Najeźdźcy się tu wzięli?

Kobieta wyglądała na lekko zaskoczoną jej pytaniem. Spojrzała na Jamesa, lecz ten patrzył teraz na szklanki soku.

-Nie. Nie mam pojęcia – odpowiedziała po chwili.

-Ale przecież powiedziała pani…

-To co powiedziała Sara powinno cię najmniej obchodzić. Wracaj do wycierania stolików, bo zaraz powiem twojemu szefowi, że podsłuchujesz – przerwał jej James.

Earie patrzyła na niego przez chwilę.

-Należy się dziesięć funtów – powiedziała beznamiętnie. – Zaraz przyniosę rachunek.

-Poczekaj… - powiedziała Sara. – Najeźdźcy należą do istot, które bardzo ciężko jest zrozumieć. Dlatego najlepiej ich unikać. Przybyli tu aby… przekazać pewną wiadomość. Więcej niestety nie mogę ci powiedzieć. Ale proszę cię, bądź ostrożna.

-Jestem – odparła Earie. – I po co było być niemiłym? – zapytała Jamesa, po czym odeszła po rachunek.

Do końca dnia nikt już nie przyszedł. Earie za to zdążyła umyć podłogę, pościerać stoliki i wyszorować wszystkie szklanki. Potem posiedziała chwilę z Henrym na zapleczu, ale nie rozmawiali już o niebezpieczeństwach. Gdy ujrzała przez okno wiszący na niebie księżyc, zaczęła zbierać się do domu.

-A pan? – spytała przy drzwiach.

-Ja jeszcze zostanę jedną noc – westchnął. – Uważaj na siebie.

Earie kiwnęła głową, po czym wyszła na zewnątrz. Natychmiast uderzyła w nią ściana wiatru niosącego śnieg. Otuliła się szczelniej płaszczem, po czym ruszyła.

Szła bardzo powoli, przez wiatr i zaspy. Ledwo cokolwiek widziała, dlatego starała się iść tuż przy ścianie budynków (a przynajmniej tam gdzie jeszcze była). Czuła jak buty całkiem jej przemokły. Spojrzała w niebo. Światło księżyca leniwie spływało zza chmur.

-Cholera! – krzyknęła, potykając się o leżącą w zaspie cegłę. Zaklęła pod nosem, po czym powoli wstała.

Po kilku minutach drogi znów się zatrzymała. Zdawało się jej, że usłyszała coś na kształt tętentu kopyt. Stała przez chwilę z zamkniętymi oczami i słuchała. Dźwięk był coraz bliżej. Słyszała go za sobą coraz wyraźniej. Odwróciła się za siebie, z nadzieją, że to wszystko jej się wydaje, ale niestety tak nie było.

Potężny, pół blaszany koń pędził w jej kierunku, niosąc na grzbiecie odzianego w metal jeźdźca. Galopował ku niej, rozbryzgując dookoła zaspy śniegu.

Earie wrzasnęła, po czym zaczęła rozpaczliwie biec. Jednak przez zaspy i wiatr nie uciekła daleko. Już po kilku chwilach Najeźdźca był tuż przy niej. w ręku trzymał coś na kształt srebrnej laski, której koniec świecił fioletowym płomieniem. Wpatrywał się w nią zza czarnej maski.

Dziewczyna przez chwilę nie mogła się ruszyć. Patrzyła na niego błagalnym spojrzeniem.

-Odejdź… - wyszeptała.

Najeźdźca zszedł z konia, po czym ruszył w jej kierunku, wyciągając ku niej płonącą laskę.

-Odejdź stąd, ty szatańska cholero! – zdobyła się na krzyk.

Po chwili zorientowała się, że jest ich więcej. Wyjeżdżali zza uliczek i jechali stępem ku niej.

Earie znów wrzasnęła, gdy Najeźdźca wycelował w nią fioletowy ogień. Poruszał się trochę jak mechaniczna zabawka, a jego ruchy były dość powolne. Zamachnął się, celując w głowę, lecz Earie zrobiła unik, dostając tym samym w ramię. Poczuła przeszywający ból, tak, jakby przez całą jej rękę przeszedł palący prąd. Najeźdźca zamachnął się ponownie.

Dziewczyna skuliła się, czekając na cios, który nie nadszedł. Usłyszała huk, dochodzący kilka metrów od niej. Z piersi Najeźdźcy wytrysnęła krew, a on padł martwy na ziemię. Chciała uciec, lecz już po dwóch krokach potknęła się i przewróciła. Spróbowała wstać, lecz nie dała rady. Spojrzała na rękę. Cały rękaw płaszcza był spalony. Po sczerniałych nitkach spływała strużka krwi.

Po chwili ujrzała, że kuca przy niej Sara. Trzymała w ręku pistolet i strzelała do dwóch pędzących ku niej Najeźdźców. Trochę dalej od nich stał James, który również walczył z sześcioma, lub siedmioma Najeźdźcami. Co chwilę od ścian budynków odbijał się huk pistoletów.

Earie poczuła na swoim czole dłoń Sary.

-Będzie dobrze, maleńka. Prosiłam cię, żebyś uważała – mówiąc to patrzyła na nią zatroskanym wzrokiem.

Dziewczyna lekko kiwnęła głową, po czym spojrzała na rękę. Cała była we krwi. Spojrzała za Sarę.

-Uważaj, za tobą! – wrzasnęła, widząc jadącego ku nim Najeźdźcę.

Sara natychmiast się odwróciła i oddała strzał. Najeźdźca zsunął się z konia i wpadł prosto pod kopyta innych koni.

-Dzielna dziewczynka – powiedziała Sara, głaszcząc ją po głowie. Earie uśmiechnęła się lekko. Spojrzała na Jamesa, który wciąż strzelał do Najeźdźców.

Poczuła jak zasypia. Sara zaczęła się oddalać, w jej ślady poszły budynki, Najeźdźcy, James… Wszystko powoli odpływało, rozmazywało się, aż w końcu zniknęło.


***


Głos docierał do niej jakby z pod wody. Długo zajęło jej zrozumienie pojedynczych słów, a następnie składanie ich w zdania.

-Nie, nie ma mowy…

-Nie rozumiem przed czym się tak bronisz. Nie możesz jechać sam, źle się to skończy.

Otworzyła powoli oczy. Blask światła, pochodzący od stojących obok świeczek, oślepił ją na chwilę. Potem zaczęła powoli rozróżniać pojedyncze przedmioty. Stary, drewniany stół, dziurawa kanapa, szafa bez drzwi. Po chwili zorientowała się, że ktoś siedzi przy stole. Najpierw poznała Sarę, a dopiero potem Jamesa, siedzącego po przeciwnej stronie. Spojrzała przez okno. Słońce powoli wschodziło.

-Ale w czym miałaby mi pomóc? – pytał James, nawet nie próbują ściszyć głosu.

Poczuła ból w prawej ręce. Miała na niej zawiązany bandaż. Powoli dochodziły do niej obrazy sprzed nocy.

-Saro… - wyszeptała najgłośniej jak potrafiła.

Kobieta zerwała się momentalnie, po czym podeszła do łóżka, na którym leżała Earie. Dziewczyna nie mogła się nadziwić jak taka stara osoba może mieć tyle energii.

-Jak się czujesz? - spytała kobieta, odgarniając Earie kosmyk włosów z czoła.

-W porządku – odpowiedziała słabo. – Tylko ręka mnie trochę boli – dodała po chwili.

Sara uśmiechnęła się ciepło.

-Spokojnie, zaraz powinna przestać.

Earie odwzajemniła uśmiech. Spojrzała w zielone, kocie oczy kobiety.

-Dziękuję. Uratowaliście mi wczoraj życie – powiedziała po chwili.

-Nie ma za co, aniołku. Oni nie mieli prawa cię zaatakować.

-Więc dlaczego to zrobili? – zapytała dużo głośniej. Czuła jak wracają jej siły.

-Trzeba było nas posłuchać i siedzieć w domu. a nie chodzić w środku nocy po ulicach, wiedząc, że można spotkać kogoś takiego – powiedział James, patrząc w jej stronę niemiłym wzrokiem.

-Ale rano ich nie było – mruknęła pod nosem.

-Nieważne, już jesteś bezpieczna – powiedziała Sara, znów poprawiając jej niesforne włosy. – Właściwie to… Mam dla ciebie propozycję.

-Sara! – warknął James.

-Nie pytam ciebie o zdanie. Jak masz na imię, aniołku?

-Earie – odpowiedziała.

-Earie – powtórzyła Sara. - w tym mieście jest bardzo niebezpiecznie. Lecz ja widzę w tobie dużo odwagi i waleczności, Earie. Chciałabym, abyś udała się z Jamesem w bardzo długą wędrówkę, do Doliny Szkła. Tam nie spotka cię nic niebezpiecznego. Będziesz mogła tam się schować i poczekać, aż wszystko wróci do normy. W zamian za to pragnę, abyś była przy Jamesie i pomogła mu, gdy będzie trzeba.

-Zaraz, chwileczkę – przerwała jej Earie. – Kim wy właściwie jesteście? I gdzie leży ta Dolina Szkła i po co chcesz się tam dostać? – spytała Jamesa, który nie odpowiedział, tylko uniósł na chwilę jedną brew.

-Dolina Szkła jest miejscem, którego nie znajdziesz na żadnej mapie – odpowiedziała Sara. - Jest położone w zupełnie innej przestrzeni. Jest tam pewne miejsce, do którego został wezwany James.

-Po co?


-Sama nie wiem. i on również. Ale jest to coś bardzo ważnego.

Earie przez chwilę nic nie mówiła. Spojrzała na Jamesa, który udawał, że widzi coś ciekawego za oknem.

-Kim są Najeźdźcy? – zapytała w końcu.

-Są posłańcami. To oni przekazali Jamesowi, że jest wezwany do Doliny Szkła.

-Skoro już to przekazali, to po co wciąż są w mieście?

-Być może pozwolono im zostać. A poza tym, oni są nie tylko w tym mieście. Skoro otworzono im Przejście na Ziemię, mogą być wszędzie. Choć z pewnością przebywają w największych miastach, gdzie jest dużo ludzi.

-Ale przez nich ludzie boją się wychodzić z domów. Nie możecie nic zrobić?

Sara pokręciła głową.

-Niestety nie.

- Byłaś kiedyś w Dolinie Szkła, Saro?

-Tak, kiedyś tam mieszkałam. Ale to stare dzieje. Więc Earie, czy mogę liczyć na twoją pomoc? Ja już jestem za stara, a James nie powinien jechać sam.

Earie popatrzyła na Jamesa. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę, po czym oboje odwrócili wzrok.

-Chętnie zobaczę Dolinę Szkła – powiedziała. – Tylko nie wiem, czy James w ogóle tego chce. Z tego co widzę on mnie nawet nie lubi.

James wstał z krzesła, po czym podszedł do łóżka.

-Dobrze, zgadzam się. Ale masz mnie słuchać, nie zadawać zbędnych pytań i pilnować się. Bo ja nie zamierzam się tobą opiekować. Rozstajemy się w Dolinie Szkła, jasne?

Earie wzruszyła ramionami.

-Jasne. Więc kiedy wyruszamy?

-Za chwilę. Więc lepiej się zbieraj. Idę osiodłać konia.

-Konia? – powtórzyła ze zdziwieniem. – Da radę dojechać tak daleko?

James przewrócił oczami.

-A czym chciałaś podróżować, pociągiem? Czekam przy wyjściu – po tych słowach wyszedł.

Sara przygotowała jej wcześniej wszystkie rzeczy. Gdy ściągnęła Earie bandaż, ręka była całkiem zdrowa. Gdy wyszły przed budynek, James podciągał popręg. Koń, z którym mieli podróżować, nie miał w sobie nic z żywego stworzenia. Wyglądał zupełnie jak te pół-mechaniczne istoty, na których przybyli Najeźdźcy.

-Ten koń cokolwiek czuje? – zapytała, klepiąc go delikatnie.

-Niewiele. Możesz już przestać pytać? Musimy jechać, nim ludzie się obudzą.

James pomógł Earie wsiąść, a następnie usiadł przed nią. Earie wahając się, objęła go w pasie.

-Uważajcie na siebie – powiedziała Sara, żegnając się z nimi.

Przez kilka minut jechali kłusem w stronę lasu. Gdy w końcu wjechali między drzewa, James pogonił konia łydkami, zmuszając go do galopu. Earie odchyliła się do tyłu, czując delikatne kołysanie zwierzęcia. Nagle James wyciągnął spod koszuli srebrny łańcuch, na którym było coś zawieszone. Zaczął coraz mocniej ponaglać zwierzę, które płynnie przeszło do cwału. Earie chwyciła mocniej Jamesa, wtulając się w niego. Koń pędził właśnie szybciej od wszystkich pojazdów jakie znała, razem wziętych. Nie była już w stanie odróżnić pojedynczych drzew. Wszystko stało się jedną, rozmazaną plamą. Koń z każdą chwilą pędził coraz szybciej. Nagle ujrzała srebrne światło, które pochłonęło ich do swego wnętrza. Przez chwilę trwali w nicości. Nie mogła dostrzec niczego, prócz srebrnego tła. Następnie znów coś błysnęło, a oni cwałowali właśnie po niebie zmierzając w stronę ziemi. Gdy tylko końskie kopyta dotknęły śniegu, James zatrzymał się gwałtownie.



  1   2   3   4   5


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna