Agatha christie



Pobieranie 1,09 Mb.
Strona19/19
Data24.10.2017
Rozmiar1,09 Mb.
1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   19

Z upodobaniem patrzył przed siebie na elektryczny ruszt.

- Są jeszcze starsze prawa, sumeryjskie. Jeżeli kobieta ma męża i powie mu: "Nie jesteś moim mężem", ma być wrzucona do rzeki. Tańsze i prostsze niż sprawa rozwodowa. Jeśli jednak mąż odezwie się w ten sposób do swej żony, musi jej tylko wypłacić pewną miarę srebra. Jego nikt nie wrzuci do rzeki.

- Wciąż ta sama historia - powiedziała Alice Cunningham. - Inne prawo dla mężczyzn, inne dla kobiet.

- Kobiety, rzecz jasna, bardziej cenią wartość pieniądza - stwierdził profesor w zadumie. - Wie pan - dorzucił - lubię ten lokal. Przychodzę tu prawie co wieczór. Nie muszę za nic płacić. Hrabina to załatwia i bardzo to miłe z jej strony - w zamian, jak powiada, za porady w sprawie dekoracji wnętrza. Tyle że ten wystrój naprawdę nie ma ze mną nic wspólnego - nie wiedziałem, w jakim celu zadaje mi te pytania - i oczywiście ona i jej artysta wszystko pomieszali. Mam nadzieję, że nikt nigdy się nie dowie, że miałem choćby najmniejszy związek z tym paskudztwem. Chybabym tego nie przeżył. Ale to cudowna kobieta, zawsze twierdzę, że jest w babilońskim typie. Babilonki miały głowy do interesów, wie pan...

Słowa profesora utonęły w nagłej wrzawie. Doleciało słowo: "Policja", kobiety zerwały się z miejsc, nastąpił nieopisany harmider. Światła zgasły, podobnie jak i ruszt. Za podkład dla tej wrzawy służyły słowa profesora, recytującego ze spokojem dalsze fragmenty praw Hammurabiego.

Kiedy światło znów się zapaliło, Herkules Poirot znajdował się już w połowie szerokich schodów. Policjanci przy drzwiach zasalutowali. Wyszedł na ulicę i skręcił za róg. Tam, przyklejony do ściany, stał mały, nieprzyjemnie pachnący człowiek z czerwonym nosem. Odezwał się wystraszonym, ochrypłym szeptem:

- Jestem, szefie. Czas na mnie?

- Tak. Do roboty.

- Kręci się tu kupa glin!

- Wszystko w porządku. Wiedzą o panu.

- Mam nadzieję, że nie będą się wtrącać?

- Nie będą. Jest pan pewien, że poradzi pan sobie z tym zadaniem? To zwierzę jest wielkie i dzikie.

- Przy mnie nie będzie dziki - stwierdził mały człowieczek z pewnością siebie. - Nie przy tym, co tu mam! Każdy pies pójdzie przez to za mną do piekła.

- W takim razie - oświadczył Herkules Poirot -musi też wyjść za panem z piekła.
VI
Nad ranem zadzwonił telefon. Poirot podniósł słuchawkę.

- Prosił pan, żebym do pana zadzwonił - odezwał się głos Jappa.

- Tak, rzeczywiście. Eh bien?

- Żadnych narkotyków... mamy tylko szmaragdy.

- Gdzie były?

- W kieszeni profesora Liskearda.

- Profesora Liskearda?

- Pana to też zaskoczyło? Szczerze mówiąc, nie wiem, co o tym myśleć! Był zdziwiony jak dziecko, gapił się na nie, powiedział, że nie ma bladego pojęcia, skąd się wzięły w jego kieszeni i niech mnie licho, ja mu wierzę! Varesco bez trudu mógł mu je podrzucić w ciemnościach. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś taki jak stary Liskeard bawił się w takie rzeczy. Należy do wszystkich tych nadętych towarzystw, ba, jest związany nawet z Muzeum Brytyjskim! Jedyne, na co wydaje pieniądze, to książki, i to zmurszałe starocie.

Nie, on nie pasuje. Zaczynam myśleć, że się w ogóle pomyliliśmy co do tego klubu... tam nigdy nie było narkotyków.

- Ależ tak, przyjacielu, były tam tej nocy. Niech mi pan powie, czy nikt nie wyszedł tajnym wyjściem?

- Tak, książę Henry Scandenberg i jego koniuszy... zaledwie wczoraj przyjechali do Anglii. Vitamian Evans, minister. To cholerna robota, być ministrem laburzystowskim, tak trzeba uważać! Nikomu nie przeszkadza, że torysowski polityk wydaje pieniądze na hulaszcze życie, bo podatnicy myślą, że to są jego własne pieniądze... ale jeżeli chodzi o laburzystę, to zaraz każdy uważa, że wydaje on jego pieniądze! Co zresztą jest prawdą, mówiąc między nami. Ostatnia wyszła lady Beatrice Viner.... pojutrze wychodzi za tego zarozumiałego księcia Leominster. Nie wierzę, żeby ktoś z tego towarzystwa był w to zamieszany.

- I ma pan rację. A jednak, narkotyki były w klubie i ktoś je stamtąd zabrał.

- Kto?

- Ja, mon am! - odrzekł cicho Poirot. Odłożył słuchawkę, przerywając potok słów Jappa. Jednocześnie rozległ się dzwonek u drzwi. Poirot wstał i otworzył. Do pokoju wpłynęła hrabina Rossakoff.



- Gdyby nie to, że jesteśmy niestety zbyt starzy, jakże by to było kompromitujące! - wykrzyknęła. - Widzi pan, przychodzę zgodnie z tym, co pan napisał w liście. Zdaje się, że idzie za mną policjant, ale on może poczekać na ulicy. A więc, przyjacielu, w czym rzecz?

Poirot z galanterią uwolnił ją od futra z lisów.

- Dlaczego podrzuciła pani szmaragdy do kieszeni profesora Liskearda? - zapytał. - Ce n'est pas gentille, ce que vous avez fait la!*

Hrabina otworzyła szeroko oczy.

- Naturalnie, chciałam je włożyć do pańskiej kieszeni!

- Do mojej kieszeni?

- Oczywiście. Szybko podeszłam do stolika, przy którym pan zwykle siedzi, ale światła zgasły i sądzę, że przez nieuwagę włożyłam je do kieszeni profesora.

- A dlaczego chciała mi pani włożyć do kieszeni kradzione szmaragdy?

- Wydawało mi się - rozumie pan, musiałam coś szybko wymyślić - że to będzie najlepsze rozwiązanie!

- Doprawdy, Vero, jest pani impayable!*

- Ależ drogi przyjacielu, proszę tylko pomyśleć! Zjawia się policja, światła gasną - to nasz prywatny system dla dobra gości, którzy nie mogą sobie pozwolić na skandal - i czyjaś ręka zabiera moją torebkę ze stolika. Wyrywam ją z powrotem, ale czuję przez materiał, że w środku jest coś twardego. Wsuwam rękę do torebki, znajduję coś, w czym rozpoznaję dotykiem klejnoty, i od razu wiem, kto je tam włożył!

- Doprawdy?

- Oczywiście, że wiem! To ten salaud*! Ta gnida, ten potwór, ta dwulicowa, podstępna żmija Paul Varesco!

- Czyli ten, który jest pani wspólnikiem?

- Tak, tak, to on jest właścicielem lokalu, to on wyłożył pieniądze. Do dziś dnia nie zdradziłam go... ja potrafię dochować tajemnicy! Ale teraz, kiedy mnie zdradził, kiedy spróbował wplątać mnie w sprawę z policją, o, teraz wyplunę jego nazwisko, właśnie wyplunę!

- Proszę się uspokoić - rzekł Poirot. - Przejdźmy do drugiego pokoju.

Otworzył drzwi. Był to mały pokoik, który przez chwilę zdawał się być cały wypełniony psem. Cerber wydawał się nadmiernie wyrośnięty nawet w obszernym otoczeniu "Piekła", ale w małej jadalni Poirota wyglądał tak, jakby nic więcej poza nim tam nie było. A jednak czekał tam też mały i nieprzyjemnie pachnący człowieczek.

- Przyszliśmy tu, szefie, zgodnie z planem - odezwał się mały człowieczek zachrypniętym głosem.

- Dou dou! - zawołała hrabina. - Dou dou, mój aniołek!

Cerber uderzył ogonem o podłogę, ale się nie ruszył.

- Pozwoli pani przedstawić sobie pana Williama Higgsa - zawołał Poirot, przekrzykując grzmot uderzeń psiego ogona. - To mistrz w swoim fachu. Podczas brouhaha* tej nocy pan Higgs nakłonił Cerbera, aby wyszedł za nim z "Piekła".

- Pan go do tego nakłonił? - Hrabina z niedowierzaniem spoglądała na małą, szczupłą postać. - Ale jak? Jak?

Pan Higgs wstydliwie spuścił wzrok.

- To trudno powiedzieć przy damie. Ale jest takie coś, czemu żaden pies się nie oprze. Każdy pies pójdzie za mną, jeśli będę chciał. Oczywiście, pani rozumie, z sukami to już tak się nie da... nie, to już inna sprawa.

Hrabina RossakolT odwróciła się do Poirota.

- Ale dlaczego? Dlaczego?

- Wytresowany pies potrafi trzymać w pysku dowolny przedmiot, dopóki nie każe mu się go wypuścić - odrzekł powoli detektyw. - Będzie go trzymał całymi godzinami, jeśli zajdzie potrzeba. Czy może pani teraz kazać wypuścić psu to, co trzyma?

Vera Rossakoff spojrzała na niego, odwróciła się i powiedziała dwa krótkie słowa.

Cerber otworzył wielką paszczę. Po chwili - co było naprawdę niepokojące - zdawało się, że język wypada mu z pyska...

Poirot zrobił krok w przód i podniósł małą paczuszkę, owiniętą w różową gąbczastą gumę. Rozwinął ją. W środku leżała paczuszka białego proszku.

- Co to jest? - zapytała ostro hrabina.

- Kokaina - odparł cicho Poirot. - Wydaje się, że jest jej tak niewiele, ale dla tych, którzy gotowi są zapłacić, jest warta tysiące funtów... Wystarczy tego, żeby zrujnować i zniszczyć życie setek ludzi...

Hrabina zaczerpnęła tchu.

- I pan myśli, że ja.... - krzyknęła. - Ależ nie, przysięgam, że to nie tak! W przeszłości bawiły mnie klejnoty, bibeloty, drobne ciekawostki... rozumie pan, to pomaga przejść przez życie. Zresztą, co w tym złego? Dlaczego jeden człowiek ma posiadać więcej niż drugi?

- Tak samo myślę o psach - wtrącił pan Higgs.

- Pani nie ma poczucia dobra ani zła - stwierdził detektyw ze smutkiem.

- Ale narkotyki, o nie! - ciągnęła hrabina. - One powodują nieszczęście, ból, degenerację! Nie miałam pojęcia, bladego pojęcia, że moje urocze, niewinne, rozkoszne "Piekło" wykorzystuje się do takich celów!

- Zgadzam się ż panią co do narkotyków - powiedział Higss. - Podawanie narkotyków psom na wyścigach to brudna robota, o tak! Nigdy nie miałem z tym nic wspólnego i nigdy nie chcę!

- Niech pan powie, że mi wierzy, przyjacielu - błagała hrabina.

- Ależ oczywiście, że pani wierzę! Wszak nie żałowałem czasu i trudu, aby wykryć prawdziwego organizatora tego procederu. Czyż nie wykonywałem dwunastej pracy Herkulesa i nie wyprowadziłem Cerbera z piekła, żeby to udowodnić? Powiem pani, że nie lubię, kiedy ktoś próbuje zrzucić winę na moich przyjaciół! Tak, zrzucić winę, bo to właśnie pani miała być winna, gdyby sprawy się skomplikowały! To w pani torebce znaleziono by szmaragdy, a gdyby nawet ktoś okazał się tak sprytny jak ja, żeby doszukać się skrytki w pysku dzikiego psa... eh bien, w końcu to pani pies, prawda? Nawet jeżeli tolerował la petite Alice tak dalece, że aż słuchał jej poleceń! Tak, czas, żeby otworzyła pani oczy! Od początku nie podobała mi się ta młoda dama z jej naukowym żargonem i kostiumem z wielkimi kieszeniami. Tak, kieszeniami. To nienaturalne, żeby kobieta tak dalece nie dbała o swój wygląd! A co mi powiedziała? Że liczą się sprawy podstawowe. A co tu jest podstawą? Kieszenie. Kieszenie, w których mogła przenosić narkotyki i klejnoty... łatwo było jej dokonać wymiany podczas tańca ze swoim wspólnikiem, którego rzekomo uważała za kolejny ciekawy przypadek psychologiczny. I cóż za znakomita maskarada! Nikt nie będzie podejrzewał zapalonego naukowca z doktoratem z psychologii, noszącego okulary. Może rozprowadzać narkotyki, przyzwyczajać do nich swoich bogatych pacjentów i włożyć pieniądze w klub nocny, a także załatwić, że poprowadzi go ktoś z, powiedzmy, skazą na przeszłości. Ale ona lekceważy Herkulesa Poirot, uważa, że może go wyprowadzić w pole gadaniem o niańkach i kaftanikach! Eli bien, mam na nią oko. Światło gaśnie. Szybko wstaje od stołu i podchodzę do Cerbera. W ciemności słyszę, jak ona nadchodzi. Otwiera jego pysk i wciska mu paczkę, a ja - delikatnie, tak żeby nic nie poczuła - małymi nożyczkami wycinam kawałek materiału z jej rękawa.

Dramatycznym ruchem wyciągnął skrawek materiału.

- Widzi pani - identyczny tweed w kratę. Dam go Jappowi, żeby dopasował go do reszty, dokonał aresztowania i wszyscy będą mówić, jak to znowu Scotland Yard okazał się sprytniejszy.

Hrabina Rossakoff wpatrywała się w niego z osłupieniem. Nagle zaczęła zawodzić niczym syrena okrętowa.

- Ależ mój Niki... Mój Niki. To będzie dla niego straszne... - Urwała. - A może nie, jak pan myśli?

- W Ameryce jest wiele innych dziewcząt - odparł Herkules Poirot.

- A gdyby nie pan, jego matka trafiłaby do więzienia... do więzienia, z obciętymi włosami, siedząc w celi i śmierdząc środkami odkażającymi! Pan jest cudowny, cudowny!

Rzucając się do przodu, porwała detektywa w ramiona i uściskała go z prawdziwie słowiańskim temperamentem. Pan Higgs obserwował to z uznaniem. Cerber uderzał ogonem o podłogę.

W trakcie tej radosnej sceny zabrzmiał dzwonek.

- Japp! - zakrzyknął Poirot, uwalniając się z objęć hrabiny.

- Chyba będzie lepiej, jeżeli przejdę do drugiego pokoju - zaproponowała hrabina.

Przemknęła się przez drzwi. Poirot ruszył do drzwi wejściowych.

- Szefie - szepnął z niepokojem pan Higgs - niech pan się lepiej przejrzy w lustrze.

Poirot poszedł za jego radą i wzdrygnął się. Szminka i makijaż rozmazały się na jego twarzy w fantastyczny wzór.

- Jeżeli to pan Japp ze Scotland Yardu, to pomyśli sobie, co najgorsze, jak nic - rzekł pan Higgs.

Kiedy dzwonek znów zabrzmiał, a Poirot gorączkowo usiłował zetrzeć szkarłatny tłuszcz z czubków wąsów, Higgs zapytał:

- A co ze mną, też mam znikać? I co z tym piekielnym psem?

- Jeśli mnie pamięć nie myli - powiedział Poirot -to Cerber, wrócił do piekła.

- Jak pan chce - oświadczył Higgs. - Właściwie to nawet go polubiłem... ale nie zwędziłbym go, nie na stałe. Za bardzo rzuca się w oczy, jeśli mnie pan rozumie. I pomyśleć, ile bym musiał wydać na wołowinę albo koninę! Pewnie żre jak mały lew.

- Od lwa z Nemei do pojmania Cerbera - mruknął Poirot pod nosem. - Prace skończone.

* Gra słów: patience znaczy po angielsku "cierpliwość", impatience - "niecierpliwość" (przyp. tłum.)

* franc. Ależ tak, to jest myśl.

* franc. sędzia śledczy.

* franc. dobry Bóg.

* franc. mój stary.

* franc. O proszę!

* X-ray - ang. promień Rentgena

* franc. zakończenie sprawy

* franc. niezdolny do walki

* franc. Ależ skąd

* franc. zajęciem

* franc. Ależ oczywiście

* franc. scenka.

* franc. tu: No tak.

* franc. otoczenie.

* franc. wcale

* franc. O do diabła!

* franc. Czy coś się stało?

* franc. drobne rozczarowanie

* franc. matko

* franc. mniszkę

* franc. kobietę dobrze urodzoną.

* franc. kobietę światową

* franc. uduchowioną

* franc. Istne piekło

* franc. Dobrze pomyślane!

* franc. między nami.

* franc. mieszczuch.

* franc. To mój mały Dudu!

* franc. Nie było to zbyt ładne z pani strony.

* franc. nieoceniona



* franc. łajdak

* franc. hałasu

1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   19


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna