Apolonia Starzec



Pobieranie 217,27 Kb.
Strona6/6
Data16.04.2018
Rozmiar217,27 Kb.
1   2   3   4   5   6

M.C.-T.: Nic nie szkodzi.

A.S.: Ty to połączysz? Połączysz to. No już.

M.C.-T.: No chciałam zapytać, bo pani właśnie zaczęła opowiadać o ojcu i o dziadkach ze strony ojca. A czy oni do państwa np. przychodzili na święta? Razem spędzaliście święta?

A.S.: Tylko w rodzinie. Ojciec miał, prawda, no była taka wielka spółka rodzinna, nazywała się firma „Bracia Bugajscy”, Bugajski się nazywał, było czterech braci. Trzy córki.

M.C.-T.: A pamięta pani imiona?

A.S.: Jeden był. Nie wszystkich. Jeden się nazywał Salomon. To ci mówiłam, że oni mieszkali w Łodzi, i później przyjechali do naszego mieszkania. Drugi się nazywała Juda chyba, a trzeci i czwarty… Lejb, Lejb. Ten Juda to jak zbankrutowali, to się powiesił. Popełnił samobójstwo. Miał dużą rodzinę, duży dom też prawda, i on był, że tak powiem, głową tego całego, prawda. I chyba to był powód. Miał już dorosłe dzieci, były dużo starsze od mojego. I on popełnił samobójstwo. Ten Lejb to chowany był, no chowali chyba w duchu żydo… te córki, córki, to się nazywała, to się nazywały inaczej, przecież po wyjściu za mąż. To później ci powiem… Lorie się jedna nazywała, do męża, to też taka wyzwolona trochę te dzieci były prawda już kształcone, wyzwolone. Ale kontaktów nie było między nami, wiesz, nie. Były kontakty z rodziną mamy. Z rodziny mamy, to mama sprowadziła ta najmłodszą siostrę, Salę Sandomierską, wyszła za mąż za Sandomierskiego. Za jakiegoś w Radomsku. I z nim były kontakty. I była siostra mamy. też zginęli w czasie wojny. A, trzecia Hercberg. Hercberg. Się nazywała, to już Ci podałam trzy. Hercberg, Lorie…

M.C.-T.: Ale to od mamy…

A.S.: Od mamy to Sala i…

M.C.-T.: A to są od ojca te dwie.

A.S.: Od ojca. Ja nie. Ja urwałam kontakty z domem, znaczy w ogóle, moim domem już nie, Radomsko już przestało, już z sentymentem przyjeżdżałam. Bardzo kochałam, prawda, te, dzieciństwo. Ale faktycznie już nie mieszkałam potem w Radomsku i z rodzina nie utrzymywałam. To był duży wstyd, prawda, dla rodziny, że ta córka siedzi ich w więzieniu, wiesz, ze tak się wykoleiła. To były inne poglądy na wszystko. To nie byli komunistami ani socjalistami. Raczej… też nawet syjoniści nie. Była tam spółka taka braci Jabłkowskich, braci Bugajskich i było ich czterech, to ci wymieniłam. Jeden zginął samobójczo, to była tragedia duża, to był najmądrzejszy ze wszystkich, to wtedy zbankrutowała ta firma. Mieli tak – jedną rzecz to mieli, hurtownię tego, mąki, cukru, soli, cos takiego. Pamiętam, że mili bocznicę na dworcu kolejowym, i ja pamiętam, jako dziecko byłam na tej bocznicy i widziałam, jak się rozładowuje te rzeczy. No i był taki jeden na rynku taki hurtowy ten sklep. Tego, gdzie się hurtownie tego, rzeczy przekazywały. Poza tym byli też, prawda, przedsiębiorstwo budowy dróg, i jeszcze coś, no nie wiem. W każdym razie nie dali rady finansowo, wtedy, kiedy, prawda, był wielki kryzys, to się skończyło. Co ci jeszcze powiem. Czy tamta rodzina była tradycyjnie. Tak. Ani my ich nie odwiedzali oni nas nie odwiedzali. No kontaktów na co dzień nie było. Rolę główną w tym domu odgrywała moja mama. Którą żeśmy strasznie kochały. Bo była taką koleżanką naszą raczej, niż mamą. Miała 16, 17 lat niecałe, jak mnie urodziła. Rozumiesz. A umarła też młodo.

M.C.-T.: A czy pani ojciec chodził do synagogi?

A.S.: Jeżeli, to raz, pamiętam, ze tylko w Sądny Dzień. Mama nie, ale on chodził w Sądny Dzień.

M.C.-T.: I pościł?

A.S.: I pościł. Pościł. Mama nie. My też nie. Ja pamiętam, mówiłam ci, żeśmy mieli taką miejscowość letniskową Kamińsk koło Radomska, tam się jeździło, rozumiesz, na wypoczynek, na letnie, że tak powiem, pomieszkanie. No i ja tak rowerkiem kiedyś wracałam z tego Kamińska, bo to niedaleko. 10 km. Rowerkiem wracałam do domu, nie widziałam nawet, naraz, jechałam koło synagogi, i czuje, ze mali chłopcy zaczynają kamieniami na mnie rzucać, rozumiesz. Że obrażam ich uczucia, nie zdawałam sobie z tego sprawy, nie wiedziałam o tym, że nie wolno jeździć, przejeżdżałam ulicą gdzie jest synagoga.

M.C.-T.: To musiało w sobotę być, czy w jakieś święto?

A.S.: W piątek wieczór. W piątek, piątek, jeszcze nie, czy już gwiazdka była, bo było widno, bo było latem, wiesz.

M.C.-T.: A u was się jakoś obchodziło piątek w domu?

A.S.: Co?

M.C.-T.: Piątek się jakoś obchodziło w domu?

A.S.: Nie. Nie pamiętam mamy palącej świece, nigdy. Nigdy tego nie robiła. Nie wychowana w tym duchu zupełnie. W tym domu matki. I stąd ona więcej czasu poświęcała nam, tak. Ja byłam więcej do ojca podobna zewnętrznie, on był ciemny, a ona była tak jasna blondynka niebieskooka, wiesz, taka typowa Aryjka, jak to mówią. A ona, siostra moja, do mamy podobna. No i jej się tam podobały te nasze… ona nam ustępowała w wielu wypadkach, ale dużo od nas wymagała. Dużo od nas wymagała, wychowała nas dobrze. No więc dbano… pierwsze radio, jakie było pamiętam, jak chodziłam do ostatniej klasy. Już były, prawda, taki wielki to był aparat, taki jak to, z tyłu były akumulatory takie duże, wiesz, i na słuchawki się słuchało. I były wykłady dla maturzystów. I wtedy koleżanki do mnie i koledzy przychodzili, słuchali tych. To tyle pamiętam, prawda. W tym miejscu, gdzie stało pianino, to i stał tamten aparat i prawda i się słuchało. To wiem, że wtedy, to znawcy miałam 16 lat, jak był pierwszy, to byliśmy jedni z pierwszych, którzy mieli radio. I wykłady dla maturzystów odbierałam. No uczyłam się, początkowo chcieli koniecznie, żebym grała, uczyli na skrzypcach, nie wychodziło, to pianino było. No to na pianinie się uczyłam.

M.C.-T.: Kto panią uczył na tym pianinie grać?

A.S.: Obok mieszkała taka żona aptekarza, oni się nazywali, też mieliśmy z nimi kontakt, tai domek mieli koło nas. Ja tam do niej chodziłam i siostra też na lekcje. Lubiłam dość ją, tak. Tak, że wychowywanie byłyśmy, prawda, panienki w dobrym domu. Tak że nie zaznałam, musze ci powiedzieć, to chyba mam takie coś nade mną jednak czuwa. Że miałam, prawda, dużo szczęścia. Dużo intuicji. I chyba cos czy ktoś nade mną czuwa. Bo nie zaznałam głodu w czasie getta tez, muszę ci powiedzieć. Bo mówię ci, jeszcze ojciec wtedy pracował, przysyłał nam te paczki, bośmy byle co jadły, pracowałam w tej fabryce czekolady. I ojciec przysyłał produkty. Później wyszłam z getta to pracowałam u Ireny Solskiej, która, gdzie jadałam obiady też i śniadania i dostawałam pensję za tą swoją robotę. Tak, że na ogół głodu nie zaznałam, tak jak zaznali głód, wiesz, w Rosji. Byłam wstrząśnięta, jak słyszałam, ze jedna z moich koleżanek, z którą siedziałam w więzieniu, zmarła z głodu w Rosji. Jak przyjeżdżali i mówili, to dostała z głodu cos, jak przyszła jakaś moment, ze się mogła najeść, dostała skrętu kiszek i zmarła. Rozumiesz, to to było dla mnie nie do pomyślenia, jak jej pozwolili umrzeć z głodu. To była dziewczyna, krakowianka, siedziałam z nią w jednej celi. To takiej dziewczyny jeszcze nie widziałam. Ona była tam wiesz, gospodynią z gospodarskich rzeczy, to się wtedy jeszcze, jak tam była wspólna kuchnia i znaczy te, wałówki były dzielone, lepsze rzeczy dostawały te słabsze dziewczyny, które były chore. A ona tak, z pogardą, ona była gospodynią. I w pogardzie na to, jak sobie już, wystarczyło na to, żeby coś dobrego dostała, to nie, to ona pokazać chciała, ze rozumiesz, ona czuje pogardę dla tego, do tej okropnej zupy, która dawali na śniadanie w więzieniu, rzucała te kawałki ciasta. Pokazać, ze ona gardzi, że ona nie chce, żeby było dla innych więcej. Kiedyś tak, jeszcze młodsze byłyśmy od ciebie, niż ty teraz (...) tośmy sobie coś dziewczyny opowiadały: „a masz chłopaka?” „mam”, „nie masz?” „nie masz”. Ja zapytali, „Stefciu, a tyś miała chłopaka?” ona cała zaczerwieniła się. Pytamy się: „ No powiedz, wystękaj wreszcie. Masz kogoś, kogo kochasz?” On mówi, powiedziała: „Lenin”. Rozumiesz? I ta dziewczyna ta młoda dziewczyna, chuda jak szczapa, te ślipia były takie wielkie na całej buzi, krakowianka. I ona, jak ja się po wojnie, pierwsze co zapytałam, wszystkich, którzy tam byli ewentualnie z nią, ewentualnie mieli kontakt, że umarła z głodu, to wiesz, to nie mogłam zrozumieć. Że w takim, tak dziewczyna, której wielka miłością prawda, to był jej ukochany, jedyny, zaczerwieniła się, bo to był jej ukochany. Wiesz, tak się było tej idei oddanym, i ze jej pozwolili zginąć z głodu, tam, w raju wielkim… Więc takiego głodu, jak w Rosji było, to nie zaznałam nigdy. Taka dygresja mała. Pepcia.

M.C.-T.: Pepcia?

A.S.: Pepka. Pepa. Paula, one tak prawda, to imię, inaczej się nazywała. Alszter jej na nazwisko. Pepcia Alszter. A to była krakowianka. Każde święto, przed każdym pierwszym maja już wiadomo było, że to były komunistki tam idą, to je zabierali, zamykali, żeby nie demonstrowały pierwszego maja. O tym getcie ławkowym to wiesz? O tym ci powiedziałam. No więc ta walka o to, żeby nie było rasowych, wiesz, niechęci, i żeby była możliwa równość, żeby nie było takiej przepaści między bogatymi a biednymi. Tak, że ta Pepcia była taka. I ona zginęła tam z głodu. To był dla mnie pierwszy szok, uważałam, że to jest jedyny raj, który nas, prawda. Bo byłyśmy młode, inaczej do tych rzeczy podchodziły. Inaczej ta rzeczywi… niestety, żadna idea w sprawdzaniu się na co dzień nie wychodzi jak należy. Nawet wiara, czy chrześcijańska, czy żydowska i tak dalej. Każda jest to samo. Kochana, nie wszystkie, prawda, są jakoś… Znaczy na przykład do żydowskiej mam to, ze jest niereformowana, zupełnie. (...) wiesz, taka wiara, no nie mam tej swojej, jestem kaleka, bo jakoś tej swojej wiary nie mam. Miałam wiarę w tą ideę, ale w praktyce ona nie wyszła tak, jak należy. A wiesz, ze w Izraelu to te kibuce były bardzo podobne do tego, co sobie wyobrażałam, że powinno być. Że tak powinno być, jak było w kibucach w Izraelu. Zwiedzałam tam, jak byłam u siostry, zwiedzałam. Ale one też nie utrzymują się tam. Wiesz, zaczynają ginąć powoli, bo to widocznie trochę wolności trzeba. Chociaż mnie na przykład zadziwiło w tych kibucach, że tam co dwa lata zmieniają przewodniczącego. Żeby, rozumiesz, ta władza mu nie uderzyła do głowy. Oni mieszkają na terenie, kształcą się za ich pieniądze, i nawet ten, który tam był, byłam u znajomego moje przyjaciółki, brata przyjaciółki, w takim kibucu, na jednym z najstarszych wyjechali ci bracia jej przed wojna jeszcze do Izraela. Do Palestyny. I jeden z tych, prawda, tamtejszych mieszkańców tych starych, inżynier, żona nauczycielka, i ich syn był, studiował w Jerozolimie, był zdolny. I jego wybrali zaocznie, wybrali tego studenta na przewodniczącego tego kibucu, po skończeniu tego kadencji, on przerwał studia i musiał przyjść. Jak skończył, potem poszedł dalej.







1   2   3   4   5   6


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna