Agatha christie



Pobieranie 1,09 Mb.
Strona9/19
Data24.10.2017
Rozmiar1,09 Mb.
1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   19

- Szukałem w Danii, aż znalazłem.

- Dlaczego akurat w Danii?

- Ponieważ babka pani Ferrier była Dunką, a ona sama jest wyraźnie w tym typie. Były też inne powody.

- Podobieństwo jest rzeczywiście uderzające. Co za diabelski pomysł! Ciekaw jestem, jak ten nędzny szczur na to wpadł?

Poirot uśmiechnął się.

- On wcale na to nie wpadł. - Postukał się w pierś. - To ja wymyśliłem!

Edward Ferrier wybałuszył oczy.

- Nie rozumiem. Co pan chce przez to powiedzieć?

- Musimy cofnąć się do historii starszej niż sprawa naszyjnika królowej - powiedział Poirot. - Do czyszczenia stajni Augiasza. Herkules użył do tego rzeki... innymi słowy jednej z sił natury. A współcześnie? Co teraz jest wielką siłą natury? Seks, czyż nie? To dzięki niemu sprzedają się książki, wiadomości stają się atrakcyjne. Skandal o zabarwieniu erotycznym przemawia do ludzi o wiele bardziej niż jakieś polityczne machinacje czy oszustwa.

Eh bien, tak właśnie przedstawiało się moje zadanie. Najpierw wsadzić ręce w błoto, niczym Herkules budujący tamę, by zmienić bieg rzeki. Pomagał mi w tym jeden z moich przyjaciół, dziennikarz. Przeszukiwał całą Danię, póki nie znalazł odpowiedniej osoby. Następnie zwrócił się do niej, mimochodem wspominając o "X-ray News". Miał nadzieję, że dziewczyna zapamięta tę nazwę. No i zapamiętała.

I cóż się potem stało? Błoto, mnóstwo błota! Obrzucono nim żonę Cezara od stóp do głów. To było dla wszystkich o wiele bardziej interesujące niż jakiś tam skandal polityczny. A rezultat... dénouement*? Naturalnie, reakcja! Cnota wybielona! Niewinna kobieta oczyszczona! Wielka fala romantyczności i uczucia zalewa stajnie Augiasza.

Gdyby teraz wszystkie gazety w całym kraju doniosły o defraudacjach Johna Hammetta, nikt by w to nie uwierzył. Każdy uznałby to za kolejny spisek polityczny, mający zdyskredytować rząd.

Edward Ferrier odetchnął głęboko. Przez chwilę Herkules Poirot był narażony na czynną napaść bardziej niż kiedykolwiek w trakcie swej kariery.

- Moja żona! Ośmielił się pan wykorzystać ją... Dobrze się chyba stało, że akurat w tej chwili pani

Ferrier weszła do pokoju.

- No cóż - powiedziała. - Wszystko poszło znakomicie.

- Dagmar, ty... wiedziałaś przez cały czas?

- Oczywiście, kochanie - odparła Dagmar Ferrier i uśmiechnęła się łagodnym, macierzyńskim uśmiechem oddanej żony.

- I nigdy mi o tym nie powiedziałaś?

- Ależ Edwardzie, ty byś przecież nie pozwolił na to panu Poirotowi.

- Rzeczywiście, nie pozwoliłbym!

Dagmar uśmiechnęła się.

- Tak właśnie myśleliśmy.

- My?


- Ja i pan Poirot.

Uśmiechnęła się do detektywa i do męża.

- Odpoczęłam znakomicie u kochanego biskupa - dodała. - Czuję, że przepełnia mnie energia. Zaproszono mnie na matkę chrzestną nowego okrętu wojennego, który będzie zwodowany w przyszłym miesiącu w Liverpoolu... myślę, że przysporzy mi to popularności.
PTAKI STYMFALIJSKIE

I
Po raz pierwszy Harold Waring ujrzał je nadchodzące ścieżką od strony jeziora. Siedział na tarasie przed hotelem. Dzień był piękny, a jezioro błękitne w promieniach słońca. Harold palił fajkę i czuł, że świat to wcale przyjemne miejsce.

Jego kariera polityczna układała się pomyślnie. Zdobycie stanowiska podsekretarza w wieku lat trzydziestu było osiągnięciem, z którego całkiem słusznie miał prawo być dumny. Podobno sam premier powiedział komuś, że "młody Waring daleko zajdzie". Harold, nie bez racji, był pijany szczęściem. Życie jawiło mu się w różowych barwach. Był młody, dosyć przystojny, miał doskonałe zdrowie i nie krępowały go żadne więzy uczuciowe.

Postanowił wybrać się na wakacje do Słowacji, aby zejść z utartych dróg i porządnie odpocząć od wszystkich i wszystkiego. Hotel nad jeziorem Stempka, choć niewielki, był wygodny i nie zatłoczony. Mieszkało w nim kilka osób, przeważnie cudzoziemców. Jak dotąd jedynymi Anglikami poza nim była starsza pani Rice i jej zamężna córka, pani Clayton. Harold lubił i jedną, i drugą. Elsie Clayton była ładna w nieco staromodnym stylu, skromna, łagodna i raczej nieśmiała. Panią Rice można by określić jako kobietę z charakterem. Wysoka, o głębokim głosie i surowa w obejściu, miała poczucie humoru i w jej towarzystwie miło płynął czas. Widać było, że całe jej życie obraca się wokół córki.

Harold spędził w ich towarzystwie kilka miłych godzin, a że nie próbowały zdobyć jego względów na prawach wyłączności, ich stosunki układały się na płaszczyźnie przyjacielskiej i niezobowiązującej.

Pozostali goście hotelowi nie zwrócili na siebie uwagi Harolda. Byli to przeważnie autostopowicze lub uczestnicy wycieczek samochodowych. Zatrzymywali się na dzień lub dwa i ruszali w dalszą drogę. Innych osób . w zasadzie nie widział... aż do tego dnia.

Zbliżały się powoli ścieżką od strony jeziora i tak się złożyło, że w chwili, gdy Harold je zauważył, słońce zaszło za chmury. Harold zadrżał.

Przyjrzał, im się bliżej. W tych dwóch kobietach z pewnością było coś dziwnego? Ich długie, zakrzywione nosy przypominały ptasie dzioby, twarze zaś, dziwnie do siebie podobne, były całkiem nieruchome. Nosiły luźno zarzucone na ramiona płaszcze, trzepoczące na wietrze, niczym skrzydła dwóch wielkich ptaków.

"One są jak ptaki - pomyślał Harold, wbrew własnej woli dodając - zwiastuny zła".

Obie kobiety skierowały się wprost na taras i przeszły obok niego. Niezbyt młode - miały chyba bliżej pięćdziesiątki niż czterdziestki - były podobne jak siostry. Obie miały posępne oblicza. Kiedy mijały Harolda, ich oczy spoczęły na nim przez chwilę. Było to dziwne, taksujące spojrzenie - niemal nieludzkie.

Poczucie zła coraz bardziej przepełniało umysł Harolda. Zauważył dłoń jednej z sióstr... długą, jakby zaopatrzoną w szpony... Zadrżał ponownie, mimo iż słońce znów wyszło zza chmur.

"Okropne istoty - pomyślał. - Jak drapieżne ptaki..." Oderwał się do tych wizji na widok pani Rice, która właśnie wyszła z hotelu. Zerwał się z miejsca i przysunął jej fotel. Bez słowa podziękowania usiadła i, jak zwykle, zaczęła błyskawicznie stukać drutami.

- Czy zauważyła pani te dwie kobiety, które przed chwilą weszły do hotelu? - odezwał się Harold.

- Te w płaszczach? Tak, minęłam je.

- Niecodzienne istoty, nie sądzi pani?

- Tak, no cóż... rzeczywiście są trochę dziwne. Wydaje mi się, że przyjechały dopiero wczoraj. Są uderzająco podobne... to chyba bliźniaczki.

- Możliwe, że ponosi mnie wyobraźnia, ale wyraźnie wyczuwam w nich jakieś zło - stwierdził Harold.

- To dziwne. Muszę się im bliżej przyjrzeć i przekonać, czy podzielam pańskie zdanie. Gospodyni nam powie, kim one są - dorzuciła po chwili. - To chyba nie Angielki?

- O nie.

Pani Rice zerknęła na zegarek.

- Pora na herbatę. Czy byłby pan tak łaskaw wejść do hotelu i zadzwonić na kelnera, panie Waring?

- Oczywiście, pani Rice.

Spełnił jej prośbę, a po powrocie zapytał:

- Gdzież się dziś podziewa pani córka?

- Elsie? Byłyśmy razem na spacerze. Najpierw szłyśmy wzdłuż jeziora, a potem przez bór sosnowy. Bardzo tam ładnie.

Nadszedł kelner i przyjął zamówienie na herbatę. Pani Rice, wciąż stukając zawzięcie drutami, mówiła dalej:

- Elsie dostała list od męża. Być może nie zejdzie na herbatę.

- Od męża? - zdziwił się Harold. - A wie pani, ja zawsze myślałem, że pani córka jest wdową.

Pani Rice zerknęła na niego szybko spod oka.

- O nie, Elsie nie jest wdową - odrzekła sucho. - Niestety!

Harold był zaskoczony.

- Alkohol jest przyczyną wielu nieszczęść, panie Waring - oświadczyła pani Rice, ponuro kiwając głową.

- A on pije?

- Tak. Ale to nie wszystko. Jest chorobliwie zazdrosny i wyjątkowo porywczy. - Westchnęła. - Ciężko jest żyć na tym świecie, panie Waring. Taka jestem przywiązana do Elsie... to moje jedyne dziecko i niełatwo mi znieść widok jej nieszczęścia.

- Ona jest taka łagodna - rzekł Harold z uczuciem.

- Zdaje się, że zbyt łagodna.

- Pani myśli...

- Ludzie szczęśliwi są bardziej aroganccy - stwierdziła powoli pani Rice. - Łagodność Elsie, wypływa, moim zdaniem, z poczucia przegranej. Życie okazało się dla niej za ciężkie.

- Jak... jak doszło do jej małżeństwa? - zapytał niepewnie Harold.

- Philip Clayton był bardzo atrakcyjnym mężczyzną. Miał, zresztą wciąż ma, wiele uroku i do tego sporo pieniędzy... a nie było nikogo, kto mógłby nam wyjawić jego prawdziwy charakter. Owdowiałam przed wielu laty. Dwie kobiety mieszkające pod jednym dachem zwykle nie są najlepszymi znawczyniami mężczyzn.

- Tak, to prawda - zgodził się Harold, zamyślony. Czuł, że ogarnia go fala oburzenia i litości. Elsie Clayton miała nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Przypomniał sobie jej czyste, przyjazne oczy, miękkie wygięcie ust. Nagle zdał sobie sprawę, że jego zainteresowanie nią wykracza poza ramy zwykłej przyjaźni. A ona była związana z brutalem...
II
Tego wieczoru, po kolacji Harold przysiadł się do matki i córki. Elsie Clayton miała na sobie bladoróżową sukienkę z miękkiego materiału. Zwrócił uwagę na jej zaczerwienione powieki. Niedawno płakała.

- Dowiedziałam się, kim są obie pańskie harpie, panie Waring - odezwała się energicznie pani Rice. - To Polki... - gospodyni twierdzi, że pochodzą z bardzo dobrej rodziny.

Harold spojrzał na drugą stronę pokoju, gdzie siedziały obie polskie damy.

- To te dwie kobiety? - zapytała Elsie z zainteresowaniem. - Te z farbowanymi włosami? Nie wiem dlaczego, ale wyglądają dosyć przerażająco.

- Myślałem dokładnie to samo - powiedział Harold triumfalnie.

- Jesteście niepoważni - zaprotestowała z uśmiechem pani Rice. - Nie można oceniać ludzi tylko po samym wyglądzie.

Elsie roześmiała się.

- Pewnie tak - odparła. - A jednak uważam, że to dwa sępy!

- Wydziobujące trupom oczy! - dopowiedział Harold.

- Och, proszę...! - krzyknęła Elsie.

- Najmocniej przepraszam - Harold usprawiedliwił się czym prędzej.

- Tak czy inaczej, nam raczej nie wejdą w drogę - stwierdziła pani Rice z uśmiechem.

- My nie mamy żadnych nieczystych tajemnic - powiedziała Elsie.

- Kto wie, może pan Waring ma jakieś? - rzuciła pani Rice, puszczając oko.

Harold roześmiał się, odrzucając do tylu głowę.

- Żadnych tajemnic. Moje życie to otwarta księga.

A w duchu pomyślał:

"Jakże głupi są ci, którzy zbaczają z prostej drogi. Czyste sumienie - oto, czego w życiu potrzeba. Wtedy wszystkim można stawie czoło, a każdego, kto ci wchodzi w paradę odesłać do diabła!"

Nagle poczuł w sobie energię, siłę... poczuł się panem swego losu.
III
Harold Waring, jak przystało na Anglika, nie był poliglotą. Po francusku mówił kulawo i z wyraźnym angielskim akcentem. Niemiecki czy włoski były mu z gruntu obce.

Do tej pory ta ułomność lingwistyczna wcale mu nie przeszkadzała. Przekonał się, że w większości hoteli na kontynencie wszyscy znają angielski, więc czym tu się martwić?

Ale na tym odludziu, gdzie miejscowym językiem był słowacki, a nawet gospodyni znała tylko niemiecki, irytowało go czasami, że którąś z dwóch zaprzyjaźnionych kobiet musi zatrudniać w roli tłumacza. Pani Rice, która lubiła uczyć się języków, mówiła nawet trochę po słowacku.

Harold postanowił, że weźmie się za niemiecki. Kupił podręczniki i każdego dnia rano spędzał kilka godzin na nauce języka.

Tego dnia było wyjątkowo pięknie. Napisawszy kilka listów, Harold spojrzał na zegarek i stwierdził, że ma jeszcze czas na godzinny spacerek przed obiadem. Ruszył w stronę jeziora, po czym skierował się ku borowi sosnowemu. Szedł nim przez może pięć minut, kiedy usłyszał nieomylny dźwięk. Gdzieś niedaleko szlochała kobieta.

Harold zatrzymał sięgną chwilkę, po czym ruszył tam, skąd dolatywał płacz. Kobietą okazała się Elsie Clayton, siedząca na zwalonym drzewie z twarzą ukrytą w dłoniach i gwałtownie drgającymi ramionami.

Harold podszedł do niej z wahaniem.

- Pani Clayton... - odezwał się łagodnie. - Elsie? Gwałtownie podniosła głowę i spojrzała na niego.

Harold usiadł obok niej.

- Czy mógłbym coś dla pani zrobić? - zapytał ze szczerym współczuciem.

Zaprzeczyła potrząśnięciem głowy.

- Nie, nie... pan jest bardzo uprzejmy. Ale mnie nikt nie jest w stanie pomóc^

- Czy to ma związek z... pani mężem? - zapytał Harold nieśmiało.

Pokiwała głową. Po chwili przetarła oczy i wyciągnęła puderniczkę, usiłując odzyskać równowagę.

- Nie chciałam martwić matki - wyjaśniła łamiącym się głosem. - Jest taka nieszczęśliwa, kiedy mnie widzi przygnębioną. Dlatego przyszłam wypłakać się tutaj. Wiem, że to głupie. Płacz nie pomaga. Ale... czasami... mam wrażenie, że życie jest nie do zniesienia.

- Tak mi przykro - bąknął Harold. Posłała mu wdzięczne spojrzenie.

- To oczywiście moja wina - powiedziała pośpiesznie. - Wyszłam za Philipa z własnej nieprzymuszonej woli. Jeżeli nam się nie ułożyło, to tylko przeze mnie.

- To bardzo dzielna postawa - rzekła Harold. Elsie potrząsnęła głową.

- Nie, ja nie jestem dzielna. Brak mi odwagi. Jestem strasznie tchórzliwa. To jedna z przyczyn kłopotów z Philipem. Boję się go... jestem przerażona, kiedy dostaje jednego z tych swoich napadów wściekłości.

- Powinna go pani porzucić! - oświadczył Harold z przekonaniem.

- Nie śmiem. On... on by mi na to nie pozwolił.

- Bzdura! A rozwód? Powoli potrząsnęła głową.

- Nie ma żadnych podstaw. - Wyprostowała się. - Nie, muszę dalej sobie z tym radzić. Wie pan, wiele czasu spędzam z matką. Philip nie ma nic przeciwko temu. Zwłaszcza jeżeli wyjeżdżamy w takie ustronne okolice, jak tutaj. - Jej policzki zaczęły odzyskiwać kolor. - Widzi pan, chodzi między innymi o to, że on jest chorobliwie zazdrosny. Starczy, że odezwę się do innego mężczyzny, a już mi urządza okropne sceny.

Oburzenie Harolda narastało. Słyszał już wiele kobiet narzekających na zazdrosnych mężów, lecz udając współczucie, w skrytości ducha zawsze uważał, że mężowie ci są ze wszech miar usprawiedliwieni. Ale Elsie Clayton nie była jedną z takich kobiet. Ani razu nie obdarzyła go nawet zalotnym spojrzeniem.

Elsie wzdrygnęła się i odsunęła od niego. Spojrzała na niebo.

- Słońce zaszło. Zrobiło się zimno. Lepiej wracajmy. Już chyba pora na obiad.

Wstali i ruszyli z powrotem do hotelu. Niecałą minutę później minęli postać zmierzającą w tym samym co oni kierunku. Poznali ją po trzepoczącym płaszczu. Była to jedna z Polek.

Mijając ją, Harold skłonił się lekko. Nie odpowiedziała, lecz jej oczy spoczęły na nim przez chwilę. Spojrzenie to było tak badawcze, że Harolda na chwilę oblała fala gorąca. Zastanawiał się, czy ta kobieta widziała, jak siedział obok Elsie na zwalonym pniu. Jeśli tak, to przypuszczalnie myślała...

W każdym razie wygląda tak, jak gdyby myślała, że... Ogarnęła go fala oburzenia! Doprawdy, niektóre kobiety mają paskudne móżdżki!

Dziwne, że słońce zaszło i oboje zadrżeli... zapewne właśnie w tej samej chwili, kiedy ta kobieta ich podglądała...

Harold poczuł się nieswojo.
IV
Tego dnia Harold udał się do swojego pokoju zaraz po dziesiątej wieczorem. Nadeszła poczta z Anglii i niektóre z otrzymanych listów wymagały natychmiastowej odpowiedzi.

W piżamie i szlafroku usiadł przy biurku, by zająć się korespondencją. Napisał trzy listy i właśnie zabierał się za czwarty, kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie i Elsie Clayton chwiejnie wpadła do pokoju.

Harold poderwał się z miejsca, zaskoczony. Elsie zatrzasnęła za sobą drzwi i stanęła, przytrzymując się komody. Chwytała powietrze szybkimi haustami. Twarz miała koloru kredy. Była śmiertelnie przerażona.

- To mój mąż! - wyrzuciła z siebie. - Przyjechał nagle. My... myślę, że mnie zabije! On oszalał, zupełnie oszalał! Przybiegłam do pana. Niech... niech mnie pan ukryje.

Postąpiła dwa kroki do przodu, tak chwiejnie, że niemal przy tym upadła. Harold otoczył ją ramieniem.

W tym momencie drzwi otworzyły się i stanął w nich jakiś mężczyzna. Średniego wzrostu, o grubych brwiach i przylizanych ciemnych włosach, w ręku trzymał ciężki klucz samochodowy. Jego wysoki głos trząsł się ze wściekłości. Intruz niemal wrzeszczał.

- A więc ta Polka miała rację! Prowadzasz się z tym facetem!

- Nie, Philip, nie! - krzyknęła Elsie. - To nieprawda. Mylisz się.

Harold szybko zasłonił dziewczynę, gdy Philip Clayton ruszył w ich kierunku.

- Mylę się? - krzyknął Clayton. - Znajdując cię w jego sypialni? Ty diablico, zabiję cię!

Szybkim okrężnym ruchem złapał Harolda za ramię. Elsie szlochając schowała się za Harolda, który odwrócił się, by stawić czoło napastnikowi.

Lecz Philip Clayton miał w głowie tylko jedno - dobrać się do swej żony. Ruszył naprzeciw niej. Elsie, przerażona, wybiegła z pokoju. Philip Clayton rzucił się za nią, a Harold bez namysłu poszedł w jego ślady.

Elsie wpadła do swojej sypialni na końcu korytarza. Harold usłyszał dźwięk obracanego w zamku klucza, ale było za późno. Nim zamek załapał, Philip Clayton wyważył drzwi i zniknął w pokoju. Harolda dobiegł przerażony krzyk Elsie. Po chwili on sam też znalazł się w jej sypialni.

Elsie stała we wnęce koło zasłoniętego okna. Gdy Harold wpadł do pokoju, Philip Clayton ruszył na żonę, wywijając kluczem. Krzyknęła ze strachu, chwyciła ze stojącego za nią biurka ciężki przycisk do papieru i rzuciła nim w męża.

Clayton osunął się jak worek ziemniaków. Elsie krzyknęła. Harold zatrzymał się w drzwiach, przerażony. Dziewczyna opadła na kolana obok męża. Leżał nieruchomo, tak jak upadł. T

Z korytarza doleciał dźwięk odsuwanego rygla. Elsie zerwała się i pobiegła do Harolda.

- Proszę... bardzo proszę... - wyszeptała bez tchu.

- Niech pan wraca do siebie. Oni przyjdą... znajdą pana tutaj...

Harold skinął głową. Błyskawicznie ocenił sytuacje. Na jakiś czas Philip Clayton był hors de combat*. Ale ktoś mógł usłyszeć krzyki Elsie. Gdyby zastano go w jej sypialni, sytuacja stałaby się krępująca i dwuznaczna. Zarówno ze względu na nią, jak i na siebie, nie powinien dopuścić do skandalu.

W miarę możności bezszelestnie przebiegł korytarzem do swojego pokoju. Znikając w sypialni usłyszał dźwięk otwieranych drzwi.

Przez prawie pół godziny siedział u siebie, czekając. Nie miał odwagi wyjść. Był pewien, że prędzej czy później Elsie przyjdzie do niego.

Rozległo się ciche pukanie do drzwi. Harold zerwał się, by otworzyć.

Nie była to Elsie, lecz jej matka. Jej wygląd przeraził Harolda. Nagle wydała mu się dużo starsza. Siwe włosy miała w nieładzie, a pod oczami widniały ciemne sińce.

Pomógł jej dojść do fotela. Usiadła, oddychając z trudem.

- Ależ pani jest kompletnie wyczerpana, pani Rice - powiedział Harold szybko. - Czy coś pani podać?...

Potrząsnęła głową.

- Niech, niech pan się mną nie kłopocze. Naprawdę nic mi nie jest. To tylko szok. Panie Waring, stała się rzecz straszna.

- Czy Clayton jest poważnie ranny?

- Gorzej - wyszeptała. - Nie żyje.
V
Pokój zawirował.

Harold zaniemówił na chwilę; miał wrażenie, że po kręgosłupie spływa mu lodowata woda. W końcu powtórzył tępo:

- Nie żyje?

Pani Rice przytaknęła.

- Kant tego przycisku do papieru trafił go w samą skroń, a upadając, Philip uderzył głową w żelazną kratę kominka. Nie wiem, która z tych dwóch rzeczy go zabiła, ale on z całą pewnością nie żyje. Wystarczająco często miałam do czynienia ze śmiercią, żeby to poznać.

Klęska - słowo to brzmiało natarczywie w uszach Harolda. Klęska, klęska, klęska...

- To był wypadek! - wybuchnął. - Widziałem na własne oczy.

- Oczywiście, że to był wypadek - powiedziała ostro pani Rice. - Wiem o tym. Ale... ale czy inni też tak pomyślą? Ja... szczerze mówiąc, jestem cała w strachu, Haroldzie! Nie jesteśmy w Anglii.

- Mogę potwierdzić wersję Elsie - rzekł Harold powoli.

- Tak, a ona potwierdzi twoją - odparła pani Rice. - W tym sęk!

Harold, z natury przezorny i ostrożny, zrozumiał, co miała na myśli. Ogarnął całość sprawy i zorientował się, jak słaba jest ich pozycja.

On i Elsie wiele czasu spędzali razem. Do tego dochodził fakt, że ta polska dama widziała ich w lesie w dosyć kompromitujących okolicznościach. Obie Polki najwyraźniej nie znały angielskiego, ale mogły rozumieć co nieco. Ta w lesie mogła zrozumieć takie słowa, jak "zazdrość" i "mąż", jeżeli miała okazję ich podsłuchać. Tak czy inaczej wiadomo, że to właśnie ona powiedziała Claytonowi coś, co wzbudziło jego zazdrość. A teraz on nie żyje. Kiedy Clayton zmarł, on, Harold, znajdował się w sypialni Elsie. Nie było żadnych dowodów, że to nie on celowo uderzył Philipa Claytona przyciskiem do papieru. Żadnych dowodów, że zazdrosny mąż nie przyłapał ich razem. Tylko słowa jego i Elsie. Czy im uwierzą?

Ogarnął go zimny strach.

Nie wyobrażał sobie, zupełnie sobie nie wyobrażał, że on lub Elsie staną w obliczu kary śmierci za morderstwo, którego nie popełnili. W najlepszym razie mogą ich oskarżyć o nieumyślne zabójstwo. (Czy w tym obcym kraju rozróżniają te pojęcia?). Ale nawet gdyby uwolnili ich od winy, to i tak musi dojść do procesu. Wszystkie gazety będą o tym pisały. Anglik i Angielka przed sądem... zazdrosny mąż... wybijający się polityk... Tak, to by oznaczało koniec jego kariery politycznej. Taki skandal by ją unicestwił.

- Czy nie moglibyśmy pozbyć się jakoś zwłok? - zapytał powodowany nagłym impulsem. - Ukryć ich gdzieś?

Zarumienił się pod wpływem zaskoczonego i pełnego dezaprobaty spojrzenia pani Rice.

- Haroldzie, mój drogi, nie gramy w sztuce kryminalnej! - powiedziała zjadliwie. - Próbowanie czegoś podobnego to szaleństwo.

- Chyba ma pani rację - przyznał Harold i jęknął. - Co my teraz zrobimy? Boże jedyny, co my teraz zrobimy?

Pani Rice z rozpaczą potrząsnęła głową. Zmarszczyła brwi, myśląc intensywnie.

- Czy możemy coś zrobić? - zapytał Harold stanowczo. - Cokolwiek, by oddalić klęskę?

Otóż to - klęska! Straszliwa, niespodziewana, druzgocąca.

Spojrzeli na siebie.

- Elsie, moje biedne dziecko - załkała ochryple pani Rice. - Zrobiłabym wszystko... To ją zabije, jeśli będzie musiała przejść przez coś takiego. No i pan - dorzuciła.

- Pańska kariera...

- Mniejsza o mnie - wykrztusił Harold. Ale bez przekonania.

- To takie niesprawiedliwe... takie krzywdzące - ciągnęła z goryczą pani Rice. - Między wami przecież nic nie było. Wiem o tym dobrze.

- Przynajmniej w tej kwestii będzie pani mogła zaświadczyć... że wszystko było w absolutnym porządku - rzekł Harold, niczym tonący chwytając się brzytwy.

- Tak, jeśli mi uwierzą - odparła gorzko. - Wie pan, jacy są ludzie! Harold posępnie przyznał jej rację. Ludziom z kontynentu bez wątpienia będzie się wydawało, że między nim a Elsie zaszło coś nagannego, a zaprzeczenia pani Rice przyjęte zostaną jako matczyne próby wybronienia córki.

- Tak, do. tego wszystkiego nie jesteśmy w Anglii - stwierdził posępnie.

- Właśnie! - Pani Rice uniosła głowę. - To prawda... Nie jesteśmy w Anglii. Tak się zastanawiam, czy nie dałoby się czegoś zrobić...

- Tak? - Harold spojrzał na nią szybko.

- Ile ma pan pieniędzy? - zapytała nagle pani Rice.

- Przy sobie niewiele. Oczywiście, mógłbym zatelegrafować, żeby mi przysłano.

- Mogą nam się przydać, i to w dużej ilości - oświadczyła ponuro pani Rice. - Ale chyba warto spróbować. Harold poczuł lekki przypływ nadziei.

- Co ma pani na myśli?

- My sami nie mamy szansy ukrycia tej śmierci - powiedziała pani Rice zdecydowanym tonem. - Ale myślę, że jest szansa na oficjalne zatuszowanie tej sprawy!

- Naprawdę tak pani myśli? - zapytał Harlod z nadzieją i niedowierzaniem.

- Tak. Przede wszystkim kierownik hotelu stanie po naszej stronie. Będzie wolał, żeby sprawa nie nabrała rozgłosu. Moim zdaniem w tych dziwnych krajach słowiańskich można przekupić wszystko i wszystkich... a i przypuszczalnie najbardziej skorumpowana jest policja!



1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   19


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna