Agatha christie



Pobieranie 1,09 Mb.
Strona18/19
Data24.10.2017
Rozmiar1,09 Mb.
1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   19

Archeolog wzruszył lekko ramionami.

- Gdybym wiedział, co pani zamierza! - mruknął. - Rezultat jest raczej przerażający!

Poirot bacznie przyjrzał się freskom. Na ścianie przed sobą ujrzał Orfeusza grającego z orkiestrą jazzową, podczas gdy Eurydyka spoglądała pełnym nadziei wzrokiem na ruszt. Naprzeciwko Ozyrys i Izis najwyraźniej wydawali przyjęcie na łodziach w podziemnym Egipcie.

Na trzeciej ścianie młodzi ludzie obojga płci zażywali wspólnej kąpieli w strojach Adama i Ewy.

- Kraina młodości - wyjaśniła hrabina i jednym tchem dopełniła formalności, przedstawiając: - A to jest moja mała Alice.

Poirot skłonił się drugiej osobie przy stoliku - poważnej dziewczynie w kostiumie w szachownicę. Nosiła okulary w rogowej oprawie.

- Ona jest bardzo, bardzo mądra - ciągnęła hrabina Vera Rossakoff. Ma doktorat, jest psychologiem i zna wszystkie powody, dla których wariaci są wariatami! To wcale nie dlatego, jak by się zdawało, że są obłąkani! Nie, jest całe mnóstwo innych powodów! Uważam, że to bardzo dziwne.

Dziewczyna imieniem Alice uśmiechnęła się uprzejmie, choć z pewnym lekceważeniem. Stanowczym tonem zapytała profesora, czy nie miałby ochoty zatańczyć. Wyraźnie mu to schlebiło, choć wzbudziło też niejakie wątpliwości.

- Droga młoda damo, obawiam się, że potrafię tańczyć tylko walca.

- To właśnie jest walc - powiedziała cierpliwie Alice. Wstali i poszli na parkiet. Nie tańczyli .dobrze. Hrabina Rossakoff westchnęła.

- A jednak ona wcale nie jest taka brzydka - wypowiedziała na głos swoje myśli.

- Nie próbuje zaprezentować się z najkorzystniejszej strony - ocenił Poirot.

- Szczerze mówiąc, nie rozumiem tej dzisiejszej młodzieży - zawołała hrabina. - Oni wcale nie starają się podobać... Ja w latach mojej młodości zawsze się o to starałam... twarzowe kolory, sukienki wypchane tu i tam, mocno ściągnięty w talii gorset, włosy w może nieco bardziej interesującym odcieniu... Odrzuciła z czoła ciężkie tycjanowskie sploty - trudno byłoby zaprzeczyć, że ona w każdym razie starała się, i to bardzo!

- Zadowalać się tym, co ci dała natura... ależ to głupota! A nawet bezczelność! Ta mała Alice, ona wypisuje długie elaboraty na temat seksu, ale jak często, pytam pana, jakiś mężczyzna proponuje jej wyjazd do Brighton na weekend? Wciąż tylko dlugaśne słowa, praca, dobrobyt klasy robotniczej i przyszłość świata. Bardzo to zacne, ale pytam pana, czy jest w tym jakaś radość? Niech pan tylko spojrzy, cóż za nudny świat urządziła nam ta młodzież! Same przepisy i zakazy! Nie tak, jak za moich lat.

- A właśnie, madame, jak się miewa pani syn? - Poirot w ostatniej chwili powiedział "syn" zamiast "malec", przypominając sobie, że minęło już dwadzieścia lat.

Twarz hrabiny rozpromieniła się macierzyńskim entuzjazmem.

- Ukochany aniołek! Jest już taki duży, taki barczysty, przystojny! Mieszka w Ameryce. Buduje tam... mosty, banki, hotele, domy towarowe, koleje, wszystko, czego Amerykanie sobie życzą!

Poirot był nieco zaskoczony.

- A więc jest inżynierem? Albo architektem?

- Czy to ważne? - zapytała hrabina. - Jest cudowny! Jest pochłonięty żelaznymi dźwigarami, maszynami i czymś, co się nazywa napięciem. Rzeczami, których zupełnie nie mogę zrozumieć. Ale się uwielbiamy, uwielbiamy się cały czas! I ze względu na niego uwielbiam też małą Alice. Ależ tak, są zaręczeni. Spotkali się w samolocie, na statku czy w jakimś pociągu i zakochali się, w dodatku w trakcie rozmowy na temat dobrobytu klasy robotniczej. A kiedy przyjechała do Londynu, przyszła do mnie, a ja ją przygarnęłam całym sercem.

- Hrabina splotła ramiona na obfitej piersi. - I powiedziałam: "Ty i Niki się kochacie, więc ja też cię kocham, ale jeżeli go kochasz, dlaczego zastawiłaś go w Ameryce?" A ona na to coś o swojej "pracy" i o książce, którą pisze, o swojej karierze, i szczerze mówiąc, nic z tego nie rozumiem, ale zawsze mówiłam: "Grunt to tolerancja".

A co pan myśli, cher ami - dorzuciła jednym tchem - o tym, jak tu wszystko urządziłam?

- Urządzone to jest znakomicie - stwierdził Poirot, rozglądając się z uznaniem. - Jest szykownie!

Lokal był pełen gości; panowała w nim ta nieomylna atmosfera sukcesu, której nie sposób podrobić. Wśród bawiących się były ospałe pary w strojach wieczorowych, cyganeria w sztruksowych spodniach, panowie z brzuszkiem w garniturach. Orkiestra, przebrana za diabłów, grała hot jazz. Nie ulegało wątpliwości, że "Piekło" chwyciło.

- Przychodzi tu różne towarzystwo - powiedziała hrabina. - Ale tak być powinno, prawda? Wrota piekła stoją otworem dla wszystkich?

- No może z wyjątkiem ubogich - podpowiedział Poirot.

Hrabina roześmiała się.

'- Czyż nie mówi się, że bogatym trudno jest się dostać do królestwa niebieskiego? Naturalnie więc, że powinni mieć pierwszeństwo w piekle.

Profesor i Alice wracali do stołu. Hrabina wstała.

- Muszę porozmawiać z Aristide'em.

Zamieniła kilka słów ze starszym kelnerem - szczupłym Mefistofelesem - po czym zaczęła krążyć między stolikami, rozmawiając z gośćmi.

Profesor, ocierając pot z czoła i pociągając wino z kieliszka, zauważył: - Prawda, że to indywidualność? Ludzie to czują. Przeprosił i wstał, by porozmawiać z kimś przy innym stoliku. Poirot, pozostawiony sam na sam z poważną Alice, czul lekkie skrępowanie spoglądając w jej zimne niebieskie oczy. Przekonał się, że jest wcale przystojna, lecz wydała mu się wyraźnie niepokojąca.

- Nic znam jeszcze pani nazwiska - mruknął.

- Cunningham. Doktor Alice Cunningham. Rozumiem, że zna pan Verę od lat?

- Minęło już ze dwadzieścia lat.

- Uważam, że jest to bardzo ciekawy okaz - oświadczyła doktor Alice Cunningham. - Naturalnie, interesuje mnie jako matka mężczyzny, z którym mam się pobrać, ale także i od strony zawodowej.

- Tak?

- Tak. Piszę książkę o psychologii przestępców. Moim zdaniem nocne życie w tym lokalu jest bardzo kształcące. Mamy tu kilku przestępców, którzy przychodzą regularnie. Z niektórymi rozmawiałam o ich dzieciństwie. Oczywiście, wie pan wszystko o przestępczych skłonnościach Very... o tym, że kradnie?



- Cóż, tak.... wiem o tym - przyznał Poirot, nieco zaskoczony.

- Ja na własny użytek nazywam to kompleksem sroki. Wie pan, że ona kradnie zawsze rzeczy błyszczące. Nigdy pieniędzy. Zawsze klejnoty. Dowiedziałam się, że w dzieciństwie była rozpieszczana i psuta, ale też trzymana pod kloszem. Życie było dla niej nieprawdopodobnie nudne... nudne i bezpieczne. Jej charakter domagał się dramatu... pragnął kary. To właśnie leży u podłoża jej folgowania złodziejskim skłonnościom. Pragnie poczucia ważności, rozgłosu z powodu kary!

- Ależ jako przedstawicielka ancien regime'u w Rosji z pewnością nie miała nudnego i bezpiecznego życia podczas rewolucji?

W jasnoniebieskich oczach panny Cunningham pojawił się błysk lekkiego rozbawienia.

- A, przedstawicielka ancien regime'u? - powiedziała. - Tak panu mówiła?

- Ona jest bez wątpienia arystokratką - stwierdził Poirot lojalnie, usiłując odepchnąć od siebie pewne niemile wspomnienia krańcowo różnych opowieści z życia hrabiny.

- Wierzy się w to, w co się chce wierzyć - zauważyła panna Cunningham, spoglądając na detektywa z zawodowym zainteresowaniem.

Poirot poczuł niepokój. Przewidywał, że za chwilę usłyszy o swoich kompleksach. Postanowił przenieść pole walki na teren nieprzyjaciela. Towarzystwo hrabiny Rossakoff bawiło go między innymi z powodu jej arystokratycznej proweniencji i nie miał zamiaru pozwolić, aby przyjemność tę zepsuła mu jakaś okularnica o oczach barwy gotowanego agrestu i legitymująca się doktoratem z psychologii!

- Wie pani, co mnie zdumiewa? - powiedział. Alice Cunningham nie odpowiedziała, zadowalając się znudzonym i pobłażliwym wyrazem twarzy.

- Zdumiewa mnie - ciągnął Poirot - że pani, która jest młoda i mogłaby wyglądać ładnie, gdyby zadała pani sobie nieco trudu, otóż zdumiewa mnie, że pani sobie tego trudu nie zadaje! Nosi pani ciężki kostium z wielkimi kieszeniami, jak gdyby wybierała się pani na partyjkę golfa. Ale nie jesteśmy na polu golfowym, jesteśmy w podziemnym pomieszczeniu, gdzie panuje temperatura siedemdziesiąt jeden stopni Fahrenheita. Ma pani rozgrzany i świecący nos, ale go pani nie pudruje, a szminkę nakłada pani na usta bez zainteresowania, nie starając się nawet podkreślić rysunku warg! Jest pani kobietą, ale nie zwraca pani uwagi na ten fakt. Dlaczego? - pytam. To wielka szkoda.

Z satysfakcją przekonał się, że Alice Cunningham potrafi wyglądać jak człowiek. W jej oczach zauważył nawet iskierkę gniewu. Szybko jednak odzyskała pogardliwy uśmiech.

- Drogi panie Poirot, obawiam się, że obca jest panu współczesna ideologia - powiedziała. - Teraz liczą się rzeczy podstawowe, a nie ciuchy.

Podniosła wzrok, spoglądając na zbliżającego się do nich ciemnowłosego i bardzo przystojnego młodego człowieka.

- To bardzo interesujący typ - mruknęła z zapałem. - Paul Varesco! Żyje z kobiet i ma dziwne, zwyrodniałe upodobania! Chce, żeby mi powiedział coś więcej o niani, która opiekowała się nim, kiedy miał trzy lata.

Po chwili tańczyła już z młodym człowiekiem. Tańczyła bosko. Kiedy przepływali obok stolika Poirota, detektyw usłyszał jej słowa:

- A po letnim pobycie w Bognor dała panu zabawkę w postaci dźwigu? Dźwig... tak, to daje wiele do myślenia.

Przez chwilę Poirot zabawiał się myślą, iż zainteresowanie panny Cunningham przestępcami może pewnego dnia doprowadzić do tego, że ktoś odnajdzie jej zmasakrowane zwłoki w leśnej głuszy. Nie lubił Alice Cunningham, lecz był na tyle uczciwy, by przyznać, że powodem tej niechęci jest fakt, iż Herkules Poirot nie zrobił na niej najmniejszego wrażenia! Jego próżność została zraniona!

Nagle zauważył coś, co natychmiast wybiło mu z głowy Alice Cunningham. Przy stoliku po drugiej stronie parkietu siedział młody jasnowłosy mężczyzna. Był w stroju wieczorowym, a jego zachowanie zdradzało człowieka nawykłego do łatwego i przyjemnego życia. Naprzeciw niego siedziała odpowiednio odstawiona dziewczyna. Wpatrywał się w nią głupkowato. Na ich widok każdy mógłby powiedzieć: "bogate próżniaki!", niemniej Poirot wiedział doskonale, że ów młody człowiek nie był ani bogaty, ani próżniakiem. Był to detektyw inspektor Charles Stevens, a Poirot uznał za nader prawdopodobne, że detektyw inspektor Stevens jest na służbie...


II
Następnego dnia rano Poirot wybrał się z wizytą do Scotland Yardu, do swego starego przyjaciela, nadinspektora Jappa.

Reakcja Jappa na jego próbne pytania była nieoczekiwana.

- Stary lis z pana! - powiedział Japp z uczuciem. - Nie mam pojęcia, jak pan wpada na takie rzeczy!

- Ależ zapewniani pana, że ja nic nie wiem... zupełnie nic! To tylko zwykła ciekawość.

Japp zareplikował, że takie bajki Poirot może opowiadać grzecznym dzieciom!

- Chce pan się dowiedzieć wszystkiego o tym "Piekle"? No cóż, na oko to jeszcze jeden z tych lokali. Chwycił! Z pewnością zarabiają na tym niemało, choć naturalnie wydatki też muszą mieć niewąskie. Prowadzi to rzekomo jakaś Rosjanka, hrabina jakaś-tam...

- Znam hrabinę Rossakoff - wtrącił zimno Poirot. - Jesteśmy starymi przyjaciółmi.

- Ale ona to tylko parawan - ciągnął Japp. - Nie ona wyłożyła na to pieniądze. Możliwe, że to starszy kelner, Aristide Papopoulos - on ma w tym jakiś udział - ale nie wierzymy, żeby to było naprawdę jego. Na dobrą sprawę nie wiemy, czyj to właściwie lokal!

- A inspektor Stevens chodzi tam, żeby się tego dowiedzieć?

- A, widział pan Stevensa? Kawał szczęściarza, że podłapał taką robotę na koszt podatników! Na razie nic jeszcze nie wykrył!

- A co, pańskim zdaniem, można tam wykryć?

- Narkotyki! Handel na wielką skalę. I to nie za pieniądze, lecz za drogie kamienie.

- Ach tak?

- To jest tak: lady Iks czy jakaś tam hrabina ma trudności ze zdobyciem gotówki - a zresztą woli nie podejmować z banku większych sum. Ma za to kamienie... często rodzinne klejnoty! Zabiera się je do "oczyszczenia" czy "przerobienia", a tam kamienie wyjmuje się z oprawy i zastępuje szkiełkami. Kamienie te sprzedaje się potem tu albo na kontynencie. Czysta robota - nie było kradzieży, więc nie ma żadnego larum. A powiedzmy, że prędzej czy później okaże się, że jakiś diament czy naszyjnik jest fałszywy? Lady Iks będzie uosobieniem niewinności i rozpaczy... nie potrafi sobie wyobrazić, jak i gdzie mogło dojść do zamiany kamieni, przecież naszyjnik przez cały czas był w jej posiadaniu! Wysyła biedną, zaharowaną policję szukać wiatru w polu, każąc im łapać zwolnione pokojówki, podejrzanych lokai czy ludzi wynajętych do mycia szyb. Ale my nie jesteśmy aż tak tępi, jak to sobie wyobrażają te arystokratyczne ptaszki! Mieliśmy kilka takich spraw jedna po drugiej - i znaleźliśmy wspólny mianownik. Wszystkie z tych kobiet wykazywały objawy typowe dla narkomanów - nerwowość, pobudliwość, drganie mięśni, rozszerzone źrenice i tak dalej. Pytanie - skąd brały narkotyki i kto prowadził ten interes?

- A pańskim zdaniem odpowiedź brzmi: "Piekło"?

- Wydaje nam się, że to kwatera główna tego interesu. Odkryliśmy, gdzie odbywa się zamiana kamieni... w firmie zwanej Golconda Ltd., na oko czystej jak łza, a zajmującej się produkcją wysokiej klasy imitacji kamieni szlachetnych. Jest taki jeden paskudny facet, nazywa się Paul Varesco... o, widzę, że zna go pan?

- Spotkałem go... w "Piekle".

- Właśnie tam chętnie bym go widział.... w prawdziwym piekle! To typ spod ciemnej gwiazdy, ale kobiety, nawet te przyzwoite, jedzą mu z ręki! Ma jakieś powiązania z Golconda Ltd. i jestem pewny, że to on stoi za tym całym "Piekłem". Dla jego celów to idealny lokal - bywają tam wszyscy, kobiety z towarzystwa, zawodowi przestępcy... to idealne miejsce spotkań.

- I myśli pan, że zamiana - kamieni na narkotyki - odbywa się właśnie tam?

- Tak. Znamy już tę sprawę od strony Golcondy, a teraz chcemy poznać drugą stronę, stronę narkotyków. Chcemy wiedzieć, kto je rozprowadza i skąd je bierze.

- Jak na razie nie ma pan jeszcze pojęcia?

- Myślę, że to ta Rosjanka... ale nie mamy dowodów. Kilka tygodni temu zdawało nam się, że wreszcie do czegoś doszliśmy. Varesco poszedł do Golcondy, wziął stamtąd kilka kamieni i pojechał prosto do "Piekła". Stevens obserwował go, ale nie zauważył, żeby przekazywał komuś narkotyki. Kiedy Varesco wyszedł z lokalu, zatrzymaliśmy go... ale nie miał przy sobie kamieni! Zrobiliśmy nalot na klub, przeszukaliśmy wszystkich! Rezultat - ani kamieni, ani narkotyków!

- Jednym słowem, fiasko?

Japp skrzywił się.

- Pan mi to mówi! Mogły być z tego większe kłopoty, ale na szczęście złapaliśmy wtedy Peverela... wie pan, mordercę z Battersca. Przypadek, bo sądziliśmy, że uciekł do Szkocji. Jeden z naszych co bystrzejszych sierżantów rozpoznał go ze zdjęcia. No więc wszystko dobre, co się dobrze kończy - dla nas sława, dla klubu reklama nie z tej ziemi, od tej pory jest zapchany jeszcze bardziej!

- Ale dochodzenie w sprawie narkotyków nie posunęło się naprzód - rzekł Poirot. - Może w lokalu jest jakaś kryjówka?

- Musi być. Ale nie potrafimy jej znaleźć. Przetrząsnęliśmy tam wszystko jak przez sito. A tak między nami, dokonaliśmy też rewizji nieoficjalnej... - inspektor puścił oko. - To tylko do pańskiej wiadomości. Włamanie. Ale bez powodzenia, nasz "nieoficjalny" człowiek omal nie został rozszarpany przez tego sakramenckiego psa! To bydlę śpi w klubie!

- A, Cerber?

- Tak. Głupie imię... jak nazwa soli.

- Cerber - mruknął Poirot w zamyśleniu.

- A może by tak pan spróbował swojego szczęścia w tej sprawie - zaproponował Japp. - To ciekawy problem, wart zainteresowania. Nie znoszę narkotyków, niszczą ludziom ciało i duszę. To rzeczywiście piekło!

- Tak, to by zakończyło całą sprawę - mruknął Poirot kontemplacyjne. - Czy wie pan, co było ostatnią pracą Herkulesa?

- Nie mam pojęcia.

- Pojmanie Cerbera. Stosowne do sytuacji, prawda?

- Nie wiem, stary, o czym pan mówi, ale niech pan pamięta, "Pies zjadł człowieka" to tytuł w sam raz na pierwszą stronę. - I Japp odchylił się w fotelu, wybuchając śmiechem.
III
Chciałbym z panią naprawdę poważnie porozmawiać - rzekł Poirot.

Pora była wczesna i klub świecił pustkami. Hrabina i Poirot siedzieli przy małym stoliku koło drzwi.

- Ale ja wcale nie chce być poważna - zaprotestowała hrabina. - La petite Alice, ona to zawsze jest poważna, co entre nous* strasznie mnie nudzi. Mój biedny Niki, jakie przyjemności go czekają? Żadne.

- Mam do pani wielką słabość - ciągnął Poirot nieporuszony. - I nie chciałbym widzieć pani w tarapatach.

- Ależ to, co pan mówi, to absurd! Świat leży u moich stóp, pieniądze sypią się do moich rąk!

- Czy ten lokal należy do pani? Hrabina unikała jego wzroku.

- Naturalnie - odparła.

- Ale ma pani wspólnika?

- Kto panu powiedział? - zapytała ostro.

- Czy pani wspólnikiem jest Paul Varesco?

- Co? Paul Varesco? Cóż za pomysł?

- Ma nieciekawą, kryminalną przeszłość. Czy zdaje pani sobie sprawę, że do pani lokalu przychodzą przestępcy?

Hrabina wybuchnęła śmiechem.

- Oto i cały bon bourgeois!* Naturalnie, że zdaje sobie z tego sprawę! Czy nie widzi pan, że to właśnie polowa atrakcji tego lokalu? Wszyscy ci młodzi ludzie z Mayfair... oni już mają dość oglądania podobnych sobie na West Endzie. Przychodzą tu i oglądają przestępców - złodziei, szantażystów, oszustów, może nawet morderców... tych, którzy za tydzień mogą się znaleźć w niedzielnych gazetach! To jest podniecające, to im pozwala myśleć, że oglądają prawdziwe życie! Tak samo jak ludziom interesu, którzy przez okrągły tydzień sprzedają damskie majtki, pończochy czy gorsety! Cóż za odmiana od przyzwoitego życia i przyzwoitych przyjaciół! A do tego jeszcze jeden dreszczyk emocji - oto przy jednym ze stolików, gładząc wąsa, siedzi inspektor policji ze Scotland Yardu... inspektor we fraku!

- Więc pani o tym wiedziała? - rzekł cicho Poirot. Spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się.

- Mon cher ami, nie jestem tak głupia, jak to się panu wydaje.

- Czy handlujecie także narkotykami?

- Ah, ça non! - zaprzeczyła hrabina ostro. - To by było niegodziwe!

Poirot spoglądał na nią przez dłuższą chwile, po czym westchnął.

- Wierzę pani - powiedział. - Ale w takim razie tym bardziej musi mi pani powiedzieć, kto jest właścicielem tego lokalu.

- Ja - warknęła.

- Tak, na papierze. Ale ktoś za panią stoi.

- Czy pan wie, mon ami, że na mój gust jest pan zbyt ciekawski? Czy on nie jest ciekawski, Dou dou?

Przy ostatnich słowach jej głos przeszedł w gruchanie. Wzięła ze swojego talerza kość kaczki i rzuciła ją wielkiemu czarnemu psisku, które złapało ją z potężnym kłapnięciem szczęk.

- Jak pani nazwała to zwierzę? - zapytał Poirot, odrywając się od tematu.

- C'est mon petit Dou dou!*

- Ależ to śmieszne, takie imię!

- Przecież on jest cudowny! To pies policyjny! Potrafi wszystko... dosłownie wszystko! Niech pan patrzy.

Wstała, rozejrzała się i wzięła talerz z soczystym stekiem, który przed chwilą postawiono na sąsiednim stoliku. Podeszła do marmurowej niszy i postawiła talerz przed psem, jednocześnie mówiąc mu kilka rosyjskich słów.

Cerber patrzył prosto przed siebie, jak gdyby stek w ogóle nie istniał.

- Widzi pan? I nie jest to kwestia minut! Nie, w razie potrzeby będzie tak siedział godzinami!

Powiedziała cicho kilka słów, na co Cerber z szybkością błyskawicy zgiął szyję i stek zniknął jak zaczarowany.

Vera Rossakoff objęła psa za szyję i uściskała go namiętnie, stając do tego na palcach.

- Widzi pan, jaki potrafi być łagodny! - zawołała. - Dla mnie, dla Alice, dla przyjaciół... oni mogą z nim robić, co tylko chcą! Ale starczy mu tylko szepnąć słówko i jazda! Zapewniam pana, że na przykład takiego inspektora policji rozerwałby na strzępy. Tak, na strzępy!

Wybuchnęła śmiechem.

- Gdybym tylko powiedziała jedno słówko...

Poirot wtrącił się czym prędzej. Nie dowierzał poczuciu humoru hrabiny. Inspektor Stevens mógł się znaleźć w prawdziwym niebezpieczeństwie.

- Profesor Liskeard chce z panią pomówić.

Profesor patrzył na nią z wyrzutem.

- Pani zabrała mój stek - poskarżył się. - Dlaczego mi pani zabrała stek? To był dobry stek!


IV
- W czwartek wieczorem, mój stary - powiedział Japp. - Wtedy bomba idzie w górę. To oczywiście jest działka Andrewsa - z Wydziału Narkotyków - ale będzie zachwycony, jeżeli wtrąci pan swoje trzy grosze. Nie, dzięki, nie mam ochoty na żaden z pańskich syropów. Muszę dbać o żołądek. Czy to nie whisky, to co widzę? To coś bardziej dla mnie!

Odstawiając szklankę, ciągnął:

- Zdaje się, że rozwiązaliśmy ten problem. Z klubu jest zapasowe wyjście... i znaleźliśmy je!

- Gdzie?


- Za rusztem. Częściowo jest ruchomy.

- Ale przecież zauważylibyście, że...

- Nie mój stary. Kiedy zaczął się nalot, zgasły światła. Ktoś odciął główny dopływ prądu i włączenie go zabrało nam dwie minuty. Nikt nie wydostał się frontowym wejściem, bo było obserwowane, ale teraz już jasne, że ktoś mógł się wymknąć tajnym wyjściem razem z towarem. Zbadaliśmy dom za klubem i w ten sposób wpadliśmy na tę sztuczkę.

- I co pan proponuje z tym zrobić?

Japp puścił oko.

- Niech to będzie zgodnie z planem... policja wchodzi, światła gasną... a po drugiej stronie tych ukrytych drzwi czeka już. ktoś na wychodzących. Tym razem ich mamy!

- Dlaczego akurat w czwartek? Japp znowu puścił oko.

- Wiemy już to i owo o Golcondzie. W czwartek wyjdzie stamtąd towar. Szmaragdy lady Carrington.

- Pozwoli pan - rzekł Poirot - że i ja poczynię pewne przygotowania?
V
W czwartek wieczorem, siedząc jak zwykle przy małym stoliku koło drzwi wejściowych, Poirot przyglądał się otoczeniu. Jak zwykle, w "Piekle" hulano w najlepsze.

Hrabina była tego wieczora jeszcze bardziej wystrojona niż zwykle, jeśli to w ogóle możliwe. Jeszcze bardziej prezentowała rosyjski temperament, klaszcząc w ręce i wybuchając śmiechem, kiedy przyszedł Paul Varesco. Czasami występował w nienagannym stroju wieczorowym, czasami zaś, tak jak teraz, ubierał się na apasza - w zapiętą po szyję marynarkę i apaszkę. Wyglądał groźnie, a zarazem atrakcyjnie. Oderwał się od korpulentnej kobiety w średnim wieku, obwieszonej diamentami, i pochylił nad Alice Cunningham, która siedziała przy stoliku, notując coś pilnie. Poprosił ją do tańca. Korpulentna kobieta łypnęła na Alice i obrzuciła Varesco zakochanym spojrzeniem. W oczach panny Cunningham nie było miłości. Błyszczały czysto zawodowym zainteresowaniem. Kiedy zbliżyli się w tańcu do niego, Poirot podchwycił fragment ich rozmowy. Alice wyszła już poza etap niańki i teraz zbierała informacje o wychowawczyni Paula ze szkoły podstawowej.

Kiedy muzyka umilkła, usiadła koła Poirota, szczęśliwa i podniecona.

- To nadzwyczaj ciekawe - odezwała się. - Varesco będzie jednym z najważniejszych przypadków opisanych w mojej książce. Symbolika jest tu niewątpliwa. Na przykład kłopot z kaftanikami - czytaj: włosiennicami, i wszystko, co się z tym kojarzy - i cała sprawa staje się jasna. Można powiedzieć, że to zdecydowanie przestępczy typ, ale można tu zastosować skuteczną kurację.

- Jednym z najbardziej ulubionych złudzeń kobiet zawsze było przekonanie, że potrafią nawrócić rozpustnika! - oświadczył detektyw.

Alice Cunningham obrzuciła go zimnym spojrzeniem.

- Nie ma w tym nic osobistego, panie Poirot.

- Jak zawsze - odrzekł detektyw. - To tylko czysty, bezinteresowny altruizm... tyle że zwykle obiektem tegoż altruizmu jest atrakcyjny przedstawiciel płci przeciwnej. Na przykład, czy interesuje panią, gdzie ja chodziłem do szkoły, albo jaki był stosunek mojej wychowawczyni do mnie?

- Pan nie jest typem przestępczym - odparowała panna Cunningham.

- A pani potrafi rozpoznać przestępcę na pierwszy rzut oka?

- Naturalnie.

Podszedł do nich profesor Liskeard i usiadł obok Poirota.

- Rozmawiacie o kryminalistach? Powinien pan przejrzeć kodeks karny Hammurabiego, panie Poirot. Tysiąc osiemset lat przed nasza erą. Nader interesujące. Człowiek, którego złapie się na kradzieży podczas pożaru, ma być wrzucony w ogień.



1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   19


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna