Artykuł społeczeństwo



Pobieranie 39,06 Kb.
Data28.12.2017
Rozmiar39,06 Kb.

ARTYKUŁ - SPOŁECZEŃSTWO

Ostatni gasi światło

Służba zdrowia.

Tragedia w Raciborzu, gdzie zmarł pacjent, bo zabrakło doświadczonego anestezjologa, to tylko przygrywka do horroru, jaki niebawem czeka nas w szpitalach.


Kiedy 22 lata temu chirurg Artur Sicznik przychodził do szpitala we Włodawie na Lubelszczyźnie, był najmłodszym lekarzem. Dziś, mimo że ma 47 lat, znowu jest najmłodszy. Jego koledzy wyjechali do większych ośrodków, odeszli do prywatnych firm, wyemigrowali na Zachód. Od pięciu lat nie zgłosił się też ani jeden młody medyk, który chciałby we Włodawie zrobić specjalizację. Jeśli tak dalej pójdzie, szpital umrze śmiercią naturalną.
To już nie jest emigracja, to ewakuacja. Przez ostatnie dwa tygodnie z bliska przyglądaliśmy się pracy kilkudziesięciu szpitali w całym kraju. Wszędzie było tak samo. Nikt już nie zwracał nam uwagi na zadłużenie, które jeszcze niedawno było najważniejszym problemem służby zdrowia. Dziś niemal wszyscy dyrektorzy drżącym głosem wymieniali kolejne specjalizacje, w których tworzy się potężna dziura. Za kilka miesięcy może ona doprowadzić do lawinowego zamykania całych oddziałów.
Ministerstwo Zdrowia szacuje, że po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej w ciągu dwóch lat za granicę wyjechało około pięciu procent lekarzy. Minister Zbigniew Religa wierzy, że pozostałych uda się zatrzymać 30-procentową podwyżką płac. Mało prawdopodobne. Według naszych informacji atmosfera w środowisku lekarskim jest taka, że żadna prowizorka już nie pomoże. Żadna podwyżka na otarcie łez. Tamy zostały przerwane, zaczęła się powódź. Rząd musi uzbierać pieniądze, by zatrzymać lekarzy w kraju. A to oznacza - jak wynika z naszych rozmów z lekarzami - konieczność wzrostu zarobków co najmniej o 100 procent.
Taka operacja kosztowałaby budżet państwa ok. 4 mld zł rocznie. Przy racjonalizacji wydatków w NFZ, oszczędnościach w administracji publicznej, ograniczeniu dotacji do KRUS - tymczasowe wsparcie taką sumą służby zdrowia byłoby realne. Tymczasowe - bo na dłuższą metę pompowanie pieniędzy w chory system nie ma sensu. Jeśli uda nam się lekarzy jeszcze trochę zatrzymać w kraju, musimy ten okres wykorzystać na terapię szokową - radykalną reformę polegającą na przynajmniej częściowej prywatyzacji lecznictwa, zamknięciu niepotrzebnych szpitali i stworzeniu mechanizmów, które zaczną eliminować korupcję. Jeśli tego nie zrobimy, za chwilę leczyć nas będą sami emeryci, którzy nie mają już siły, by wynieść się z Polski.

Znikający anestezjolog
Dane zebrane miesiąc temu przez Naczelną Izbę Lekarską są zatrważające. Wynika z nich, że sami anestezjolodzy pobrali już 625 zaświadczeń potrzebnych, by podjąć pracę na Zachodzie. Oznacza to, że Polskę opuściło lub opuści w najbliższym czasie 16 proc. wszystkich lekarzy tej specjalności. Profesor Ewa Mayzner-Zawadzka, krajowy konsultant ds. anestezjologii, mówi, że tylko z Katedry Anestezjologii i Intensywnej Terapii Akademii Medycznej w Warszawie - ze szpitala przy ul. Lindleya w Warszawie, gdzie pracuje, wyjechało w ciągu roku 12 anestezjologów z 40-osobowego zespołu specjalistów, a ze szpitala przy ul. Banacha - dziesięciu spośród 45. Podobnie w Centrum Onkologii - z 24-osobowego zespołu wyjechało siedmiu (a trzech przeszło do prywatnych placówek).
- Najgorzej jest w województwach przygranicznych, gdzie brakuje już ponad
20 proc. specjalistów - mówi prof. Wojciech Gaszyński, łódzki konsultant ds. anestezjologii. - W sumie zostało nas niewiele ponad trzy tysiące. Wychodzi 0,4 anestezjologa na stół operacyjny, podczas gdy europejski standard to 1,5 specjalisty na stół.
Nic dziwnego, że w tej sytuacji dochodzi do tragedii. Głośno było ostatnio o Raciborzu, gdzie po odejściu z pracy 10 anestezjologów pozostałych trzech pracowało niemal przez przerwy. W końcu na początku lipca sprowadzono specjalistę z prywatnego pogotowia, który miał pięć lat przerwy w praktyce w znieczulaniu. Tak przygotował do operacji swojego pierwszego pacjenta, że 83-letni chory zmarł na stole zabiegowym.
Inne szpitale wolą nie czekać na podobne zdarzenia. W Kłodzku dyrektor Aleksander Niedzielski próbował już szukać specjalistów na Ukrainie, ale nie chcieli przyjechać. Tam lekarz zarabia równowartość ok. tysiąca złotych na etacie i co najmniej drugie tyle na boku, więc przeprowadzka do Polski nie jest specjalnym awansem. - Zastanawiałem się, czy nie szukać w Nigerii, Bangladeszu i Abisynii - mówi gorzko Niedzielski, który w odruchu rozpaczy, nie bacząc na dyscyplinę finansową i niezadowolenie innych lekarzy, podniósł swoim dwóm ostatnim anestezjologom pensje z 5 do 10 tys. zł (z dyżurami). Inaczej by odeszli, a szpital musiałby zaprzestać operacji.
To samo zrobił Maciej Janiszewski, dyrektor szpitala w Gostyniu. - Przekupiłem ich, żeby nie odeszli - mówi wprost. Dziś trzej pozostali w szpitalu anestezjolodzy zarabiają 6,5 tys., ale pracują na 200 proc. normy. Zaś w Nowym Dworze Gdańskim szpital ratuje emeryt. Jedyny anestezjolog, jaki pozostał, ma 70 lat. I nie ma szans na znalezienie innego.
To, że w anestezjologii nie doszło jeszcze do ostatecznej katastrofy, to w dużej mierze zasługa specjalistów, którzy dali się ubłagać swoim szefom i poszli na kompromis - pracują zarówno w Polsce, jak i za granicą, przeważnie w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Szwecji i Hiszpanii. Tak robią lekarze w Poznaniu, Białymstoku, Łodzi i Szczecinie. Z anestezjologiem z Pomorskiej Akademii Medycznej (prosił o niepodawanie nazwiska) rozmawialiśmy w ostatni piątek, kiedy wyjeżdżał na tydzień do Szkocji. Z trzema innymi kolegami mają ustalony grafik, tak by wszyscy mogli spędzić na Wyspach Brytyjskich jeden tydzień w miesiącu.
Jeśli nasz rozmówca zdecyduje się w końcu wyjechać na stałe, będzie mógł liczyć na roczne zarobki (w przeliczeniu) w wysokości 300-400 tys. złotych w Wielkiej Brytanii. We Włoszech dostałby rocznie równowartość ok. 140 tys. złotych, w Szwecji - 160 tys. Jeśli zostanie w Polsce, przez cały rok zarobi najwyżej 35 tys. złotych.
- W Wielkiej Brytanii zapotrzebowanie na anestezjologów jest ogromne. Dostaję z agencji pracy po kilka SMS-ów tygodniowo z kolejnymi propozycjami. Prędzej czy później wyjedzie większość z nas - prorokuje lekarz.

Następni w kolejce
Zapaść w anestezjologii jest najbardziej widoczna. Lekarze tej specjalności mają najsłabszy kontakt z pacjentem, nie muszą z nim w ogóle rozmawiać, więc wyjeżdżając do obcego kraju, nie muszą dobrze znać języka. Ale szpitale na Zachodzie poszukują też tysięcy lekarzy innych specjalności, więc ci już od wielu miesięcy szlifują angielski, niemiecki i hiszpański. I za moment wyjadą, skuszeni propozycjami zarobków od 15 tys. zł aż do 80 tys. na miesiąc.
Zaświadczenia potrzebne do wyjazdu wzięło 15 proc. polskich chirurgów plastycznych, 13 proc. chirurgów klatki piersiowej, 11 proc. specjalistów medycyny ratunkowej, po 8 proc. chirurgów naczyniowych, radiologów i po 7 proc. chirurgów szczękowo-twarzowych oraz ortopedów.
To nie koniec. Jak przyznają dyrektorzy szpitali, z którymi rozmawialiśmy, w ostatnich miesiącach zaczął się ferment również wśród urologów, endokrynologów, psychiatrów, kardiologów, hematologów, patomorfologów, stomatologów, ginekologów położników, neonatologów i pediatrów. Zaświadczenia z izb lekarskich wzięło od 2 do 6 proc. lekarzy tych specjalności.
Powoli zaczyna brakować też pielęgniarek. Jak mówi Elżbieta Buczkowska, prezes Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych, najgorsze jest to, że wyjeżdżają grupowo, po 10-15 z jednego szpitala. Tylko w warszawskim Centrum Zdrowia Dziecka brakuje ich dziś blisko 60 (ok. 10 proc.). A wszystko to dzieje się w kraju, który jeszcze przed ostatnią falą emigracji miał za mało lekarzy. Według Biura Statystycznego UE trzy lata temu na 100 tys. mieszkańców przypadało w krajach UE 375 lekarzy, w Polsce - 220. Gorzej było tylko w Słowenii (215).
Jeszcze bardziej dramatyczną sytuację obrazowała statystyka liczby łóżek szpitalnych na 100 tys. mieszkańców. Średnia dla UE wynosiła tu 630 łóżek, a w znajdującej się na szarym końcu Polsce - 494. W tym samym czasie Słowacy mogli się pochwalić liczbą 1042 łóżek, a Czesi - 1093.
Gdyby te badania powtórzyć dziś, byłoby jeszcze gorzej, przynajmniej jeśli chodzi o liczbę lekarzy. W czerwcu łódzkie szpitale oddały 40 proc. miejsc przyznanych przez resort zdrowia dla stażystów po studiach i opłacanych przez ministerstwo. Zabrakło chętnych, bo młodzi ludzie coraz częściej decydują się, by karierę od razu związać z Zachodem i tam rozpocząć staż. W efekcie wyjeżdżających za granicę specjalistów nie ma kto zastąpić, bo narybek też emigruje.

Portret we wnętrzu
Jak ten exodus przekłada się na sytuację konkretnych placówek?
Tylko w ciągu ostatniego roku ze Szpitala Wojewódzkiego w Radomiu wyjechało do Hiszpanii czterech anestezjologów, ortopeda i chirurg onkolog. Kolejny onkolog wybrał Irlandię. A do wyjazdu przygotowują się: anestezjolog, ortopeda i neurolog. - Zdarza się, że jest wolna sala, ale operacja nie odbywa się, bo nie ma kto pacjenta znieczulić. Chory zmuszony jest czekać nawet 1,5-2 miesiące, jeśli nie jest to przypadek zagrażający życiu - dyrektor Bożenna Pacholczak jest załamana. Jej szpital pracuje na 80 proc. mocy.
W Szpitalu Wojewódzkim w Poznaniu dyrektor Jacek Łukomski mówi wprost: - Za chwilę może być katastrofa. Jego placówka przyjmuje rocznie 45 tys. pacjentów i dokonuje 11 tys. operacji, trafia tam 70 proc. nagłych przypadków w regionie, czyli pacjentów zwożonych karetkami i helikopterem. Tymczasem z 14 anestezjologów zostało Łukomskiemu już tylko pięciu. Gdyby odeszło jeszcze dwóch, szpital przestałby spełniać swoją rolę.
- Ludzie wyjeżdżają na Zachód lub odchodzą do prywatnych firm. Nie zawsze z powodu pieniędzy. Niektórzy nie wytrzymują rosnącego napięcia, zmęczenia i warunków pracy. Trudno im wypełniać swe obowiązki podczas upału na oddziałach bez klimatyzacji. Zostali mi już tylko pasjonaci - mówi Łukomski, który ma nadzieję, że na najsłabszym odcinku frontu w anestezjologii da sobie radę dzięki kilkunastu młodym lekarzom, którzy specjalizują się w tej dziedzinie.
To jednak mogą być tylko marzenia ściętej głowy. Z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Wrocławiu właśnie odeszło czterech anestezjologów, i to właśnie zaraz po zrobieniu specjalizacji. Nie chcieli pracować za 2,5 tys. złotych. Efekt: w szpitalu zostało pięciu anestezjologów, choć powinno ich być 16. Liczba operacji spadła niemal o połowę, do 25-30 dziennie. Pacjenci czekają na zabieg tydzień, dwa, czasem dłużej. 
Dyrektor Wojciech Witkiewicz nie może nawet liczyć na 30 stażystów, których ma dziś w szpitalu. Prawie wszyscy deklarują chęć wyjazdu za granicę. Tak samo jest w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Lublinie. Wicedyrektor
Anna Zmysłowska mówi, że większość z 59 młodych lekarzy z jej szpitala (zwłaszcza kardiolodzy) w ekspresowym tempie uczy się angielskiego, niemieckiego, a nawet szwedzkiego. - Już nikogo z nas nie dziwi widok młodego lekarza spędzającego przerwę ze słuchawkami na uszach i szlifującego język. Nawet się z tym nie kryją - mówi.
W Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Rzeszowie, gdzie jeszcze do niedawna co roku zgłaszało się na staż kilkunastu chętnych, teraz nie zgłosił się nikt.
- Rocznie lubelską Akademię Medyczną kończy około stu absolwentów. Kompletnie nie wiem, gdzie oni są - dodaje znajdująca się w podobnej sytuacji Amelia
Ścibor, wicedyrektor Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Lublinie.

Zamknięte do odwołania
W takich warunkach między szpitalami dochodzi do brutalnej walki o ludzi. Lekarze, którzy nie zdążyli jeszcze wyjechać, są podkupywani przez konkurencyjne szpitale i prywatne kliniki. Ale nie są to żadne spektakularne transfery. We Wrocławiu za zmianę miejsca pracy wystarczy zaproponować anestezjologowi 500 zł więcej
- czyli 3 tys. zł. Jeszcze mniej potrzeba, by przechwycić ortopedę. Dariusz Sarti, dyrektor ds. lecznictwa Wojewódzkiego Szpitala Chirurgii Urazowej w Warszawie, przyznaje, że wystarczy zaledwie 200 zł, by namówić lekarza do odejścia z poprzedniego miejsca pracy. I Sarti w taki właśnie sposób walczy z sąsiednimi szpitalami. Nie ma wyjścia, bo sam stracił kilku ortopedów na rzecz prywatnych klinik.
O ile jeszcze w dużych miastach szpitale z trudem, ale jakoś łatają dziury, o tyle w małych ośrodkach jest prawdziwa klęska. Co najgorsze, lekarski exodus odbija się bardzo często na dzieciach albo na matkach czekających na poród.
Jak mówi dyrektor Wojciech Kowalczyk z Kwidzyna, jego trzej pediatrzy potrafili trzy miesiące pracować bez przerwy, zanim znaleziono czwartego, co i tak nie rozwiązał problemu. Nadal jest ich o połowę za mało. - Pracujemy na granicy wydolności fizycznej. Niedawno nasz ginekolog położnik przeszedł zawał. Ale pięć dni później wrócił do pracy wspomóc kolegę, który został sam. To jest dramat, każdy nowy ubytek kadrowy grozi załamaniem kruchej równowagi - mówi Kowalczyk.
W Kutnie pod koniec kwietnia rozsypał się cały zespół anestezjologów. Z pięciu specjalistów została tylko pani ordynator. - Musiałem jeździć po szpitalach i werbować ludzi choć na jeden dzień. Błagałem też o pomoc starych znajomych ze studiów, którzy z litości brali urlopy wypoczynkowe i przyjeżdżali do mnie - przyznaje dyrektor ds. lecznictwa Andrzej Czerwiński, który zdążył już zamknąć z braku kadry dwa oddziały: urologii i okulistyki.
Wielu szefów placówek nie miało nawet cienia szansy, by przygotować się na zaistniały kryzys. Dyrektor Andrzej Sapiński ze szpitala w Lęborku przez całe lata był w komfortowej sytuacji. Jego niewielki szpital w razie kłopotów posiłkował się lekarzami z Trójmiasta i Słupska. Aż nagle w ciągu ostatnich kilku miesięcy stracił dwóch chirurgów, dwóch radiologów. Na dodatek trzech ginekologów właśnie szykuje się do wyjazdu za granicę, a pięciu innych lekarzy wystąpiło o roczny urlop bezpłatny.

Do zajeżdżenia
Doszło już nawet do tego, że niektórzy dyrektorzy, zamiast kierować placówkami, sami dzień za dniem biorą dyżury. W Bytowie dyrektor ds. lecznictwa Lech Wiśniowski miesięcznie ma do 14 dyżurów chirurgicznych. - Czuję się jak wół roboczy - mówi gorzko.
Nie on jeden. Niedawno w Ustrzykach Dolnych lekarz ze szpitalnego pogotowia po dojechaniu do domu pacjenta został posądzony o nietrzeźwość. Kiedy podłączał pacjenta do respiratora, rodzina chorego wezwała policję. Badanie nie wykazało alkoholu we krwi lekarza, był skrajnie wyczerpany seryjnymi dyżurami.
Podobne wypadki zdarzyły się ostatnio (i to trzy razy) lekarzom ratownikom ze szpitala w Łukowie pod Lublinem. Dyrektor ds. lecznictwa Władysław Kobielski za każdym razem osobiście wzywał policję. Oskarżenia zawsze okazywały się fałszywe, lekarze zataczali się nie dlatego, że byli pijani, ale śmiertelnie zmęczeni.
Niektórzy szefowie małych szpitali, jeśli akurat nie operują, rozkładają na swoich biurkach wielkie kartki i rysują siatki planistyczne. Jeśli np. w szpitalu w Wieruszowie (zaledwie 17 lekarzy na 100 łóżek) ktoś z personelu zachoruje, natychmiast dzwoni się do Wielunia i Sieradza po kolegów. Jeśli w Nowym Dworze Gdańskim jest kryzys, pomaga Elbląg. Dyrektorzy szpitali - zwłaszcza na prowincji - mają świadomość, że już niedługo część z nich trzeba będzie zamknąć. Dyrektor Wojciech Kowalczyk z Kwidzyna, który uchodzi za wzór menedżera (w trzy lata ograniczył dług z 4,9 mln zł do 0,5 mln), mówi, że utrzymywanie dwóch dogorywających szpitali w okolicy nie ma żadnego sensu. Lepiej jeden zamknąć albo oba tak przekształcić, by nie dublowały się w nich te same oddziały. Problem w tym, że co najmniej do jesieni nikt nie będzie miał odwagi rzucić głośno takiego pomysłu. Zbliżają się wybory samorządowe, więc lokalni urzędnicy będą bronić każdej placówki jak Częstochowy. 
Pytanie tylko, czy będzie czego bronić. Atmosfera w szpitalach jest tak zła, że zaraz po wakacjach może dojść do wybuchu. - Moi ludzie są u kresu wytrzymałości. W czasie ostatniego protestu prawie wszyscy złożyli wypowiedzenia, choć zaledwie miesiąc wcześniej nikt nie wierzył, że może do tego dojść. To już nie są żarty - mówi dyr. ds. lecznictwa Ryszard Wilk ze szpitala w Opocznie, gdzie lekarze pracują nawet w czasie własnej choroby.
Jeśli w Polsce wybuchnie znowu protest, w Opocznie może zabraknąć ostatniego, który zgasi światło. Nie pomoże groźba wzięcia lekarzy w kamasze. Bo zanim nasz rząd wyda jakikolwiek edykt, armia lekarskich dezerterów z Polski będzie już służyć w legii cudzoziemskiej na Zachodzie.
________________________________________________________________
Ja się cieszę z tych wyjazdów”


O tym, dlaczego nie powinniśmy się bać pracy polskich lekarzy za granicą i o pożytkach wynikających z wyjazdów młodych, z Aleksandrą Gardynik i Iwoną Dominik rozmawia minister zdrowia prof. Zbigniew Religa.

Newsweek: Panie ministrze, wie pan, co się dzieje w szpitalach? W Raciborzu zmarł pacjent, który nie wybudził się z narkozy, bo szpital musiał skorzystać z niedoświadczonego anestezjologa. Wszyscy inni wyjechali do pracy za granicą.
Prof. ZBIGNIEW RELIGA: Spokojnie. O tych masowych wyjazdach z Polski to ja już słyszę od dobrych trzech lat. Ale oni częściej mówią o wyjeździe, niż rzeczywiście wyjeżdżają. Proszę, oto dane z Naczelnej Izby Lekarskiej.
Mamy 5 procent lekarzy, którzy pobrali zaświadczenia niezbędne do pracy za granicą. Pobrali, podkreślam. Nie wiemy jednak, ilu z nich wyjechało.

Pan mówi 5 procent wszystkich lekarzy. Ale w tej grupie najwięcej, bo aż 15 procent, jest anestezjologów. 15 procent to nie jest maleńka dziurka, to wielka wyrwa, panie profesorze!
- Anestezjolodzy w procesie leczenia chorego są drugoplanowymi postaciami, dlatego ta specjalizacja nigdy nie przyciągała. W Polsce cierpimy na brak anestezjologów od lat, tak jest zresztą na całym świecie.

I dlatego lekką ręką oddajemy te deficytowe specjalności innym zachodnim społeczeństwom?
- Nie rozumiem takiego podejścia. Stworzyliśmy wspólną Europę. Zacznijmy się więc
w niej czuć jak obywatele Europy. Ale oczywiście nie zmienia to faktu, że tam, gdzie mamy niedosyt specjalistów, trzeba spowodować, żeby zarabiali więcej niż inni lekarze.

To dajmy im większe pieniądze.
- Po pierwsze, jeśli da się się lepsze pensje anestezjologom, to inne grupy będą protestowały. A po drugie panie zapominacie chyba, w jakim kraju żyjemy. Jesteśmy najbiedniejszym krajem Unii Europejskiej. 95 procent Polaków płaci podatek według najniższej stawki, to świadczy o poziomie zamożności. Dopóki nie staniemy się bogatym krajem, dopóty żądanie, by jedna grupa zawodowa, dajmy na to anestezjolodzy, była superuprzywilejowana, nie jest w porządku.

Nikt nie mówi o uprzywilejowaniu, tylko o przyzwoitych zarobkach dla ludzi wykwalifikowanych. Nie czuje się pan winny temu, że polska służba zdrowia tak niewiele się zmieniła?
- Jako to się nie zmieniła? Zmieniło się wszystko. Odchudziliśmy szpitale, zmieniły się stosunki własnościowe, system ubezpieczeń, mamy ogromny rozwój medycyny prywatnej. Ale oczywiście pytanie brzmi, czy te zmiany odbiły się na poziomie medycyny, na stosunku lekarza do pacjenta. I tu, niestety, faktycznie niewiele się zmieniło.

Czyja to wina?
- Wszystkich. Kolejnych rządów, sytuacji ekonomicznej. To nie jest tak, że zawiniła jakaś konkretna osoba albo któraś z partii. Aby zmienić to wszystko, potrzeba czasu, to jest taka parszywa dziedzina, gdzie trzeba przełamywać schematy, które istnieją, tradycje, jakie istnieją, sposób myślenia.

Wszystko można wytłumaczyć, a faktem jest, że z kraju uciekają młodzi lekarze po studiach.
- I bardzo dobrze, że wyjeżdżają! Rozmawiacie panie z człowiekiem, który nie płacze
z tego powodu. Nie widzę problemu w tych wyjazdach, co więcej, cieszę się z nich, bo tam młodzi ludzie stykają się z bardzo nowoczesną medycyną, nową organizacją pracy, poznają świat. Dla ich wykształcenia to znakomicie. Jeszcze wiele lat minie, zanim średni poziom medycyny w Polsce zrówna się z poziomem Niemiec, Francji czy Anglii. Zresztą, pamiętajmy, że te wyjazdy są cechą wspólną wszystkich krajów postkomunistycznych. Sprawa jest prosta: lekarze zarabiają tu gorzej niż w krajach zachodnich i chcą wyjeżdżać. Ale pojemność Europy Zachodniej, jeśli chodzi o lekarzy, też nie jest nieograniczona.

Proszę się nie łudzić, oni nie wrócą. A my mamy najniższy w Europie wskaźnik liczby lekarzy na 1000 pacjentów....
- To nieprawda. W Polsce mamy 2,5 lekarza na 1000 pacjentów. W USA, kraju najlepszej medycyny: 2,3. W Japonii - 2,3, w Kanadzie - 2,1. Jak widać, tu nie chodzi o liczbę lekarzy, ale efektywność ich pracy.

Przypatrzmy się Europie.
- Proszę bardzo. W Niemczech mamy 3,4; Francja 3,4 . Wielka Brytania 2,2; Czechy 3,5.

Tu jest różnica.
- Ale jak próbuje pani zamknąć jakiś szpital, to ci wszyscy ludzie nagle przestają mówić
o wyjeździe, a zaczynają krzyczeć: gdzie my teraz pracę znajdziemy, co z nami będzie?! A prawda jest taka, że wcale nie mamy za mało lekarzy. Medycyna będzie szła w kierunku zmniejszania ich liczby. Byłem ostatnio w Grodzisku. Mają tam w szpitalu przepięknie wyposażony oddział radiologii i nie mają żadnego radiologa.
I nie stanowi to problemu. Bo wszystko jest na bieżąco - dzięki telemedycynie - diagnozowane przez inne szpitale.

Ale radiologia to specyficzna specjalizacja. Anestezjologa pan wirtualnie nie zatrudni.
- Oczywiście, sprawy anestezjologów już nie poruszajmy. Jeśli jest dziura, trzeba otwierać specjalizacje i kształcić młodych. Koniec, kropka. Ale w wielu innych dziedzinach medycyny trzeba szukać dróg do racjonalizacji pracy. W Polsce mamy największą w Europie liczbę tzw. ostrych łóżek. Pracuję nad tym, by zmniejszyć ich liczbę w ciągu pięciu lat. Trzeba zamknąć część szpitali, inne reorganizować. Ale to jest rewolucja, której nie można zrobić w jeden dzień. Od stycznia 2007 roku chcę wprowadzić system konsultacyjny dla specjalistów. Będzie to całkowita zmiana pracy szpitala. Pacjenci będą przychodzili do szpitala do konkretnego lekarza. Lekarz- -specjalista będzie bardziej samodzielny i niezależny od ordynatora, który będzie jedynie organizował jego pracę. Dzięki temu rozwiązaniu szpital zacznie dbać o dobrych specjalistów, bo za nimi idą pacjenci.

Ucieka pan w przyszłość. Ale co dziś?
- Oczywiście budowa takiego systemu rozłożona jest na lata. Ale wierzę w to, że się uda.
Aleksandra Gardynik (aleksandra.gardynik@newsweek.pl), Marek Kęskrawiec (marek.keskrawiec@newsweek.pl), współpraca Kamila Baranowska, Łukasz Cybiński

Tekst główny artykułu z wydania 32/06 ze strony 72





©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna