Anonymous (Michael Scheuer), Through Our Enemies’ Eyes



Pobieranie 102,88 Kb.
Strona1/3
Data17.05.2018
Rozmiar102,88 Kb.
  1   2   3

Ryszard M. Machnikowski

Co poszło źle i dlaczego?

Anonymous (Michael Scheuer), Through Our Enemies’ Eyes. Usama Bin Ladin, Radical Islam and the Future of America, Brassey’s Inc, Washington 2003


Steve Coll, Ghost Wars. The Secret History of the CIA, Afghanistan, and Bin Ladin from the Soviet Invasion to September 10, 2001, The Penguin Press, New York 2004
The 9/11 Commission Report. Final Report of the National Commission on Terrorist Attacks upon the United States (Authorized edition), W.W Norton & Co., New York 2004

Wszystkie trzy omawiane książki podejmują ten sam problem – powstania organizacji terrorystycznej Usamy Bin Ladina - Al Kaidy - jako poważnego zagrożenia dla bezpieczeństwa USA, Zachodu oraz prozachodnich reżimów w państwach muzułmańskich, oraz przyczyn, dla których amerykański rząd i jego agendy odpowiedzialne za bezpieczeństwo dopuściły do ataków na terytorium USA 11 września 2001 r. Każda z nich jest jednak, co oczywiste, inna i dopiero zestawienie trzech punktów widzenia w nich wyrażonych pozwala na głębsze zrozumienie tych problemów. Michael Scheuer, długoletni kadrowy oficer CIA, pierwszy szef tzw. Bin Ladin unit, założonej przez Agencję na początku 1996 r., zakończył pisanie swojej książki o Usamie Bin Ladinie w lipcu 2001 r., zanim jednak ukazała się w druku doszło do zamachów z 11 września. Autor wydał swoją pracę jako Anonim, gdyż był wtedy jeszcze pracownikiem CIA. Scheuer koncentruje się na osobie Bin Ladina i jego otoczenia, pisząc jego biografię (a miejscami wręcz hagiografię) oraz tworząc kronikę walki organizacji Bin Ladina – tzw. Al Kaidy – z Zachodem. Steve Coll, uznany korespondent i edytor wpływowej liberalnej gazety The Washington Post, za swoją książkę otrzymał w 2005 roku drugą nagrodę Pulitzera (pierwsza w 1990 r.) i można stwierdzić, że jest to nagroda jak najbardziej zasłużona. Jego książka obejmuje szerszy okres czasu niż praca Scheuera (choć ten rozpoczyna narrację w chwili urodzin Usamy, to jednak koncentruje się na jego działalności począwszy od końca lat 80. ubiegłego wieku), zaczynając opowieść w 1979 r., w chwili inwazji wojsk sowieckich na Afganistan. Wreszcie Raport tzw. Komisji 11 września, powołanej przez amerykański Kongres, aby zbadać okoliczności zamachu z 11 września 2001 r., koncentruje się na dokładnym opisie samego zamachu oraz wydarzeń w USA i na świecie, które do niego doprowadziły. Powstał on w oparciu o analizę wielu dokumentów rządowych oraz przesłuchania wielu urzędników amerykańskiej administracji wysokiego i średniego szczebla. Każda z nich opowiada tę samą historię pisaną z amerykańskiego punktu widzenia, jednak w różny sposób. Zebrane razem, pozwalają podjąć próbę dotarcia do przyczyn zamachu terrorystycznego z 11 września 2001 r., który miał tak wielkie znaczenie dla nowożytnej historii świata i zrozumienia jak mogło do niego dojść.

Tytuł książki Michaela Scheuera mówi właściwie wszystko – Oczami naszych wrogów – autor podejmuje olbrzymi wysiłek, by zrozumieć sposób myślenia i motywację Usamy Bin Ladina i jego zwolenników z kręgów radykalnej myśli islamskiej, jako jeden z nielicznych trafnie przewidując (lipiec 2001 r.), że znacząco wpłyną oni na przyszłość Ameryki i tym samym całego niemal świata. Jako jeden z nielicznych przed 11 września 2001 r. traktuje on islamskich radykałów poważnie i stara się on przekonać czytelnika, że przywódcom i bojownikom Al Kaidy o coś chodzi, że nie są oni jedynie owładniętymi żądzą zabijania szaleńcami czy religijnymi fanatykami, jak niezwykle często przedstawia się ich w zachodnich mediach. Scheuer przekonuje, że mają oni swoją rozległą agendę polityczną (mówiąc zaś ściślej polityczno-religijną, czego w islamie nie sposób rozróżnić) – program mniej i bardziej konkretnych zmian politycznych (swoją utopię), w imię którego gotowi są nie tylko zabijać innych, ale także poświęcić własne życie. Programem tym jest obrona świata islamu przed obcymi naleciałościami, a następnie rozprzestrzenienie swych surowych interpretacji tego systemu religijnego na cały świat. Zbrojna obrona i prozelityzm – oto w skrócie program Bin Ladina. Stąd, zapewne szokujące dla wielu amerykańskich czytelników, próby porównania Bin Ladina do najwybitniejszych postaci amerykańskiej historii takich jak Thomas Jefferson, Patrick Henry czy Thomas Paine (str. 9 – 11). Nie musimy się jednak obawiać – szacunek i niejednokrotnie wręcz podziw, jaki Scheuer wyraża dla, jak uważa, najpoważniejszego przeciwnika Stanów Zjednoczonych po zakończeniu zimnej wojny, nie przesłaniają mu skali zagrożenia z jego strony i konieczności przeciwdziałania mu. Autor zakłada, że zachodni czytelnik może nie doceniać skali ideologicznego zaangażowania i siły przekonań islamistycznych bojowników, którzy często gotowi są nie tylko zabijać innych, ale także oddać życie dla swojej Sprawy, biorąc pod uwagę, że w dzisiejszych zachodnich społeczeństwach mało kto jest gotów oddać życie dla idei. Jak Kasandra ostrzega, że zarówno USA jak i cały świat Zachodu – włączając w to Europę - będzie miał duży problem z globalną siatką terrorystyczną określaną popularnie jako Al Kaida – dziełem Bin Ladina i jego towarzyszy, sojuszników i naśladowców. Zwraca on bowiem uwagę, że jest to coś więcej niż tylko organizacja terrorystyczna nowego typu – jest to także (jeśli nie przede wszystkim) zdobywająca coraz większą popularność agresywna ideologia motywująca radykalny ruch społeczny, do którego mogą dołączać coraz to nowe rzesze muzułmanów na całym świecie.

Całkowita likwidacja Al Kaidy nie jest obecnie (a może i w ogóle) możliwa, gdyż nigdy nie wiadomo kto, kiedy i gdzie nie zostanie zauroczony ideologiczną wizją świata Bin Ladina i spółki, i nie zechce utworzyć niezależnej jednoosobowej komórki w jej siatce, o której nikt, poza nim samym, nie będzie wiedział do czasu, gdy przystąpi do akcji. Stara Al Kaida (tzw. „notes Bin Ladina” – spis ludzi walczących z Sowietami w Afganistanie) to zahartowani braterstwem broni w Afganistanie w latach 80. doświadczeni muzułmańscy bojownicy, którzy po zakończeniu sowieckiej obecności w Afganistanie w latach 90. wyruszyli na wszystkie niemal kontynenty, by walczyć o realizację swojej wizji muzułmańskiej wspólnoty wiernych, wracając do Maroka i Algierii, Egiptu, Jemenu i Arabii Saudyjskiej, Sudanu, Somalii, Tanzanii i Kenii, Turcji oraz Iraku, Bośni i Albanii, Indonezji i na Filipiny (żeby wymienić najważniejsze miejsca), niosąc wszędzie gdzie trafili pochodnie dżihadu, rozumianego przez nich jako wojna z niewiernymi. Niektórzy trafili także do Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Włoch, Holandii, Danii czy USA. Wszędzie tam gdzie dotarli oni, dotarła wraz z nimi ideologia, sztuka walki, pieniądze od licznych sponsorów (głównie z bogatych państw Bliskiego Wschodu) oraz silna motywacja do działania, a co najważniejsze przekonanie, że wroga, nawet tak potężnego jak ZSRR czy USA, da się pokonać. Dlatego też wszędzie tam Usamie udało się wykorzystać te zasoby zarówno do działań typowo terrorystycznych, jak i partyzanckich. Ale nowa Al Kaida to już nieco inny rodzaj zjawiska – to rozbudzony płomień wiary w to, że da się pokonać niewiernych i ich pomocników (Żydów i Krzyżowców – jak nazywa ich Bin Ladin) wszędzie tam, gdzie znajduje się umma, wspólnota wszystkich muzułmanów, niezależnie od jej geograficznej lokalizacji i zwycięstwo to spowoduje, że będzie można oprzeć ją na twardym prawie szariatu. To motywowani ideologicznie sukcesem „twardego rdzenia” tej organizacji z 11 września, i późniejszą amerykańską inwazją na Afganistan i Irak, radykalni muzułmanie urodzeni i żyjący w niemuzułmańskich społeczeństwach w Europie, którzy dzięki radykalnym imamom z lokalnych meczetów szerzących agresywną ideologię w meczetach, więzieniach i na uniwersytetach, zyskali kontakty i perspektywy dołączenia do swoich walczących współbraci wszędzie tam, gdzie żyją i mieszkają. Złączeni jednym z podstawowych narzędzi globalizacji – Internetem, zyskali niespotykane dotąd możliwości komunikacji, a dzięki telewizji satelitarnej, szerokiej artykulacji swoich poglądów, resentymentów, żądań, jak i nagłośnienia swoich działań.



Książka Michaela Scheuera jest nieocenionym źródłem informacji, by zrozumieć zarówno proces powstawania tej pierwszej, jak i transformacji w tę drugą. Dokumentuje ona jej działania do czasu tuż po 11 września i snuje prognozy i ostrzeżenia na przyszłość. Optyka przyjęta w tej pracy pozwala lepiej zrozumieć drugą stronę pierwszego w historii XXI wieku globalnego konfliktu między radykalnymi muzułmanami a światem zachodnim. Biorąc zaś pod uwagę, że autor jest nie tylko wykształconym historykiem, ale także długoletnim kadrowym pracownikiem CIA i miał okazję być pierwszym szefem specjalnej stacji CIA analizującej działalność UBL i AQ, można być pewnym nie tylko wysokiej jakości prezentowanych analiz, ale także dotarcia do wielu informacji, do których nie mieli dostępu inni autorzy podejmujący tę problematykę.

Autor rozpoczyna swoją pracę od omówienia zamierzeń Bin Ladina – wyzwolenia ojczystej Arabii Saudyjskiej i innych państw muzułmańskich z ocenianych jako zgubne, obecności i wpływów Zachodu, utożsamianych przez niego, jakże słusznie, z oddziaływaniem Stanów Zjednoczonych i ich „marionetkowych” rządów na Bliskim, Środkowym i Dalekim Wschodzie (tzw. dżihad obronny). Główny cel wojny Bin Ladina ma więc charakter religijnowyzwoleńczy – wyzwolenie wspólnoty muzułmanów spod rządów niewiernych ich i pomocników oraz podważenie ich dominacji w świecie muzułmańskim - dopiero, gdy ten cel zostanie osiągnięty możliwa jest dalsza ekspansja islamu z utworzeniem światowego Kalifatu włącznie, jako celu ostatecznego, lecz dziś dość odległego. Cel ten może wydawać się kompletnie niezrozumiały dla ludzi Zachodu – zeświecczonych i postrzegających historię jako rzecz dawno zamkniętą i niełączącą się z dniem dzisiejszym. Oni nie postrzegają się jako potomków krzyżowców i nie rozumieją, jak wydarzenia sprzed niemal dziesięciu wieków mogą mieć znaczenie dla współczesności. Usama Bin Ladin prawidłowo dostrzega, że to USA i ich wpływy i potęga są główną przeszkodą dla osiągnięcia tych celów i światowej supremacji islamu jako jedynej prawdziwej wiary (Stany Zjednoczone są jego zdaniem spadkobiercami krzyżowców i odgrywają dzisiaj podobną rolę). W jego przekonaniu można osiągnąć te cele poprzez zbrojną walkę zarówno z Wielkim Kafirem (USA), jak i Małymi Kafirami (sojusznikami Ameryki oraz prozachodnimi rządami w państwach muzułmańskich), w której główną metodą walki jest przemoc wobec cywilów w celu zastraszania atakowanych społeczeństw i ich rządów (czyli to, co na zachodzie definiuje się jako terroryzm), gdyż niemożliwe jest prowadzenie innego typu walki zbrojnej. Przewaga USA na polu wojny konwencjonalnej jest tak duża, że wspólnota wiernych nie może stanąć do regularnej bitwy, tak jak przed wiekami, gdy nie występowała tak rażąca dysproporcja sił i środków między Zachodem a światem muzułmańskim, jak dzisiaj. Wiarę, że mimo tej dysproporcji sił cel może być osiągnięty – USA pokonane i zmuszone do wycofania się ze świata islamu, a prozachodnie rządy w państwach muzułmańskich obalone - wzmacnia fakt upadku innego wielkiego supermocarstwa – Związku Sowieckiego – pokonanego, jak sami chcą w to wierzyć, przez muzułmanów w Afganistanie. First we took Moscow, then we take ar Rijad and New York – myślą dżihadyści. Wielokrotnie publicznie ostrzegali, że podejmą działania zbrojne przeciwko USA, również wielokrotnie państwo to oceniali jako papierowego tygrysa, który zaatakowany, zamiast walczyć - wycofuje się (można zauważyć, że wspominana przez niego reakcja amerykańskich administracji po zamachach w Libanie 23 października 1983 r., wypadkach w Somalii 10 lat później (3-4 października 1993) czy zamachach na amerykańskie ambasady w Afryce w sierpniu 1998 r. uprawniała go do takiego przekonania – w każdym z tych przypadków Ameryka albo wycofywała się albo nie potrafiła zdecydowanie odpowiedzieć na akty terroru wymierzone w nią). Wiara Usamy we własne siły mogła także wynikać z dostępu do znacznych zasobów finansowych ułatwiających działalność jego organizacji – zasobów wynikających nie tylko z osobistego bogactwa odziedziczonego po ojcu, lecz przede wszystkim darowizn ze strony muzułmańskich organizacji „charytatywnych” jak i „cichej” pomocy tych rządów muzułmańskich, które popierały eksport islamskiej rewolucji. Warto zauważyć w tym miejscu, że zdaniem pewnych muzułmańskich środowisk Usama postąpił wyjątkowo nieroztropnie, zbyt wcześnie otwarcie występując przeciwko USA i zmuszając je do zauważenia problemu i wreszcie poważnej reakcji nań. To, czego nie można osiągnąć siłą da się, ich zdaniem, osiągnąć poprzez emigrację, duży potencjał demograficzny muzułmanów oraz aktywny, silnie wspierany materialnie przez bogate w ropę państwa prozelityzm skrajnych interpretacji wiary muzułmańskiej takich jak wahhabizm. Do nieuchronnego zwycięstwa potrzebny jest w tym wypadku jedynie czas i cierpliwość. Tymczasem Al Kaida, atakując zachodnie społeczeństwa, może w końcu uświadomić im skalę problemu i zmusić do kontrdziałania, np. do przyjęcia bardziej restrykcyjnej polityki imigracyjnej i ścisłej obserwacji radykalnych środowisk celem ich wyeliminowania. Doświadczenia pięciu lat tzw. wojny z terrorem pokazują jednak, że mimo zamachów w Madrycie i Londynie spora część Europejczyków w dalszym ciągu nie zdaje sobie sprawy z sytuacji tkwiąc w ignorancji i samooszustwie.

Pozycja, która osiągnął dziś Usama i jego organizacja – główny wróg USA i Zachodu – nie wzięła się znikąd – Scheuer pracowicie prezentuje historię życia Bin Ladina od lat dziecinnych i młodzieńczych, poprzez wyjazd do okupowanego przez Sowietów Afganistanu, powrót do Arabii Saudyjskiej i propozycję złożoną królowi Fahdowi - obrony zagrożonej iracką inwazją ojczyzny przy użyciu zahartowanych w Afganistanie bojowników. Wydaje się, że to odmowa rządu saudyjskiego, który wolał do tego celu wykorzystać siły zbrojne USA uraziły jego dumę, zradykalizowały poglądy i utwierdziły w przekonaniu, że saudyjski rząd działa w interesie niewiernych i de facto zgadza się na okupację muzułmańskich świętych miejsc przez amerykańską armię, mimo iż, rozmijało się to całkowicie z prawdą. Autor ukazuje jego pobyt w Sudanie, tworzenie infrastruktury dla swojej siatki poprzez finansowanie licznych organizacji islamistów na wszystkich niemal kontynentach, szkolenie ludzi, którzy zostaną użyci w przyszłych działaniach i poszerzanie kręgów swoich sympatyków i sojuszników. Okres od wyjazdu do Afganistanu do dni dzisiejszych autor określa mianem lat wojny. Wtedy mniej więcej CIA zaczyna orientować się, że Bin Ladin jest kimś więcej niż tylko logistykiem i finansistą zbrojnych przedsięwzięć, że jest przywódcą i mózgiem tworzonej cierpliwie organizacji, którą publiczność zachodnich mass mediów bliżej pozna 11 września 2001 r., jako że zamachy na amerykańskie ambasady w Afryce w sierpniu 1998 r. przez mało kogo, poza zainteresowanymi problematyką terroryzmu, zostały zauważone – wówczas zginęło „zaledwie” 12 Amerykanów i ponad dwustu Afrykańczyków. Nawet jednak amerykańskie służby bezpieczeństwa z oporami rozpoznawały zagrożenie z jego strony – relatywnym przełomem było lato 1996 r., gdy Dżamal al - Fadl, średniej rangi działacz Al Kaidy przeszedł na stronę Amerykanów informując ich o skali działania tej organizacji, a następnie jesień i zima 1998 r., gdy po zamachach w Kenii i Tanzanii Amerykanie spowodowali aresztowanie kilkuset jej członków na całym świecie. Ich dokładne przesłuchania ujawniły skalę problemu – głównym problemem było jednak to, że wówczas świadomość zagrożenia mieli jedynie nieliczni oficerowie zajmujący się UBL i AQ, nie zaś ich przełożeni, amerykańscy decydenci z prezydentem włącznie (uwikłanym wówczas w problemy wewnętrzne związane z procedurą impeachmentu wszczętą wobec niego przez skrajną republikańską prawicę) czy amerykańscy obywatele. Ci ostatni o skali zagrożenia przekonali się, gdy ciała blisko trzech tysięcy z nich przemieszały się z popiołem i gruzami Word Trade Center w Nowym Jorku i Pentagonu. Mniej więcej w połowie 1996 r. rozpoczęła się na dobre wywiadowcza gra, w której do dnia dzisiejszego służby bezpieczeństwa pozostają zbyt często o jeden krok w tyle. Można jednak powiedzieć, że od tego czasu nastąpił pewien postęp, gdyż na początku tych kroków było o wiele więcej. Aż trzy lata zajęły wyższym oficerom CIA znającym zagadnienie przekonywanie decydentów jak duży jest problem radykalnego islamskiego terroryzmu i niestety, właściwie dopiero wydarzenia 11 września 2001 r. spowodowały, że ci ostatni wreszcie dali się przekonać. Wtedy nie mieli już zresztą innego wyjścia, argumenty były dosłownie przygniatające.

Nie znajdziemy w książce Scheuera szczegółów wielu akcji podejmowanych przez CIA przeciwko UBL i AQ przed 11 września, co może być zrozumiałe, jako że książkę przekazywał do druku czynny wówczas oficer CIA. Tego typu informacje znajdują się zarówno w Raporcie jak i w Ghost Wars Steve’a Colla, gdzie odnajdziemy również postać Scheuera, określanego w nich jako Mike. Przyszłość, jak ją widzi Scheuer, jest mało optymistyczna. Ponieważ celem taktycznym Al Kaidy jest ostateczne wyzwolenie wszystkich muzułmanów spod Zachodniej dominacji i opresji, (co oznacza ustanowienie rządów islamistów opartych o szariat a la taliban), a strategicznym, jak pisze, „bezwarunkowa kapitulacja Zachodu” (str. 256) trudno spodziewać się możliwości prowadzenia rokujących nadzieję na powstrzymanie tego konfliktu negocjacji. Pozostaje więc walka – walka defensywna jednak nie przyniesie zwycięstwa, utrwali jedynie status quo, a walka ofensywna, (jaką wybrała amerykańska administracja – zajęcie Afganistanu i Iraku – za co była i jest nadal krytykowana, m. in. przez samego Scheuera w jego drugiej książce p.t. Imperial Hubris) prowadzi, przynajmniej w tej chwili, do nasilenia konfliktu i zwiększenia chętnych do wzięcia w niej udziału po stronie Bin Ladina muzułmanów, w tym także w Europie. Ponieważ jest to tzw. konflikt asymetryczny, niewiele w nim znaczy bezwzględna miażdżąca przewaga sił po stronie Amerykanów i ich sojuszników w tej konfrontacji. Zwalczanie terroryzmu w społeczeństwach otwartych zawsze rodzi wiele dylematów fundamentalnej natury – jej „asymetryczność” oznacza także, że islamiści mają pełną swobodę doboru czasu i miejsca akcji, jak i metod w niej używanych – nie muszą liczyć się z życiem ani swoim ani masakrowanych cywilów, demokratyczne państwa natomiast są ograniczone w stosowaniu bezwzględnych metod wobec sprawców zamachów tak zasadami, na których są oparte, jak i krytyką wielu środowisk. Walka partyzancko-terrorystyczna z natury rzeczy niweluje wielką przewagę militarną jednej strony, gdyż zamienia konflikt zbrojny w starcie w dużej mierze psychologiczne – konflikt woli, w której Al Kaida nie jest całkiem bez szans przynajmniej na częściową wygraną.

Zatem, skoro całkowita przegrana jest dziś niewyobrażalna, a zwycięstwo w krótkim czasie niemożliwe, musimy, niestety, przyzwyczaić się do myśli, że ten konflikt będzie trwał jeszcze czas jakiś przynosząc okresy nasilonego i słabnącego napięcia, wzmożonego i malejącego zagrożenia, którym może być dotknięte niemal każde państwo wybrane jako cel ataku – jako że przeciwnika takiego jak Bin Ladin i jego zwolenników nie sposób lekceważyć. Są to ludzie zdeterminowani, silnie umotywowani, mający dostęp do znacznych zasobów organizacyjnych i finansowych oraz destrukcyjnej wiedzy i długoletnią praktykę jej stosowania, wspierani są oni także przez służby wywiadowcze niektórych muzułmańskich państw. Będzie to więc długa walka na wyczerpanie, w której islamiści co jakiś czas będą testować wytrzymałość psychiczną zachodnich społeczeństw dokonując kolejnych ataków, mimo ponoszonych strat własnych. Schwytanie Usamy żywego lub martwego nie zakończy tego konfliktu – będzie jedynie epizodem – bardzo znaczącym, ale jedynie epizodem – tej pierwszej globalnej wojny XXI wieku. Jedno jest pewne – zdaniem Scheuera, 11 września był etapem początkowym, nie końcowym tego konfliktu. Trzeba zatem przywyknąć do myśli, że zachodnie społeczeństwa od czasu do czasu zetkną się z przemocą islamistów. Praca Scheuera pozwala lepiej zrozumieć jaka jest stawka wojny wypowiedzianej otwarcie Ameryce i jej sojusznikom przez Bin Ladina 23 sierpnia 1996 r.

Książka Steve’a Colla jest niezwykle wartościowym i znaczącym uzupełnieniem wiedzy, która czytelnik posiądzie z lektury pracy Scheuera – zakres omawianych spraw jest w niej znacznie szerszy – najszerszy wśród omawianych tu dzieł. Autor równolegle śledzi cztery zasadnicze wątki. Pierwszy to rozwój konfliktu (a właściwie konfliktów) w Afganistanie – od inwazji sowieckiej począwszy, po zabicie Ahmeda Szaha Massuda, tadżyckiego warlorda skończywszy. Drugi to kariera Bin Ladina od jego „pierwszych” afgańskich lat do 10 września 2001 r. Trzeci to polityka Stanów Zjednoczonych wobec Afganistanu oraz Azji Środkowej w latach 1979 – 2001, a jeszcze częściej jej brak. I wreszcie czwarty - działania podejmowane przez CIA i kilka amerykańskich administracji wobec Bin Ladina i Al Kaidy. Każdemu z tych wątków towarzyszy dokładna analiza roli, jaką odgrywały w nich Arabia Saudyjska oraz Pakistan – w tym przede wszystkim ich wpływowe służby wywiadowcze, prowadzące, szczególnie w przypadku Pakistanu, własną politykę. Dzięki temu opowieść Colla zyskała przejrzystość, a trzeba przyznać, że jest to opowieść fascynująca. Jeśli chodzi o działalność Bin Ladina i funkcjonowanie Al Kaidy opowieść Colla nie różni się od analizy Scheuera, co nie może dziwić. Rozwój tej organizacji jest obserwowany przez Colla na chłodno, bez osobistego i emocjonalnego zaangażowania Scheuera, co również łatwo zrozumieć – tamten autor był przez dłuższy czas zaangażowany w jej, w dużej mierze mało skuteczne, zwalczanie. I właśnie szczegóły tej wojny CIA przeciwko UBL i AQ stanowią jeden z najciekawszych elementów opowieści Colla. Umieszczone są one w szerszym kontekście amerykańskich poczynań w Azji Środkowej, a ta w kontekście amerykańskiej polityki globalnej.



Afganistan stał się ważnym elementem polityki USA z chwilą sowieckiego najazdu na to państwo w wigilię Bożego Narodzenia 1979 r. Już administracja Jimmy’ego Cartera, będącego w tej kwestii pod przemożnym wpływem doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, Zbigniewa Brzezińskiego, postanowiła wspierać antysowiecką opozycję zbrojną, by zamienić Afganistan w sowiecki Wietnam. Tak naprawdę jednak to Ronald Reagan był tym prezydentem, który radykalnie zwiększył amerykańskie zaangażowanie po stronie mudżahedinów, doprowadzając, co prawda dopiero w drugiej kadencji, do sprzedaży rakiet Stinger, co zasadniczo, zdaniem Colla, zmieniło oblicze tego konfliktu, przechylając szalę zwycięstwa na stronę antykomunistycznej opozycji. Amerykanom udało się także nakłonić Saudyjczyków do podwojenia amerykańskiej pomocy dla afgańskiego ruchu oporu (do każdego dolara amerykańskiego Saudyjczycy dokładali swojego). Wartość pomocy dla partyzantki w Afganistanie sięgnęła setek milionów dolarów rocznie, z czego znaczna część gotówki szła na zakup uzbrojenia. Podstawowym organem rządowym realizującym tę politykę USA była CIA, co biorąc pod uwagę jej niejawny i często nielegalny charakter, zdaje się być oczywiste. Polskiego historyka może zainteresować informacja, podawana przez Colla, jakoby broń dla mudżahedinów miała być kupowana przez CIA w latach 80. także w Polsce, co nie mogło przecież odbywać się bez wiedzy i milczącej zgody generałów wówczas rządzących naszym krajem (można sugerować, że epizod ten powinien być dokładniej zbadany przez polską historiografię). CIA działała jednak w Afganistanie w ścisłej współpracy z osławionymi pakistańskimi służbami wywiadowczymi ISI, także ze względu na znikomą liczbę oficerów znających języki i rozumiejących uwarunkowania kulturowe tamtego regionu świata. Unilateralne, jak je określa Coll (czyli takie, o których Pakistańczycy nie byli informowani) kontakty CIA w Afganistanie były w latach 80. i 90. XX wieku rzadkością. Gros pomocy amerykańsko–saudyjskiej dla afgańskich mudżahedinów przechodziło zatem przez ręce ISI, ta zaś miała własne plany polityczne w regionie (niekoniecznie zawsze zbieżne z amerykańskimi), a także własne sympatie i antypatie. Stąd tez większa część pomocy kierowana była do przywódców pasztuńskich, w dodatku z wyraźną preferencją dla tych, którzy byli przywiązani do fundamentalizmu islamskiego, co również nie powinno zaskakiwać, biorąc pod uwagę fakt, że znaczna część oficerów ISI była Pasztunami i/lub sympatykami radykalnych odmian islamu. Szczególnym faworytem ISI był okrutny watażka Gulbuddin Hekmatjar, który, zdaniem wielu ekspertów, miał zabić więcej Afgańczyków w bratobójczej walce, niż Sowietów. W porównaniu z pomocą finansowo-wojskową dla plemion południowych, amerykańska pomoc dla Afgańczyków z Północy, w tym dla Tadżyków pod przywództwem Massuda była mało znacząca (ten ostatni był wspierany głównie przez Francuzów i Brytyjczyków, ich zaangażowanie w tym kraju było jednak o wiele mniejsze).

Jak to wyraził w jednym z wywiadów Milton Bearden, szef stacji CIA w Islamabadzie w latach 1986 – 89, jego filozofią było „dać ludziom broń i niech Bóg zajmie się resztą”, co miało oznaczać pomijanie faktu DO KOGO dokładnie trafiała broń i pieniądze w Afganistanie. Na jego usprawiedliwienie można powiedzieć, że w miejscu takim jak ten kraj w latach 80. ub. wieku trudno byłoby rzeczywiście znaleźć doskonałego pod względem moralnym kandydata na głównego odbiorcę pomocy – właściwie nad każdym z afgańskich warlordów wisiał cień (a czasami więcej niż tylko cień) ludobójstwa i poważnych zbrodni wojennych. Z opowieści Colla wynika (co potwierdzają także inne źródła), że Amerykanie nie mieli wielkiego rozeznania w meandrach lokalnej polityki i bardzo często wspierali, w dużej mierze nieświadomie, interesy polityczne Pakistanu i Arabii Saudyjskiej, które okazały się być, zwłaszcza nieco później – po wycofaniu się wojsk sowieckich - sprzeczne z dążeniami USA w tym regionie. Znamienny jest tu przypadek przerzutu zorganizowanego przez CIA do sowieckich republik w Azji Środkowej wydrukowanego za saudyjskie pieniądze Koranu – celem tej akcji miała być destabilizacja ZSRR poprzez wzbudzenie świadomości religijnej w usilnie laicyzowanych republikach śrokowoazjatyckich. Dzisiejszy efekt satysfakcjonuje zapewne saudyjskich donatorów, nie jest jednak korzystny dla Ameryki, która musi wspierać w tym regionie lokalnych tyranów i satrapów, by ziemie te nie wpadły w ręce radykalnych muzułmanów.



Dylemat polityki USA w Afganistanie w latach 80. przypominał nieco ten z czasów II wojny światowej – kraj ten wspierał tymczasowego sojusznika – Sowiecka Rosję, który po pokonaniu głównego wroga – hitlerowskie Niemcy, niemal natychmiast zajął jego miejsce. ZSRS, po pokonaniu hitlerowskich Niemiec, stał się przecież głównym oponentem amerykańskiej supremacji w świecie, starając się rozszerzyć swoją strefę wpływów przy użyciu komunistycznej ideologii oraz „eksportu rewolucji”. Radykalny islam był użyty przez USA instrumentalnie by osłabić ZSRS (warto zauważyć, że amerykańscy przywódcy osiągnęli znacznie więcej, niż zapewne zamierzali – doprowadzili nie tylko do jego osłabienia, lecz upadku), by zająć jego miejsce jako głównego wroga USA i Zachodu w dekadę po zakończeniu zimnej wojny. Czy jednak wiedząc dzisiaj to, czego wczoraj amerykańscy politycy nie wiedzieli i zapewne nie za bardzo mogli przewidzieć, można w pełni odpowiedzialnie nazwać ich politykę błędną? Zmagając się z imperium zła Reagan i spółka robili wszystko co mogli, by zminimalizować niebezpieczeństwo, jakie ten kraj stanowił dla amerykańskiej potęgi, nie oglądając się za bardzo na konsekwencje swych działań, które wtedy nie były dla zbyt wielu takie oczywiste. Być może zresztą, w ostatecznym rozrachunku, odnieśli sukces – nie wolno bowiem zapominać, że sowieckie rakiety międzykontynentalne niosące głowice termonuklearne mogły spopielić cały świat, Bin Ladin z kolegami może zaś, jak dotąd, co najwyżej zniszczyć spory fragment amerykańskiego miasta. Być może jednak jest to porażkapotęga, którą mieli do dyspozycji sowieccy przywódcy nałożyła na nich szczególną odpowiedzialność, której nigdy, na szczęście dla ludzkości, nie zawiedli. Owa odpowiedzialność nakładała na obie strony ówczesnego konfliktu konieczność prowadzenia polityki ostrożnej i przynajmniej częściowego uwzględniania w niej interesów drugiej strony. Słabość islamistów zwalnia ich, w ich mniemaniu, z jakiejkolwiek odpowiedzialności – mają oni pełną swobodę zabijania wszystkich tych, których tak otwarcie nienawidzą, nie licząc się zbytnio z konsekwencjami swoich działań – jest to kwintesencja pojęcia konfliktu asymetrycznego.


  1   2   3


©operacji.org 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna