Agatha christie



Pobieranie 1,09 Mb.
Strona6/19
Data24.10.2017
Rozmiar1,09 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19

A wiec nareszcie dotarł do Katriny Samoushenka. Kiedy ją ujrzał, jak leży z zapadniętymi policzkami, na których widać było jaskrawoczerwone plamy, i z długimi, chudymi wycieńczonymi rękami spoczywającymi na kołdrze, coś drgnęło mu w pamięci. Nie zapamiętał jej nazwiska, ale widział, jak tańczyła... porwała go i oczarowała swym kunsztem, który każe zapomnieć o zwykłej sztuce.

Przypomniał sobie Michalea Novgina, Myśliwego, skaczącego i wykonującego piruety w niesamowitym, fantastycznym lesie powstałym w mózgu Ambrose'a Vandela. Przypomniał też sobie śliczną latającą Łanię, wiecznie tropioną, wiecznie pożądaną... piękną złocistą istotę z porożem na głowie i błyszczącymi stopami z brązu. Pamiętał jej finałowy upadek, strzał i ranę, i oszołomionego Michaela Novgina, trzymającego w ramionach ciało martwej Łani.

Katrina Samoushenka przyglądała mu się ze zdziwieniem.

- My się chyba nie znamy, prawda? - powiedziała. - Czego pan chce ode mnie?

Herkules Poirot skłonił się lekko.

- Przede wszystkim chcę pani podziękować za pani kunszt, dzięki któremu przeżyłem raz wspaniały wieczór.

Uśmiechnęła się słabo.

- Ale sprowadził mnie tu także mój zawód. Już od dłuższego czasu szukam pani pokojówki... na imię miała Nita.

Wpatrywała się w niego. W jej wielkich oczach malowało się zaskoczenie.

- Nita... co pan o niej wie?

- Opowiem pani.

Opowiedział jej o dniu, w którym zepsuł się jego samochód, i o Tedzie Williamsonie, miętoszącym czapkę w dłoniach i wyrzucającym z siebie całą swą miłość i cierpienie. Słuchała bardzo uważnie.

Kiedy skończył, odezwała się:

- To wzruszająca historia... o tak, bardzo wzruszająca...

Herkules Poirot pokiwał głową.

- Owszem - przyznał. - Historia rodem z Arkadii, czyż nie? Co może mi pani powiedzieć o tej dziewczynie?

Katrina Samoushenka westchnęła.

- Miałam pokojówkę... nazywała się Juanita. Urocza dziewczyna... pogodna i radosna. Przytrafiło jej się to, co często zdarza się wybrańcom Logów. Umarła młodo.

Były to własne słowa Poirota - słowa ostateczne, nieodwołalne. Teraz znów je usłyszał. A mimo to nie dawał za wygraną.

- Ona nie żyje? - zapytał.

- Tak, nie żyje.

Herkules Poirot milczał przez chwilę, po czym rzekł:

- A jednak czegoś tu nie rozumiem. Kiedy zapytałem o pani pokojówkę sir George'a Sanderfielda, jakby się przestraszył. Dlaczego?

Cień niesmaku przemknął przez twarz tancerki.

- Powiedział pan "o moją pokojówkę". On myślał, że chodzi panu o Marie... o dziewczynę, która pracowała u mnie po Juanicie. Jak mi się zdaje, próbowała go szantażować czymś, czego się o nim dowiedziała. To była wstrętna dziewczyna... wścibska, wiecznie grzebała w listach i zamkniętych szufladach.

- To wszystko wyjaśnia - mruknął detektyw. Zamilkł na chwilę, po czym ciągnął równie natarczywym tonem: - Juanita miała na nazwisko Valetta i umarła na stole operacyjnym w Pizie przy wycinaniu wyrostka. Zgadza się?

Zauważył, że tancerka zawahała się ledwie dostrzegalnie, zanim skinęła głową.

- Tak, to prawda.

- A jednak pozostaje pewien drobiazg - mruknął Poirot z zadumą. - Rodzina nazywała ją Bianca, a nie Juanita.

Katrina wzruszyła ramionami.

- Bianca, Juanita, czy to ważne? Myślę, że naprawdę nazywała się Bianca, ale pewnie uważała, że Juanita brzmi bardziej romantycznie, wiec wybrała sobie to imię.

- Tak pani myśli? - Poirot przerwał, a po chwili dorzucił zupełnie innym tonem: - A ja sądzę, że jest jeszcze inne wyjaśnienie.

- Jakie?


Detektyw pochylił się.

- Ted Williamson powiedział, że dziewczyna, którą widział, miała włosy jak złote skrzydła.

Pochylił się jeszcze bardziej, muskając palcami faliste loki Katriny.

- Złote skrzydła, złote poroże? Zależy, jak na to patrzeć, czy ktoś widzi w pani anioła, czy diabła? Może być pani jednym lub drugim. A może to tylko złote poroże rannej łani?

- Ranna łania... - mruknęła Katrina głosem kogoś, kto stracił już resztki nadziei.

- Przez cały czas opis Teda Williamsona nie dawał mi spokoju - powiedział Poirot. - Coś mi przypominał... panią, tańczącą w lesie i błyskającą stopami z brązu. Czy mam pani powiedzieć, co myślę, mademoiselle? Otóż myślę, że pewnego razu pojechała pani do Grasslawn, bez pokojówki, ponieważ Bianca Valetta wróciła do Italii, a pani nie znalazła jeszcze nowej dziewczyny. Czuła już pani nadciągającą chorobę i tego dnia, kiedy wszyscy wybrali się na całodzienną wycieczkę po rzece, została pani w domu sama. Ktoś zadzwonił do drzwi, pani otworzyła, i ujrzała... mam powiedzieć, co pani ujrzała? Młodzieńca, naiwnego jak dziecko i pięknego jak bóg! Więc wymyśliła pani dla niego dziewczynę - dziewczynę imieniem Incoghita, nie Juanita - i przez kilka godzin spacerowała z nim pani w Arkadii...

Nastąpiła dłuższa cisza, aż wreszcie Katrina odezwała się słabym, ochrypłym głosem:

- Przynajmniej w jednym panu nie skłamałam. Podałam panu prawdziwe zakończenie tej historii. Nita umrze młodo.

- Ah, non - Herkules Poirot zupełnie się odmienił. Uderzył dłonią w stół. Stał się nagle prozaiczny i praktyczny. - To niepotrzebne! Pani nie umrze. Chyba potrafi pani walczyć o swoje życie nie gorzej od innych?

Potrząsnęła głową... smutno, beznadziejnie...

- A cóż ja mam za życie przed sobą?

- Nie życie na scenie, ma się rozumieć! Ale niech pani pomyśli, że życie nie kończy się w teatrze. Proszę mi powiedzieć, mademoiselle, ale szczerze - czy pani ojciec rzeczywiście był księciem, czy choćby generałem?

Roześmiała się.

- Był kierowcą ciężarówki w Leningradzie!

- Znakomicie! Dlaczego więc nie miałaby pani zostać żoną wiejskiego mechanika samochodowego? Mieć dzieci piękne jak bogowie, które będą tańczyć tak, jak pani niegdyś tańczyła?

Katrinie zaparło dech.

- Ależ to czysta fantazja!

- A jednak - oświadczył Herkules Poirot z satysfakcją w głosie - wierzę, że tak się stanie!


DZIK Z ERYMANTU

I
Korzystając z tego, że trzecia praca Herkulesa zaprowadziła go do Szwajcarii, Herkules Poirot postanowił zwiedzić okolice, których dotychczas nie poznał.

Spędził kilka miłych dni w Chamonix, dzień czy dwa przebywał w Montreux, a następnie wybrał się do Aldermatt - miejscowości, którą zachwalało wielu jego znajomych.

Aldermatt wywarło na nim jednak niemiłe wrażenie. To położone na samym dnie doliny miasteczko ze wszystkich stron zamykały zwaliste, pokryte wiecznym śniegiem góry. Na przekór zdrowemu rozsądkowi Poirot czuł, że trudno mu jest oddychać.

- Wykluczone, żebym tu został - powiedział do siebie. W tej samej chwili zauważył kolejkę linową. - Stanowczo muszę do niej wsiąść.

Dowiedział się, że kolejka jedzie do Les Avines, następnie do Caurouchet, aż wreszcie kończy bieg w Rochers Neiges, dziesięć tysięcy stóp nad poziomem morza.

Poirot nie zamierzał jechać tak wysoko. Uznał, że jak na jego potrzeby Les Avines będzie w sam raz.

Nie wziął jednak pod uwagę elementu przypadku, który odgrywa w życiu tak istotną rolę. Zaledwie kolejka ruszyła, do Poirota podszedł konduktor. Dokładnie sprawdził jego bilet, skasował go dziurkaczem o dość przerażającym wyglądzie i zwrócił go, kłaniając się lekko. Jednocześnie Poirot poczuł, że wraz z biletem, konduktor wsuwa mu w dłoń mały zwitek papieru.

Brwi Herkulesa Poirot powędrowały w górę. Wkrótce, bez pośpiechu, detektyw rozwinął kartkę. Okazało się, że to pośpiesznie skreślony ołówkiem list.

Nie sposób - brzmiała treść - pomylić tych wąsów! Witam pana, drogi kolego. Jeśli pan tylko zechce, może mi się pan bardzo przydać. Nic wątpię, że czyta! pan o sprawie Salleya? Zabójca - Marrascaud - ma się podobno spotkać z członkami swojej bandy w Rochers Neiges... jakby już nie znał lepszych miejsc! Oczywiście, wszystko to może okazać się blagą, choć nasze informacje są. raczej wiarygodne... zawsze znajdzie się jakiś donosiciel, czyż nie? Niech więc pan trzyma oczy otwarte, przyjacielu. Proszę się skontaktować z inspektorem Drouet, który już jest na miejscu. To bardzo zdolny detektyw - ale daleko mu do błyskotliwości Herkulesa Poirot. Zależy nam, przyjacielu, żeby Marrascaud został ujęty... i to żywcem. To nie jest człowiek, raczej dzik... jeden z najbardziej niebezpiecznych morderców naszych czasów. Wolałem nie ryzykować rozmowy z panem w Aldermatt, gdyż mogli mnie obserwować, a uchodząc za zwykłego turystę, będzie pan miał wolniejszą rękę. Owocnych łowów! Pański stary przyjaciel

Lementeuil

Herkules Poirot w zamyśleniu gładził wąsa. Tak, to prawda, że nie sposób pomylić wąsów Herkulesa Poirot. Ale o co tu chodzi? Czytał w gazetach o l'affaire Salley - morderstwie popełnionym z zimną krwią na znanym paryskim bukmacherze. Wiedziano, kim jest morderca. Marrascaud był członkiem dobrze znanej bandy działającej na wyścigach. Podejrzewano go o wiele innych zabójstw - ale tym razem jego winę udowodniono ponad wszelką wątpliwość. Uciekł jednak, jak sądzono za granicę, i poszukiwała go policja wszystkich krajów Europy. A więc Marrascaud planował spotkanie w Rochers Neiges...

Herkules Poirot powoli potrząsnął głową. Był zdziwiony. Rochers Neiges leży powyżej granicy wiecznych śniegów. Jest tam hotel, ale jego jedyne połączenie ze światem to kolejka linowa, jako że stoi on na długiej, wąskiej półce skalnej, wiszącej nad doliną. Hotel otwierano w czerwcu, lecz aż do lipca i sierpnia mało kto tam przyjeżdżał. Brakowało mu zapasowych wejść i wyjść - ktoś, kogo by tam wytropiono, znalazłby się w pułapce. Jak na spotkanie bandy przestępców, miejsce to wydawało się wręcz absurdalne.

A jednak, skoro Lementeuil twierdził, że jego informacje są wiarygodne, to prawdopodobnie miał rację. Herkules Poirot żywił głęboki szacunek do szwajcarskiego komisarza policji. Wiedział, że jest to człowiek mądry, na którym można polegać.

Nieznane bliżej powody kazały Marrascaudowi stawić się na spotkanie w tym oderwanym od cywilizacji miejscu. Herkules Poirot westchnął. Ściganie bezlitosnego mordercy dalekie było od tego, co uważał za przyjemne spędzanie wolnego czasu. Zreflektował się, że wysilanie umysłu z głębin fotela to coś bardziej w jego stylu niż zastawianie w górach sideł na dzika.

Dzik - właśnie tego określenia użył Lementeuil. Niewątpliwie dziwny to zbieg okoliczności...

- Czwarta praca Herkulesa - powiedział sobie w duchu. - Dzik z Erymantu.

Spokojnie, nieostentacyjnie, obrzucił bacznym wzrokiem współpasażerów.

Naprzeciwko niego siedział amerykański turysta. Jego ubranie, płaszcz, walizeczka, aż po pełną nadziei przyjaźń do otoczenia i naiwny podziw dla krajobrazu, a nawet przewodnik w ręku, wszystko to zdradzało go i obwieszczało, że oto Amerykanin z prowincji po raz pierwszy zwiedza Europę. Poirot osądził, że lada chwila spróbuje nawiązać rozmowę - pełen smutku, psi wyraz jego twarzy świadczył o tym nieomylnie.

Po drugiej stronie wagonika wysoki dystyngowany mężczyzna o szpakowatych włosach i wydatnym nosie czytał niemiecką książkę. Miał silne, ruchliwe palce muzyka lub chirurga.

Za nim siedzieli trzej mężczyźni, wszyscy w tym samym typie. Mieli krzywe nogi i otaczała ich trudna do sprecyzowania atmosfera koniarzy. Grali w karty. Wkrótce zaproszą pewnie kogoś z obcych do wspólnej gry. Początkowo nieznajomy będzie wygrywał, lecz szczęście szybko odwróci się od niego.

Ci trzej nie wyróżniali się niczym niezwykłym, niezwykłe było natomiast miejsce, w którym się znajdowali.

Można by się ich spodziewać w każdym pociągu kursującym na wyścigi lub też na jakimś skromniejszym statku, pasażerskim. Ale w niemal pustej kolejce linowej - nie!

W wagoniku znajdowała się jeszcze jedna osoba - kobieta. Była wysoka, miała ciemne włosy i piękną twarz, która mogłaby wyrazić całą gamę uczuć - ale która zastygła teraz w dziwną, wypraną z wszelkiego wyrazu maskę. Nie patrzyła na nikogo, wyglądając przez okno na dolinę.

Zgodnie z przewidywaniami Poirota, Amerykanin wkrótce nawiązał rozmowę. Powiedział, że nazywa się Schwartz. To jego pierwsza podróż do Europy. Sceneria jest absolutnie wspaniała. Głębokie wrażenie zrobił na nim zamek w Chillon. O Paryżu nie jest zbyt dobrego zdania - stanowczo przereklamowany. Był w Folies Bergeres, w Luwrze i w katedrze Notre Damę. Stwierdził, że w żadnej restauracji i kawiarni nie potrafią grać hot jazzu jak należy. Champs Elysees są jego zdaniem całkiem niezłe, podobają mu się fontanny, zwłaszcza oświetlone.

W Les Avines ani w Caurouchet nikt nie wysiadł. Było jasne, że wszyscy jadą do Rochers Neiges.

Pan Schwartz wyjaśnił powody, dla których się tam udaje. Powiedział, że zawsze chciał znaleźć się wysoko, wśród zaśnieżonych gór. Dziesięć tysięcy stóp to już wcale nieźle - słyszał, że na takiej wysokości nie da się nawet ugotować jajka jak należy.

W naiwnej prostoduszności pan Schwartz spróbował wciągnąć w rozmowę wysokiego szpakowatego mężczyznę siedzącego po drugiej stronie, wagoniku, lecz ten zmierzył go tylko zimnym spojrzeniem sponad pince-nez i wrócił do czytania książki.

Pan Schwartz zaproponował więc ciemnowłosej damie, żeby zamienili się miejscami. Wyjaśnił, że będzie miała lepszy widok.

Wątpliwe, czy znała angielski. W każdym razie potrząsnęła tylko głową i jeszcze bardziej wtuliła się w futrzany kołnierz płaszcza.

- Nie wiem, czy to dobrze, żeby kobieta podróżowała samotnie, bez kogoś, kto by się nią zajął - mruknął pan Schwartz do Poirota. - Kobieta w podróży wymaga nieustannej opieki.

Mając dobrze w pamięci niektóre Amerykanki spotkane na kontynencie, Herkules Poirot przyznał mu rację. Pan Schwartz westchnął. Świat był dla niego tak nieżyczliwy. A przecież, mówiły jego brązowe oczy, trochę życzliwości w życiu nikomu chyba nie zaszkodzi?


II
Kierownik hotelu witający gości w surducie i lakierkach na tym końcu, czy raczej szczycie świata wydawał się czymś zgoła niedorzecznym.

Był to wysoki, przystojny mężczyzna o dystyngowanych manierach. Kajał się i przepraszał.

Tak wcześnie, dopiero początek sezonu... Nie ma gorącej wody... Nic jeszcze nie jest przygotowane jak należy... Naturalnie, uczyni wszystko, co w jego mocy... personel jeszcze nie jest skompletowany... Właściwie to niespodziewane przybycie tak licznych gości zaskoczyło go...

Wszystko to wyrzucał z siebie z zawodową uprzejmością, a jednak Poirotowi wydawało się, że za fasadą uprzejmości dostrzega wyraźne oznaki niepokoju. Pomimo całej swobody, kierownik swobodny nie był. Martwił się czymś.

Obiad podano w wielkiej sali z widokiem na dolinę. Samotny kelner imieniem Gustave był fachowy i zręczny. Krążył po Sali, doradzając wybór menu i błyskawicznym ruchem podsuwając gościom kartę win. Trzej koniarze siedzieli razem przy jednym stoliku. Rozmawiali po francusku, wybuchając głośnym śmiechem.

- Cały Joseph!... A co się dzieje z tą malutką Denise, mon vieux?... A pamiętasz, jak ta przeklęta świnia, nie koń, wystawiła nas do wiatru w Auteuil?

Wszystko to było bardzo szczere, bardzo w ich stylu... i rażąco nie na miejscu!

Kobieta o pięknej twarzy siedziała samotnie przy stoliku w rogu sali. Nie spojrzała na nikogo.

Po obiedzie, kiedy Poirot siedział w holu, kierownik hotelu podszedł do niego i zaczął się zwierzać. Monsieur nie powinien oceniać hotelu zbyt surowo. To dlatego, że jeszcze nie sezon. Przed końcem lipca nikt tu nie przyjeżdża. Ta dama - monsieur pewnie ją zauważył? - otóż ona co roku przyjeżdża tu o tej samej porze. Jej mąż trzy lata temu zginął podczas wspinaczki. Bardzo to było smutne. Tacy byli do siebie przywiązani. Ona przyjeżdża tu zawsze przed nadejściem sezonu... żeby mieć spokój. To jej święta pielgrzymka. A ten starszy pan to sławny lekarz, doktor Karl Lutz z Wiednia. Powiedział, że przyjechał tu dla spokoju i wypoczynku.

- To prawda, spokojnie tu - przyznał Herkules Poirot.

- A ci panowie? - Wskazał na trzech koniarzy. - Czy oni też przyjechali dla wypoczynku, jak pan myśli?

Kierownik wzruszył ramionami. W jego oczach znów pojawił się wyraz zatroskania.

- Ach, ci turyści, oni wciąż szukają nowych wrażeń - powiedział wymijająco. - Wysokość... już samo to jest dla nich przeżyciem.

Zdaniem Poirota, nie było to przeżycie zbyt przyjemne. Przez cały czas zdawał sobie sprawę, że jego serce bije w przyśpieszonym rytmie. W głowie kołatała mu się dziecięca wyliczanka:

Gdzieś wysoko ponad światem,

wywijając wielkim batem...

Do holu wszedł Schwartz. Na widok Poirota jego oczy rozbłysły. Natychmiast ruszył ku niemu.

- Rozmawiałem z tym lekarzem. Jako tako mówi po angielsku. To Żyd, hitlerowcy wypędzili go z Austrii. Wie pan, myślę, że oni mają nie po kolei w głowie. Ten doktor Lutz to, zdaje się, nie byle kto... specjalista od nerwów, psychoanalizy, czy czegoś takiego.

Jego wzrok powędrował do stolika, przy którym wysoka kobieta siedziała spoglądając przez okno na bezlitosne góry. Ściszył głos.

- Kelner podał mi jej nazwisko. Nazywa się madame Grandier. Jej mąż zginął podczas wspinaczki. To dlatego tu przyjeżdża. Nie wiem, jak pan, ale mam wrażenie, że powinniśmy jakoś temu zaradzić... oderwać ją od własnych myśli...

- Na pańskim miejscu nie próbowałbym tego - powiedział Herkules Poirot.

Jednak życzliwość Schwartza dla świata była niespożyta.

Poirot zobaczył, jak próbuje nawiązać rozmowę i jak kobieta bezlitośnie odprawia go z kwitkiem. Przez chwile tych dwoje stało obok siebie, odcinając się na tle nieba. Kobieta była wyższa od Amerykanina. Stała z odrzuconą do tyłu głową i zimnym, nieprzystępnym wyrazem twarzy.

Poirot nie słyszał, co powiedziała, lecz Schwartz wrócił wyraźnie przybity.

- Nic z tego - powiedział. - Skoro już jednak jesteśmy ludźmi - dorzucił w zadumie - to nie widzę powodu, żeby nie odnosić się do siebie po ludzku. Nie sądzi pan, panie... a wie pan, że nie znam jeszcze pańskiego nazwiska?

- Nazywam się Poirier - odrzekł Poirot. - Jestem fabrykantem jedwabiu z Lyonu.

- Proszę przyjąć moją wizytówkę, panie Poirier, a jeżeli kiedykolwiek zawita pan do Fountain Springs, będzie pan mile widziany.

Poirot wziął wizytówkę, włożył rękę do kieszeni i mruknął:

- Niestety, nie mam przy sobie wizytówki...

Wieczorem, przed pójściem spać, Poirot jeszcze raz przeczytał dokładnie list od Lementeuila, po czym złożył go starannie i schował do portfela. Wchodząc do łóżka, powiedział cicho:

- To dziwne... tak się zastanawiam...
III
Gustave, kelner, przyniósł Poirotowi śniadanie składające się z kawy i bułeczek. Przepraszał z powodu kawy.

- Monsieur rozumie chyba, że na takich wysokościach nie można podać kawy odpowiednio gorącej. Przykre to, ale zbyt szybko zaczyna się gotować.

- Trzeba mężnie znosić kaprysy natury - oświadczył Poirot.

- Z pana jest prawdziwy filozof - zauważył cicho Gustave.

Skierował się do drzwi, lecz zamiast wyjść z pokoju, rozejrzał się szybko w korytarzu, zamknął drzwi z powrotem i wrócił do detektywa.

- Pan Herkules Poirot? - zapytał. - Jestem Drouet, inspektor policji.

- Tak myślałem - bąknął detektyw. Drouet ściszył głos.

- Panie Poirot, stało się coś bardzo niepokojącego. Wypadek na kolejce!

- Wypadek? - Poirot usiadł w łóżku. - Jaki wypadek?

- Obeszło się bez ofiar. To się stało w nocy. Może były to siły natury... niewielka lawina, która porwała kamienie i skały. Ale jest też możliwe, że ktoś przyłożył do tego rękę. Nie wiadomo. Tak czy inaczej, naprawa potrwa wiele dni, a przez ten czas jesteśmy odcięci od świata. Na początku sezonu, kiedy śnieg jeszcze zalega, nie sposób porozumieć się z doliną.

Herkules Poirot usiadł.

- To bardzo ciekawe - powiedział cicho. Inspektor pokiwał głową.

- Tak. Dowodzi to, że informacje naszego komisarza były prawdziwe. Marrascaud ma się tu z kimś spotkać, więc dopilnował, żeby mu w tym nikt nie przeszkadzał.

- Ależ to absurd! - zawołał detektyw.

- Zgadzam się z panem. - Inspektor Drouet rozłożył ręce. - Kłóci się to ze zdrowym rozsądkiem, ale tak jest. Ten Marrascaud to niesłychany osobnik. Ja osobiście - skinął głową - uważam, że jest szalony.

- Szaleniec i morderca! - powiedział Poirot.

- Przyznaję, że to mało zabawne - stwierdził sucho

Drouet.


- Ale jeżeli Marrascaud umówił się tutaj, na tej zasypanej śniegiem skalnej półce, to znaczy, że on sam już tu jest, skoro odcięto połączenie ze światem - rzekł powoli detektyw.

- Wiem - powiedział Drouet spokojnie.

Przez dłuższą chwilę obaj milczeli. Nagle Poirot zapytał: - A doktor Lutz? Czy możliwe, że to Marrascaud?

Drouet potrząsnął głową.

- Nie sądzę. Doktor Lutz istnieje naprawdę, widziałem, jego zdjęcia w prasie. To znany, wybitny lekarz. Ten tutaj jest bardzo podobny do tych fotografii.

- Jeżeli Marrascaud jest artystą kamuflażu, to z powodzeniem mógłby odegrać jego rolę.

- Tak, ale czy jest nim istotnie? Nigdy nie słyszałem, żeby to była jego specjalność. Brak mu chytrości i przebiegłości węża. To dzik... okrutny, straszliwy, szarżujący na oślep dzik.

- A jednak... - bąknął Poirot.

- Zgoda, on ucieka przed sprawiedliwością - wtrącił szybko Drouet. - Zmuszony jest się ukrywać. Wobec tego może - a nawet musi - występować w przebraniu.

- Czy ma pan jego rysopis? Inspektor wzruszył ramionami. - Tylko powierzchowny. Oficjalną fotografię śledczą i szczegółowe dane miałem otrzymać właśnie dzisiaj. Wiem tylko, że ma trzydzieści kilka lat, wzrost powyżej przeciętnej i ciemną cerę. Znaków szczególnych brak.

Poirot wzruszył ramionami.

- To może się odnosić do każdego. A co z tym Amerykaninem, Schwartzem?

- Właśnie miałem pana o to zapytać. Rozmawiał pan z nim, a zdaje się, że spędził pan dużo czasu w towarzystwie Anglików i Amerykanów. Na pierwszy rzut oka wygląda na zwykłego amerykańskiego turystę. Paszport ma w porządku. Może się wprawdzie wydawać dziwne, że przyjechał akurat tutaj... ale amerykańscy turyści są nieobliczalni. Co pan o tym myśli?

Herkules Poirot niezdecydowanie potrząsnął głową.

- W każdym razie wydaje się, że jest nieszkodliwy, może tylko trochę zbyt towarzyski. Zapewne nudziarz, ale trudno przypuszczać, żeby był niebezpieczny. Są tu jednak inni goście - dorzucił po chwili.

Inspektor gorliwie pokiwał głową.

- Właśnie, i są w typie tych, których szukamy. Dałbym głowę, panie Poirot, że to członkowie bandy Marrascauda. To typowi przestępcy grasujący na wyścigach, jeżeli kiedykolwiek widziałem takich na oczy! Kto wie, czy jednym z nich nie jest sam Marrascaud?

Herkules Poirot zamyślił się. Przypomniał sobie twarze tych trzech ludzi.

Jeden z nich miał szeroką twarz o wysuniętym czole i grubych szczękach - twarz zwierzęcia. Drugi był szczupły i smukły, o wąskiej, przebieglej twarzy i zimnych oczach. Trzeci miał ziemista cerę i wygląd strojnisia.

Owszem, jeden z nich mógł być Marrascaudem, lecz jeśli tak, to nieodparcie nasuwało się pytanie: dlaczego?

Dlaczego Marrascaud podróżował razem z dwoma członkami swojej bandy i dał się zwabić w te góry jak mysz w pułapkę? Bez wątpienia mogli się umówić na spotkanie w bezpieczniejszym, nie tak fantastycznym miejscu - w kawiarni, na dworcu, w zatłoczonym kinie, w parku... wszędzie tam, gdzie istnieje wiele dróg ucieczki, a nie tutaj, w tej śnieżnej głuszy wysoko ponad światem. Spróbował przekazać część z tego inspektorowi Drouet, który ochoczo przyznał mu rację.

- Ależ tak, to fantastyczny pomysł, zupełnie bez sensu.

- Jeżeli mieli się tu spotkać, to dlaczego podróżowali razem? Rzeczywiście, to całkiem bez sensu.

- W takim razie należy rozważyć drugą możliwość - stwierdził Drouet z zatroskaną twarzą. - Ci trzej to członkowie bandy Marrascauda, którzy przyjechali tu, by się z nim spotkać. Wobec tego, kto jest Marrascaudem?

- A co z personelem hotelu?

Drouet wzruszył ramionami.

- O personelu nie ma nawet co mówić. Jest tu staruszka, która gotuje, i jej mąż Jacques, też staruszek... pracują tu pewnie z pół wieku. Do tego był kelner, którego miejsce zająłem, i to wszyscy.

- Kierownik oczywiście wie, kim pan jest?



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna