Alfred hitchcock



Pobieranie 0,51 Mb.
Strona1/7
Data03.06.2018
Rozmiar0,51 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7

ALFRED HITCHCOCK

TAJEMNICA ZAMKU GROZY

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW - 1


Wstęp Alfreda Hitchcocka

— Ustawicznie coś przedstawiam. Przez wiele lat były to moje filmy — trzymające w napięciu, pełne tajemnic historie. Teraz przyszło mi przedstawić trzech chłopców, którzy zwą siebie Trzema Detektywami, rozbijają się po okolicy ozdobionym złoceniami rolls-royce’em i rozwiązują wszelkiego rodzaju zagadki i tajemnice. Niedorzeczność, prawda?

Szczerze mówiąc, wolałbym nie mieć do czynienia z tymi chłopcami, ale nieopatrznie coś przyrzekłem, a jestem człowiekiem, który dotrzymuje słowa, nawet jeśli zostało ono, jak zobaczycie, wymuszone podstępem.

A więc do rzeczy. Trzema Detektywami są Bob Andrews, Pete Crenshaw i Jupiter Jones. Mieszkają w Rocky Beach, kalifornijskim mieście na wybrzeżu Pacyfiku, oddalonym o kilkanaście kilometrów od Hollywoodu.

Bob Andrews, mały, lecz niezmordowany chłopiec, jest typem pilnego ucznia, nie pozbawionym jednak żyłki przygody. Pete Crenshaw, najbardziej wysportowany z trójki, jest raczej wysoki i muskularny. Jupiter... powstrzymam się od wyrażenia mojej osobistej opinii o mistrzu Jonesie. Wyrobicie sobie własną w trakcie czytania tej książki. Ja ograniczę się jedynie do faktów.

A więc, choć kusi mnie nazwać Jupitera opasłym, powtórzę za jego przyjaciółmi, że jest krępy. Jako zupełnie małe dziecko pojawił się na ekranach telewizyjnych w serialu o przygodach grupy zabawnych szkrabów, pod tytułem “Małe Urwisy”. Serialu tego, co stwierdzam z przyjemnością, nigdy nie oglądałem. Podobno Jupiter występował tam w roli Małego Tłuścioszka i rzekomo był tak rozkoszny i przemądrzały, że wywoływał salwy śmiechu u milionów widzów, nawet kiedy zdarzało mu się znaleźć w wielce kłopotliwych sytuacjach.

To doświadczenie zostawiło w Jupiterze lęk przed śmiesznością. Chciał, by brano go poważnie, i wcześnie nauczył się czytać. Natychmiast zaczął połykać wszystkie książki, jakie tylko wpadły mu w ręce — z dziedziny nauk przyrodniczych, psychologii, kryminologii i wiele innych. Dzięki swej doskonałej pamięci zachował w głowie większość tego, co przeczytał. W krótkim czasie nauczyciele przestali się z nim wdawać w spory na omawiane tematy.

Jeśli macie już uczucie, że Jupiter jest raczej nie do zniesienia, muszę się z Wami zgodzić. Mówiono mi jednak, że ma wielu oddanych przyjaciół. Z drugiej strony, czy można polegać na gustach młodych ludzi?

Mógłbym powiedzieć Wam wiele więcej o Jupiterze i pozostałych chłopcach. Mógłbym... ale myślę, że wypełniłem już swój przykry obowiązek. Jeśli dotąd nie zaniechaliście czytania tego wstępu, jesteście zapewne tak jak i ja zadowoleni, że dobiegł końca. Teraz nastąpią atrakcje.

Alfred Hitchcock



Rozdział 1

Trzej Detektywi
Bob Andrews zaparkował rower przed swym domem w Rocky Beach i wszedł do środka. Ledwie zdążył zamknąć za sobą drzwi wejściowe, gdy zawołała go mama:

— Robert?! Czy to ty?

— Tak, mamo.

Bob wszedł do kuchni, gdzie jego mama, szczupła szatynka, zajęta była pieczeniem ciasta.

— Jak ci poszło dziś w bibliotece? — zapytała.

— Okay — odpowiedział krótko. W końcu w bibliotece nie działo się nic ciekawego. Miał tam dorywczą pracę. Sortował zwrócone książki, pomagał też przy katalogowaniu.

— Telefonował twój przyjaciel Jupiter — mama Boba wałkowała ciasto na stolnicy. — Zostawił dla ciebie wiadomość.

— Wiadomość! — wykrzyknął Bob z nagłym ożywieniem. — Jaką?

— Zapisałam na kartce, którą mam w kieszeni. Wyjmę ją, jak tylko skończę z tym ciastem.

— Czy nie pamiętasz, co powiedział? Może mnie potrzebuje!

— Potrafię zapamiętać zwykłą wiadomość, ale Jupiter takich nie zostawia. Jego zlecenia są zawsze ekscentryczne.

— Jupe lubi niezwykłe słowa — Bob starał się opanować zniecierpliwienie. — Przeczytał okropnie dużo książek. Czasem rzeczywiście trudno go zrozumieć.

— Nie tylko czasem — odparowała mama. — To nieprzeciętny chłopiec. Nigdy się nie domyślę, jak znalazł mój pierścionek zaręczynowy.

Zdarzyło się to poprzedniej jesieni. Mama Boba zgubiła pierścionek z brylantem. Właśnie przyszedł Jupiter Jones i poprosił, żeby mu opowiedziała wszystko, co robiła tego dnia, krok po kroku. A potem poszedł do spiżarni, sięgnął za rząd słoików z marynowanymi pomidorami i wyciągnął pierścionek. Po prostu pani Andrews położyła go na półce, kiedy zabrała się do wygotowywania słoików.

— Nie mam pojęcia, jak on zgadł, że pierścionek tam właśnie będzie.

— Nie zgadł, tylko wywnioskował. Tak pracuje jego umysł... Mamo, czy możesz mi już przekazać tę wiadomość?

— Za chwilę. — Mama przeciągnęła wałkiem po cieście. — Nawiasem mówiąc, co to za historia była we wczorajszej gazecie... podobno Jupiter wygrał rolls-royce’a na trzydzieści dni?

— To był konkurs ogłoszony przez agencję “Wynajmij auto i w drogę”. Postawili w swoim oknie wystawowym wielki słój z fasolą i oferowali darmowe wynajęcie rolls-royce’a wraz z szoferem na trzydzieści dni temu, kto poda najbardziej przybliżoną liczbę ziaren fasoli. Jupiter zastanawiał się przez trzy dni, ile ziaren trzeba, żeby wypełnić taki słój. No i wygrał... mamo, wyciągnij już, proszę, tę wiadomość.

— Dobrze, dobrze — mama wytarła umączone ręce. — Ale co, na Boga, Jupiter będzie robił z rolls-royce’em i szoferem, choćby tylko przez trzydzieści dni?

— Widzisz, mamo, myślimy... — Ale pani Andrews nie słuchała.

— W dzisiejszych czasach można wygrać niemal wszystko — mówiła. — Czytałam o kobiecie, która wygrała w turnieju telewizyjnym łódź mieszkalną. Ona mieszka w górach i teraz głowi się, co począć z tą łodzią.

Sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła karteczkę.

— Masz tę wiadomość: “Zielona Furtka. Prasa w ruchu”.

— Świetnie, mamo, dzięki! — Bob popędził do drzwi frontowych, ale mama zatrzymała go.

— Robert! Co, na litość boską, znaczy ta wiadomość. Czy to rodzaj szyfru?

— Nie, to prosty, potoczny język. Muszę się naprawdę spieszyć!

Czmychnął za drzwi, skoczył na rower i ruszył do składu złomu Jonesa.

Kiedy jechał rowerem, aparat usztywniający nogę prawie mu nie przeszkadzał. Bob “wygrał aparat”, jak to określił doktor Alvarez, dzięki własnej głupocie. Usiłował się wspiąć w pojedynkę na jedno ze wzgórz otaczających Rocky Beach. Miasto leży na równinie ograniczonej z jednej strony Oceanem Spokojnym, z drugiej — Górami Santa Monica. Jako góry są one niewielkie, lecz jeśli traktować je jako wzgórza, są bardzo wysokie. Bob toczył się po stoku przez jakieś sto pięćdziesiąt metrów i wylądował na dole z nogą złamaną w kilku miejscach. W szpitalu zapewniono go, że ustanowił w tym względzie rekord.

Doktor Alvarez pocieszył chłopca, że aparat zostanie po pewnym czasie zdjęty i Bob zapomni, że go kiedykolwiek nosił. Niekiedy stanowił pewną uciążliwość, ale przeważnie nie przeszkadzał mu zupełnie.

Bob wyjechał już z centrum miasta i zbliżał się do składu złomu Jonesa. Zwał się on kiedyś “Graciarnią Jonesa”, ale Jupiter przekonał swego wuja, że nazwę trzeba zmienić. Oprócz normalnego złomu w składzie znajdowało się wiele niezwykłych artykułów, ludzie ściągali więc z bardzo odległych miejsc w poszukiwaniu towaru, którego nie można było znaleźć nigdzie indziej.

Dla każdego chłopca skład był fascynującym miejscem. Jego specyficzny charakter dawał się poznać już z daleka, gdy tylko zobaczyło się płot, który go otaczał. Pan Tytus Jones pomalował deski resztkami farb w najróżniejszych kolorach. Miejscowi artyści malarze przyszli mu z pomocą w podzięce za potrzebne drobiazgi ze składu, które im dawał.

Tak więc cały frontowy płot pokrywały rysunki drzew i kwiatów, jezior i sunących po nich łabędzi. Inne sceny wymalowano na pozostałych stronach płotu. Było to z pewnością najbarwniejsze złomowisko w kraju.

Bob minął główne wejście do składu, stanowiła je olbrzymia, dwuskrzydłowa brama z kutego żelaza. Kiedyś zamykała wjazd do pewnej posiadłości, która spłonęła w pożarze. Około stu metrów dalej, blisko narożnika, na płocie można było obejrzeć rysunek zielnego, wzburzonego oceanu, na sztormowych falach kołysał się okręt. Tu Bob się zatrzymał, zsiadł z roweru, odszukał dwie deski, które Jupiter zmienił w ich prywatne wejście, czyli Zieloną Furtkę. Na pierwszym planie wynurzona z wody ryba patrzyła na tonący statek. Bob nacisnął jej oko i dwie deski odchyliły się w górę.

Przepchnął rower przez otwór i zamknął furtkę. Był teraz w narożniku składu, gdzie Jupiter urządził sobie pracownię. Z góry osłabło ją niemal dwumetrowej szerokości zadaszenie, które biegło wzdłuż całej długości płotu i pod którym pan Jones trzymał swe najcenniejsze rupiecie.

Gdy Bob wszedł do pracowni, Jupiter siedział na starym obrotowym krześle i skubał dolną wargę, co zawsze było znakiem, że jego umysł pracuje na najwyższych obrotach. Pete Crenshaw uwijał się przy małej prasie drukarskiej. Przybyła ona do składu jako złom i Jupiter dopóty się nad nią mozolił, dopóki nie zaczęła ponownie funkcjonować.

Prasa przesuwała się z turkotem w przód i w tył, a wysoki, ciemnowłosy Pete najpierw układał, po czym zdejmował z niej białe karteczki. Tak więc wiadomość Jupitera znaczyła po prostu, że prasa drukarska działa i że ma wejść przez Zieloną Furtkę.

Z frontowej części składu, gdzie znajdowało się biuro, nikt nie mógł chłopców widzieć, zwłaszcza ciocia Matylda, postawna kobieta, która właściwie sama prowadziła skład. Była osobą o złotym sercu i pogodnym usposobieniu, ale widząc chłopców miała tylko jedno w głowie: jak zagonić ich do roboty!

W akcie samoobrony Jupiter wzniósł po trochu wokół swej pracowni sterty wszelkiego rodzaju odpadów. W ten sposób uzyskał zaciszne miejsce na spotkania z przyjaciółmi w wolnych chwilach.

Bob odstawił rower i podszedł do Pete’a, który wręczył mu jedną z białych karteczek.

— Zobacz!

Była to spora wizytówka, która głosiła:


TRZEJ DETEKTYWI

Badamy wszystko

???

Pierwszy Detektyw . . . . . . . . . Jupiter Jones

Drugi Detektyw . . . . . . . . . . . Pete Crenshaw

Dokumentacja i analizy . . . . . Bob Andrews

— Bomba! — wyraził podziw Bob. — To naprawdę wygląda świetnie. Więc postanowiłeś wystartować, Jupe?

— O otworzeniu agencji detektywistycznej mówiliśmy przecież od dawna — odpowiedział Jupiter. — Teraz, skoro wygrałem rolls-royce’a na trzydzieści dni, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę mamy możliwość szukania tajemnic, gdzie tylko się da. W każdym razie przez pewien czas. Dlatego startujemy. Od dziś jesteśmy oficjalnie Trzema Detektywami.

Jako Pierwszy Detektyw zajmuję się planowaniem. Pete, Drugi Detektyw, będzie przewodził we wszystkich operacjach wymagających sprawności fizycznej. Ponieważ ty, Bob, nie jesteś chwilowo w odpowiedniej kondycji, żeby śledzić podejrzanych, wspinać się na płoty i tym podobne, zajmiesz się zbieraniem informacji, które okażą się w naszych sprawach potrzebne. Będziesz też prowadził wszystkie notatki z naszych poczynań.

— Mnie to odpowiada — zgodził się Bob. — Przy mojej pracy w bibliotece łatwo mogę zasięgać informacji.

— Nowoczesne dochodzenie wymaga obszernych prac badawczych — oświadczył Jupiter. — Dlaczego patrzysz na tę kartkę z dziwną miną? Można wiedzieć, co ci się nie podoba?

— Te znaki zapytania. Po co one tu są?

— Czekałem na to pytanie — powiedział Pete. — Jupe mówił, że się zapytasz. Twierdzi, że każdy będzie pytał.

— Znak zapytania — zaczął Jupiter z namaszczeniem — jest symbolem niewiadomego. Jesteśmy gotowi rozwiązywać zagadki, tajemnice, niejasności i sprawy niezwykłe, jakie tylko zostaną nam powierzone. Stąd naszym symbolem jest znak zapytania. Trzy znaki zapytania obok siebie będą zawsze oznaczać Trzech Detektywów.

Bob myślał, że Jupe już skończył, choć powinien wiedzieć z doświadczenia, że to dopiero rozgrzewka.

— A poza tym znaki zapytania — ciągnął Jupiter — będą wzbudzać zainteresowanie. Podobnie jak ty, ludzie będą się pytać o ich znaczenie. To pomoże nam utrwalić się w ludzkiej pamięci. Znaki zapytania staną się naszą reklamą. Każdy interes wymaga reklamy, żeby pozyskać klientelę.

— Świetnie — Bob odłożył wizytówkę na stosik wydrukowany już przez Pete’a. — Teraz potrzebujemy tylko jakiejś sprawy do zbadania.

— Bob, mamy już sprawę — oznajmił Pete uroczyście.

— Niezupełnie — Jupiter wyprostował się i ściągnął usta. W ten sposób jego okrągła buzia zdawała się dłuższa i wyglądał doroślej. Przy swej krępej budowie Jupiter sprawiał wrażenie tłuściocha, gdy nie trzymał się prosto.

— Niestety widzę pewną małą przeszkodę — wyjaśnił. — Istotnie jest sprawa, którą moglibyśmy z łatwością rozwiązać, tylko nie została nam jeszcze powierzona.

— Co to za sprawa? — zapytał Bob z ożywieniem.

— Sławny reżyser Alfred Hitchcock szuka do swego następnego filmu prawdziwego domu nawiedzanego przez duchy — powiedział Pete. — Mój tato słyszał o tym w studiu.

Pan Crenshaw był fachowcem w kreowaniu specjalnych filmowych efektów technicznych i pracował w pobliskim Hollywoodzie.

— Nawiedzany przez duchy dom? — powtórzył Bob. — Jak można stwierdzić, czy dom jest nawiedzany przez duchy?

— Możemy znaleźć taki dom i odkryć, czy rzeczywiście tam straszy. Nasze nazwiska trafią do prasy i to uruchomi agencję.

— Tylko że pan Hitchcock nie poprosił nas jeszcze o zbadanie takiego domu — powiedział Bob. — Czy to właśnie nazywasz małą przeszkodą?

— Będziemy musieli go przekonać, że powinien skorzystać z naszych usług. To jest nasz następny krok.

— Pewnie — prychnął Bob sarkastycznie. — Wejdziemy pewnie do biura najsławniejszego reżysera na świecie i zapytamy: “Pan po nas posyłał?”

Może niezupełnie tak, ale z grubsza myśl jest słuszna. Telefonowałem już do pana Hitchcocka i poprosiłem o spotkanie — oznajmił Jupiter.

— Co zrobiłeś? — zapytał Pete równie zdziwiony jak Bob. — Czy zgodził się nas przyjąć?

— Nie — wyznał Jupiter. — Jego sekretarka nie pozwoliła mi nawet z nim porozmawiać.

— Można się było tego spodziewać — mruknął Pete.

— Mówiąc ściśle, powiedziała, że nas każe zaaresztować, jeśli będziemy usiłowali się do niego zbliżyć — dodał Jupiter. — Okazało się, że sekretarką pana Hitchcocka jest młoda dziewczyna, która chodziła do szkoły w Rocky Beach. Była o kilka klas wyżej od nas, ale prawdopodobnie ją pamiętacie. Nazywa się Henrietta Larson.

— Henrietta ważniaczka! — wykrzyknął Pete. — Pewnie, że ją pamiętam.

— Pomagała nauczycielom i musztrowała wszystkie młodsze dzieci — wtórował mu Bob. — Nigdy jej nie zapomnę. Jeśli Henrietta Larson jest jego sekretarką, możemy sobie pana Hitchcocka wybić z głowy. Trzy uzbrojone czołgi nie sforsują jej oporu.

— Trudności czynią życie interesującym — stwierdził Jupiter ze spokojem. — Jutro rano wybierzemy się do Hollywoodu moim tymczasowym samochodem i złożymy wizytę panu Hitchcockowi.

— Żeby Henrietta napuściła na nas policję?! — wykrzyknął Bob. — Nie ma mowy. Zresztą jutro muszę pracować cały dzień w bibliotece.

— Więc pojedziemy we dwójkę z Pete’em. Zatelefonuję do agencji “Wynajmij auto i w drogę” i powiem im, że zaczynam moje trzydzieści dni jutro o dziesiątej rano. A ty, Bob, skoro będziesz cały dzień w bibliotece, poszukasz w starych gazetach i pismach artykułów o tym — tu napisał dwa słowa na odwrocie wizytówki detektywów i wręczył ją Bobowi.

— Zamek Grozy — odczytał Bob i gardło mu się ścisnęło. — Dobrze, Jupe, jeśli tego chcesz.

— Trzej Detektywi rozpoczynają działalność — oznajmił Jupiter z zadowoleniem. — Weźcie zapas wizytówek i noście je zawsze przy sobie. To są wasze listy uwierzytelniające. Od jutra każdy z nas będzie pełnił obowiązki, jakie przypadną mu w udziale.
Rozdział 2

Podstępem do celu
Następnego rana Pete i Jupiter czekali pod wielką, żelazną bramą składu na długo przed umówioną godziną. Włożyli swe odświętne ubrania, białe koszule i krawaty. Włosy mieli gładko zaczesane, wypucowane twarze zaróżowione pod opalenizną. Nawet paznokcie mieli czyste.

Ale ich elegancja została przyćmiona, gdy wreszcie podjechał wspaniały samochód. Rolls-royce był zabytkowym okazem z ogromnymi jak bębny przednimi światłami i straszliwie długą maską. Karoserię miał kwadratową jak pudełko, a wszystkie wykończenia, nawet zderzaki, były pozłacane i lśniły jak klejnoty. Czarny lakier karoserii był tak wypolerowany, że mógł służyć jako lustro.

— Rany! — powiedział Pete z zachwytem. — Wygląda jak samochód starego milionera.

— Rolls-royce jest najdroższym z produkowanych w świecie samochodów — zaczął swój wykład Jupiter. — Ten tutaj został skonstruowany specjalnie dla bogatego szejka arabskiego o wyszukanym guście. Obecnie agencja wynajmu samochodów używa go głównie w celach reklamowych.

Z samochodu sprężyście wysiadł szofer. Był to wysoki mężczyzna, szczupły, lecz mocno zbudowany, o długiej, pogodnej twarzy. Zdjął swoją szoferską czapkę i zwrócił się do Jupitera:

— Pan Jones? Jestem szoferem, nazywam się Worthington.

— Bardzo mi miło, panie Worthington, ale proszę do mnie mówić Jupiter, jak wszyscy.

Na twarzy szofera odmalowało się cierpienie.

— Proszę się zwracać do mnie po prostu Worthington. Tak jest przyjęte. Jest również przyjęte, że ja zwracam się do moich pracodawców bardziej formalnie. Pan jest obecnie moim pracodawcą i wolałbym szanować przyjęte zwyczaje.

— No dobrze, Worthington — zgodził się Jupiter. — Jeśli taki jest zwyczaj.

— Dziękuję. A teraz samochód i ja jesteśmy do usług przez trzydzieści dni.

— Przez trzydzieści dni, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę — uzupełnił Jupiter. — Zgodnie z regułami konkursu.

— Oczywiście — Worthington otworzył tylne drzwi samochodu. — Zechcą panowie wsiąść.

— Dziękuję — powiedział Jupiter, sadowiąc się wraz ze swym partnerem na tylnym siedzeniu. — Ale nie musi nam pan otwierać drzwi. Jesteśmy dość młodzi, żeby robić to samodzielnie.

— Wolałbym spełniać wszystkie usługi, które do mnie należą — odparł Worthington. -jeśli je zaniedbam, mogę się w przyszłości okazać opieszały.

— Rozumiem. — Jupiter zastanawiał się, podczas gdy Worthington zajął miejsce za kierownicą. — Może się jednak zdarzyć, że będziemy musieli wsiadać i wysiadać w pośpiechu. Umówmy się więc, że poza początkiem i końcem jazdy danego dnia będziemy wsiadać i wysiadać sami.

— Doskonale. -We wstecznym lusterku zobaczyli uśmiech na twarzy angielskiego szofera. — To świetne rozwiązanie.

— Hm... my chyba nie będziemy równie dystyngowani jak większość osób, które pan wozi. Możliwe również, że będziemy musieli jeździć w bardzo dziwne miejsca... To powinno coś wyjaśnić. — Jupiter podał Worthingtonowi wizytówkę Trzech Detektywów.

Szofer przestudiował ją z uwagą.

— Zrozumiałem, o co chodzi, przynajmniej tak mi się zdaje. Ta praca będzie dla mnie przyjemnością. Wożenie młodych ludzi, żądnych przygód to dla mnie duża odmiana. Jeździłem ostatnio przeważnie z osobami starszymi i ostrożnymi. A teraz poproszę pana o podanie celu naszej pierwszej podróży.

Pete i Jupiter poczuli wielką sympatię dla swojego szofera.

— Chcemy pojechać do Hollywoodu, złożyć wizytę panu Alfredowi Hitchcockowi w jego studiu — powiedział Jupiter. — Ja... hm... wczoraj do niego telefonowałem.

— Doskonale, panie Jones.

Niebawem luksusowy samochód unosił ich przez wzgórza w stronę Hollywoodu. Worthington powiedział przez ramię:

— Chciałbym poinformować, że samochód wyposażony jest w telefon i barek z napojami chłodzącymi. Tak jedno, jak i drugie do pańskiej dyspozycji.

— Ogromnie dziękuję — odparł Jupiter z elegancją godną pasażera tak wytwornego samochodu. Otworzył schowek na wprost swego siedzenia i wyjął z niego telefon. Był oczywiście pozłacany, ale nie miał tarczy, tylko przycisk.

— To jest radiotelefon — wyjaśnił Jupe Pete’owi. — Naciska się guzik i podaje żądany numer telefonistce. Myślę, że na razie nie będziemy go potrzebować.

Z pewnym ociąganiem odstawił telefon i oparł się wygodnie na obitym skórą siedzeniu.


Po miłej, ale nieurozmaiconej podróży wjechali do centralnej dzielnicy Hollywoodu. W miarę jak zbliżali się do celu, Pete coraz niespokojniej wiercił się na siedzeniu.

— Jupe, czy możesz mi powiedzieć, jak zamierzasz się dostać do studia filmowego? Wiesz doskonale, że wszystkie studia są otoczone murem, a przy bramie stoi strażnik, którego trzymają tam tylko po to, żeby nie wpuszczał takich intruzów jak my. W życiu nie przejedziemy przez bramę.

— Obmyśliłem pewną strategię — powiedział Jupiter. — Oby tylko okazała się skuteczna, właśnie jesteśmy na miejscu.

Jechali wzdłuż wysokiej, otynkowanej ściany, zajmującej przestrzeń między dwoma przecznicami. Na szczycie widniał napis World Studios. Ściana była tylko po to, żeby nikt nie mógł się dostać do środka — tak jak powiedział Pete.

Wysoka, żelazna brama stała otworem. W małej budce obok siedział mężczyzna w uniformie. Worthington skręcił w bramę i mężczyzna natychmiast wyskoczył z budki.

— Hej, chwileczkę! Dokąd jedziecie?

Worthington zatrzymał samochód.

— Do pana Alfreda Hitchcocka.

— Macie przepustkę? — zapytał strażnik.

— Nie wiedzieliśmy, że jest potrzebna — odparł Worthington.

— Mój pryncypał telefonował do pana Hitchcocka.

Co było absolutnie zgodne z prawdą, tyle że nie rozmawiał z reżyserem osobiście.

— Och — strażnik podrapał się w głowę, nie bardzo wiedząc, co robić. Jupiter opuścił szybę i wychylił głowę.

— Mój dobry człowieku — zaczął i Pete o mało nie spadł z fotela. Jupe mówił najczystszym angielskim akcentem. — Jaki jest powód tego opóźnienia?

— Ludzie — wyszeptał Pete. Wiedział, że Jupe jako małe dziecko występował w telewizji i miał zdolności aktorskie, ale czegoś takiego się nie spodziewał.

Wydymając lekko policzki i usta i spoglądając nieco z góry, Jupe osiągnął łudzące podobieństwo do sławnego reżysera. Raczej impertynencka, młoda wersja Alfreda Hitchcocka. Podobieństwa nie można było nie dostrzec. I jeszcze ten akcent w związku z angielskim pochodzeniem reżysera.

— Uch... muszę wiedzieć, kto przyjechał do pana Hitchcocka — powiedział strażnik nerwowo.

— Rozumiem. — Jupiter ponownie spojrzał na niego wyniośle. — Najlepiej będzie, jeśli zatelefonuję do mego wuja.

Wyjął telefon ze schowka, przycisnął guzik i podał telefonistce numer telefonu. Pete poznał numer składu złomu. Jupe rzeczywiście telefonował do swego wuja.

Strażnik objął spojrzeniem zdumiewający samochód i Jupitera ze złotym telefonem.

— Och, mniejsza — powiedział spiesznie. — Jedźcie dalej. Sam zatelefonuję, że przybyliście.

— Dziękuję. Niech pan rusza, Worthington,

Jupiter odchylił się na oparcie. Jechali wąską ulicą porośniętą po obu stronach drzewami palmowymi, wśród których stały małe, ładne budynki, usytuowane blisko siebie. Dalej widać było łukowate dachy wielkich studiów, gdzie kręcono filmy. Właśnie do jednego z nich wchodzili aktorzy w kostiumach.

Chociaż wjechali na teren studia, Pete wciąż nie mógł sobie wyobrazić, jak Jupe zdoła się zobaczyć z samym panem Hitchcockiem. Nie miał jednak wiele czasu na myślenie, gdyż właśnie zatrzymali się przed dużym budynkiem. Zgodnie z panującym tu zwyczajem każdy reżyser miał swój oddzielny budynek, gdzie mógł pracować bez zakłóceń. Na studiu, przed którym się znajdowali, starannie wymalowany napis głosił: ALFRED HITCHCOCK.

— Proszę na nas zaczekać, Worthington — powiedział Jupiter, gdy szofer otworzył im drzwi samochodu. — Nie wiem, ile czasu nam to zajmie.

— Oczywiście, proszę pana.

Jupiter wspiął się pierwszy na stopień pod drzwiami wejściowymi i wszedł do klimatyzowanego pokoju przyjęć. Młoda blondynka za biurkiem odkładała właśnie słuchawkę. Pete nie bardzo rozpoznawał w niej Henriettę Larson, ale kiedy otworzyła usta, nie miał żadnych wątpliwości.

— Szczyt bezczelności! — Henrietta podparła się pod boki i patrzyła na Jupitera piorunującym spojrzeniem. — Udawać siostrzeńca pana Hitchcocka! No, teraz zobaczymy, jak szybko nasza policja cię stąd przegoni!

Sięgnęła po telefon i Pete’owi serce zamarło.

— Poczekaj! — zawołał Jupiter.

— Na co? — spytała pogardliwie. — Dostałeś się tu okłamując strażnika, że jesteś siostrzeńcem pana Hitchcocka...

— On tego nie powiedział — Pete stanął w obronie przyjaciela. — Strażnik sam na to wpadł.

— Ty się nie wtrącaj — powiedziała Henrietta ostrzegawczo. — Jupiter Jones narusza porządek publiczny i już ja się postaram, żeby się nim zajęto.

Ponownie sięgnęła po słuchawkę, ale Jupiter powstrzymał ją mówiąc:

— Nigdy nie należy postępować pochopnie, panno Larson.

Pete zdębiał. Jupe znowu mówił tym przesadnym brytyjskim akcentem i w ciągu sekundy znów przybrał wygląd bardzo młodego Alfreda Hitchcocka.

— Jestem przekonany, że pana Hitchcocka zainteresują moje zdolności aktorskie.

Henrietta spojrzała na Jupitera i jak poparzona wypuściła z ręki słuchawkę.

— Och ty... ty... — przez moment zabrakło jej słów. Potem opanowała się i powiedziała surowo: — Doskonale, Jupiterze Jones, jestem pewna, że pan Hitchcock zechce zobaczyć ten popis.

— Hm... hm... panno Larson.

Na dźwięk tych słów chłopcy obejrzeli się gwałtownie. Nawet Henrietta zdawała się wystraszona. W progu stał Alfred Hitchcock we własnej osobie.

Czy coś się stało, panno Larson? — zapytał. — Wzywałem panią.

— Zaraz pan się przekona, co się stało — odparła Henrietta. — Ten młody człowiek ma panu do powiedzenia coś, co z pewnością pana zainteresuje.

— Przykro mi, ale nikogo dziś nie mogę przyjąć.

— Proszę pana, jestem przekonana, że zechce pan to zobaczyć — nalegała Henrietta tonem, który bardzo nie podobał się Pete’owi. Pan Hitchcock musiał to również wyczuć, bo spojrzał na chłopców z zaciekawieniem.

— Dobrze — wzruszył ramionami. — Chodźcie, chłopcy.

Odwrócił się i wszedł z powrotem do swego gabinetu, gdzie zajął miejsce za biurkiem wielkości kortu tenisowego. Chłopcy stanęli naprzeciw niego, a Henrietta zamknęła drzwi.

— No, chłopcy, co powinienem zobaczyć? Mogę wam poświęcić tylko pięć minut.

— Oto, co chciałem panu pokazać — powiedział Jupiter z szacunkiem i podał jedną z wizytówek Trzech Detektywów. Pete zrozumiał, że Jupe postępuje zgodnie z planem, który sobie wcześniej obmyślił. Wyraźnie plan był skuteczny. Pan Hitchcock wziął kartkę i odczytał ją.

— Hm... a więc jesteście detektywami. Można wiedzieć, po co te znaki zapytania? Czy oznacza to, że macie wątpliwości co do własnych umiejętności?

— Nie, proszę pana — odpowiedział Jupiter. — One są naszym znakiem firmowym. Symbolizują pytania wymagające odpowiedzi i tajemnice, które należy wyjaśnić. Wzbudzają także ciekawość, co pomaga nas zapamiętać.

— Rozumiem — pan Hitchcock odchrząknął. — Dbacie o reklamę.

— Jeśli chcemy odnieść sukces, ludzie muszą wiedzieć o naszej firmie.

— To nie podlega dyskusji — zgodził się pan Hitchcock. — Ale nie dowiedziałem się jeszcze, co was tu sprowadza.

— Chcemy znaleźć dla pana dom nawiedzany przez duchy.

— Nawiedzany przez duchy dom? — Pan Hitchcock uniósł brwi. — Skąd wam przyszło do głowy, że czegoś takiego potrzebuję?

— O ile wiemy, zamierza pan nakręcić swój nowy film w takim właśnie domu. Trzej Detektywi pragną asystować panu w jego poszukiwaniach.

Alfred Hitchcock zachichotał.

— W tej chwili dwóch moich specjalistów od planu szuka odpowiedniego domu. Jeden pojechał do Salem w Massachusetts, drugi do Charleston w Południowej Karolinie. Obie miejscowości są bogate w zjawiska nadprzyrodzone. Jutro udadzą się do Bostonu i Nowego Jorku. Jestem pewien, że znajdą mi to, czego szukam.

— Ale jeśli znaleźlibyśmy panu właściwy dom tutaj — argumentował Jupiter — byłoby panu o wiele łatwiej zrobić film na miejscu.

— Przykro mi, chłopcze, ale nie ma o tym mowy.

— My nie chcemy żadnych pieniędzy — upierał się Jupiter. — Wszyscy znani detektywi, jak Sherlock Holmes, Ellery Queen, Hercules Poirot, mieli kogoś, kto pisał o ich dokonaniach. To uczyniło ich sławnymi. O działaniach Trzech Detektywów będzie pisał ojciec naszego przyjaciela, Boba Andrewsa. On jest dziennikarzem. W ten sposób damy się poznać potencjalnej klienteli.

— Więc? — Pan Hitchcock spojrzał na zegarek.

Więc pomyślałem, proszę pana, że gdyby przedstawił pan tylko naszą pierwszą sprawę...

— To zupełnie niemożliwe. Wychodząc poproście panią Larson, żeby do mnie przyszła.

— Tak, proszę pana — Jupiter zgnębiony zwrócił się do wyjścia. Byli już z Pete’em przy drzwiach, gdy pan Hitchcock zawołał:

— Chwileczkę, chłopcy!

— Tak, proszę pana? — odwrócili się... pan Hitchcock zmarszczył brwi.

— Właśnie pomyślałem, że nie byliście ze mną całkowicie szczerzy. Co właściwie powinienem zobaczyć, zdaniem panny Larson? Z pewnością nie chodziło o waszą wizytówkę.

— No więc, proszę pana... — powiedział Jupiter z ociąganiem — potrafię naśladować różnych ludzi i ona uważała, że powinien pan zobaczyć, jak wyglądam, udając pana w młodym wieku.

— Mnie jako chłopca? — w głosie sławnego reżysera brzmiały głębokie tony, a twarz mu się zachmurzyła. — Co przez to rozumiesz?

— To, proszę pana — raz jeszcze twarz Jupitera zmieniła rysy. Obniżył głos i przemówił z brytyjskim akcentem:

— Przyszło mi na myśl, że któregoś dnia zechce pan, by ktoś sportretował pana jako chłopca w jednym z jego filmów i jeśli...

Brwi Alfreda Hitchcocka skoczyły w górę i twarz mu pociemniała.

— Potworne! Natychmiast przestań!

Jupiter powrócił do własnej postaci.

— Czy nie uważa pan, że osiągnąłem duże podobieństwo? Czy jako dziecko tak pan wyglądał?

— Z pewnością nie! Byłem dobrze zbudowanym chłopcem i w żadnym wypadku nie przypominałem tego karykaturalnego tłuściocha, którego mi tu odstawiłeś.

— Muszę więc chyba więcej ćwiczyć — powiedział Jupiter z westchnieniem. — Moi przyjaciele uważają, że jestem naprawdę dobrym imitatorem.

— Zabraniam ci — ryknął pan Hitchcock. — Kategorycznie zabraniam! Daj mi słowo, że nigdy więcej nie będziesz mnie imitował, a ja, niech to diabli, przedstawię, co tam napiszesz o waszym dochodzeniu!

— Dziękuję panu! — wykrzyknął Jupiter. — Więc chce pan, żebyśmy zajęli się sprawą tego domu?

— Och, tak, naturalnie. Nie przyrzekam, że z niego skorzystam, ale pracujcie nad nim, koniecznie. A teraz zabierajcie się stąd, póki nie stracę resztek cierpliwości. Nie wróżę ci nic dobrego, młody człowieku. Masz za dużo sprytu, żeby ci to wyszło na zdrowie!

Jupiter i Pete wyszli spiesznie, zostawiając Alfreda Hitchcocka jego czarnym myślom.



  1   2   3   4   5   6   7


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna