Apolonia Starzec



Pobieranie 217,27 Kb.
Strona1/6
Data16.04.2018
Rozmiar217,27 Kb.
  1   2   3   4   5   6

Apolonia Starzec

Warsaw

Poland

Interviewer: Marta Cobel-Tokarska



Tape 1

Side A

17.03.2006.

M.C.-T.: Ale to pierwsze zdjęcie, kto tutaj jest?

A.S.: Tutaj jest moja siostra, i szwagier ze swoim starszym synem, Markiem, który już ma teraz, jest 1947 rocznik, mieszka teraz we Francji, i oni wyemigrowali później, po przemówieniu Gomułki wyemigrowali, z młodszym synem, który jest w Los Angeles teraz. Do Izraela wyjechali. A on został, bo on już był po ukończeniu studiów. A kończył tu studia, fizykę. Na Uniwersytecie. Chemię fizyczną.

M.C.-T.: A pani siostra jak ma na imię?

A.S.: Irena… znaczy nazywała się inaczej. Nazywaliśmy ja Ruta, ale później w czasie okupacji Irena, i ta Irena tak już została. Było jej na imię Ruta. Ona była Ruta a ja byłam Pola. Byłyśmy tylko dwie siostry. I… a to jest jej mąż, którego poznała, będąc schowana już w czasie okupacji, „na mecie” śmy to nazywali, w miejscu, gdzie nie wyruszali, nie wychodzili w ogóle. Było miejsce niemeldowani, mieli tak zwane złe wyglądy albo inne powody do tego, ze musieli być na jednym miejscu. I oni dwoje byli, prawda, u takich Skalskich. Mam zresztą też ich, prawda, zdjęcie, którzy uratowali życie, razem z nimi, (...) było trzynaścioro Żydów. Umieszczonych w jednym pokoju, zamaskowanym. Na Pradze, na ulicy, tej Ząbkowskiej, tam, gdzie bazar Różyckiego (...). Ulokowani byli u dozorcy, który był dozorcą, miał trzy pokoje z kuchnia, ale dlatego, że został wysiedlony z getta, a jemu dali mieszkanie na Pradze. I tam było ich trzech dozorców takich, każdy pokój był wyznaczony dla jednego dozorcy. Wobec tego, że tamci dwaj dozorcy mili rodziny na wsi, to nie korzystali z tych pokoi, i oni prawda, mieli do dyspozycji całe trzy pokoje. Z kuchnią, dość duży lokal. I to było w takiej bardzo ruchliwej dzielnicy, niedaleko róg Kijowskiej, tam do Dworca, i tam było ich trzynaścioro. Lokował ich tam znajomy nasz Hert, nazwisko niemieckie, może podpisał Volkslistę, nie wiem, był w każdym razie rejentem w mieście, w którym myśmy się rodziły z siostra, w Radomsku, a później był rejentem w Mińsku Mazowieckim. I oni, od niego otrzymywaliśmy, ojciec miał z nim jakiś prawda, interesy i kontaktował się, prawda, służbowo, ze tak powiem, bo miał potrzebę. Był naszym przyjacielem i dzięki niemu dostaliśmy metryki na podstawie których, kenkarta, Dzióbłowska to przecież metrykę wydobytą, już wtedy był w Mińsku Mazowieckim. I miał tych prawda, takich podo…, znajomych także w Mińsku Mazowieckim też. No myśmy były z Radomska, to była moja siostra tam i jeszcze parę, jakaś Najkron też prawda, o ile nie pamiętam, chodziła do tej samej szkoły, co ja. Z Radomska. I jeszcze ktoś – jej mąż bodajże... Ale więcej było z Mińska Mazowieckiego, bo on później, jak wojna wybuchła to on już był, prawda, w Warszawie. W Mińsku Mazowieckim był, prawda, rejentem, a potem przeniósł się do Warszawy. Mieszkał na Woli. Dlaczego tak mówię dość chaotycznie, dlatego że jak pierwsze rzeczy, pierwsze wyjście z getta nasze mnie i mojej siostry, to było dzięki niemu. Bo ojciec z nim był w kontakcie, nawiązał z nim kontakt, mieszkał w Warszawie a mój ojciec, rodzice byli w Radomsku. I on się nami zaopiekował w ten sposób, że on załatwił metryki, dał nam rzeczywiście ludzi nieżyjących autentyczne metryki i na podstawie tych autentycznych metryk zrobiłyśmy sobie, prawda, kenkarty. Ja miałam kenkartę prawdziwą, ona nie musiał mieć, bo się nie poruszała. I ja się nazywałam Dzióbłowska Zofia w czasie okupacji, a oni, dał nam do tych dozorców adres. Wtedy, kiedy ja byłam w sytuacji, bośmy obydwie po wyjściu z getta, a kontakt miałam z nim poprzez sądy. Ja się poruszałam, byłyśmy wtedy oczywiście odpowiednio ucharakteryzowane na aryjki, siostra niewiele, bo ona była raczej szatynką, a ja byłam brunetką, we dwieśmy prawda przygotowane były. Ja miałam jasne blond włosy, w gretchen czesana, zresztą wiesz, i przez Sądy, w Sądach zdejmowałam opaskę i przechodziłam do niego. On mieszkał na Wolskiej. I tak miałam z nim kontakt i tam odebrałam te dokumenty. I jak myśmy zaczęły już być sytuacja taka, ze trzeba było wyjść z getta, bo to już był ostatni… a miałyśmy kontakt, przychodziła jakaś pani, z kolei inny kontakt, do nas, i przynosiła nam wiadomości. Też, też, dzięki temu Hertowi tam poznałam kogoś, kto znał jeszcze z młodych lat w Radomsku. Chaotycznie trochę… Nazywała się ta pani Solecka Rozalia. I ona tak, kiedyś ja tam przyszłam, a ona słyszała jak ja rozmawiałam z Hertem, ona mnie znała, ona była dużo ode mnie starsza, ale znała mnie z nazwiska. I wiedziała, że jestem z tego miasta, co ona, tylko, że ona nie była, bo ona miała męża nie Żyda i była, mieszkała na Żoliborzu. I ona też wtedy powiedziała, stała tak przy piecu, bo takie piece kaflowe, przysłuchiwała się naszej rozmowie, wtedy, kiedy już zapadła decyzja, ze będziemy musiały wyjść. I ta Rozalia Sołecka, pierwsze wyjście siostry (...) Więc wtedy, prawda, wychodząc z Sądów, mówię pani, ucharakteryzowana na gretchen czesana, jasna blondynka, platynowym odcieniem, i miałam troszeczkę doświadczenia z życia konspiracyjnego i utrzymywałam spokój. Jej dokuczało, siostrze, prawda, że ona nie mogła, była nerwowa. Ja byłam bardziej spokojna, zewnętrznie. Ona tego nie mogła ukryć, trzeba było ją zresztą wyciągać, że tak ona mówi: „ Ja chcę zginąć razem ze wszystkimi”. Ja… nie wytrzymają jej nerwy. I rzeczywiście, dlatego musiała być umieszczona, nie mogła się poruszać. Ja się mogłam poruszać. Poruszałam się i inne rzeczy załatwiałam. No i ten Hert, po jakimś czasie, już nam załatwił te metryki i znaczy ona była, Irena… zapomniałam jej nazwisko, w każdym razie miała metrykę też, tylko nie musiała wyrabiać kennkarty, bo. I tam poznała, oprócz tego, że tam byli z Mińska Mazowieckiego i z Radomska, poznała tego człowieka. Tego Kirszenbauma.

M.C.-T.: A jak na imię miał?

A.S.: Kirszenbaum Chil. Nazywała się, znaczy prawdziwe imię. Był z Mińska Mazowieckiego. I był wtedy młody, tak jak i ona, 1920 rocznik, prawda. Bardzo przystojny i bardzo zdolny chłopak. W Mińsku też napisał swoje dzieje też, on mieszkał w Izraelu, ale ni chciał mi dać tutaj, prawda, żebym ja mu to wydrukowała. I przeżył w Mińsku Mazowieckim (...) że pikietowali żydowskie sklepy przed wojną i całkiem po prostu, prawda, jednym słowem tam został pobity jako młody chłopak, i nawet został, prawda, jakoś kontuzjowany w kolano, co mu się po dzień dzisiejszy daje we znaki.

M.C.-T.: I oni wzięli ślub po wojnie?

A.S.: Wzięli ślub po wojnie. Tam się poznali na tym prawda, spotkaniu. Wielka miłość, bo byli tak. Były trzy pokoje tak jak tutaj. Wejście takie jedno tutaj, a drugie później, tak jak do ubikacji, drugie, to te dwa pokoje. I jeden z tych dwóch pokojów zamaskowali. I jak prawda przychodził ktoś z lokatorów, to wiadomo, ze on wie, że tutaj jest, ale z zewnątrz jakby ktoś przyszedł, żandarmi, Niemcy, to nie wiedzieli, bo on był zamaskowany odpowiednio. I w tym jednym pokoju oni spali, żyli, na wszelki wypadek, prawda, gdyby coś się działo, żeby byli na warcie. Żeby tam byli. Sienniki, nie sienniki, prawda. Była mała dziewczynka, prawda też, dwunastoletnia, ze swoją ciocią, która się z Mińska Mazowieckiego uratowała. No i był ten chłopak, ten z Mińska Mazowieckiego. Miął siostrę, która też się poruszała tak jak ja. I ja i ta siostra przychodziłyśmy, ona niedawno umarła, mieszkała w Izraelu i tam wyszła też za mąż za jednego z ukrywających się. A jednego męża straciła, bo ten mąż też był na aryjskiej, ona też była, dobry miała wygląd, na aryjskich papierach. No ten chłopak, Mareczek, to już był urodzony, prawda, po wojnie, w latach 40. 1947 roku. W styczniu. No i teraz jest już, prawda, panem na emeryturze. Bardzo zdolny, pracował w takim odpowiedniku naszego Instytutu Badań Jądrowych, już nawet, stosując swoje znajomości, znaczy biochemię prawda, raczej, doskonalił. (...)

M.C.-T.: A jakie oni nosili nazwisko po wojnie?

A.S.: On nosił nazwisko Kirszenbaum. Marek Kirszenbaum. (...) Jest we Francji. Ma cudowne troje dzieci, Bruno jest najmłodszy z nich. Bruno, mój wnuk, urodzony w 1981 roku. A oni są starsi od niego.

M.C.-T.: Jeżeli pani pozwoli, następne zdjęcie, to jest to przedwojenne.

A.S.: To jest to przedwojenne. (...) Ja tutaj jestem.

M.C.-T.: Na dole, pierwsza od lewej, tak?

A.S.: Pierwsza z lewej, tak. Byłam najmłodsza w klasie zawsze, dlatego, ze, prawda, to już jest gimnazjum, do którego chodziłam. Mówiłam ci, że ja nie chodziłam do szkoły powszechnej, bo był taki, prawda, po siedmiu klasach szkoły powszechnej, a przyjmowano dzieci od siedmiu alt, do szkoły powszechnej. To mogli wstąpić do gimnazjum, prawda, do pierwszej klasy po ukończeniu. A klas było 8 tylko. I było w naszym miasteczku, powiatowe miasto, było kilka gimnazjum. Były dwa męskie, jedno żeńskie, i to koedukacyjne. To koedukacyjne było prowadzone, była szkoła, gimnazjum prywatne, prowadzone przez panią Weintraub.

M.C.-T.: Ona tu jest na tym zdjęciu?

A.S.: Ona tu jest.

M.C.-T.: Aha, tutaj na środku. W białym…

A.S.: Nie nie, tu nie ma jej, to jest nasza, to jest Mittelmanowa,.

M.C.-T.: Aha, nauczycielka?

A.S.: Nauczycielka naszych robót ręcznych. A tu jest nasza przełożona.

M.C.-T.: Tutaj na górze.

A.S.: Pani Weintraub Ludwika. Ludwika Weintraub. Pochodziła z Piotrkowa chyba. To jest nasza wychowawczyni. Panna Malwina. Ale nie pamiętam nazwiska. Ale była naszą wychowawczynią w klasie, uczyła jak się mamy kłaniać, jak się zachowywać.

M.C.-T.: Czyli na górze, piąta od lewej jest pani Malwina a szósta pani przełożona. (...)

A.S.: Tu jest moja przyjaciółka Lola. To jest taka Wanda, to taka kokietka była największa. To była ruda, którejśmy dokuczali bardzo, dokuczali wszyscy, bo ma rude włosy. Ale to był najładniejsza dziewczyna w klasie, ona się nazywa Glikman Wanda. Rodzina Glikmanów.

M.C.-T.: Trzecia od lewej.

A.S.: Wanda Glikman. Ona zginęła w czasie wojny. Piękna dziewczyna. (...)

M.C.-T.: A to jest zdjęcie robione w Radomsku tak, przed szkołą?

A.S.: W szkole, nie wiem, gdzieś na zewnątrz robione. (...) Tu mnie nie ma w ogóle, bo to jest inne.

M.C.-T.: To w takim razie odłożymy już to, jeżeli można…

A.S.: A Mittelmanowa była żona lekarza, ta Mittelmanowa, i dwie córki miała, jena z tych córek chyba nawet w Warszawie, chyba już nie żyje. Ona mi przypomniała kiedyś, że, że mnie pamięta, była starsza ode mnie, chodziła do gimnazjum żeńskiego. Państwowego. Tej pani Mittelmanowej. Przeurocza kobieta, nauczyła nas wielu rzeczy. Takich pożytecznych.

M.C.-T.: No dobrze, to o tym następnym zdjęciu.

A.S.: To jest nie moja klasa. Zupełnie, to jest też ta sama szkoła. I przysłali mi to też zdjęcie, bo to mniej więcej, to już starsze klasy były.

M.C.-T.: A czyje to jest zdjęcie, skąd pani je ma?

A.S.: też od tej Loli, Lola mi poprzysyłała te zdjęcia. I tu pamiętam tylko Rodał. Nazywała się Rodał. Ona żyła, prawda w Niemczech potem. Ten to Brumberg był taki profesor nasz.

MCT Aha, ten w garniturze.

A.S.: I on żyje gdzieś, chyba gdzieś żyje, Brumberg.

M.C.-T.: A czego uczył?

A.S.: Biologii bodajże. O, to jest pani Polusikowa.

M.C.-T.: Tu na środku, z perłami.

A.S.: A to jest chyba jej mąż. Ona nas uczyła polskiego? Nie polskiego… (...)

M.C.-T.: A tutaj mamy takie zdjęcie na dworze, jakaś grupka osób.

A.S.: Aha, to już jesteśmy po gimnazjum, prawda, to jest ta moja Lola, to jest ta przyjaciółka moja, Lola.

M.C.-T.: Tu na dole. A pani tu jest na środku, tak?

A.S.: Jestem na środku. I tu są nasi koledzy, między innymi ten Blumsztajn, o którym pani mówiłam. Ten Sewka ojciec.

M.C.-T.: Pani z nim chodziła do jednej klasy?

A.S.: Mieszkaliśmy w jednym domu, my piętro wyżej, oni piętro niżej, i razemśmy kończyli już gimnazjum. To samo gimnazjum. On tam będzie na innych zdjęciach. I … to Sznajder był, taki bardzo zdolny chłopka, to Pławner, prawda, był naszym, takim moim, prawda, sąsiadem, przeżył podobno w częstochowskim getcie. Ale to jest przedwojenne. Nie pamiętam, w jakich okolicznościach, ale w każdym razie już byliśmy w klasie chyba takiej już troszeczkę dojrzałych młodzieży. Która trochę już zajmowała się sprawami innymi, nie tylko swoimi. Społecznymi.

M.C.-T.: Jakimi?

A.S.: Część była syjonistami, należała do tak zwanego Szomru. Ja nie. Ja nie należałam, bo mnie jakoś ten ruch żydowski nie interesował. Później powiem, dlaczego. Natomiast byłam, prawda, w tak zwanym MOPRze. Nie wiem, czy wiesz, co to jest, Międzynarodowa Organizacja Pomocy Rewolucjonistom. No i tam żeśmy reszta, część chłopców była tu, część tam, ale żeśmy byli, mieli podobne, że tak powiem, poglądy. To znaczy, no lewicowymi socjalistami. (...)Gdzie to było, to już nie pamiętam, który rok, nie wiem, ale to już było w ostatnich klasach. Czy po jakiejś zbiórce, namawiali mnie też, żebym tam wstąpiła. I ten Brumberg był raczej troszeczkę przywódca, tych Haszomer Hacair. Była taka organizacja. I ten też chyba, ten Blumsztajn od organizacji należał, tam poznał swoje żonę, tak już byli do końca żywota. Razem kończyliśmy gimnazjum, razem kiblowaliśmy, bo on potem przeszedł, prawda, do Młodzieży Komunistycznej. Znaczy właściwie w życiu Akademickim razem byliśmy, z tym właśnie…

M.C.-T.: Co to znaczy „kiblowaliśmy”?

A.S.: Aha, to znaczy: siedzieliśmy w więzieniu. A w więzieniu za działalność lewicową. W okresie międzywojennym. Studiując. Nie wiedziałaś?

M.C.-T.: Nie.

A.S.: To Ci zaraz powiem. Była taka na terenie Uniwersytetu była taka organizacja akademicka, lewicowa i należeliśmy wtedy do Życia Akademickiego. I była jeszcze taka socjalistyczna, taka ZNMS. Gdzie socjaliści należeli. Na terenie uniwersytetu mieliśmy swój lokal, żeśmy się tam zbierali i razem z tym ZNMSem, z tymi socjalistami, przewodniczącym ZNMSu był Cyrankiewicz, naszym przewodniczącym mniej znany człowiek, ale też bardzo zdolny chłopak. To były lewicowe organizacje. No i robiliśmy tam jakąś propagandę. Bardzo duży, lewicowy ruch w tym czasie, jak ja byłam, studiowałam. A studiowałam w latach 1930-34. W 1934 aresztowana za rzekomą działalność prawda, wywrotową. Żeśmy byli przeciwko państwu, prawda, znaczy, żeśmy żądali tego, tego. Przeżyłam ławki gettowe, nie wiem, czy słyszałaś o tych ławkach. To mnie ściągnęło do tego ruchu. Mnie ściągnęło do ruchu to, że byłam raczej chowana, wiesz, no Żeromskiego bardzo kochałam. Młodą Polskę. I po polsku raczej, wiesz. Dlatego mniej żydostwa. Znaczy mama była taka bardziej taka zasymilowana. Niż ojciec. Mama, która pochodziła z Sosnowca. Tutaj ta babcia, to jest mamy.

M.C.-T.: I długo pani w tym więzieniu była?

A.S.: No, 2 lata. Tak. A mój mąż, który też był w tej samej rozprawie, siedział 6 lat. Pozbawiona, wyrzucona, relegowana z uniwersytetu. Pozbawiona praw obywatelskich. I wtedy zaczęłam, prawda, żyć już sama. Prawda trzeba był już prawda pójść do jakiejkolwiek pracy, a bezrobocie było duże.

M.C.-T.: Czyli w 1936 roku pani wyszła, tak?

A.S.: Wyszłam w szóstym. I był wtedy taki wielki kryzys. Przedtem był kryzys duży, ojciec zbankrutował, bo byliśmy dość zamożną rodziną. No już potem to są inne historie, potem byłam w Sosnowcu pracowałam, potem w Warszawie. Przyuczyłam się trochę biurowości, księgowości, o tak. (...)

M.C.-T.: I ten Blumsztajn siedział razem z panią.



A.S.: Nie. Był tylko zatrzymany do rozprawy. Na rozprawie nie skazany, nie skazany. Nie! Skazany potem na 2 lata. Już nie pamiętam. My w tym Życiu mieliśmy tylko jakieś kontakty, wybieraliśmy się na wakacje wielkanocne. Bo były nie semestry a trymestry. Było więcej wakacji jak normalnego życia. Więc co trymestr tośmy prawie zmieniali mieszkania. No tośmy jechali na święta wielkanocne. Do domu. Na ferie, które trwały trzy tygodnie. No i zmieniali za każdym razem mieszkanie, żeby nie płacić za komorne, mieszkałyśmy we trzy w jednym pokoju. Studentki. Nie miałyśmy domu akademickiego, bo ich było niewiele, to było dla niezamożnych raczej. No i tak przychodzili do ans, koledzy, koleżanki żegnać się, bo wyjeżdżamy, prawda, na te trzy tygodnie na ferie. No i w naszym mieszkaniu, w moim mieszkaniu tam gdzie mieszkałam w Krakowie na Starowiślnej wtedy, to zrobiony był kocioł i… Co to był kocioł, co to było kiblowanie? W celi był taki, ten, wiaderko. Kibel. Odgrodzony tak troszeczkę drzewem. I w tym kiblu, że tak powiem, załatwiało się swoje fizjologiczne potrzeby. I to się nazywał kibel, i to się nazywało kiblowanie. Tak, ze historia się powtarza, dziecko. A wtedy w tym czasie, kiedy myśmy byli, było bardzo dużo, młodzież była raczej bardzo lewicowa, i dużo, ze tak powiem. Byli, prawda, bardzo znani ludzie, i Kruczkowski i Polewka, i na Akademii Sztuk Pięknych ta, Jaremianka, to była ta cała nasza młodzież lewicowa należąca do Życia. Pamiętam, raz na miesiąc czy raz na tydzień mieliśmy jakieś takie spotkania dyskusyjne, bo poza studiami to się latało na wszystkie inne wykłady, które były ciekawe poza prawda studiami. Ja studiowałam chemię, bo chciałam medycynę studiować, a nie dostałam się na medycynę. Było numerus nullus już wtedy, prawda. Jedynie tylko wyjątki były, że dzieci lekarzy się prawda jeszcze mogły zdać jakiśkolwiek egzamin konkursowy. Ja zdawałam nawet w Warszawie, bo ta odległość z Radomska do Krakowa, w Krakowie to była ta sama. Więc w Warszawie zdawałam egzamin ten. No oczywiście nie miałam żadnych szans. To był taki zupełnie, prawda. I wtedy wzięłam chemię, bo ta chemia miała te same, że tak powiem, przedmioty, na pierwszym roku, co medycyna i myślałam, że potem się przeniosę. Ale nie przeniosłam się. Już zostałam na tej chemii filozoficznej tak zwanej. Uniwersyteckiej. I to była biologia i wszystkie inne przedmioty, które brało się, które też się brało na medycynie. No ale już mi się spodobało życie w Krakowie i ta chemia i tak dotrwałam do trzeciego roku studiów. Na trzecim roku studiów relegowana z uczelni. Zbierało się to, prawda, bractwo studenckie, jeżeli Cię to interesuje, raz w tygodniu, w lokalu, myśmy mieli tam swój lokal. Uniwersytet był eksterytorialny, nie wolno było policji wstępować, prawda, na uniwersytet. Ani też aresztować, prawda, nikogo. I tam przychodzili rozmaici prelegenci do nas, to razem, Życiowcy i ZNMS, urządzali raz w tygodniu takie spotkania akademickie. Znaczy, dyskusyjne, na różne tematy. Literackie, polityczne, co nas interesowało. Pamiętam jednym z pierwszych prelegentów był właśnie Cyrankiewicz. Cudowny, wspaniały, przystojny, szczupły, blondyn, jasno blondyn, z bardzo dużą, my go znamy z fotografii łysego. Piękną polszczyzną mówił. To on był z ramienia ZNMSu. Byli Drobnerowie, znaczy Drobner, tam była taka rodzina PPSowska Drobnerów, w Krakowie. I prosiliśmy pisarzy, literatów. Na przykład Kruczkowski któregoś dnia przyszedł do nas, ten pisarz, tam też był z Krakowa. Miał jakąś prelekcje, na temat literacki. A przychodzili endecy, taka wiesz, młodzież, jaka teraz u nas też w tej chwili, ta, endecka. ZPND i Legion Młodych…Wszystko razem i robili cwiszenrufy, wiesz, co to znaczy? Usiłowali rozbić zebranie, żeby nie było dyskusji. Jak to robili? Rzucali na prelegenta zgniłe jaja, tak go wyrzucali z katedry. I tak Kruczkowskiego podzielili kiedyś, poczęstowali tymi zgniłymi jajami. Trzeba było przerwać zebranie. Mieli taką bojówkę, to byli tacy korporanci, wiesz, „czapeczka, laseczka, akselbancik”, jak to mówili, mieli swoje, prawda, insygnia.

M.C.-T.: Co to znaczy akselbancik?



A.S.: Akselbant, ten taki, wiesz przepasani byli takim, szarfą. Czapeczka i laseczka, czapka odpowiednio udekorowana, jest taka piosenka nawet Szenwalda, przez Szenwalda pisana, „czapeczka, laseczka, akselbancik, bydlę wlane korporancik”, bo to byli korporanci. Bardzo robili antysemickie wiesz, ekscesy w ogóle, nie tylko na uni…oni też organizowali te getta ławkowe i przychodzili, rozbijali nam zebrania. I w ten sposób no zebranie rozbili, z naszej strony też były bojówki, to się tam bili. Między sobą, ale koniec z dyskusja, koniec z zebraniem. W następnym tygodniu miał znowu referat Polewka, też znowu znasz takie nazwisko, chyba też, pisarz. Już też nie żyje. Bardzo dowcipny. I on stanął na katedrze, mówię Ci jako studentce, stanął na katedrze, prawda, na terenia, to jest sala wykładowa, i postawił, ubrany w biały fartuch, postawił przed sobą skrzyneczkę i rozpoczyna w ten sposób zebranie: ponieważ w zeszłym tygodniu spotkał mojego przyjaciela taka przygoda, że go obrzucili zgniłymi jajami, w Polsce teraz trudno o nowe ubranie. To ubrałem sobie kitel, a tu mam w skrzyneczce jajeczka, jak wy będziecie do mnie bić, to ja też w was będę rzucał, tylko nie jestem pewien, czy wszystkie są zgniłe. I rozładował sytuację, nie było już wtedy żadnych incydentów i doszło to zebranie do końca. Więc takeśmy działali na terenie uniwersytetu. A przychodziło bardzo dużo inteligentnych ludzi, wiesz, mieliśmy na tematy różne. Akademia sztuk Plastycznych, wiesz, była bardzo zajęta, Jaremianka, Filipowicz był wiesz, cała wspaniałą inteligencja. No i to było nasze życie studenckie. Więcej chodzili na takie zajęcia, czy inne, ekonomia polityczna, o której nie mieliśmy pojęcia, co nas interesowała, chodziliśmy na wykłady Krzyżanowskiego, tak, że było dużo roboty i dużo zajęć i dużo, ze tak powiem przeżyć też. Na terenie uniwersytetu, wyrzucało się ich z uniwersytetu, się nauczyli, że trzeba mięć też ze swojej strony bojówki i wyrzucało się ich z uniwersytetu. A to wszystko było w Collegium Novum na Uniwersytecie Jagiellońskim. To taka dygresja, nie wiem, do której będziecie chcieli wracać, ale to są moja takie wspomnienia. Dlaczego, prawda, przez Lucjana Szenwalda był kontakt w Warszawie. Z nami, on z Warszawy do nas przyjechał. Ta przyjaciółka Lola, były jakieś prawda listy, które się zmieniały, on miał do nas przyjechać, prawda, nawet nocował wtedy u nas. I wtedy chyba to był ten kontakt z Lolą, bo Lola po maturze pojechała, ta moja przyjaciółka pojechała do Warszawy, ona biologię studiowała. A filozoficzny przydział, chemia była, bo nie było w ogóle politechniki w Krakowie, była Akademia Górniczo-Hutnicza. Ja zresztą poszłam na filozoficzną chemie, która przygotowywała młodzież do szkół, jako nauczycieli. Bo przecież przemysł był bardzo słaby, nie było fabryk chemicznych właściwie, Mościckiego wtedy jeden wielki zakład. Tak ze byli tak zwani żelazni studenci, nie musiałaś kończyć studiów, to były studia, kiedy chciałaś, mogłaś skończyć. Mogłaś je przedłużać. Wobec tego, ze bezrobocie było wielkie, to studenci zostawali na studiach, mając indeks, korzystając na przykład z przejazdów, innych ulg. Bo nie było pracy, był bardzo wielkie bezrobocie. I trudno było dostać jakąkolwiek pracę. Praca nauczycielska w szkołach też nie była bardzo dużo płatna. W państwowych lepiej, ale w prywatnych źle. Tak że tamta szkoła prywatna nasza koedukacyjna, o której ci mówiłam, to była właścicielka i dyrektorka tej szkoły była Żydówka, i to była szkoła, gdzie była też religia. Ale w języku polskim prowadzona. I zdawaliśmy, prawda maturę, i ja wtedy do kuratorium pisałam, bo byłam najmłodsza w klasie, żeby mi, bo ja nie skończyłam tej powszechnej, żeby mi pozwolili zdawać maturę. I zdawało się ją, bardzo trudna była matura. Było humanistyczne gimnazjum, z łaciną, niemieckim językiem obcym. Taka dygresja. No już tutaj to byli nauczyciele przeważnie, bo wiesz, ze Małopolska była bardziej wykształcona od Kongresówki. Wiesz o tym? Straszna przepaść między Krakowem a Warszawą, znaczy Małopolska a Mazowsze.

M.C.-T.: A to zdjęcie też ze szkoły, prawda?

A.S.: Tu będzie Lola, o to jest Lola.

M.C.-T.: Koło tej pani w białym ubraniu.

A.S.: Tutaj jest Lola, tu jestem teraz tutaj.

M.C.-T.: Na samej górze, tak?

A.S.: Tu na samej górze, ta też była moją przyjaciółką, ona przyjechała z Sandomierza do nas. Miała krewnych w Sandomierzu.

M.C.-T.: A ta pani to jest?

A.S.: A to jest ta panna Malwina. Ta nasza wychowawczyni. A to była ta Wanda, ta pięknisia. Jak ona kiedyś przyszła do klasy wymalowana, to ona powiedziała: „wracaj do domu, umyj się, a dopiero później przyjdź!” Uczyła nas, jak się kłaniać mamy, a byli chłopcy i dziewczynki, wpierw poszły dziewczynki tośmy dygały. A potem poszedł jeden taki najlepszy, ten Szrajber uczeń, no to kazała mu się ukłonić, to on się ukłonił jak dziewczynka. Bo on nie umiał! Miął inny dom i nie uczyli go w domu savoir vivre. Tak że to była ta pięknisia, a to była panna Malwina. A tu czy jest Szoel? Coś nie widzę. Nie wiem dlaczego.

M.C.-T.: A tu mamy takie zdjęcie na dworze robione…

A.S.: A to jest też gdzieś, jakąś wycieczka. Ale też szkolne zdjęcie, to jest ten Blumsztajn, to jest ten właśnie coś tam widziała ta trójka tych chłopców. Chłopak jeden ten, cała czwórka tych chłopców była. I to jest Lola, a to jestem ja koło niej. (...)



  1   2   3   4   5   6


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna