Apolonia Starzec



Pobieranie 217,27 Kb.
Strona5/6
Data16.04.2018
Rozmiar217,27 Kb.
1   2   3   4   5   6

Side A



M.C.-T.: Ja bym dzisiaj chciała z panią porozmawiać, jak najwięcej o czasach przedwojennych.

A.S.: O przedwojennych.

M.C.-T.: Tak. Żeby mi pani opowiedziała na przykład na początek o miasteczku, o Radomsku. Jak Radomsko przedwojenne wyglądało.

A.S.: Aha. Ja mam opisane to bardzo pięknie przez moją przyjaciółkę, przez która, od której, ona była w Rosji, jak wojna wybuchła, nie tak, jak ja w getcie. I ona przeżyła, prawda, i te zdjęcia na przykład, ze szkoły rozmaite inne mojej mamy zdjęcie, babci nie, mamy zdjęcie i wszystkie inne, wszystko to kopie, zwróciłaś uwagę, to mam przez nią. Mam jej książkę, przez nią opisaną, o życiu żydowskim, wiesz, bo ja w tym środowisku mało byłam.

M.C.-T.: Ja wiem, ale ja bym chciała, żeby pani opowiedziała tak, jak pani pamięta.

A.S.: To co ja pamiętam. Moje dzieciństwo było niezłe w tym Radomsku. W moim domu nie zaznałam ani głodu, a raczej dostatek, wiesz, ojciec tak, nie tyle kupiec ile takie miał jakieś przedsiębiorstwo budowy dróg czy coś takiego, jakąś hurtownię itp. Pamiętam, miasteczko miało 30 tysięcy mieszkańców. To było otoczone, że tak powiem, troszeczkę kolonią niemiecką, wiesz, Niemcy tam dookoła mieszkało dużo pochodzenia niemieckiego ludzi. I przemysłu było mało, to był mało przemysłowy miasteczko. Jeżeli był, ot kapitał zagraniczny, metalurgia była belgijska. A poza tym było trochę hut, ale te huty już były prywatną własnością niektórych nawet i ludzi. Te na przykład, fabryka Witte Wuensche, to była też fabryka mebli giętych, która po dzień dzisiejszy istnieje. Wite i Wuensche też nazwiska niemieckie. Ten Wuensche pisze się on przez „sch” przecież tak, to tam u mnie też taki fotel stał, jak były tutaj to sobie kupiłam taki fotel też. No i byłyśmy dwie siostry, siostra ode mnie młodsza o 4 lata. Teraz jest w Los Angeles to podawałam. Jest już w niedobrym stanie.(...) No więc miałam, żyłam że tak powiem, nie zaznałam głodu a raczej dostatku i tak wychowana dobrze, ucząca się gry na pianinie, kończyłam szkołę, prawda, średnią, prywatną, co prawda żydowska była prywatna, i co jeszcze?

M.C.-T.: A gdzie mieszkaliście w Radomsku?

A.S.: w Radomsku ulica się dawniej nazywała Strzałkowska. Prowadziła do wsi Strzałków i proszę Ciebie, a poza tym, a ostatnio już po tym, później przemieniona na ulicę Legionów. Chyba się było, ja pamiętam, ja tam do tego domu przyjeżdżałam, byłam nawet na grób jeździłam, to tamtędy. To był bardzo wielki dom, ten, w którym ja mieszkałam. Był taki wielki, duży, własnością, jakiegoś prawda, Żyda chyba. I pamiętam w moim tylko tyle, z wojny pamiętam tylko tyle, że jakieś samowary, które tam na tym podwórku wielkim stały. Nie wiem, czy to już nie z opowiadań znam, to nie wiem. Jeszcze nie było skanalizowane mieszkanie, był taki woziwoda, który nosił wodę. No i potem skanalizowano, tośmy mieli prawda, duże mieszkanie.

M.C.-T.: Czyli po prostu taka kamienica.

A.S.: Kamienica, potężna tak,. W tej kamienicy była szkoła powszechna i gimnazjum.

M.C.-T.: A to faktycznie.

A.S.: Jedno skrzydło zajmowała olbrzymie, prawda kamienica. Jedno skrzydło zajmowała prawda, szkoła powszechna, ale na górze mieszkali lokatorzy, bo to była własność prywatna ten dom. A u mnie, u mnie też byłą jakaś część domu prawda zajęta przez gimnazjum prywatne.

M.C.-T.: Ale to, do którego pani chodziła?

A.S.: Do którego ja chodziłam, w którym, prawda, kierowniczką była Ludwika Weintraubowa. Weintraub znane nazwisko, rodzinę rozległą mieli w Piotrkowie, tam byli jacyś uczeni, wiesz, chyba gdzieś część zagranicą.

M.C.-T.: To pani miała blisko do szkoły.

A.S.: Tak, i bardzo byłam zła z tego powodu.

M.C.-T.: Dlaczego?

A.S.: Bo jak, prawda, źle się zachowywałam, to musiałam lecieć do domu po mamę. Jak poszłam na wagary z nimi, to od razu potem, prawda. Tak że to było duże, prawda, duży dom, bardzo duży.

M.C.-T.: I mieszkaliście na którym piętrze?

A.S.: Na drugim piętrze. A na pierwszym piętrze, całe pierwsze piętro zajmowała szkoła. A my też tylko, to były takie pokoje w amfiladzie, cztery czy ile pokoi. I co jeszcze? I odm stoi jeszcze. Ten dom, tak gdzie były te szkoły, zamieniono później na szpital. Więc był szpital. Jak ja przyjechałam już prawda, po wojnie, tam sprawdzać jak to wygląda to tam już był jakiś szpital. Nie szpital, ale no tak, coś jakaś przychodnia. W każdym razie szpital był jakiś. Tak. Pierwsze piętro było całe zajęte przez szpital, na drugim piętrze jeszcze tam ktoś mieszkał. A ta tylna część to samo. To samo. Rekwirowane to było mieszkanie właśnie na takie cele, bo ono było, bardzo wielki ten dom. Z mojego domu widziałam na drugim piętrze mieszkaliśmy, balkon z tego domu z daleka widziałam młyn, pola, bo tam niedaleko był młyn i pola, gdzie były żyta, chodziliśmy tam na wagary. Bardzo byłam zła, bo co przeskrobałam, to trzeba było lecieć po mamę do domu na skargę. Tak że to było źle i zazdrościłam tym, co mieszkają daleko. Ze mną do szkoły ta moja przyjaciółka, która mi przysłała to na imię jej było Lola Szlamkiewicz się nazywała. Teraz Grebler, już nie żyje, ta, która mi te fotografie przysłała. Była moją serdeczną przyjaciółką. I była z bardzo biednej rodziny pochodziła. Z bardzo biednej. Starsza ode mnie, chociaż skończyła szkolę powszechną, do tej pierwszej klasy wstąpiła, w własnych siłach się uczyła, jej, była okrągłą sierota i wychowywała ją jej starsza siostra, której mąż był, rozumiesz, szewcem. I gdzieś tam w rynku, rozumiesz, jak było ciepło to tyle pamiętam, że w rynku za mało było miejsca wewnątrz, to on, rozumiesz, reperował to obuwie na zewnątrz. Bieda była straszna, było dużo żydowskiej biedy. Ale, no i było dużo bogatych. No i prawda, ale co, ta koleżanka biedę zaznała dużą, uczyłyśmy się razem, razem maturę robiły, czy razem już nie pamiętam, bo ona później kończyła, ale w każdym razie ona na studia wyjechała do Warszawy, na biologię, biologię skończyła. Później jak wojna wybuchła, w ogóle się nasze drogi zupełnie rozeszły. Ona wyjechała na wschód, ja zostałam w Warszawie. Jak wyjechała na wschód, to tam poznała swojego męża Greblera, który pochodził ze Stanisławowa. I została jego żona, mam całą jej, prawda, całą historię, przez nią napisaną książkę. (...) potem za to miała cudowne życie przy boku tego ukochanego męża, i nareszcie po tej dużej ciężkiej biedzie w domu zaznała trochę, że tak powiem, innego życia. Dużej radości. Dzieci ma wspaniałe, to Ci mówiłam.

M.C.-T.: A jak wyście się skontaktowały ze sobą po wojnie?

A.S.: Po wojnie, tośmy się szukały. To ona przyjechała już nie pamiętam dokładnie. W każdym razie ja i mój mąż, dzięki jej mężowi sprowadziliśmy ją ze Stanisławowa do Warszawy. Mieszkała, załatwiliśmy także jej mieszkanie, bo już wtedy miała… czy były, miała dwoje dzieci małych, czy były, jeszcze nie. I sprowadziliśmy ją do Warszawy coś tam dzięki, prawda, możliwości mojego męża, załatwili mieszkanie, i nawet urządzili w pracy. Ale była tu też jego siostra, nie pamiętam, jego rodziny nie znałam, w każdym razie oni nie chcieli zostać w Polsce w ogóle. I mimo to, że mieli dobre warunki tutaj, już jakieś prawda możliwości bytowania, prawda, lepsze niż tam, w Stanisławowie. To pojechała, wyemigrowali do Izraela. W Izraelu wreszcie mieszkali, już dobrze, bo tam się te dzieci urodziły, dwoje cudownych dzieci, z córką jestem w kontakcie i byłam z nią, bo ona studiowała naturalną medycynę, obydwoje już chorowali, ona była trochę ode mnie starsza, rozumiesz, bo ona później maturę. No i ta Lola, dzięki tej córce swojej, Ania jej było na imię, utrzymywałam z nią korespondencję, bo oni się przenieśli, mieszkali w Izraelu przez długi czas, nawet utrzymywali jakiś czas mieszkanie, ale ściągnęli, starsi byli, trzeba im było jakoś pomóc, ściągnęli ich tam do siebie do Stanów, i w Stanach, obydwoje mieli chorobę nowotworową. I ona dzięki jej, że tak powiem, naturalnej medycynie, oni bezboleśnie umarli. Umierali. Wiesz, bezboleśnie, w dobrych warunkach, dużo wnucząt. (...)

M.C.-T.: A jeszcze wróćmy...

A.S.: Wracając do Radomska. No więc w Radomsku była ta fabryka Witte Wunsche. Syn jednego tego Wunschego był też moim kolega i równolatkiem. Ona, Lola należała do tej organizacji Haszomer Hacair, bo ona miała te. W ogóle to miasteczko było raczej pod zarządem, wiesz, zarząd był PPS-owski. Królowała tam, że tak powiem, królowały te organizacje, nawet w Radzie Narodowej był tam, prawda, większość była tych PPSowców. Była, jak zawsze, największą rolę w miasteczku odgrywała straż pożarna, jak były tam szkolne, w szkole to były święto niepodległościowe, a to 3 maja, a to 11 listopada, tośmy w mundurkach chodziły i wiesz, w pochodzie i śpiewały. Tam był taki okrąglak, nazywałyśmy to cielętnikiem, młodzi też tam na randki chodzili też tam z chłopcami dookoła Rynku i był rynek. W rynku piękny taki stary kościół, i ratusz obok, i niedaleko była straż pożarna, wszystko finansowane przez straż pożarną i było jedyne kino w tym Radomsku. Ja pamiętam tam jeszcze kino nieme.

M.C.-T.: O kinie, pani mówiła o niemym kinie, że pamięta pani nieme kino.

A.S.: Aha. Jedyne kino, bardzo pięknie, wzdłuż tego kina był park, gdzie były zabawy, rozumiesz, rozmaite imprezy. A w ratuszu były bale rozmaite, ja na nie nie chodziłam, bo jeszcze byłam smarkata, ale moja kuzynka, która tam u nas pracowała jako buchalterka. W każdym razie, moja mama. Kino było nieme. Jeszcze wtedy nie było dźwiękowe. Ale była cudowna orkiestra na dole, jak w Filharmonii, cudowna, a że tak powiem, ilustracja muzyczna do tych filmów. Był parter i był balkon i to była wielka rzecz. na filmy na które mogłam chodzić, prawda, to żeśmy chodziły, na które nie, mama orzekła, że nie, myśmy nie chodzili. Pierwszy dźwiękowy film, który oglądnęłam, a który się pokazał, w Częstochowie był, z Al Jolsonem, pierwszy taki śpiewak, Murzyn, któremu dziecko umarło i śpiewa, przy tym piękne, jeszcze znam tą melodię, to był znany film. I na ten film o tym Murzynie, który stracił dziecko, czy też.... pamiętam, że śpiewał pięknie, i to był pierwszy dźwiękowy film, który słyszeliśmy. Wzięła nas pod pachę, mnie i siostrę, mama, pojechałyśmy do Częstochow, i wtedy widziałam pierwszy dźwiękowy film.

M.C.-T.: A na przykład do Częstochowy często się jeździło?

A.S.: To było 50 kilometrów od Radomska. To tylko w takich sytuacjach, kiedy były, prawda… Na przykład ja zachorowałam. To było coś w święta wielkanocne, a miałam takie trudności. Ja źle słyszę, widzisz, chyba jeszcze pozostałość tamtych czasów. Ja byłam, wrzody mi się w uszach robiły, piekielny ból ucha, wiesz, straszne. I wtedy, prawda, nie było laryngologa, to wtedy mama mnie zgrała i do tej Częstochowy, do tego laryngologa, nie było antybiotyków wtedy, trzeba było przekłuwać ten wrzód i dopiero się ulga zrobiła. To tego rodzaju.

M.C.-T.: A czym się jechało?

A.S.: Pociągiem. Byłam dumna, bo w Radomsku stawał pociąg pospieszny, a teraz nie staje. W każdym razie to było trochę uprzemysłowione. No był dzień targowy, to wiesz o tym, co czwartek, jak zawsze w małym mieście, to jest dzień targowy, i przynoszą swoje, prawda, produkty, i ceny były szalenie tanie, to były takie nożyce cen, wiesz, szalenie tanie wyroby na wsi, a przemysłowe bardzo drogie. I to prawda jest. Że w okresie kryzysu wielkiego, a był kryzys wtedy, mój ojciec też zbankrutował, i proszę Ciebie, i wtedy na przykład chłopi na przykład dzielili zapałkę na dwoje, żeby oszczędzić. Bo zapałki były drogie. Bo to był monopol. Monopolowe: sól, cukier, nie wiem, czy znasz te rzeczy, że były monopolowe drogie, i była ta nożyca cen. Przemysłowych i rolnych. To jajko kosztowało bardzo tanio, jako coś parę groszy. A za to jajko nie kupił pudełka zapałek, czy tam wiesz. Czegoś innego. Trzeba było dużo, dużo tych jajek sprzedać, czy tego masła, czy sera, żeby coś kupić z artykułów, sól, na przykład. Była bardzo droga, cukier bardzo drogi. Złotówka cukier to był bardzo drogi. Wtedy, kiedy jajko kosztowało 2, 3 grosze. Rozumiesz, To ja pamiętam te czasy, jeszcze przed kryzysem. Znaczy wtedy w okresie kryzysu dużego. A do nas, to ci mówiłam, że przychodziła taka pani, która przynosiła nam, znaczy ze wsi, z Kobiel. W Kobielach wielkich urodził się Reymont, to ci mówiłam, jestem też z tego dumna, bo niedaleko też to muzeum. Jak pisał „Chłopów” to wiadomo dlaczego. Znał się na tym. Tak że…

M.C.-T.: A były jeszcze jakieś inne sklepy?

A.S.: Co?

M.C.-T.: Jakieś sklepy pamięta pani z Radomska?

A.S.: było dużo sklepów i cukierni i tak jak papież mówił o kremówkach u nas też była taka cukiernia gdzie były dobre kremówki. Czy była dobra cukiernia, gdzie były dobre czekoladki, jak my chodziłyśmy, tam mamę trochę poprosiłam, a to smakuje, a to. Albo, co jeszcze, no były sklepy, były sklepy wiesz, te, tak jak teraz wszystko, i spożywcze, i spożywczych artykułów nie brakowało. Były tanie. Natomiast było bardzo dużo bakalii, wiesz, sprowadzanych z krajów. Na przykład pamiętam święta żydowskie takie święto, gdzie się je dużo bakalii. Nie wiem, czy Purym, czy coś takiego. To kupowało się prawda, i ananasy i daktyle, czego nie było w Polsce ludowej przez długi czas przecież. No i były takie sklepy właśnie z tymi bakaliami, i z owocami południowymi, nasze oczywiście wiadomo, to się nie kupowało na rynku, ale się chodziło do sadu i w sadzie się kupowało prosto od drzewa czy prosto z krzaka. Co na naszej ulicy było? Ta nasza ulica prowadziła do Strzałkowa, to było prosto, niedaleko też cmentarza katolickiego. Na tej ulicy też był szpital, który istnieje po dzień dzisiejszy. Bo cmentarz żydowski jest zupełnie w innych stronach, wiesz, tam. I co jeszcze, był szpital, którego dyrektorem był jakiś doktór Stanisławski, dobrze prowadzony, na cały powiat chyba, bo z całego powiatu do ze tak powiem, szpitala sprowadzano. A tam żona jego zajmowała się ogrodem, miała piękny ogród. Tam domek jakiś, tam niedaleko tam do tego ogrodu żeśmy chodziły po truskawki, po rozumiesz, tego rodzaju owoce itd. A ta Jania, o której ci mówiłam, ta gosposia. Więc do nas na rynek to się nie chodziło na zakupy tylko nam przynosiła do domu taka ze wsi gospodyni. No i tak zaprzyjaźniła się z moją mamą, częstowana była i tak bardzo mówi, „tak mam ochotę, żeby pani przyjęła moją córkę.” A ta Jania, mając 16 lat przyszła do nas. Na naukę gospodarstwa, prowadzenia kuchni. I uczenia się, że trzeba z nią coś zrobić. Bo ona już, szkoły dużej nie było, 2, 3 klasy w szkole. Na wsi mniej więcej.

M.C.-T.: To mama sama gotowała?

A.S.: Co?

M.C.-T.: Mama gotowała sama?

A.S.: Jakiś czas, nie, zawsze tam był ktoś, ale przyjęła ją wtedy. Była, gosposia się wtedy nazywało, służąca. Z tym, ze przychodziło, na pranie przychodziła praczka, to były 3 dni do zagospodarowania, a to później po praniu, pranie na strych, przynosił woziwoda jeszcze wtedy wodę, pamiętam. I na strych to tego, później przychodziła praczka. Potem przychodziła prasowaczka, która prasowała, jednym słowem rewolucja była w domu, jak raz na dwa miesiące było ogólne pranie. A jeszcze wszystko krochmalone, zupełnie inaczej, wszystko bawełna, żadne sztuczne rzeczy, tego się nie znało. Ale i mówię, nie znali penicyliny, Jak ja zachorowałam, a często, ty chorujesz na gardło, jak się przeziębisz, a ja od razu ucho. Miałam i katar straszny, założone te, zatoki, i ucho. To ucho mi się dało we znaki już później w młodych latach. Ja od dużo lat noszę już aparat słuchowy, bo tam mam mnóstwo blizn, i właśnie przekłuwanie. Pamiętam, mieliśmy takiego lekarza, który do nas przychodził, w Radomsku domowy taki lekarz, pamiętam, na wakacje jak przyjechałam do domu, ze studiów tak, przyjechałam 2 tygodnie było wakacji na Boże Narodzenia, 2 tygodnie na Wielkanoc, i przeziębiłam się piekielnie, miałam zapalenie płuc. To pamiętam, ze przychodził lekarz i zalecił cięte bańki. Wiesz, co to znaczy cięte, żeby krew, rozumiesz, nie pijawki, ale cięte bańki. Wtedy pamiętam, miałam 40 stopni gorączki, w malignie byłam, jednym słowem ciężko. Bo sobie w studiach troszeczkę nie tak żyłam, jak w domu. Mama co prawda przesyłała paczki, bo mieszkałyśmy we trzy w jednym pokoju takim sublokatorskim (...) no i przesyłała. Taką jedną, która studiowała chemię jak ja pamiętam. Mama przysłała kiedyś na słoiku jakiś smalec też między innymi. I ona się pyta: „Powiedz mi, dlaczego twoja mama na dno kładzie to, co najlepsze?” Skwarki. No. Taka dygresja. Do czego wracam. Radomsko jeszcze dalej. No więc ta Jania to ci mówiłam, była u mnie, u nas, była ode mnie niedużo starsza. Jak potem pojechałam na studia i ona została u nas w domu do wybuchu wojny. Wojna wybuchała, pojechała, prawda, na wieś, a teraz prawda, jeszcze była u siostry mojej, prawda, jak rodziła dziecko. Potem jak teraz do Los Angeles, to jej siostrzenica pojechała. Wróciła. No zły tam jest stan. Obydwoje są już. No ona jest ode mnie 4 lata młodsza. Tak że.

Do miasteczka wracamy.

M.C.-T.: A chciałam zapytać, czy w Radomsku mieszkało dużo Żydów?

A.S.: Dużo Żydów. Była dzielnica żydowska. Dużo, ja nie pamiętam. Wiem, że 30 tysięcy mieszkańców. Co jeszcze, w metryce miałam religię żydowską, no…

M.C.-T.: Mojżeszową.

A: Mojżeszową, ale narodowość polska, wiesz, taką miałam. Tak się legitymowałam stale, tak byłam wychowana. Po polsku raczej. Języka nie znałam, bo w domu się nie mówiło po żydowsku. Ilu było Żydów, to nie powiem, ale muszę jeszcze przeczytać to u Loli, ona takie rozmaite, prawda, o tym woziwodzie, innym, rozumiesz, egzotycznych postaciach takich. (...)

M.C.-T.: Była dzielnica żydowska w Radomsku?



A.S.: Nie było żydowskiej dzielnicy. W ogóle było dużo, ja nie wiedziałam, co to jest antysemityzm, nic w Radomsku, będąc w Radomsku. Były duże kontakty rodziców, prawda, z nie Żydami. Były kontakty potem, jak byłyśmy w Warszawie, to wyjście z getta też było pomoc, pomocą był ojciec i jego znajomości, prawda, rejenta, sąsiad, który przynosił od getta też jak już było getto. Mówiłam ci, a mama umarła, chciał mnie wozić. Mówiłam ci o tym. Tak, ze mieliśmy dużo przyjaciół. Ten Wunsche, on chodził do gimnazjum męskiego. To było gimnazjum państwowe. Ale był trochę starszy, bo ja zawsze byłam najmłodsza w gronie, ale był w tym, mniej więcej w tej klasie, tylko równoległej, szkoła Niemca tak zwana. I on do niej chodził. Ale należałyśmy do jednej, że tka powiem, organizacji młodzieżowej, tak zwanej MOPR. Nie wiem, czy mówiłam. On też należał, też był synem fabrykanta. I że tak powiem nie zaznał też żadnej biedy, nie z biedy poszedł. Więc to wiem takie wiesz, szkolne, szkolne. Z rozmaitych gimnazjów, prawda, żeśmy należeli. Tenże Wunsche później w czasie okupacji bardzo dużo Żydom pomógł. Znaczy, podpisał tę, bo ten jego tato był nie Volks, a Reichsdeutsche. Wiesz, pochodzenie niemieckie. I też prawda, pomagał organizacji, też, wiesz. Lewicowej w czasie okupacji. Ożenił się z Żydówką. Piękna była dziewczyna, w której się zakochał jeszcze będąc uczniem. I mieszkają teraz za granicą. Wtedy w okresie, kiedy Gomułkę aresztowali, wiesz, wtedy 56, nie, wcześniej, on 56 był jego rok.
Tape 4

Side B

M.C.-T.: Dobrze, chciałam zapytać jeszcze o coś takiego, czy u Pani w domu się jakieś święta obchodziło?

A.S.: Tak, ze względu na rodziców ojca. Rodzice mieszkali na tej samej, co my ulicy. Co prawda były słuchy, ze u nas nie taka kuchnia, jak wszędzie, ale zawsze liczył się, wiesz, z rodzicami, z poglądem. Już starszy ludzie. Znałam już ich jako bardzo, bardzo starych. I mało przychodzili, ale i ojciec, prawda przestrzegał, znaczy jedzeniowo, żeby przechować się, uczył nas pewnych rzeczy. Że na przykład nie wolno macy, tylko macę w czasie tych świąt się je. Ale pamiętam, że na naszym stole tym wielkanocnym, on odmawiał prawda wszystko. Znaczy były te, ten stół zasłany wiesz, korzeniami goryczy. Ale równocześnie była i szynka, wiesz. Tak, że tak to było. Nam się śniło, byłam u koleżanki, bardzo nam się choinki podobały. To ci opowiadałam, że i choinka była w domu. Ale była w ostatnim pokoju, naszym pokoju, w antresoli za drzwiami, gdyby ktoś się zjawił była zakryta, wiesz, i nie wolno było. Tak, że współżycie z tymi ludźmi było, ale też ojca pamięć o rodzicach była i pamiętam, że czy mnie ktoś złapał, ze ja kawałek chleba w Wielkanoc skusiła mnie jakaś koleżanka i ktoś to widział, ojciec pierwszy jedyny raz, kiedy dostałam od niego. Rozumiesz, ze nie uszanowałam tego, ze musiałam to prawda, tak publicznie. Tak, że to były te jego, prawda, on miał te ciągoty. Bardzo dużo czytał, był oczytany bardzo. I on jidysz znał, tak. Jidysz, czy hebrajski, po hebrajsku się, prawda. A mama nie, mama byłą całkowicie wyzwolona, i ona, ze tak powiem, kierowała domem naszym i stąd jakieś, prawda. Nie mogę ci podać. No nie pamiętam wielu rzeczy. Pamiętam od strony jedzeniowej.

M.C.-T.: To proszę powiedzieć, to ciekawe.

A.S.: No więc ci mówię. Na Pesach to był, ojciec coś tam mówił i ja niby, prawda, ta najstarsza, bo nie było chłopca. Dwie dziewczyny, ja mu zadawałam jakieś pytania. I o odpowiadał i tak dalej. To pamiętam. Pierwsze, to byłam mała, jak przez mgłę te rzeczy pamiętam. Tak że te, od strony jedzeniowej, Purim i jeszcze te, takie świąteczne, wtedy mama piekła cudowne rzeczy, pieką i dobrze bardzo to pamiętam. A ja obiadów nie lubiłam. Nie jadłam. Wybrzydzałam. No, jednym słowem, jak pojechałam na studia, przyjechałam na wakacje, to wtedy doznałam, wiedziałam, co to znaczy, że tka powiem, odżywianie się właśnie. Te pieniądze, które przychodziły na te studia, bo studia nie kosztowała wtedy, tylko wynajęcie tego pokoju, we trzy żeśmy wynajmowały. Ale zamiast pójść cos zjeść, to żeśmy wolały do kina, pójść do teatru. Teatru na przykład nie było w Radomsku. Pierwszy teatr Słowackiego, a to nie byle jaki teatr, koncerty, wiesz, o tego rodzaju, pieniądze, zamiast na jedzenie, tośmy szły. Ja pamiętam, z koleżanką żeśmy szły ulica, „No, co dzisiaj zjemy na obiad?” A były bajgle w Krakowie. To bajgle dużo znaczyły. Tośmy szły przez ulica taką główną, i na tej ulicy był napis: „Krupnik gorący”. Ja mówię: „Wiesz, napijemy się trochę krupniku gorącego i starczy”. Ona była z Częstochowy ta koleżanka, też studiowała chemię, jak ja. No i wchodzimy do takiego baru, na tej takiej głównej ulicy Dunajewskiego, patrzymy taki bar duży, podchodzimy. „Co panienki chcą?” Byłyśmy na pierwszym roku studiów. „A, no taki gorący krupnik, ale żeby był gorący.” Tak nas zmierzył od stóp do głów: „A panienki wiedzą, co to jest krupnik?” „Tak, taka zupa!”. A on się zaczął śmiać. Mówi, ze to jest gorący alkohol. Krupnik. Takie drobiazgi pamiętam. Na tej samej ulicy Dunajewskiego był też lokal PPS-u, pierwszy, ze tak powiem wspaniały wiec PPS-owski i cudowne przemówienie Drobnera. Wiesz, kto to był Drobner. Przywódca partii PPS-owskiej w Krakowie. Taki, wiesz, uduchowiona piękna twarz, ciemne włosy, taki mundur nosił jak Mao Tse Tung, wiesz, twarz bardzo piękna, uduchowiona. I tak mówił, do serca przemawiało to, co on mówi. To była moja pierwsza demonstracja. Pierwszomajowa, bo to by pierwszomajowy zjazd. To taka dygresja mała. Tak, że wąchałam te duże miasta, jako wiesz, prowincjałka. A w ogóle to był straszny, wiesz, no, były bardzo antagonizmy między kongresówką a Małopolską, wiesz o tym. Oni uważali, że kongresowiacy to brudasy, częstośmy się zetknęły z tym, że: „skąd jesteśmy”, „ a stąd”, „to nie wynajmiemy wam, bo wy brudasy”. Takiego brudu, jakieśmy tam widziały, to jeszcze w życiu … Więc mówię ci, inna kultura, dużo wyższa kultura, niż była tu, o nas. W Kongresówce. No m oni mieli, wiesz, duży, na przykład mówił mój mąż, który przecież na wsi chowany, w trudnych warunkach, ostatni, rozumiesz, kęs chleba odbierali sobie z ust, żeby uczyć swoje dzieci. Kształcić na wyższych uczelniach.

M.C.-T.: A skąd mąż pochodził?



A.S.: Z krakowskiego, z Tarnowa jakaś taka wieś, Żukowice Stare. Jeszcze ta chata jest. Ja ci mówiłam o nim, tak. Dobrze się uczył, miał być kształcony na księdza. Ale rozumiesz, potem odskoczył od tego. Znaczy na stancję później posyłany do Tarnowa, żeby kończyć szkołę średnią, a po ukończeniu szkoły średniej studiował też w Krakowie. Z tych czasów studenckich się znamy. Z tego ruchu lewicowego. A on, jak usłyszał, był świadkiem, kształcony na księdza… to ci mówiłam? Nie? Kształcony na księdza, i był świadkiem takiej historii, że zmarła, zmarł wiejskiej kobiecie jakiejś wiesz, zmarło, mąż zmarł. Ksiądz, który przyszedł, to za pochówek sobie żądał bardzo dużo pieniędzy. Ona musiała zabić jedyną żywicielkę, czy oddać żywicielkę krowę, dzieci, na to, żeby móc pochować tego męża. I od tego czasu mąż – koniec. Znaczy, że nie zgadza się słowo z czynami. Zły był ksiądz, nie taki, jak, że tak powiem, należy. I pożegnanie z religią. Jego. No i też, prawda, ten ruch, wydawało mu się, ze ten ruch jest, prawda, odpowiedni dla niego. Bo już pracował też w tych, organizacjach chłopskich. Miał nawet kontakt z Witosem, nie Witosem, on był starszy dużo ode mnie. Ten Tarnów to jest taki mały Kraków. Zresztą bardzo pięknie architektonicznie, prawda, znasz Tarnów? Taki mały Kraków. Nawet to gimnazjum, do którego on chodził, mój mąż, jest bardzo tak podobne do Collegium Novum w Krakowie. Do tego nowego gmachu głównego w Krakowie. I ta architektura, i te podcienie i ten rynek i te wszystkie, prawda, zwyczaje i obyczaje oczywiście. „Całuję rączki, padam do nóżek”, taka grzeczność inna zupełnie, inaczej chowane. Mówię ci, ten chłop odebrał sobie, znaczy był potem rodzice, on był najmłodszy w domu, chował się u siostry. Siostra z tym dziesięciorgiem dzieci. Ta chałupa stoi, i przesyłał mu ten chłop. On tam trochę ze spuścizny rodzinnej dostał jakąś swoją działkę i przysyłał mu 30 złotych miesięcznie na studia, na wyżywienie na tego lokum itd. Ale on zdążył skończyć swoje studia. Ja relegowana z Uniwersytetu, nikogo nie interesowało, zresztą wyszedł z więzienia to nosił na tych… znasz takie drabiny na cegłach, cegły co się nazywało, na budowie pracował. A jak wybuchła wojna, to wiadomo, że za wszystkie wiesz, te, sądowe dostały się w ręce gestapo. I on emigrował do Rosji. Był w Rosji cały czas. Wrócił dopiero po powrocie tośmy dopiero, że tak powiem, na nowo się poznali. I pobrali. I był rzeczywiście, z prawdziwego zdarzenia człowiek, prawda, który no walczy za wolność i za prawda, i wydawało mu się, że ten kierunek zaprowadzi go do tego. Że nie, jeden biedny i drugi bogaty, tolerancja religijna i wszystko razem. Tak że to był prawda, bardzo szlachetny człowiek. Pięknie się bronił, dostał 6 lat. Tak że to jest tyle, co ci powiem, jeżeli cię to interesuje. Po wojnie też był jakiś czas w Krakowie. Znaczy już mieszkał jakiś czas w Krakowie. Mieliśmy już wtedy jeszcze małego syna, starszy, który nie żyje. I pamiętam wtedy w poduszce go woziłam do Krakowa, jeszcze nie umiał chodzić.

Radomsko jeszcze cię interesuje. Tak, a dygresje znowu.



1   2   3   4   5   6


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna