Bez strachu. Tom (Całość)



Pobieranie 1,61 Mb.
Strona1/21
Data22.12.2017
Rozmiar1,61 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   21

ALBIN SIWAK
BEZ STRACHU

WSPOMIENIA STARE I NOWE

TOM III
SPIS ROZDZIAŁÓW
ROZDZIAŁ 01. LUDZIE LISTY PISZĄ

ROZDZIAŁ 02. TECZKI – LUDZKIE DRAMATY

ROZDZIAŁ 03. JEZUITA

ROZDZIAŁ 04. SZUKALIŚMY SIĘ NAWZAJEM

ROZDZIAŁ 05. ROZDZIAŁ_06._PAPIEREK_NA_ROZUM__ROZDZIAŁ_07._W_BERLINIE_U_ANTYFASZYSTÓW'>SARKOFAG NAD SOLINĄ

ROZDZIAŁ 06. PAPIEREK NA ROZUM

ROZDZIAŁ 07. W BERLINIE U ANTYFASZYSTÓW

ROZDZIAŁ 08. GENERAŁ „GRZEGORZ” KORCZYŃSKI

ROZDZIAŁ 09. CHORĄŻY WACŁAW ZAKRZEWSKI

ROZDZIAŁ 10. POŻYTECZNI IDIOCI

ROZDZIAŁ 11. DŻAMAHIRIJJA CZY KAPITALIZM?

ROZDZIAŁ 12. POWRÓT DO DOMU

ROZDZIAŁ 13. PIEKŁO

ROZDZIAŁ 14. POJEDYNEK

ROZDZIAŁ 15. KTO RZĄDZI POLSKĄ? NIECH ŚWIADCZĄ FAKTY!

ROZDZIAŁ 16. PROROK, CZY PRZEWIDUJĄCY POLITYK?

ROZDZIAŁ 17. OCALAŁ, BY ŚWIADCZYC O PRAWDZIE

ROZDZIAŁ 18. OSTRE STRACIE

ROZDZIAŁ 19. KONTYNENT PEŁEN BOGACTW NATURALNYCH

ROZDZIAŁ 20. OPERACJA, DOKTOR, SZOK I PRZERAŻENIE

ROZDZIAŁ 21. ???

ROZDZIAŁ 22. PARTYJNA „RAZWIEDKA”

ROZDZIAŁ 23. Z WIZYTĄ U PRZYJACIÓŁ

ROZDZIAŁ 24. DZIECKO JAKO WRÓG NARODU

ROZDZIAŁ 25. CZY DIABEŁ ZAMIESZAŁ OGONEM?

ROZDZIAŁ 26. RUZGA

ROZDZIAŁ 27. GENERAŁ PATTON I KONGRESMEN PATTON

ROZDZIAŁ 28. NIE WIEDZIAŁEM ILE MAM DZIECI

ROZDZIAŁ 29. WARIAT

= = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = = =


ROZDZIAŁ 01.

LUDZIE LISTY PISZĄ
Książki, które do tej pory napisałem i wydałem rozeszły się szybko nie tylko w Polsce, ale również w wielu innych krajach. Czytelnicy moich książek po ich przeczytaniu koniecznie chcieli podzielić się swoimi uwagami, wnioskami, a czasem faktami, jakie znają ze swojego życia i histlorii swojej rodziny i dlatego ciągle dostawałem i dostaję listy z różnych zakątków Polski i świata. W każdym liście są słowa zachęcające do pisania i pokazywania prawdy historycznej, prawdy o naszym polskim losie, bardzo często okrutnie pokręconym i zagmatwanym niczym węzeł gordyjski.

Ludzie piszący do mnie, to ludzie czuli na polską rację stanu, tacy co żyją na co dzień problemami jakie niesie życie. Uważnie słuchają i czytają wszystko, co ma związek z naszym życiem i naszym krajem. To niezwykli ludzie - poczynając od biskupa Tokarczyka (wielkiego Polaka, patrioty i duchownego, który nie uległ modzie na religię starszych braci, choć ostatnio namnożyło się ich w naszym kościele i robią wszystko, ażeby wiernych Bogu Polaków przeprowadzić z kościoła do synagogi), czy księdza J. Kluza, który obecnie żyje w domu opieki dla księży w Korczynie. (Józef Kluz, to człowiek, który całe swe życie poświęcił kapelaństwu, służąc Bogu i ludziom. Milo mi było, gdy spotkałem wiernych z jego parafii i oni o swoim proboszczu mówili same dobre słowa, o tym jak dobrym jest człowiekiem i jak go szanują). To również młodzi księża, którzy niedawno objęli swe parafie na Warmii i Mazurach. (Przeszli oni przez seminaria, do których wstąpili też młodzi Żydzi i widzieli jak na co dzień ci przyszli duchowni lekceważyli sobie zasady życia i reguły w seminarium. Widać było, że nie z miłości do wiary, do Boga, przyszli się uczyć, a dlatego, że im przełożeni ich gmin żydowskich kazali. Przyszli nie w celu umacniania wiary Chrystusowej, a w celu podważania jej i siania zamętu, a w sumie odstępstwa od wiary chrześcijańskiej.

Moje życie przecież toczyło się przez kilkadziesiąt lat wśród prostych ludzi, często posługujących się wulgarnym językiem. Budowy to nie Wersal i chlebem powszednim było pijaństwo i różne złe zachowania. Tonęli w tej masie ludzie inteligentni i dobrze, bo tacy też pracowali na budowie. A więc znam życie wśród ludzi, którzy nie zdobyli wykształcenia, nie nabyli ogłady i nie nauczyli się „stylu bycia” tych, co już wtedy tworzyli polską inteligencję. Później zaś przyszło mi ( z racji awansów w Związkach Zawodowych) być „na świeczniku” i bywać w wielkim świecie, a następnie (w związku ze stanowiskiem w partii) poznać ludzi, do których rzadko zwykli zjadacze chleba mieli dostęp. Los też pozwolił mi przez kilka lat pracować, jako dyplomata w służbie zagranicznej. I to też duża szkoła doświadczenia. Dlatego też umiem ocenić wszystkie uwagi i propozycje, które to moi czytelnicy przysłali do mnie.

Są oczywiście i takie listy, w których widać, że piszący nie mają rozeznania i wiedzy, jak to naprawdę było w czasach PRL-u . I wydaje im się, że można było w okresie PRL zebrać wokół siebie patriotów i dokonać zmiany ustrojowej. To świadczy o tym, że ci, którzy tak myślą nie znają ani klimatu politycznego, ani możliwości MSW i służb tego resortu, ani nie wiedzą jak pod byle jakim pozorem ginęli bez śladu ludzie. Nie zdają sobie też sprawy jak czuwali Żydzi, ażeby nic, co mogłoby doprowadzić do obalenia ustroju socjalistycznego nie mogło powstać. Zresztą tym odważnym, którzy teraz piszą, że oni by wtedy dokonali obalenia ustroju, proponuję: „Zróbcie teraz coś, ażeby wyrwać władze z rąk wrogów Ojczyzny – tych samych wrogów co i wtedy”.

W prawie trzech tysiącach listów, które otrzymałem od różnych ludzi, dominuje troska o Polskę. I nieważne, kto jakiego jest stanu i na ile trafnie potrafi określić, co należałoby w tej sytuacji robić. Wszystkie te, lepiej czy gorzej napisane listy, przepełnione są bólem i zmartwieniem, że to nie Polacy rządzą sobą i swoim krajem. Autorzy tych listów, to często ludzie, którzy zawiedli się na partii w czasach PRL-u, ludzie, którzy walczyli z PRL-em i byli działaczami Solidarności, po czym też przeżyli rozczarowanie, bo nie pytając nikogo o zgodę doradcy Solidarności, po plecach tych działaczy, weszli do władz i teraz prowadzą politykę sprzeczną z duchem Solidarności, a na dodatek wmawiają nam, że to dla dobra Polski i Polaków.

Czytelnik może pominąć rozdział „Ludzie listy piszą” i może interesować go będzie wyłącznie treść książki napisanej przeze mnie. Osobiście jednak uważam, że te właśnie listy świadczą o tym, co ludzie myślą o naszej rzeczywistości, co myślą czytając moje książki, jak oceniają sytuację w Polsce i na świecie, jakie widzą wyjście z tej trudnej sytuacji. …

Skoro już piszę o tych listach, to muszę podkreślić, że są one różne, bardzo różne, bo z jednych można się śmiać, inne są bardzo poważne i każą się zastanowić nad jakąś propozycją czy uwagami. Niektóre są bardzo krótkie, ale są kwintesencją poglądów autorów. Inne są bardzo długie, ale na tyle ciekawe, iż uważam, że należy je całe zamieścić w książce. Czytelnik zaś sam zadecyduje czy woli je przeczytać, czy ominąć.

Autor przepięknej książki o tym, jak powstało państwo polskie, pan Winicjusz Kossakowski, podarował mi swe dzieło i napisał: „Temu, który odważył się być Polakiem wśród sfory antypolskich kundli - Albinowi Siwakowi – Winicjusz Kossakowski”. A księga nosi tytuł „Polskie ruiny przemówiły”.

Pani Alicja Bieńkowska z warszawy pisze tak: „Szanowny panie! Przez pana omal nie dostałam zawału. A było to tak. Wczoraj otrzymałam od pana pańskie książki. Natychmiast rozpakowałam i zaczęłam czytać, chociaż nie jadłam, jeszcze śniadania. Nie jadłam, nie piłam, a nawet nie zdążyłam zapalić papierosa i obejrzeć dziennika w TV. Do wieczora połknęłam, pierwszy tom, bo pana książek się nie czyta tylko połyka. Po krótkiej przerwie i wypiciu kawy rzuciłam się na drugi tom. Około siódmej rano, kiedy już świtało i kończyłam czytanie, serce mi zaczęło niebezpiecznie pikać. A jestem już dość wiekowa. Więc musiałam się trochę zdrzemnąć by nabrać sił. A gdy już doszłam do siebie, to wzięłam się za zapisywanie swoich wrażeń. Niech Bóg da panu dużo zdrowia i sił, żeby mógł pan dalej pisać te białe kruki”.

Pan Remi Kaleta, major, pilot I klasy, pisze tak: „Szanowny Autorze! Pozdrawiam i życzę dobrego zdrowia, pozostałe rzeczy w swojej wielkości już mamy poza sobą. Jestem w trakcie czytania szanownego pana książek, czyli myśli zebranych w kilku książkach. Zbiór wspomnień starych i nowych pod tytułem „Bez strachu” . Jest to próba wyjęcia na powierzchnie ogólnoludzką pilnie strzeżonej tajemnicy wypracowanej przez tysiąclecia, metody życia małego plemienia żydowskiego na barkach narodów świata. Dwa tysiące lat wstecz naród żydowski przetrwonił własną ojczyznę, własną ziemię i władzę. Osiadł na narodach, żył z ich dóbr, wolności i władzy. Dzisiaj, gdy odzyskał własną ziemię, znowu kosztem innych narodów, przez 60 lat rozpycha się terytorialnymi rozbojami, siejąc wokół siebie światowy niepokój zarzewie wojen. Żydzi potęgą pieniądza stają się coraz większym zagrożeniem światowej równowagi. To co pan napisał, to nie jest antysemityzm. To jest otwieranie na siłę Polakom oczu o powrocie żydostwa, między innymi do naszych domów, naszej psychiki, i naszego życia”. Pan Remi Kaleta jest autorem książki „Latający włóczęga”. Pasjonująca książka o nauce i lataniu na bojowych myśliwcach! A gdy już lata nie pozwalały na latanie na bojowych maszynach, to autor książki zajął się pracą w Afryce, w lotnictwie cywilnym o rolniczym.

Pan Zenon Zięba z Katowic pisze tak: „ Moja wiedza o Albinie Siwaku była skąpa. Ograniczała się do stwierdzenia podawanego w mediach, że jest to prymitywny robotnik z pokolenia Kolumbów, pnący się do władzy. Media już w nowej Polsce prześcigały się w kompromitowaniu Siwaka. Czasami było to tak naciągane, że aż bolesne. Dlatego też dla mnie było wielkim zaskoczeniem, że ten prymitywny człowiek, tak obrzucany błotem przez dziennikarzy, napisał kilka podobno dobrych książek. Z ciekawości kupiłem jego książki i przeczytałem bardzo dokładne. Okazuje się, że jest to człowiek o szerokiej wiedzy, rzeczywisty budowniczy Warszawy, oddany działacz związkowy, polityk wielkiego formatu, patriota czynu. Jest człowiekiem wrażliwym na ludzka krzywdę, dlatego też, gdy już był w partii to słusznie, że jemu powierzono kierowanie bardzo ważną komisją w KC. W swoim zaangażowaniu dla ludzi był podobny do brata Alberta. A na końcu ujawnił swój talent literacki. Trudno mi pojąc, dlaczego Siwak nie podjął nauki w szkole wyższej, aby poprawić swój wizerunek społeczny. Został robotnikiem. Zrobił dużo dobrego w dziedzinie budownictwa mieszkaniowego.

Śmiało mogę powiedzieć, że przerósł w tym zakresie Mateusza Birkuta. Można powiedzieć, że to „człowiek z żelaza”. Pasuje do niego wizerunek Cezarego Baryki, zakochanego w wizji szklanych domów (…). Zaszedł wysoko, tak w działalności związkowej, jak i w partyjnej. Wszędzie gdzie się znalazł dbał o ludzkie sprawy i dobro Polski. Ja osobiście uznaję takich działaczy społeczno-politycznych, którzy w swoim życiu nie bali się pługa, kosy, młota i taczek, kilofa i łopaty, a przy tym robili użytek z własnego rozumu, a Siwak właśnie takim był. Z lektury jego książek oraz z opinii ludzi, którzy go znali, wynika, że nie był to człowiek kompromisu. W imię wyższych wartości takich jak prawda, równość i sprawiedliwość, dobro ojczyzny, narażał się dookoła. Nie przepuszczał nawet hierarchom kościoła i niektórzy go mocno krytykowali. Podzielam pogląd Siwaka, ze robotnicy strajkujący w roku 1980 zostali sromotnie oszukani. Polska została ograbiona z majątku wytworzonego w okresie PRL . Albin Siwak ma słuszną obsesję, ze całe społeczne zło spowodowali Żydzi. Trzeba być ślepym i głuchym, żeby tego nie widzieć i nie rozumieć. O brygadzie Albina Siwaka nie będzie obecnie pieśni jak za PRL, gdzie śpiewano o ludziach ciężkiej pracy. Nie powstaje tez żadne muzeum odbudowy Warszawy. Sława i chwała obejmuje wyłącznie tych, co po plecach robotników wspięli się do władzy. Swoim budują muzeum i swoim poświęcają liczne filmy i pieśni. Na zakończenie tych rozważań chciałbym zawołać wielkim głosem – pisz Albin, pisz dużo, podobnie jak to czynił Julian Kwalec, Roman Bratny czy Edward Redliński. Pisz prawdę o czasie, który wyznaczyła nam historia. Pisz o ludziach wielkiego serca, którzy podejmując walkę o wolną Polskę bez Żydów i ich pomocników służącym im za judaszowe pieniądze. Przyjdzie jeszcze taki czas, że twoje książki będą obowiązywać za lektury szkolne. , w bibliotekach będą białymi krukami”. Tyle pan Zenon Zięba z Katowic.

A teraz pan Ireneusz Trzciński z Bydgoszczy.: „Drogi Albinie, jestem rok starszy od Ciebie i proponuję zwracać się do mnie po imieniu. Jestem po lekturze napisanej przez Ciebie książki „Trwałe ślady”. Od dawna nie czytałem książki napisanej tak prostym językiem, a jednocześnie tak barwnym i wspaniałym językiem polskim. Jest to dzieło napisane z wielkim talentem. Zechciej więc przyjąć gratulacje za tak wielki trud i poświecenie, jakiego nie żałowałeś dla innych. W tej książce dałeś wykładnię o charakterach ludzi stojących u steru władzy lub dążących do jej zdobycia, którzy nie zawsze zdają sobie sprawę z faktu swej odpowiedzialności. Obaj jesteśmy z tego samego pokolenia, któremu los przydzielił budowę Ojczyzny, po wojnie zniszczonej przez wrogów. To nam się udało. Tez jestem budowlańcem jak Ty. Na stronicach Twojej książki „Trwałe ślady” wyczytać można jeszcze jeden trwały ślad - ślad benedyktyńskiej pracy jej autora, który całe swe dotychczasowe życie poświęca dla innych. Niektóre z rozdziałów czytałem wielokrotnie. Dużo opisanych zdarzeń wyciska łzy z oczu i nie szkoda tych łez. Jeszcze raz dziękuje Ci drogi Albinie. Twój przyjaciel Ireneusz Trzciński”.

Szanowny Panie Siwak! - pisze pan Tomasz Sowiński z Olsztyna – Przygotowuję własną książkę o terenie Warmii i Mazur. Wydaję też takich autorów, którzy ciekawie piszą o tym terenie. Ale powiem na samym początku, że tak wciągająco napisanej książki jeszcze nie spotkałem. Tak dokładnie opisanych historii i to autentycznych, bo jeździłem śladami pańskiej książki, również nie spotkałem, a ludzie których spotkałem je potwierdzili. Na przykład Jan Sendler w Lutrach, ale i wielu innych. Dlatego też proponuję panu umowę. Ja wydam książkę „Rozdarte życie” tylko zmienię jej tytuł nas „Historie niewiarygodnie prawdziwe”. Oczywiście zapłacę panu za zgodne na drukowanie”.

Oczywiście się zgodziłem i w bibliotekach, w księgarniach, a nawet na bazarach Warmii znalazła się moja książka.

Pan Tomasz Rafalski też z Olsztyna pisze tak: „Panie Albinie , jestem panu bardzo wdzięczny za pana wszystkie książki. Są wspaniałe,płynące z głębi serce i prawdziwe, bo żyję na terenie opisywanym przez pana i ludzie starsi to potwierdzają. Ważne jest, by jak największa liczba Polaków, ale Słowian, zapoznała się z pana książkami. Musi trafić do świadomości polskiego narodu, jaka role odgrywali, i nadal odgrywają, Żydzi w Polsce. Te odniesienia Pana spostrzeżenia i fakty pozwolą ludziom znaleźć właściwy punkt odniesienia do wydarzeń ostatnich lat i zrozumieć porywy błędnych nadziei, jakie Polacy mieli na początku lat dziewięćdziesiątych i co skutecznie rozwiało te nadzieje na wolną i niezwisłą Polskę. Nie należy tracić nadziei na odzyskanie Polski z rąk antypolskich polityków, którzy zaprzedali się Żydom. Odzyskanie wyalienowanej młodzieży dla odrodzenia Polski nastąpi, jak to już się stało wa naszej historii. Wymarsz Pierwszej Kadrowej Kompanii Legionów, grupki około stu patriotów, którym nikt nigdy nie wróżył sukcesu był tym początkiem, tym kamykiem, który uruchomił lawinę czynu i zrywu patriotycznego. I tak też będzie, że zdarzy się coś, co spowoduje zmianę i odwróci sposób widzenia spraw Polski”.

Szczególnym szacunkiem darzę wielkiego Polska i patriotę, księdza arcybiskupa Ignacego Tokarczuka. Ten doświadczony, przez złych ludzi i los, człowiek, przeżył wymordowanie przez bandy ukraińskie swoich najbliższych, widział rozpacz mordowanych w bestialski sposób swoich wiernych. Odważnie zachowywał się w okresie PRL. Ma ogromny autorytet wśród swoich wiernych w diecezji przemyskiej oraz dobrą opinię u Polaków w całym kraju. Jest duchownym i Polakiem i nie uległ żadnemu Życińskiemu czy Muszyńskiemu. Nasza znajomość jest owocem mego pobytu w sanatorium w Iwoniczu Zdroju, gdzie los posadził nas przy jednym stole z księdzem Józefem Kluzem, przyjacielem arcybiskupa Tokarczuka. Korespondujemy tylko okazjonalnie, są to jednak dla mnie bardzo ważne listy. W jednym z nich, z początku naszej znajomości, arcybiskup Tokarczuk pisze: „Szanowny Panie Albinie. Pragnę zrealizować obietnicę daną Panu kilka tygodni temu i dlatego pisze ten list. Dokładnie zorientowałem się w treści trzech Pana książek, które mi pan ofiarował. Okres historyczny, które one opisują, jest bardzo skomplikowany pod każdym względem, stąd łatwo się zgubić w tym wszystkim. Straszliwe było pomieszanie dobra o zła, prawdy i kłamstwa, bohaterstwa i upodlenia. I na tym to tle nasuwają mi się następujące spostrzeżenia odnośnie pana, jako człowieka i pańskiej postawy pisarskiej. Po pierwsze - Popieram pański talent pisarski. Można i należy się wiele nauczyć z najnowszej historii świata i Polski. Sam skorzystałem w niejednym punkcie tej historii. I po drugie – Mimo chaosu, jaki był w PRL, Pan się zgubił w tym wszystkim. Ratowała Pana wielka potrzeba prawdy i głębokie poczucie elementarnej sprawiedliwości. I to są wielkie wartości, które to inni pogubili i nie chcieli o tym pamiętać. W oparciu o te wartości mógł Pan w życiu realizować wielkie dobra dla ludzi. Ludność z mojej diecezji, ci, którzy mieli do Pana komisji sprawy, mówili z dużym szacunkiem o Pana działalności, jako szefa tej komisji. Nawet ksiądz z mojej diecezji u Pana załatwiał sprawę ziemi pod cmentarz. Z wyrazami głębokiekgo szacunki i oddania - Szczęść Boże. Ignacy Tokarczuk”.

Przy tej okazji warto napisać, o co chodziło temu księdzu, który dotarł do mnie aż do gmachu KC. Otóż ten ksiądz miał problem, bo skończył się teren pod cmentarz. A że ksiądz był w stanie wojny z wójtem, to wójt robił trudności z pozyskaniem przyległego terenu. Żeby pozbawić księdza tej ziemi polecił zalesić cały przyległy teren. No i wtedy był inny status tej ziemi na owe czasy.

- No i co ma zrobić? - pytał ksiądz.

- Po pierwsze dziwię się wójtowi., że robi takie głupstwo. Bo i on nie jest wieczny i też pochować go będzie trzeba. A poza tym będzie miał parafian, czyli patrząc inaczej – wyborców, przeciw sobie.

- No, dobrze – mówi ksiądz - Ale tam rośnie czteroletni lasek i prawo go chroni.

Chciałem księdzu powiedzieć, co należy zrobić z tym laskiem, ale w obecności oficerów ochrony i sekretariatu, nie mogłem. Andrzej Czarny, mój oficer, był mi lojalny, więc odwołałem go na chwilę do drugiego pokoju i mówię mu:

- Zrób coś, żeby wyszli z sekretariatu i pokoju przyjeć.

- Boguś – zwrócił się Andrzej do kolegi – weź Zosię i idźcie do biblioteki, bo tam jest duża paczka z książkami dla towarzysza Siwaka.

Jak oni wyszli, to Andrzej też wyszedł na korytarz na chwilę. Więc szybko mówię księdzu tak:

- Są w parafii chłopy z jajami czy nie?

Ksiądz nie zrozumiał i pyta, o jakie jaja chodzi.

Czy są chłopy odważne, którzy w nocy wyjadą z kultywatorami na ciągnikach i wyrwą ten młody lasek, ale dokładnie?

Znajdę takich - mówi ksiądz – A co9 po tym?

Po tym niech parafianie, a najlepiej członkowie partii, jeśli tacy są w parafii, niech napiszą do mnie skargę na wójta i prośbę o pomoc w tej sprawie. A teraz nich ksiądz ucieka już ode mnie.

Powiedziałem i wypchnąłem księdza na korytarz.

Za dwa tygodnie wpłynęła skarga od członków partii na wójta i prośba o uzyskanie przyległego terenu na cmentarz. A że teren już nie podległ prawej ochronie, to wójt już nie miał argumentów.

Pisze Pan Bogusław Kumpiniewski ze Słupska: „Panie Albinie. Jestem zaskoczony treścią i charakterem pańskiej książki. Nogi się pode mną ugięły po jej przeczytaniu. Jest Pan bardzo odważnym człowiekiem, ukazując prawdę tamtych lat. Prawdę o ludziach, którzy decydowali o losach Polski. Tak przeżywałem to czytanie, że poczułem się jakbym to ja był uczestnikiem danej sytuacji. Aż żona wyrwała mnie siłą z tych emocji, w której podobno nawet przeklinałem. Wiele bowiem z opisanych sytuacji znam od rodziców, a i sam pamiętam. Ludzie, o których Pan pisze, a potwierdzają to moi rozmówcy, to ludzie skompromitowani, którzy dorabiali Panu historię pochodzenie (że Rosjanin), opluwali Pana i oczerniali. Powinni za to teraz odpowiedzieć. Naród powinien poznać prawdziwe oblicza tych szmatławców i zdrajców. Jestem dumny z Pana, choć różnimy się wiekiem i doświadczeniem. Ale poglądy na sytuację mamy te same. Gratuluję Panu odwagi i tak wspaniałych książek”.

Krótki, ale konkretny list napisał pan Zygmunt Surek z Kępna Wielkopolskiego: „Ja wszystkie Pana książki przeczytałem od deski do deski i nie wstydzę się przyznać, że płakałem wielokrotnie. Nie żałuję tych łez, to łzy z poczucia, że Pan zna prawdę i ma odwagę ją ujawnić. A przede wszystkim ma Pan talent, aby to opisać”.

Napisał do mnie pan Józef Wiśniewski z Wołomina. Bardzo mnie zainteresował, bo po pierwsze ja urodziłem się w Wołominie, a po drugi pisał jak najlepszy poeta i filozof. „Widzi Pan, panie Siwak, ja też chciałem pisać, ale w tym pisaniu byłem sam. Hamowało mnie zwątpienie – czy to ma sens? Bywają słowa, które tłamszą człowieka, ale i bywają takie, które wrzucają go kopniakiem „na konia”. A z jego grzbietu widzisz lepiej i więcej. Świat wydaje się inny, ładniejszy, a przy tym niesie cię siła tego zwierzęcia. Ale nie było komu dać mi tego kopniaka. Pan to chyba dostał ich dużo i dlatego tak dobrze Pan pisze. Zafundował mi Pan ucztę dla ducha. Czytając przeżywam to, bo przecież urodziliśmy się obok siebie i biegaliśmy po tych samych ścieżkach. Czuję ogromną potrzebę zobaczenia pana i dotknięcie Pana własną ręką”. Pan Józef otrzymał widocznie od kogoś tego upragnionego „kopniaka”, bo napisał naprawdę piękną książkę pt. „Po różach, ale boso”, która ja uznałem za perełkę wśród książek. A na temat mego pisania napisał jeszcze tak: „Czytając książki Albina Siwaka doznaje si e przedziwnego uczucia dla człowieka, który rozumiał potrzebę opisania tego co robił, w czym uczestniczył i czym myślał. Napisać świat, który by schlebiał oczekiwaniom jest łatwiej niż opisać ten, który jest. Napiszesz prawdę i to wystarczy, by ci nie uwierzono. Mamy tego świadomość. Ale czy można inaczej? Tobie, mój przyjacielu, za piękna i mądrą postawę dziękuję. Muszę podać Panu rękę i porozmawiać, to już inna wartość. Do zobaczenia J. Wiśniewski”.

Otrzymałem list, a właściwie parustronnicową opinię o jednaj z moich książek od człowieka, który był dziennikarzem i w czasie PRL robił reportaże i wywiady. Sądzę, że ten list nie niezwykle trafny, co do określenia sytuacji w jakiej się znalazłem i co może czekać mnie dlatego, że napisałem te książkę. Oto jego cała treść: „ Szanowny Panie Albinie. Jestem posiadaczem Pana książki mieszkającym w Szczecinie, a jej egzemplarz zawdzięczam mej długoletniej pracy i przyjaźni z redaktorem Tadeuszem Kielanem, który to obecnie jest wydawcą pańskiej książki. Ponieważ jestem gadułą, to moje opowieści po Pana książce spowodowały kolejkę czytelników, którą to wpisuję do kajecika, alby nie pomylić kolejności czytelników. Na stare lata stałem się bibliotekarzem i to tylko tej jednaj książki. Wszyscy, którzy ją przeczytali mówią o jej niezwykłości i o zaskoczeniu, że to właśnie Pan ją napisał. Przeczytałem Pana książkę przez dwie noce i nie żałuję tego niewyspania. Proszę mnie dobrze zrozumieć, jestem starym wygą dziennikarskim z 47-letnia praktyką zawodową. I nie konstrukcja Pana prozy, czy nadzwyczajne walory językowe Pana książki mnie urzekły i ujęły. Ujęła mnie rzadka obecnie szczerość tego, co się chce teraz powiedzieć oraz niezwykłość spraw, które Pan odkrył w Libii, a już losy Polaków, tych żyjących i tych nieżyjących, których los zaniósł na krańce świata afrykańsko-muzułmańskiego są w niej aż porażające. Przecież to polska Syberia w środku niecywilizowanej pustyni, tam gdzie dzieci z rozdziawionymi buziami dowiadują się, że Pan jest z takiego kraju, gdzie rzeki płyną cały rok. To, że chciał się Pan zainteresować losami nieznanych żyjących i nieżyjących rodaków, że Pan odkrył je dla polskich władz i kombatanckich środowisk, to jedna sprawa. Ale to, że Pan napisał i nam to opowiedział, co z nimi było i co jest i jak Pan dotarł do tych spraw, to najlepsze rzemiosło dziennikarskie. Literatura faktu i najlepsze pióro tych czasów – najwyższej próby. Zmierzył się Pan zwycięsko z nie byle jakimi tuzami pióra. To śp. Melchior Wańkowicz wmówił Polakom, ze jest jedynym polskim pisarzem – dziennikarzem, który opisał losy Polaków na wszystkich frontach i kontynentach. Pan udowodnił, że to nie całkiem prawda. Znalazł Pan takich, o których wszyscy zapomnieli i wszyscy pominęli. Bo było to za daleko od cywilizowanych szlaków. Został Pan traperem lepszym niż kanadyjscy i amerykańscy z tamtego wieku. Pan Kapuściński, wielki mocarz pióra, utrzymuje, że zna Afrykę jak własną kieszeń. Pan udowodnił, że to nie całkiem prawda, bo na tych szlakach, które Pan przemierzył i opisał, on nie był i tych kontaktów z tubylcami Libii nie miał, które Pan opisał. I nawet nie przytacza faktów z tamtych krain zaczerpniętych, chociażby z drugiej ręki. Za to wszystko chcę Panu podziękować, pogratulować odwagi pisania i powiedzieć, że PRL nie zmarnowała ani złotówki kierując Pana na tę placówkę. Zwróci Pan podatnikom wydatek z nawiązką. Ale, Panie Siwak, tego pisania tzw. warszawka Panu nie daruje. I to z wielu powodów. Raz, że warszawka budując pewien etos umieściła Pana jako beton w betonie pracującym i pop drugie jak Pan śmiał pisaniem zaprzeczyć swej ograniczoności i zaprzeczyć tym wiedzy i znajomości tematów wypromowanych przez intelektualistów. Tego bezinteresowna zawiść polska nikomu nie daruje. A już Panu szczególnie. Toteż nie widzę recenzji z tej wspaniałej książki..Tylko redaktor Broniarek miał odwagę napisać dobrze o Pana książce. Ta cisza to zawiść i zażenowanie, że na koniec ten beton się tak ujawnił. Na koniec chcę się usprawiedliwić, dlaczego zwracam się do Pana po imieniu. Bo przecież się znamy. W 1977 roku zostałem redaktorem Trybuny Ludu w Warszawie. Tu byczyłem się na stanowisku potrójnego kierownika, z rzadka mając okazję napisania coś ludzkiego, coś, co zwróci uwagę czytelnika na na szare dni i sprawy. I wtedy polecono mi zrobienie dużego wywiadu i kimś na budowie, ale z robotnikiem. Dowiedziałem się od kolegów, ze jest tako brygadzista największej brygady budowlanej w Polsce, który o piątej rano wstaje, żeby nagotować kawy dla swej brygady, a przy kawie rozdaje zadania dnia. Jednych chwali, innych gani. Jest człowiekiem bardziej ludzkim niż ten z „Czterdziestolatka”. I to mnie zafrapowało i postanowiłem sprawdzić. I tak dotarłem do Pana. Pamiętam, że rozmawialiśmy w barakowozie, gdzie Pan urzędował i był Pan bardzo zdziwiony, co mogło mnie ująć takiego niezwykłego w Pana pracy. Mówił Pan:

- Jestem taki sam, a czasem nawet gorszy niż moi koledzy robotnicy. Walczymy o zarobienie uczciwie za swoją pracę, ale biurokracja, ta na najwyższym szczeblu, chce żeby ludzie na budowach zarabiali po równo. Stąd Pan wie o powiedzeniu „czy się robi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. Ja się z tym nie zgodziłem, ani moi ludzie. Wszystko mam w umowie – na akord, od dzieła. Za cały blok. A jak się uda nam przed terminem go zbudować, to mam zagwarantowaną premię. Te płace na warszawskich budowach to chory pomysł chorych biurokratów, którzy wymyślili, by płacić równo każdemu i chcieli, żeby szybko budowano...

- A podobno premie dzieli Pan w sposób demokratyczny? - spytałem wtedy. Na co Pan powiedział:

A dlaczego mam brać na siebie złość nierobów i leni? Powołałem zespół ludzi z brygady i oni ze mną dzielą tę dużą premię. Jak mają uwagi ci leniwi, to ja mówię: „wasi koledzy nie pozwolili wam dać tej premii, bo uważają, że ociągacie się w pracy i kombinujecie, żeby wam dzień przeleciał. Idźcie z uwagami do swoich kolegów”. I to był najlepszy sposób na podzielenie tych pieniędzy. Nawet kierownictwo budowy i naczelny dyrektor pochwalili.

A teraz piszę do Pana, widzę i słyszę, co dzieje się z Polską. Przypominam sobie, a nawet mam te wycinki sprzed lat, gdzie Pan przemawia do stoczniowców i mówi: „Koledzy, przyjaciele. Opamiętajcie się i nie twórzcie związków zawodowych z Żydami. Jeśli mnie nie wierzycie, to posłuchajcie kardynała Wyszyńskiego. On to samo do was mówi”. Ale ludzi ogarnął jakiś amok czy choroba. Tego słuchać akurat nie chcieli. A dziś przeżywamy katastrofę polskich stoczni, przemysłu, górnictwa. Krzyk takich jak Pan nic nie zdziałał. Ludzie szli jak ćmy do ognia, robiąc wszystko pod dyktando naszych wrogów. Dziś, kiedy zrozumieli tamten błąd jest już za późno na naprawienie tego. Co gorsza ludzie nadal jak te ćmy idą za Żydami i zdrajcami ojczyzny i ich popierają w głosowaniach, czyniąc to, co oni chcą. Wierzę, że to musi się kiedyś skończyć i odwrócić. Życzę Panu dużo zdrowia i zachęcam do dalszego pisania. Jestem też już emerytem, ale jestem, jak Pan, Polakiem. Pozdrawiam gorąco i serdecznie. Stefan Januszewicz”.

I kolejny dziennikarz. Tym razem nadal czynny zawodowo i … będący moim zaciekłym wrogiem, który spłodził na mój temat tyle reportaży i artykułów, że to rzadko się zdarza… A wszystkie przesycone nienawiścią i mijające się z prawdą. To Ludwik Stomma, piszący dla „Polityki”. Przytaczam jego artykuł, gdyż i w nim nie zrezygnował z tego, by przypomnieć czytelnikom, kim według niego byłem. I opisze tak, cytuję: „Kim jest Albin Siwak wie i pamięta każdy, kto przeżył czterysta siedemdziesiąt dni tamtej Solidarności, pierwszej i prawdziwej. Był to już nie tylko partyjny beton, ale po prostu żel-beton. Towarzysz osobliwie szkodliwy, gdyż jego ustawiczne szczucie pobudzało ekstremistów z drugiej strony. w Biurze Politycznym odgrywał rolę prawdziwego proletariusza. Kiedy przestał być potrzebny, zesłano go cichcem do ambasady w Libii. Po powrocie z Libii był już tylko kłopotliwym reliktem przebrzmiałego świata, od którego nawet dawni koledzy kumple z PZPR uciekli jak najdalej. Kiedy zobaczyłem na witrynie księgarskiej książkę Siwaka, to zaraz ją kupiłem. Polityki w tej książce tyle, co kot napłakał. Opisuje Siwak losy powojennych osadników polskich na ziemi Warmii i Mazur. Pisze o tamtejszych przyjaciołach, o kształtowaniu się nowych społeczeństw wiejskich. Jest nawet, co cieszy oczywiście etnologa, bardzo zabawny rozdział o miejscowych przesądach i obyczajach świątecznych. Rzecz nie ma narracji ciągłej. Podobnie jak u Składkowskiego mamy d czynienia z seria nowelek, powiązanych tylko przez miejsce, czas lub pojedynczych bohaterów. Ironista zauważy, że na pewno tylko dwie instytucje są w prozie Siwaka pozytywne: kościół i milicja. Z przewagą jednak kościoła, gdy z w milicji, według Siwaka, byli też rabusie i świnie, czego w kościele nie dostrzegał. Autor o dziwo nie cofa się przed opisywaniem sowieckich rabunków i gwałtów, krzywdy autochtonów, nagonki na AK, co w owym czasie, jak pisał, było dużą odwagą, bo jego opcja partyjna tępiła AK. Pisze śmiało, ze Polscy okradali Niemców. Każda literatura i każde zawarte w niej świadectwo są zawsze subiektywne. Książkę Siwaka czyta się jednak z poczuciem, że – jak by to powiedział Nowakowski – nie jest to książka skłamana. A do tego Siwak pisze dobrze!Wartko. Z wyczuciem akcji. Każdy, kto ongiś słuchał jego przemówień (,,,) jest bardzo zaskoczony. Zaskoczenie jest ogromne, gdyż krążyły w Polsce o Siwaku opowieści, że inni mu piszą wystąpienia i przemowy. A dla mnie osobiście to surowa lekcja, że grzeszyłem (inni też i więcej) nazbyt jednostronną oceną człowieka. Takie jednowymiarowe widzenie Siwaka zemściło się w postaci jego talentu pisarskiego. Ilu licealistów polskich dzisiaj pamięta, kim był Felicjan Sławoj-Składkowski? Nawet słowo „sławojka” zanikło i nie znają go Polscy. O Albinie Siwaku też ludzie coraz mniej wiedzą. Ale jego niespodziewanie i dobre książki pozostaną. A im bardziej będą Siwaka tępić i obrzucać błotem, tym bardziej będą poczytne jego książki. I dodam. Będą te książki bardzo poważnym świadectwem wydarzeń i faktów, gdy z autor tych książek tkwił w oku tego cyklonu. On nie słuchał z drugiej ręki o sprawach, jakie miały miejsce. On w ich brak żywy udział. A charakter ma twardy i śmiały, więc przelał tę prawdę na stronice swych książek. I drugi morał dla mnie, że politycy potrafią nas zaskoczyć jeszcze czymś takim z ważnych wydarzeń PRL, że do przyjaciół stracimy zaufanie. O okresie i ludziach tamtego czasu należy myśleć, że byli różni i mieli swoją politykę i swoje cele. I takim okazał się beton nad betony i dinozaur partyjny. Przypominam tu przy okazji, że dobrym pisarzem był też Wacław Biernacki. A też wieszali na nim psy. Wiele jednak od natury ludzkiej wymagać nie można!”.

Czy ja, Siwak, mam satysfakcję, że ktoś zrozumiał, o co mi chodziło w tym okresie za PRL? Częściowo tak. Ale przyjaciele pana Stommy nadal by mnie utopili w łyżce wody, gdyby mogli. Nadal robią wszystko, żeby uniewiarygodnić wszystko, co mówię i piszę. Powiem w ślad za panem Stommą. Nie należy od tych ludzi wymagać zbyt wiele. Ich na to nie stać. Dziwny ten Stomma, że pisze tak o swoich ziomkach, ale szanuję tę szczerość. Skoro pan Stomma dziwi się, że cenię wyżej kościół od niegdysiejszej milicji, a obecnie policji, to niech poczyta o sprawie rodziny Olewników. Na co było stać policję?!

A teraz krotki list od autora dużego dzieła pt, „Oko cyklopa” - pana Sławomira Kozaka: „Szanowny Panie. Gratuluje z całego serca doskonałej książki, jaską jest bez wątpienia „Bez strachu”. Jestem również autorem. I jestem pod dużym wrażeniem wrażeniem pana wiedzy i odwagi oraz dobrego pióra. To bardzo dobre książki. Polecam je swoim znajomym i bliskim. Proszę przyjąć ode mnie w prezencie pozycje, którą nie chciano mi wydać. Dwa lata minęły nim znalazłem kogoś, kto odważył się wydrukować moja książkę. Nie żałuję trudów i kłopotów. Mam satysfakcję z jej wydania. Gorąco i serdecznie Pana pozdrawiam i życzę dalszych wspaniałych książek. Sławomir Kozak”.

Generał brygady Zbigniew Pudysz pisze: „Szanowny Panie Albinie. Przekazuję kilka refleksji na temat pańskich książek. Czynię to z kilku powodów. Oto one. Za poznaniem Pana książek przemawiała osoba autora, o którym i dużo słyszałem i miałem okazję poznać Pana osobiście. Zawsze pragnąłem mieć wiedzę o ludziach nieprzeciętnych, ciekawych, odważnych. I mam duży szacunek dla ludzi, którzy, jak to się mówi, doszli do czegoś, pomimo, że wiatr wiał im w oczy, a ludzie źli rzucali kłody pod nogi. Pan nie szukał poparcia u nikogo, miał pan zawsze swoje własne zdanie i odważnie je głosił. Są czynniki i okoliczności, które ukształtowały Pana poglądy. Te czynniki i okoliczności wynikają z pańskiego zachowania i postawy. Jak trafnie napisał w przedmowie do Pana książki Tadeusz Kowalczyk - „ten życiorys stanowi przykład jak należy postępować, aby społeczeństwo mogło powiedzieć: to jest człowiek uczciwy i uczynny”. A ja mam też szacunek do ludzi ciężkiej, uczciwej i solidnej pracy. Pan podjął trud odbudowy Warszawy i włożył w tę prace całe serce. I to jest trwały ślad Pana życia i Pana kolegów. Po tych, którzy obrzucają Pana błotem pozostanie pusty śmiech historii. Pięknie i uczciwie opisuje Pan okres swego pobytu na Mazurach. Znam ten skomplikowany okres, te wypadki i fakty. Byłem w tym okresie dowódcą Wojska Polskiego w Bartoszycach, a to blisko tych Luter. To nasi żołnierze wyciągali z jeziora czołgi i samochody niemieckie. Książka oparta jest na faktach, a język wzbogaca ją jeszcze. Przecież ja miałem informację wojskową, a ta potwierdza fakty napadów i gwałtów. To u mnie Pana ojciec, wójt z Luter, wyprosił i namówił dwóch żołnierzy, którzy mieli iść do cywila, i zatrudnił ich w gminie jako milicjantów, z których młodszy rzeczywiście zginął z rąk bandytów. Na koniec bardzo dziękuję za patriotyczną, polską dedykację. Jestem dumy, że ją posiadam. Na pewno do końca życia będę Polakiem. Generał Zbigniew Pudysz”. I jeszcze: „PS. Przyśle Panu dużo zdjęć, które robili moi oficerowie, jak wyciągali ten sprzęt niemiecki z Jeziora Luterskiego. Na jednym z nich rozpozna Pan siebie wśród ludzi obserwujących wyciąganie czołgów”.

Napisał też list znany literat i dziennikarz Stanisław Majewski. Ten sam, którego zlekceważył Geremek, będąc ministrem spraw zagranicznych, a ja tę historię opisałem, w „Trwałych śladach”. Pisze Pan Majewski do szefa wydawnictwa „Projekt”: „Proszę przyjąć kilka życzliwych uwag na temat wydanej przez pana książki autorstwa Pana Albina Siwaka „Rozdarte życie”. Przeczytałem tę pozycję z niesłabnącą uwagą, która narastała wraz z zagłębianiem się w jej treści. Nim przejdę do merytoryki, uczynię małą dygresję: niedawno przeczytałem książkę Waldemara Łysiaka pt. „Stulecie kłamstwa”. I chociaż doceniam warsztat pisarski tego ostatniego, jego rozległa erudycje i znajomość historii oraz spraw społecznych, to trudno mi jednak przyjąć jego wykładnię w tej książce. Przesiąknięta jego ona bowiem nihilizmem wypływającym z klerofilozofii autora. Uważam tę jego książkę za wręcz szkodliwą społecznie, gdyż może ona pogrążyć czytelnika w rozpaczy i beznadziei, może odebrać resztki wiary w sens życia, pracy i działania oraz możliwości jakiegokolwiek wpływu na otaczający nas świat, gdyż – jak argumentuje Łysiak i tak rozstrzygną wszystko za nas jakieś „ciemne siły”. Po przeczytaniu tej nihilistycznej książki Łysiaka z tym większą radością witam pracę Albina Siwaka, która jest jak haust czystego powietrza, jak autentyczne antidotum oczyszczające atmosferę i zarazem ludzka psychikę. Ostatnio nie tylko Łysiak zatruwa nasza atmosferę. Podobnych jemu pisarzy jest cała sfora na usługach wrogów ojczyzny. Niedawno usłyszałem w radio słowa biskupa Kowalczyka, który mówił: „Twórcy powinni być stróżami wartości”. Otóż Albin Siwak jest takim stróżem, gdyż dał dowód w postaci właśnie tej książki. Jego książka przywraca właśnie sens życia i takim wartościom, jak kreatywność trudu codziennego, przyjaźń, dom, rodzina, poczucie sprawiedliwości, a nade wszystko gotowość do bezinteresownego działania i poświecenia się dla kraju, narodu, ojczyzny. Jego książka nadaje również sens wydawaniu takich książek, jakie pisze Siwak. Jest to literatura faktu. Znajda się oczywiście puryści, dla których na stronach książki brak będzie „figur stylistycznych”, wyrazów ekspresji słownej, metafor i onomatopei i jeszcze diabli wiedzą czego. Znajda się krytycy z lewa i z prawa. Pierwsi dlatego, że książka ta potwierdza, że pojęcie lewicy nie dla wszystkich oznacza to samo, zwłaszcza dla tych, którzy utkwili w epoce dominacji Żydów w każdej dziedzinie naszego życia. Drudzy by woleli, aby takich książek w ogóle nie było. One bowiem odbierają im oręż, czyli monopol na krytykę zła po stronie lewicy i obracają w nicość ich teorie o niereformowalności ludzi lewicy, demaskują też jałowość głoszonych przez nich haseł o prawie wszystkich ludzi do pluralizmu. Pisarz to przecież człowiek, świadek stojący przed historią, który głosi: Tak było! Niczego więcej nie należy od niego oczekiwać, wystarczy, by spełniał to jedyne kryterium. Albin Siwak spełnia je bez reszty. Pisze jak było i jak być mogło gdyby... Cała jego twórczość wynika z podglądania faktów życia bieżącego i jest reakcją na dolegliwości i kłamstwa teraźniejszości. Poruszana przezeń problematyka życia jest zatem zdeterminowana przez absolutnie niepowtarzalny i historycznie naświetlony układ sytuacyjny. Mamy przed sobą czysty autentyzm w pełni świadomy swych założeń i celów. W Siwaku warto się rozczytać, żeby zrozumieć jak bardzo cenny jest ten jego autentyzm, jakże daleki od kabaretowych popisów ludzi pióra, którzy pisząc o głodzie i chłodzie nigdy tego na sobie nie doświadczyli. Autentyzm Siwaka stwarza dzięki swej bezkompromisowości klimat bohaterstwa prostego, skromnego człowieka. Kiedy czytelnik wyczuwa w utworze rzetelność przeżycia poświadczona życiem i walką, będzie jego twórcę szanował i wielbił, a nawet czcił. Dziękuję Panu, jako wydawcy za prawdziwą ucztę, dziękuje autorowi, jako twórcy. Gdyby mapę wrażliwości Albina Siwaka włożyć na mapę wrażliwości współczesnych literatów, to miną się one jak wirtualne zjawy. Z wyrazami szacunku dla autora – Stanisław Majewski, literat i dziennikarz”.

I pod koniec tego rozdziału przepiszę, co do literki, jeden z listów księdza Józefa Kluza. Posiadam tych listów dużo, bo pisaliśmy do siebie często. Wszystkie one są dla mnie cenne. Czytelnicy sami ocenią wartość tej korespondencji i płynąca z tych listów troskę, opiekę kapłańską, przestrogi, które powinny mnie uczulić na to, co mi grozi.

W 2010 roku, jesienią, wraz z mymi przyjaciółmi – pułkownikiem T. Kowalczykiem i panem Kazimierzem Wójtowiczem, którego gośćmi byliśmy w Bieszczadach – odwiedziłem księdza Kluza w Korczynie . Tak niefortunnie szły nasze listy, że dość długo nie miał ksiądz Józef nie miał ode mnie żadnych wiadomości.(Głównie dlatego, że wtedy właśnie ksiądz zastępował w parafiach chorych księży leżących w szpitalach, zaś listy szły od Korczyna, do domu opieki, gdzie księdza w tym czasie nie było). Więc gdy przyjechaliśmy rzucił się mi na szyję mówiąc:

- Ja już myślałem, że zabili Pana za te książki. Dopiero te listy, czekające na mnie w Korczynie, wyjaśniły mi wszystko i odetchnąłem.

A oto ostatni list księdza Józefa Kluza z datą 29.04.2011r.

Drogi Panie Albinie! Za wiedzę, talent, odwagę i patriotyzm, Bogu niech będą dzięki. Jestem pod urokiem tych słów, które Panu dedykował, kto? Sam arcybiskup Leszek Sławoj Głódź. To są słowa uznania dla Pana od człowieka, którego zna cała Polska i nie tylko. Słowa zachęty i uznania dla dalszej mrówczej pracy, wydobywania spod ziemi historii, której nikt nie przekaże młodym ludziom, młodym pokoleniom Polaków”.

Pisze dalej ksiądz Józef: „Mój znajomy ksiądz przedstawił, jako pracę doktorską, swemu promotorowi dokumentalną pracę o morderstwach Polaków przez UPA na terenie diecezji lwowskiej, przyległej terenowo do naszej diecezji przemyskiej. Jeździł ten ksiądz po terenach polskich zagarniętych przez Związek Radziecki. Zdobył dużo autentycznych materiałów w tej sprawie. Również biskup Tokarczuk udostępnił mu oryginalne materiały. Czy wydał pracę? NIE! Pan promotor powiedział tak: „Oceniam tę pracę bardzo wysoko”. Ale powiedział również: „Niech ksiądz tego dobrze strzeże, przyjdzie może jeszcze taki czas, że będzie można wykorzystać tę bardzo dobrze napisaną pracę”. Więc ksiądz doktoryzował się na innej pracy. A ta leży i czeka. Proszę pana, panie Albinie, niech pan pisze, dokumentuje, ale dobrze zabezpiecza te materiały. Niech pan strzeże siebie, bo to naród mściwy. Bo oni boją się takich jak pan, którzy mają wiedzę i piszą prawdę. Dobra reklamę zrobił panu kapelan. Niech idą do ludzi te książki, ludzie szukają prawdy. Ale nie tej podawanej przez rządowe media i przekupnych dziennikarzy. Ludzie szukają tej prawdy zakulisowej i podziemnej, ale rzetelnej. Niech pan kompletuje dokumenty, pisze, a dopóki pan nie wyda tej książki, to lepiej o niej nie mówić. Dziękuje za ostatnią pozycję „Siwakowe granie” .Poloneza czas zacząć panowie, panie. Temu musi służyć Siwakowe granie. Ładnie i trafnie ujął to pan Obara w tym poemacie. A polonez trwa. Słuchać tu i tam Siwakowe granie w polskich domach. To bardzo dobrze, że pańskie książki trafiają do ludzi. Ja, jak już panu pisałem, modlić się będę za pana rodzinę, żeby Bóg strzegł pana od nieszczęść i złych ludzi. Bardzo serdecznie pana i całą rodzinę pana pozdrawiam. Szczęść Boże do dalszego pisania. Ks. Józef Kluz”.

Gdy byliśmy w Korczynie , w czasie odwiedzin u księdza Józefa, podeszli do nas młodzi księża znajomi księdza Józefa.

- Domyślamy się, ze to pan jest tym, za którego ksiądz Józef odprawia mszę świętą.

Nie wiem,czy zasłużyłem na taka wdzięczność ze strony księdza Józefa – odpowiedziałem.

- Jeśli ksiądz Józef uznał, że pan zasłużył to on wie, co robi i mówi. My znamy pana książki, gdyż ksiądz Józef chętnie nam je pożycza. Przyłączamy się też do prośby i prosimy, żeby pan pisał nadal, bo to konieczne w tej polskie sytuacji.

A więc jak widać, to nawet księża boja się w swoim gronie ujawniania prawdy, tej związanej z życiem kościelnym i osobami duchownymi

Dla równowagi tym razem przytoczę krotki list od szefa lewicowej młodzieżówki ze Śląska: „Pana książki to elementarz polskiej lewicy. Pan jest przykładem lewicy, tej zdrowej, której programem jest obrona ludzi pracy. My niewiele mamy wspólnego z tą lewicą z ulicy Rozbrat. Front Narodowo-Robotniczy w swoim dokumencie programowym nazwał pana największym żyjącym polskim lewicowcem. I my wszyscy podpisaliśmy ten dokument”.

Dalej pisze szef Frontu Narodowego Łukasz Jastrzębski: „Lewica to jest to, co pan robił, jako szef Komisji Skarg w KC. To była obrona, i to skuteczna, ludzi pracy. A liberalizm i popieranie pedałów nigdy nie było w programie lewicy, jak to obecnie sobie umieścili ci z ul. Rozbrat. Z robotniczym pozdrowieniem – Łukasz Jastrzębski”.

Zdecydowałem również, się zamieścić w tym rozdziale list pana Antoniego Jasnorzewskiego, gdyż w każdym jego słowie jest nauka dla Polaków. Każde zdanie tego listu ma swoją wagę i uważam, że należy wyciągnąć właściwe wnioski i naukę z tych listów.

Pan Antoni Jasnorzewski pisze tak: „Mam siedemdziesiąt pięć lat kina sprawy polityczne patrzę z pozycji tradycjonalisty, której niestety większość polityków nie ma. Nigdy nie byłem w żadnej partii, a z Solidarności zostałem wyrzucony z hukiem za niesubordynację. Najważniejszym problemem naszego narodu, jak wykazała nasza historia, jest jego przetrwanie. Naród polski przetrwał zabory dzięki klęsce wszystkich trzech zaborców w pierwszej wojnie światowej. Opatrzność Boża czuwała nad nami w 1920 roku, gdy zwycięstwo nad armią bolszewicką wydawało się tak mało prawdopodobne, że głównodowodzący marszałek Piłsudski zdał dowództwo i uciekł na południe. Opatrzność Boża miała nas również w swej opiece w czasie drugiej wojny światowej, ponieważ w planie niemieckiego ludobójstwa zostaliśmy umieszczeni na trzecim miejscu po Żydach i Cyganach. Więc na wymordowanie Polaków już nie starczyło czasu, mimo że fabryki śmierci działały non-stop, całą dobę. Obóz Auschwitz-Birkenau przerabiał na popiół 18 000 ludzi na dobę, a maksymalną sprawność osiągnął w czasie, gdy w Warszawie trwało powstanie, a we wschodniej Polsce była już Armia Czerwona I Pierwsza Armia Wojska Polskiego. Do zagłady narodu polskiego (około 19 milionów) tylko obozowi Auschwitz-Birkenau wystarczyłyby trzy lata, a [przecież były jeszcze inne fabryki śmierci, jak Treblinka, Majdanek, Sobibór. Tylko dzięki dostatecznie wczesnemu zwycięstwu Armii Czerwonej istniejemy. Zauważmy, że każde opóźnienie zwycięstwa tylko o jeden miesiąc kosztowałoby życie około 600.000 Polaków. Na konferencji pokojowej w 1945 roku w Poczdamie Stalin przy sprzeciwie naszego sojusznika Churchilla zażądał i otrzymał dla Polski Ziemie Odzyskane, jako rekompensatę za zabrane na wschodzie ziemie zamieszkałe przez 10 milionów, nieprzyjaznych nam przez całe wieki, Ukraińców, Białorusinów, Poleszuków i Litwinów. Z przydzielonych nam Ziem Odzyskanych wysiedlono Niemców bez prawa upominania się o pozostawiony majątek i dobytek, z czego do dziś korzystamy w Olsztynie, Gdańsku, Szczecinie, Wrocławiu, Opolu i Gliwicach wraz z przyległymi ziemiami. W epoce tzw. dziś komunizmu, obrzydzanego obecnie przez media, którego tak naprawdę w Polsce nie było, przeprowadzono reformę rolną, oświata wraz z elektrycznością dotarła pod strzechy, a biedna i zdolna młodzież poszła na politechniki i uniwersytety. Odbudowano miasta i fabryki – Ursus robił traktory, Cegielski parowozy, stocznie budowały nasza flotę i statki dla zagranicy. Do 1956 roku aborcja była karalnym przestępstwem, a do 1981 roku naród podwoił swoją liczebność. Prześladowany kościół katolicki otrzymał odbudowane nowe kościoły, a w państwowym gimnazjum przy ulicy Smolnej, blisko Komitetu Centralnego PZPR, do 1953 roku ksiądz uczył religii, czego sam doświadczyłem. Instytut Wydawniczy PAX wydawał wspaniałe książki historyczne Pawła Jasienicy i innych autorów, a w bibliotekach można było wyszperać przedwojenne pozycje. To co napisałem, Panie Siwak, to umyka uwadze naszych polityków bądź świadomie nie chcą o tym mówić. Dal naszych nawiedzonych i chorych polityków liczy się tylko Katyń, jako sowieckie ludobójstwo. Wyjaśniono wreszcie, co to jest ludobójstwo. I okazało się, że jest to działanie mające na celu wyniszczenie narodu, tak jak ludobójstwa hitlerowskie w obozach śmierci. A sowieci ani Rosjanie nie dążyli do likwidacji narodu polskiego. Użycie przez naszych polityków, a powtarzane przez media, to słowo „ludobójstwo” jest nieadekwatne do rzeczywistości. Więc pisanie na tablicy w Smoleńsku jest nagannym nadużyciem. Jeżeli są nasi politycy takimi patriotami i tak ich boli Katyń, to niech wiedzą, że ci sami zbrodniarze, którzy strzelali do polskich oficerów, w tym samym czasie i w tym samym miejscu wymordowali 45 tysięcy oficerów Armii Czerwonej. Nie słyszałem w tym roku o uroczystościach związanych z wyzwoleniem Oświęcimia i udziałem najwyższych osobistości z Prezydentem i Premierem oraz najwyższymi dowódcami wojskowymi, mimo zamordowania tam milionów Polaków i Żydów. Ważny jest tylko Katyń. A Katyń to półtora dnia, niecałe dwie doby pracy obozu Auschwitz-Birkenau, co pozostaje w ogóle niezauważalne. Ale katastrofa smoleńska, która zabrała 100 osób, jest eksponowania i używana przez polityków do ich celów, nie zawsze jasnych. A pół miliona Polaków, których żydowskie MSW wymordowało bez sądów i wyroków, skrycie i haniebnie, gdy front zatrzymał się na Wiśle? To też nie zostało zauważone. Gdyby to Żydzi ginęli, to pani Alina Cała i Tomasz Gross jeździliby po Polsce i wygłaszali odczyty i prelekcje, a polskojęzyczna prasa by to eksponowała na pierwszych stronach swoich gazet. Jeżeli prezydent i najwyższy dowódcy wojskowi byli na tyle nierozsądni, że kazali lądować na ślepo na podrzędnym obcym lotnisku,to znaczy, że byli bardzo złymi i dowódcami. Ich odejściem nie należy się martwić. Zmartwienie to mielibyśmy wtedy, gdyby rządzili tak jak lecieli i lądowali. (Te trzy ostatnie zdania najwyraźniej pisane były bezpośrednio po katastrofie i po pierwszych wrażeniach wynikających z komunikatów rządzącej PO – dodał skryba). Naprawdę, to szkoda stewardes, młodych pilotów i zwykłych nieuwikłanych w politykę ludzi. Historia uczy, że zmiany na najwyższych szczeblach władzy bywają korzystne. Myślę, że zmiana prezydenta wyszła nam na dobre, choć źle, że jest pod wpływem swej żony Żydówki. Świadczą o tym wszystkie odznaczenia nadane najwredniejszym polskim Żydom (Orły Białe), otoczenie się doradcami Żydami i polityka pro-żydowska. Ale słuchając braka zmarłego prezydenta odnosi się wrażenie, że pan Komorowski to jednak mniejsze zło (O, panie Siwak nie myl się tak raz za razem, toż oni są takim samym złem – dodał skryba). Politykom umyka z pola widzenia fakt, że Naród Polski stoi w obliczu katastrofy demograficznej, to znaczy zagłady w niezbyt odległej perspektywie. Kolejne rządu nie dbają w ogóle o rodzinę i nie propagują wielodzietności. Naród Polski niszczy się sam, bio nie ma dzieci! Żeby naród istniał, to średnia rodzina musi mieć więcej niż dwoje dzieci, a dziadkowie powinni mieć więcej niż czwórkę wnuków. Musimy sobie zdać sprawę, że spory wokół tabliczek i tablic w Smoleńsku, że cała ta dyskusja i heca z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu oraz to, co kto na kogo powiedział, to odwracanie uwagi od nadciągającej katastrofy. I to katastrofy dobrze obmyślonej i zaplanowanej. Po to, żeby mieć poglądy trzeba żyć i być. Żeby być, trzeba móc wykarmić wielodzietną rodzinę. Bez tego przyjdą żółci, pracowici i mało wymagający. Zapomną o nas tak dokładnie, jak my zapomnieliśmy o Prusach i Jadźwingach, którzy mieszkali w swoim kraju, których nazwaliśmy Mazurami, bo myślmy z Mazowsza przyszli. Rozmawiałem z Koreańczykiem handlującym na bazarze. I on mówi tak: „ Wy żyjecie w raju. Bardzo wam zazdrościmy, bo wszędzie macie zielono, pola i lasy. A u nas tylko góry i kamienie. Chcielibyśmy tu żyć, gdzie wy Polacy”. A więc dbajmy o nasz kraj, który Opatrzność nam dała. Gospodarzymy mądrze, tak żeby się ie wyludnił i nie zamieszkali go żółci czy Żydzi. Niech sejm polski nie wymyśla prochu, bo go wymyślono. Niech weźmie dobrze sprawdzone wzorce opieki państwa nad rodziną chociażby w Finlandii. To, co nasz zażydzony sejm uchwali, to wszystko zmierza do likwidacji Polskiego Narodu. Polscy posłowie, to ohydne marionetki w rękach naszych wrogów. Jestem pewien, ze wszyscy ci, którzy pracują nad zgubą narodową mają kasę poza Polską. Mają paszporty i wizy, , ażeby w razie czego uciekać. Bo naród, jak obudzi się z tego amoku, to zareaguje tak, jak zadeptuje się wstrętnie i podłe robactwo i gadzinę. Nie boję się zemsty. Jestem Polakiem i nazywam się Antoni Jasnorzewski. Jestem pewien, ze list będzie w dobrym ręku. Pana książki mi to gwarantują”.

Myślę, że już starczy tych listów, których do tej pory otrzymałem ponad trzy tysiące. Więc na koniec przytoczę tylko podziękowanie dziekana w Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu: „Składany Panu serdeczne Bóg zapłać za przesłane do biblioteki naszej uczelni książek pana autorstwa. Już do Pana książek mamy kolejkę oczekujących na ich przeczytanie. Zapewniamy Pana, że ofiarowane nam książki będą służyły wykładowcom i studentom. Z wyrazami wdzięczności i życzeniem – Szczęść Boże! Dziekan mgr Paweł Pasionek”.

Ten lisy dotyczący biblioteki przypomniał mi jedno ciekawe wydarzenie dotyczące moich książek. Pan Misiewicz, patriota, człowiek, który wielokrotnie kupował moje książki, przyszedł kiedyś do mnie i pyta:

- Czy Pan, jako obywatel Rembertowa, nie chciałby podarować swoich książek do biblioteki rembertowskiej? Bo ja nie mogę się do znajomych opędzić, tak szarpią pana książki, że kupowałem je, jak pan wie, wielokrotnie i żadnej nie mam. Nichby mi dali spokój i pożyczali w bibliotece miejskiej.

- Tylko widzi pan jest jeden problem mówię mu – jak dokładnie opisałem w „Trwałych śladach”, jak rembertowscy delegaci na krajowym zjeździe SLD roznosili kartki z instrukcjami, kogo skreślić, a kogo wybrać do władz na tym kongresie. Byłem wtedy delegatem i moi dawni koledzy z partii, będący teraz w SLD, zadawali mi pytania: „Czy wiesz, że rembertowscy delegaci robią coś strasznego, bo uczestniczą w głosowaniu ustalonym w góry?”. Rej w tych machinacjach wodziła pani Ewa Rogoń z Rembertowa. Ujawniłem to, więc podano mnie do sądu koleżeńskiego i wyrzucono z SLD, gdyż nie chciałem przeprosić za to, co powiedziałem. Prowadził ten zjazd Andrzej Piłat, znany z manipulacji głosowaniami. Prasa donosiła, że kiedyś, prowadząc wybory w Pułtusku, dołożył burmistrzowi dwieście głosów. Był wtedy wstyd i nowe wybory. Obecnie pani Rogoń była u nas burmistrzem i gdy ja zaniosłem swoje książki do bibliotek w Rembertowie. To kierowniczka wyznała mi, ze powiedziano jej: „Jeśli pani przyjmie książki od Siwaka, to nie będzie pani tu pracować”. Więc ta kobieta prosiła mnie, bym wycofał swój podarunek. I dlatego nie ma moich książek w bibliotece.

- To zrobimy tak – mówi pan Waldemar Misiewicz – że ja u pana kupię cały komplet pana książek. Pan na każdej pisze, że jest to podarunek od obywatela Rembertowa, i że pan też jest obywatelem Rembertowa, i że dedykuje pan książki dla wszystkich obywateli Rembertowa. Ja je zaniosę do biblioteki i nie wyjdę, dopóki nie zapiszą w ewidencji i kartotece pana książek. Jak pani burmistrz spróbuje coś zrobić, żeby ich nie było, to mam kolegów radnych i pani burmistrz usłyszy, co o niej tu myślą.

Ale samo życie rozwiązało ten problem. Kiedy pani burmistrz dowiedziała się, że książki są w bibliotece, to nie mogła ich wycofać, bo cały czas były wypożyczone. W międzyczasie były wybory i pani Ewa Rogoń przepadła w głosowaniu,książki zaś pozostały w bibliotece.

  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   21


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna