Agatha christie



Pobieranie 1,09 Mb.
Strona2/19
Data24.10.2017
Rozmiar1,09 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19

- A potem dostała pani list? - zapytał. Opowieść podjęła lady Hoggin:

- Nazajutrz, poranną pocztą. W tym liście pisano, że jeżeli chcę jeszcze ujrzeć Shan Tunga żywego, mam wysłać dwieście funtów w banknotach jednofuntowych na nazwisko kapitana Curtisa, Bloomsbury Road Square numer trzydzieści osiem. Pisano, że jeżeli pieniądze będą znaczone albo jeżeli zawiadomimy policję, t... to odetną Shan Tungowi uszy i ogon!

Panna Carnaby zaczęła pochlipywać.

- Cóż za okropność! - wybąkała. - Jak ludzie mogą być tacy podli?!

- I było tam napisane - ciągnęła lady Hoggin - że jeżeli natychmiast wyślę pieniądze, to Shan Tung wróci do mnie zdrów i cały jeszcze tego samego dnia, ale jeżeli... jeżeli później zawiadomię policję, to Shan Tung za to zapłaci...

- O Boże, ,tak się boję, że nawet teraz... oczywiście pan Poirot nie jest właściwie z policji... - wymamrotała przez łzy panna Carnaby.

- Widzi pan więc, panie Poirot, że musi pan być nadzwyczaj ostrożny - powiedziała lady Hoggin z niepokojem.

Herkules Poirot czym prędzej rozproszył jej obawy.

- Ależ ja nie jestem policjantem. Będę prowadził dochodzenie wyjątkowo dyskretnie i bez rozgłosu. Zapewniam panią, lady Hoggin, że Shan Tungowi absolutnie nic nie grozi. Gwarantuję to pani.

Wyglądało na to, że owo magiczne słowo uspokoiło obie kobiety. - Czy ma pani jeszcze ten list? - ciągnął Poirot. Lady Hoggin potrząsnęła głową.

- Nie. Kazano mi dołączyć go do pieniędzy.

- I pani usłuchała?

- Tak.


- Hm, a to szkoda.

- Ale ja mam smycz - wtrąciła żywo panna Carnaby. - Mam ją przynieść?

Kiedy wyszła z salonu, Herkules Poirot skorzystał z jej nieobecności, by zadać kilka istotnych pytań.

- Amy Carnaby? Nie, nie podejrzewam jej. Jest poczciwa, chociaż, rzecz jasna, głupia. Miałam kilka dam do towarzystwa i wszystkie były beznadziejnie głupie. Ale Amy jest bardzo przywiązana do Shan Tunga i - co zrozumiale - była strasznie zmartwiona całą tą historią, tym że marudziła nad wózkiem, zaniedbując moje słodkie maleństwo! Te stare panny są wszystkie takie same, zwariowane na punkcie dzieci! Nie, jestem pewna, że ona nic miała z tym nic wspólnego.

- Rzeczywiście, to mało prawdopodobne - przyznał Poirot. - Ale skoro w chwili porwania pies znajdował się pod jej opieką, należy upewnić się co do jej uczciwości. Od dawna u pani pracuje?

- Prawie rok. Miała doskonałe referencje. Pracowała u starej lady Hartingfield aż do jej śmierci... zdaje się, że dziesięć lat. Później przez pewien czas zajmowała się kaleką siostrą. To naprawdę poczciwa dusza... ale, jak mówiłam, głupia jak but.

W tej samej chwili Amy Carnaby wróciła do salonu jeszcze bardziej zadyszana, niosąc smycz, którą niezwykle uroczyście wręczyła Poirotowi, spoglądając na niego z pełnym nadziei wyczekiwaniem.

Poirot z uwagą obejrzał smycz.

- Mais oni - bąknął. - Niewątpliwie została przecięta.

Obie kobiety nadal czekały z nadzieją.

- Zatrzymam ją.

Uroczyście schował smycz do kieszeni. Obie kobiety odetchnęły z ulgą. Herkules Poirot najwyraźniej zachował się tak, jak tego po nim oczekiwano.


III
Poleganie na nie sprawdzonych informacjach nic leżało w naturze Herkulesa Poirot.

Mimo iż wydawało się nieprawdopodobne, by panna Carnaby była kim innym niż niezbyt rozgarniętą kobietą, na jaką wyglądała, Poirot postarał się o rozmowę z nieco odpychającą damą, siostrzenicą świętej pamięci lady Hartingfield.

- Amy Carnaby? - powiedziała panna Maltravers. - Oczywiście, pamiętani ją doskonale. Poczciwa z niej dusza, służyła u ciotki Julii aż do jej śmierci. Uwielbiała psy i była niezrównana w czytaniu na głos. No i taktowna, nigdy się nie sprzeczała z kaleką. Co się z nią stało? Mam nadzieję, że nie wpadła w żadne tarapaty? Mniej więcej rok temu dałam jej referencje dla jakiejś kobiety... zdaje się, że jej nazwisko zaczynało się na "H"...

Poirot pośpieszył z wyjaśnieniem, że panna Carnaby nadal pracuje tam, gdzie przedtem. Wyniknęły, powiedział drobne kłopoty w związku z zaginięciem psa.

- Amy Carnaby kocha psy. Moja ciotka miała pekińczyka. Zostawiła go przed śmiercią pannie Carnaby, która była do niego bardzo przywiązana. Kiedy zdechł, zupełnie się załamała. O tak, to poczciwa dusza, choć oczywiście nie jest intelektualistką.

Herkules Poirot zgodził się, że pannę Carnaby trudno byłoby uznać za intelektualistkę.

Następnym jego krokiem było odszukanie dozorcy parku, z którym panna Carnaby rozmawiała owego fatalnego dnia. Nic sprawiło mu to większych trudności. Dozorca pamiętał całe zdarzenie.

- Kobieta w średnim wieku, tęgawa, mocno zdenerwowana. Zgubiła pekińczyka. Znam ją dobrze z widzenia, przychodzi z psem prawie co wieczór. Widziałem, jak wchodziła do parku. Nieźle ją wzięło, jak go zgubiła. Przybiegła do mnie, dowiedzieć się, czy nie widziałem kogoś z pekińczykiem! No sam pan powiedz! W parku jest pełno psów, różnych - terierów, pekińczyków, buldogów niemieckich... nawet tych chartów rosyjskich... jakie chcieć. I jak tu odróżnić jednego pekińczyka od drugiego?

Herkules Poirot w zamyśleniu pokiwał głową.

Pojechał do Bloomsbury Road Square pod numer 38.

Domy oznaczone numerami 38, 39 i 40 połączono w pensjonat prywatny "Balaclava". Poirot wszedł po schodkach i otworzył drzwi. Przywitał go półmrok i zapach gotowanej kapusty, zmieszany ze wspomnieniami po śledziach ze śniadania. Po lewej stronie ujrzał mahoniowy stół, na którym stała smętna chryzantema w doniczce. Nad stołem wisiała obita suknem tablica, do której przypinano listy. Przez pewien czas wpatrywał się w nią z namysłem, a następnie otworzył drzwi po prawej stronie, prowadzące do czegoś w rodzaju świetlicy, wyposażonej w kilka stolików i tak zwanych foteli, obitych kretoncm w przygnębiający wzorek. Towarzystwo złożone z trzech leciwych dam i starszego pana o zapalczywym wyglądzie uniosło głowy, spoglądając na intruza za śmiertelnym jadem w oczach. Herkules Poirot zarumienił się i wycofał.

Ruszył w głąb korytarza i dotarł do schodów. Po prawej stronie odgałęzienie korytarza prowadziło do sali, która ewidentnie spełniała rolę jadalni.

Nieco dalej znajdowały się drzwi z napisem: "Biuro".

Poirot zapukał do nich. Nie słysząc odpowiedzi, otworzył je i zajrzał do środka. W pokoju stało olbrzymie biurko, ale nikogo nie było widać. Detektyw wycofał się, zamykając za sobą drzwi. Wrócił do jadalni.

Krzątała się tam smutna dziewczyna z koszykiem sztućców, które układała na stołach.

- Przepraszam panią, czy mógłbym się widzieć z kierowniczką? - zapytał pokornie Herkules Poirot.

Dziewczyna spojrzała na niego mętnym wzrokiem.

- A tego to ja nie wiem.

- W biurze nikogo nie ma - rzekł detektyw.

- A tego to ja nie wiem, gdzie ona jest.

- Być może udałoby się pani dowiedzieć - nalegał Poirot cierpliwie.

Dziewczyna westchnęła. Nowe zadanie, którym ją obarczono, dodatkowo upokorzyło jej i tak już ponure życie.

- Zobaczę, co się da zrobić - odparła ze smutkiem. Poirot podziękował jej i znowu wycofał się na korytarz, nie mając odwagi stanąć twarzą w twarz z wrogimi spojrzeniami ludzi w świetlicy. Przyglądał się właśnie krytej suknem tablicy na listy, kiedy szelest i silny zapach fiołków obwieściły przybycie kierowniczki.

Panią Harte przepełniała wylewność.

- Najmocniej przepraszam, że nie było mnie w biurze - wykrzyknęła. - Życzy pan sobie pokój?

- Niezupełnie - mruknął Poirot. - Ciekaw jestem, czy nie bawił tu ostatnio pewien mój przyjaciel. Niejaki kapitan Curtis.

- Curtis! - krzyknęła pani Harte. - Kapitan Curtis? Gdzież ja słyszałam to nazwisko?

Potrząsnęła głową z irytacją, widząc, że Poirot nie zamierza przyjść jej z pomocą.

- A wiec nie mieszkał u pani żaden kapitan Curtis? - zapytał detektyw.

- Nie, przynajmniej ostatnimi czasy. Ale wie pan, że to nazwisko jest mi dziwnie znajome. Czy mógłby pan opisać swojego przyjaciela?

- Byłoby to dość trudne - bąknął Poirot. - Zdarza się, jak sądzę, że przychodzą tu listy do osób, które faktycznie nie mieszkają w pensjonacie?

- Oczywiście, bywa i tak.

- Co pani robi z takimi listami?

- No cóż, trzymamy je przez jakiś czas. Widzi pan, zazwyczaj oznacza to, że adresat wkrótce się pojawi. Naturalnie, listy i paczki, których przez dłuższy czas nikt nie odbiera, zwracamy na pocztę.

Herkules Poirot w zamyśleniu pokiwał głową.

- Rozumiem - powiedział. - Chodzi o to, że wysłałem list do mojego przyjaciela właśnie na ten adres.

Pani Harte rozpromieniła się.

To wszystko tłumaczy. Widocznie zauważyłam jego nazwisko na kopercie. Ale gości u nas tylu wojskowych, na stale lub przelotnie, że doprawdy... Jedną chwilkę...

Spojrzała na tablicę.

- Tutaj nie ma tego listu - rzekł detektyw.

- Prawdopodobnie zwrócono go listonoszowi. Tak mi przykro. Mam nadzieję, że nie było w nim nic ważnego?

- Nie, nic ważnego - uspokoił ją Poirot. Skierował się do drzwi, ścigany przez panią Harte i gryzący zapach fiołków.

- Gdyby pański przyjaciel pojawił się...

- To nader wątpliwe. Musiałem się pomylić...

- Ceny u nas są bardzo umiarkowane - oświadczyła pani Harte. - W opłatę wliczona jest także kawa po śniadaniu. Bardzo bym chciała pokazać panu kilka naszych sypialni...

Nic było to proste, lecz w końcu Herkulesowi Poirot udało się uciec.


IV
Salon pani Samuelson był obszerniejszy, umeblowany z większym przepychem i - z powodu centralnego ogrzewania - jeszcze bardziej duszny niż salon lady Hoggin. Herkules Poirot lawirował niepewnie między pozłacanymi konsolami i wielkimi grupami rzeźb.

Pani Samuelson była wyższa od lady Hoggin, włosy zaś miała tlenione. Jej pekińczyk wabił się Nanki Poo. Z arogancją wlepił w detektywa wyłupiaste ślepia. Panna Keble, dama do towarzystwa pani Samuelson, w przeciwieństwie do pulchnej panny Carnaby była chuda i koścista, ale opowiadała równie potoczyście i bez tchu. Także i na nią zrzucono odpowiedzialność za zniknięcie psa.

- Naprawdę, panie Poirot, to było coś zdumiewającego. Stało się w mgnieniu oka. Byliśmy przed domem towarowym Harrodsa i pielęgniarka spytała mnie, która godzina...

- Pielęgniarka? - przerwał Poirot. - Taka ze szpitala? - Nie, nie... mówię o piastunce do dziecka. To było takie słodkie maleństwo! Kruszynka kochana, miała takie śliczne różowiutkie policzki. Powiadają, że w Londynie dzieci wyglądają niezdrowo, ale jestem pewna...

- Ellen! - rzuciła pani Samuelson.

Panna Keble oblała się rumieńcem, zająknęła i zamilkła.

- I kiedy panna Keble pochylała się nad wózkiem, który nie powinien jej obchodzić, ten bezczelny bandyta przeciął smycz Nanki Poo i go uprowadził - rzekła cierpko pani Samuelson.

- To się stało w mgnieniu oka - wyszeptała panna Keble przez łzy. - Obejrzałam się, a kochanego psiaka już nie było... w ręku miałam tylko przeciętą smycz. Może chce pan ją obejrzeć, panie Poirot?

- Broń Boże - zaprzeczył detektyw pośpiesznie. Nie miał zamiaru kolekcjonować przeciętych smyczy. - Rozumiem, że wkrótce otrzymała pani list?

Historia ta była wiernym powtórzeniem pierwszej kradzieży - list i groźba odcięcia Nanki Poo ogona i uszu. Od poprzedniej różniła się tylko dwoma szczegółami - wysokością okupu (trzysta funtów) i adresem, na który należało przesiać pieniądze: tym razem odbiorcą był komandor Blackleigh, hotel Harrington, Clonmel Gardens 76, Kensington.

- Kiedy Nanki Poo wrócił bezpiecznie do domu, osobiście udałam się pod ten adres, panie Poirot - ciągnęła pani Samuelson. - Ostatecznie trzysta funtów piechotą nie chodzi.

- Z pewnością.

- Pierwszą rzeczą, jaką tam ujrzałam, był mój list z pieniędzmi nad czymś w rodzaju tablicy w korytarzu. Czekając na właścicielkę hotelu, schowałam go do kieszeni. Niestety...

- Niestety, kiedy go pani otworzyła, znalazła pani tylko czyste kartki - dopowiedział Poirot.

- Skąd pan to wie? - Pani Samuelson spojrzała na niego z przestrachem.

Poirot wzruszył ramionami.

- To oczywiste, chere madame, że złodziej postarał się odebrać pieniądze, zanim oddał psa. Następnie w miejsce banknotów włożył czyste kartki i z powrotem przypiął list do tablicy, żeby nikt nie zwrócił uwagi na znikniecie koperty.

- Żaden komandor Blackleigh nigdy tam nie mieszkał.

Poirot uśmiechnął się.

- Mój mąż był oczywiście niezwykle zdenerwowany całą tą historią. Właściwie to był wściekły... dosłownie wściekły!

- Pani, hm... nie zasięgnęła jego opinii przed wystaniem pieniędzy? - mruknął ostrożnie detektyw.

- Oczywiście, że nie - potwierdziła zdecydowanie pani Samuelson.

Poirot rzucił jej nieme pytanie.

- Wolałam nie ryzykować - wyjaśniła. - Kiedy chodzi o pieniądze, mężczyźni są tacy nieobliczalni. Jacob uparłby się, żeby zawiadomić policję. Nie mogłam do tego dopuścić. Mój biedny Nanki Poo, mogło mu się przydarzyć wszystko co najgorsze! Później, naturalnie, powiedziałam o tym mężowi, ponieważ musiałam wyjaśnić, dlaczego przekroczyłam stan konta.

- Właśnie, ano właśnie - mruknął Poirot.

- I niech mi pan wierzy, że nigdy dotąd nie widziałam go tak rozgniewanego. Mężczyźni - oświadczyła pani Samuelson, poprawiając gustowną bransoletę z brylantami i obracając pierścionki na palcach - myślą tylko i wyłącznie o pieniądzach. Herkules Poirot wysiadł z windy i wszedł do biura sir Josepha Hoggina. Okazał swoją wizytówkę i dowiedział się, że sir Joseph jest właśnie zajęty, lecz wkrótce go przyjmie. Wreszcie z gabinetu sir Josepha wypłynęła wyniosła blondynka z rękami pełnymi dokumentów, która w przelocie posłała osobliwemu człowiekowi lekceważące spojrzenie.

Sir Joseph siedział przy olbrzymim mahoniowym biurku. Na podbródku miał ślady szminki.

- No co tam, panie Poirot? Niech pan siada. Ma pan dla mnie jakieś wiadomości?

- Cala ta sprawa jest ujmująco prosta - stwierdził detektyw. - W każdym wypadku pieniądze przekazywano na adres jednego z tych prywatnych hotelików czy pensjonatów, gdzie nie ma portierów i gdzie stale kręcą się goście, wśród których zdecydowanie przeważają emerytowani wojskowi. Nic prostszego, jak wejść do środka, wziąć list z tablicy i albo zabrać go ze sobą, albo wyjąć pieniądze, a w ich miejsce podłożyć czyste kartki. Tak czy owak. tutaj trop się urywa.

- Chce pan powiedzieć, że nie wie pan, czyja to sprawka?

- Mam pewne koncepcje. Sprawdzenie ich zajmie mi kilka dni.

Sir Joseph spojrzał na niego z zaciekawieniem.

- Dobra robota. No, to jak będzie pan miał dla mnie coś konkretnego...

- Zgłoszę się do pana do domu.

- Jeżeli dotrze pan do sedna tej historii, będzie to kawał solidnej roboty.

- Porażka nic wchodzi w rachubę - oświadczył detektyw. - Herkules Poirot nigdy nie przegrywa.

Sir Joseph spojrzał na małego człowieczka z rozbawieniem.

- Nie brak panu pewności siebie, co?

- Mam po temu wszelkie powody.

- Ba! - sir Joseph rozparł się na krześle. - Jak mówi przysłowie: krowa, która ryczy, mało mleka daje.


VI
Herkules Poirot, siedząc przed grzejnikiem elektrycznym (z którego uporządkowanej, geometrycznej formy czerpał poczucie błogiego zadowolenia) wydawał polecenia swojemu służącemu i totumfackiemu.

- Zrozumiałeś, Gcorges?

- Tak, proszę pana.

- Najprawdopodobniej jest to mieszkanie albo niewielki domek. Z całą pewnością na ściśle ograniczonym terenie. Na południe od parku, na wschód od kościoła Kensington, na zachód od Knightsbridge Barracks i na północ od Fuhlam Road.

- Rozumiem doskonale.

- To ciekawy przypadek - mruknął Poirot. - Mamy tu dowody wybitnego talentu organizatorskiego. Dochodzi do tego, naturalnie, zadziwiająca niewidzialność gwiazdy programu... samego lwa z Nemei, jeśli wolno mi go tak nazwać. Tak, to interesująca sprawa. Mógłbym wprawdzie pałać większą sympatią do mojego klienta... tak się jednak nieszczęśliwie składa, że nieodparcie przypomina mi on pewnego fabrykanta mydła z Liege, który otruł żonę, żeby poślubić swoją sekretarkę... blondynkę, nawiasem mówiąc. Jego przypadek był jednym z moich pierwszych sukcesów.

Georges potrząsnął głową.

- Te blondynki, proszę pana, one sprowadzają niemało kłopotów - obwieścił grobowym głosem.


VII
Trzy dni później nieoceniony Georges oświadczył:

- A oto ten adres, proszę pana.

Herkules Poirot wziął od niego kartkę.

- Znakomicie, mój drogi. A dzień tygodnia?

- Czwartki, proszę pana.

- Czwartki. Tak się szczęśliwie składa, że dziś akurat mamy czwartek. A więc nie należy zwlekać.

Dwadzieścia minut później Herkules Poirot wchodził po schodach ponurego bloku mieszkalnego, ukrytego na bocznej uliczce, odchodzącej od nieco bardziej reprezentacyjnej arterii. Mieszkanie numer 10 w Rosholm Mansions znajdowało się na trzecim i ostatnim piętrze. Windy nic było. Poirot mozolnie wspinał się po wąskich, spiralnych schodach.

Kiedy zatrzymał się na ostatnim podeście, aby nieco odsapnąć, ciszę przerwał nowy dźwięk, dolatujący zza drzwi mieszkania numer dziesięć - przenikliwe szczekanie psa.

Herkules Poirot pokiwał głową z uśmiechem i nacisnął dzwonek.

Szczekanie spotęgowało się, rozległy się czyjeś kroki, otworzyły się drzwi...

Panna Amy Carnaby cofnęła się, a jej dłoń spoczęła na wydatnym biuście.

Pozwoli pani, że wejdę? - zapytał Herkules i wszedł, nie czekając na odpowiedź.

Po prawej stronie zobaczył otwarte drzwi do pokoju. Skierował się tam, mając za sobą pannę Carnaby, która poruszała się niczym lunatyczka.

Był to mały, zagracony pokoik. W gąszczu mebli można było dostrzec niemłodą kobietę, leżącą na sofie przysuniętej do piecyka gazowego. Kiedy Poirot stanął w drzwiach, z sofy zeskoczył pekińczyk i podbiegł do detektywa, obszczekując go podejrzliwie.

- Oho! Nasz gwiazdor! - rzekł Poirot. - Witam, mój mały przyjacielu.

Pochylił się, wyciągając rękę. Pies obwąchał ją, inteligentnym wzrokiem przyglądając się twarzy człowieka.

- A więc pan wie? - wyszeptała słabym głosem panna Carnaby.

Herkules Poirot pokiwał głową.

- Tak, wiem. - Spojrzał na leżącą na sofie kobietę.

- Przypuszczam, że to pani siostra?

- Tak - potwierdziła panna Carnaby machinalnie.

- Emily, to... to pan Poirot.

Emily Carnaby szybko wciągnęła powietrze.

- Och! - jęknęła.

- August... - rzekła Amy Carnaby.

Pekińczyk spojrzał na nią, pomachał ogonem i wrócił do obwąchiwania ręki detektywa, wciąż merdając wesoło.

Poirot delikatnie podniósł psiaka, usiadł i położył sobie Augusta na kolanach.

- A więc pojmałem lwa z Nemci. Pierwsze zadanie wykonane.

- Czy pan naprawdę wie wszystko? - zapytała Amy Carnaby napiętym, suchym głosem.

Poirot skinął głową.

- W zupełności się z panią zgadzam - rzekł Poirot, kłaniając się lekko. - Jako przestępczyni, mademoiselle, jest pani nadzwyczajna.

- Przestępczyni! - krzyknęła Amy Carnaby. - Mój Boże, rzeczywiście chyba tak. Ale... ale ja nigdy tego tak nie odczuwałam.

- A jak?

- Oczywiście, ma pan rację. To było łamanie prawa. Ale widzi pan... jak mam to wyjaśnić? Prawie wszystkie kobiety, które nas zatrudniają, są takie grubiańskie i niemiłe. Na przykład lady Hoggin zupełnie nie zwraca uwagi na to, co i jak do mnie mówi. Kiedyś na przykład powiedziała, że jej lekarstwo ma nieprzyjemny smak i praktycznie oskarżyła mnie o to, że coś przy nim majstrowałam i tak dalej... - Panna Carnaby zarumieniła się. - To naprawdę bardzo nieprzyjemne. A jeszcze bardziej doskwiera to, że nie można nic powiedzieć, odgryźć się, jeśli pan mnie rozumie.

- Rozumiem - rzekł Herkules Poirot.

- A widok tego marnotrawienia pieniędzy... jakie to denerwujące. Taki sir Joseph, on nam czasami opowiadał, jakie to zrobił interesy... często wyglądało mi na to (choć wiem, że jestem tylko kobietą i nie znam się na finansach), że to było z gruntu nieuczciwe! I wie pan, panie Poirot, wszystko to... wszystko to mnie rozstroiło i poczułam, że odebranie cząstki pieniędzy tym ludziom, którzy naprawdę tego nie odczują i którzy zdobywali je bez żadnych skrupułów... no naprawdę nie widziałam w tym nic złego.

- Współczesny Robin Hood! - mruknął Poirot. - Panno Carnaby, proszę mi powiedzieć, czy kiedykolwiek wcieliła pani w czyn te groźby, którymi straszyła pani w listach?

- Groźby?

- Czy kiedykolwiek była pani zmuszona okaleczyć jakieś zwierzę tak, jak to pani opisywała?

Panna Carnaby spoglądała na niego z przerażeniem.

- Ależ nigdy by mi się nawet nie śniło zrobić coś podobnego! To był tylko... efekt artystyczny.

- Bardzo artystyczny. Skutkował.

- No oczywiście, wiedziałam, że poskutkuje. Wiem, jak sama bym się czuła, gdyby to chodziło o Augusta, i naturalnie musiałam zadbać o to, żeby te kobiety nie powiedziały niczego swoim mężom, dopiero po wszystkim. Mój plan skutkował za każdym razem. W dziewięciu wypadkach na dziesięć wysłanie listu z pieniędzmi zlecano damie do towarzystwa. Zwykle otwierałyśmy list nad parą, wyjmowałyśmy banknoty i na ich miejsce wkładałyśmy czyste kartki. Raz czy dwa właścicielka psa osobiście wysłała list. Wtedy, oczywiście, któraś z nas sama musiała pójść do -hotelu i zabrać list z tablicy. Ale to też było proste.

- A ten numer z piastunką? Zawsze z tego korzystałyście?

- Widzi pan, panie Poirot, stare panny znane są z tego', że mają głupi sentyment do dzieci. Wydawało się więc całkiem naturalne, że ujrzawszy dziecko, zapomną o bożym świecie.

Herkules Poirot westchnął.

- Jest pani wybitną znawczynią psychologii, organizatorką pierwszej klasy, a do tego wyśmienitą aktorką. Pani przedstawienie podczas odwiedzin u lady Hoggin było nienaganne. Niech pani nigdy nie myśli o sobie z lekceważeniem, panno Carnaby. Możliwe, że jest pani kobietą, jak to mówią, niewykwalifikowaną, ale intelektu i odwagi pani nie brakuje.

- A jednak zostałam złapana, panie Poirot - odparła panna Carnaby z bladym uśmiechem. - Przeze mnie. To było nieuchronne! W trakcie rozmowy z panią Samuelson zdałem sobie sprawę, że porwanie Shan Tunga było jednym z całej serii takich wypadków. Wiedziałem już wtedy, że kiedyś otrzymała pani w prezencie pekińczyka i że ma pani kaleką siostrę. Musiałem tylko polecić mojemu nieocenionemu służącemu, żeby rozejrzał się w najbliższej okolicy za mieszkaniem zajmowanym przez kaleką kobietę, która ma pekińczyka i siostrę, odwiedzającą ją co tydzień, kiedy ma wychodne. To było proste.

Amy Carnaby wyprostowała się.

- Taki pan jest uprzejmy, że ośmielę się prosić pana o przysługę. Wiem, że nie uniknę kary za to, co zrobiłam. Prawdopodobnie pójdę do więzienia. Ale gdyby mógł pan coś zrobić, żeby obyło się bez rozgłosu. Inaczej Emily się załamie... i ci, którzy nas znają z dawnych lat. Czy nie mogłabym pójść do więzienia pod fałszywym nazwiskiem? A może nie wypada o to prosić?

- Myślę, że będę mógł zrobić dla pani więcej. Ale najpierw jedno muszę postawić jasno. Ten proceder musi się skończyć. Koniec z porywaniem psów. Raz na zawsze!

- Ależ tak! Tak!

- A pieniądze, które wyłudziła pani od lady Hoggin, musi pani zwrócić.

Amy Carnaby przeszła przez pokój, otworzyła szufladę biurka i wróciła z paczką banknotów, którą podała Poirotowi.

- Właśnie dzisiaj miałam je wpłacić do wspólnej puli.

Detektyw przeliczył pieniądze. Powstał.

- Sądzę, panno Carnaby, że uda mi się przekonać sir Josepha, żeby nie oddawał sprawy do sądu.

- Och, panie Poirot!

Amy Carnaby zacisnęła dłonie. Emily krzyknęła z radości. August zaszczekał i zamerdał ogonem.

- Co do ciebie, mon ami - rzekł Poirot, zwracając się do pekińczyka - to chciałbym dostać od ciebie jedno. Twój niewidzialny płaszcz. We wszystkich tych przypadkach nikt ani przez chwilę nie podejrzewał, że w grę wchodzi drugi pies. Lwia skóra Augusta jest niewidzialna.

- Legenda mówi, panie Poirot, że pekińczyki były kiedyś lwami. Do tej pory zachowały lwie serce!

- Przypuszczam, że August to ten pies, którego dostała pani od lady Hartingfield, a który rzekomo umarł? Nie bała się pani, że może wpaść pod samochód?



1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   19


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna