Agatha christie



Pobieranie 1,09 Mb.
Strona15/19
Data24.10.2017
Rozmiar1,09 Mb.
1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   19

Herkules Poirot zamrugał ponownie.

- Coś mi się zdaje, że August przejawia te same przestępcze skłonności, o których przed chwilą mówiliśmy! - zauważył.

Panna Carnaby nie roześmiała się. Zamiast tego jej miła, pulchna twarz przybrała smutny, zmartwiony wyraz.

- Och, panie Poirot, ja się tak martwię - rzekła płaczliwie.

- Czym? - zapytał uprzejmie detektyw,

- Widzi pan, boję się - naprawdę się boję - że jestem zatwardziałą przestępczynią, jeśli można się tak wyrazić. Mam dziwne pomysły!

- Jakie pomysły?

- Zupełnie niezwykłe! Na przykład wczoraj przyszedł mi do głowy wyjątkowo praktyczny pomysł na obrabowanie poczty. Ja o tym wcale nie myślałam... to przyszło samo! I do tego jeszcze przemyślany sposób na uniknięcie odprawy celnej... Jestem przekonana, wręcz pewna, że byłby skuteczny.

- Zapewne - stwierdził sucho Poirot. - W tym właśnie tkwi niebezpieczeństwo pani pomysłów.

- Bardzo mnie to martwi, panie Poirot. W dzieciństwie wpojono mi bardzo surowe zasady, więc nie jest to dla mnie przyjemne, że takie myśli przychodzą mi do głowy. Myślę, że kłopot polega między innymi na tym, że mam teraz za dużo wolnego czasu. Odeszłam od lady Hoggin i pracuję u pewnej staruszki, której codziennie muszę czytać i pisać za nią listy. Z listami uwijam się szybko, a ledwo zacznę czytać, ona zasypia, wiec siedzę bezczynnie, nie mając nic do roboty, a wie pan, jakie pole do popisu daje szatanowi bezczynność.

- Uhm - mruknął detektyw.

- Czytałam niedawno książkę... bardzo nowoczesną, przekład z niemieckiego. Rzuca ciekawe światło na skłonności przestępcze. Jak zrozumiałam, należy hamować swoje popędy! Właśnie dlatego przyszłam do pana.

- Tak?

- Widzi pan, panie Poirot, ja myślę, że to nie tyle oznaka zła, co chęć przygód! Niestety, moje życie było okropnie monotonne. Ta hm.... kampania z pekińczykami to był jedyny okres, kiedy żyłam naprawdę, a przynajmniej tak mi się czasami wydaje. Oczywiście, to jest ze wszech miar godne potępienia, ale jak twierdzi moja książka, należy stawić czoło prawdzie. Przyszłam do pana, panie Poirot, z nadzieją, że być może powstrzymam tę żądzę przygód, jeżeli zacznę ją stosować na użytek annałów, jeśli można to tak ująć.



- A, więc zjawia się pani w roli mojej koleżanki po fachu?

Panna Carnaby spłonęła rumieńcem.

- Wiem, że to wielka zarozumiałość z mojej strony. Ale pan był taki dobry....

Przerwała. Jej jasnoniebieskie oczy miały błagalny wyraz oczu psa, który wbrew zdrowemu rozsądkowi ma nadzieję, że wyprowadzi się go na spacer.

- To jest pomysł - oświadczył powoli detektyw.

- Oczywiście, ja wcale nie jestem sprytna - wyjaśniła panna Carnaby. - Ale mam dużą łatwość symulowania. Osoba do towarzystwa musi ją mieć, inaczej natychmiast straciłaby posadę. Przekonałam się, że udawanie głupszej niż się jest w istocie, najczęściej przynosi dobre wyniki.

Herkules Poirot roześmiał się.

- Mademoiselle, pani jest czarująca.

- Ależ, panie Poirot, co też pan mówi! Więc myśli pan, że mogę mieć nadzieję? Tak się składa, że niedawno dostałam niewielki spadek... naprawdę nieduży, ale dzięki niemu stać nas z siostrą na skromne utrzymanie, więc nie jestem już uzależniona od tego, co zarabiam.

- Muszę się zastanowić, w jaki sposób można by najlepiej spożytkować pani zdolności - rzekł detektyw. - Przypuszczam, że pani sama też ma jakiś pomysł?

- Pan chyba czyta w myślach, panie Poirot. Ostatnio niepokoje się o jedną z moich przyjaciółek. Oczywiście, może pan uważać, że to tylko gadanie starej panny... efekt wyobraźni. Możliwe, że mam skłonności do pewnej przesady, do doszukiwania się zamysłów tam, gdzie to tylko zbieg okoliczności...

- Nie sądzę, żeby pani przesadzała, panno Carnaby. Proszę mi powiedzieć, co panią niepokoi.

- No cóż, mam przyjaciółkę, bardzo bliską przyjaciółkę, choć w ostatnich latach nie widywałam jej zbyt często. Nazywa się Emmeline Clegg. Wyszła za człowieka mieszkającego na północy Anglii, który umarł przed kilkoma laty, zostawiając jej pokaźny spadek. Od jego śmierci jest bardzo nieszczęśliwa i samotna i niestety w pewnym sensie to raczej głupia, za to przesądna kobieta. Religia, panie Poirot, może być wielką pomocą i podporą.... ale tylko religia ortodoksyjna.

- Myśli pani o Kościele greckokatolickim? - zapytał Poirot.

Panna Carnaby była wyraźnie wstrząśnięta.

- Ależ skąd! O Kościele anglikańskim. I chociaż nie pochwalam rzymskich katolików, to przynajmniej są oni uznani. A metodyści czy kongregacjoniści... to znane, szacowne wyznania. Nie, ja mówię o tych dziwnych sektach, które wyrastają jak grzyby po deszczu. One potrafią przemawiać do duszy, ale czasami mam bardzo poważne wątpliwości, czy kryje się za tym wszystkim prawdziwa religia.

- I myśli pani, że pani przyjaciółka padła ofiarą jednej z takich sekt?

- Tak. Właśnie tak! Nazwali się Stadem Pasterza. Maja siedzibę w Devonshire... bardzo piękną posiadłość nad morzem. Wyznawcy zjeżdżają się tam na tak zwane rekolekcje. Trwa to przez dwa tygodnie, podczas których odprawia się tam różne obrzędy i posługi religijne. Każdego roku odbywają się trzy wielkie festiwale - Nadejście Paszy, Pełna Pasza i Zbieranie Paszy.

- Głupia nazwa, ponieważ paszy się nie zbiera - wtrącił Poirot.

- Tam wszystko jest głupie - oświadczyła z przekonaniem panna Carnaby. - Wyznawcy sekty skupiają się wokół głowy tego ruchu, Wielkiego Pasterza, jak go nazywają. To niejaki doktor Andersen. Zdaje się, że jest wyjątkowo przystojny, z prezencją.

- Atrakcyjny dla kobiet, to chciała pani powiedzieć?

- Tak, niestety. - Panna Carnaby westchnęła.

- Mój ojciec też był bardzo przystojny. Czasami bardzo to utrudniało życie w naszej parafii. Ta rywalizacja w wyszywaniu ornatów... w podziale zajęć kościelnych...

Pokiwała głową, zatopiona we wspomnieniach.

- Czy do tej sekty należą głównie kobiety?

- Z tego, co wiem, przynajmniej w trzech czwartych. Mężczyźni, jeżeli już się tam trafiają, to zwykle sami maniacy! Powodzenie tego ruchu zależy wyłącznie od kobiet.... i od funduszy, których dostarczają.

- Nareszcie do tego doszliśmy - rzekł Poirot. - Wiec pani uważa, że cała ta impreza to oszustwo?

- Szczerze mówiąc, tak, panie Poirot. I jeszcze jedno mnie martwi. Przypadkiem dowiedziałam się, że moja przyjaciółka tak dała się omamić, że niedawno spisała testament, na mocy którego cały swój majątek zostawia sekcie.

- Czy ktoś jej to podsunął? - zapytał detektyw ostro.

- Żeby być szczerą, nie. To był wyłącznie jej pomysł. Wielki Pasterz ukazał jej nowe życie... więc wszystko, co posiada, spożytkowane będzie po jej śmierci dla dobra sprawy. Ale tak naprawdę, to martwię się, że...

- Tak, słucham.

- Wśród tych dewotek było kilka bogatych kobiet. Nie mniej niż trzy z nich zmarły w ciągu ostatniego roku.

- Zostawiając cały majątek sekcie?

- Tak.


- Ich rodziny nie protestowały? Nikt nie próbował podważyć testamentu?

- Widzi pan, panie Połrot, do sekty należą przeważnie kobiety samotne. Takie, które nie mają bliskich krewnych ani przyjaciół.

Poirot w zamyśleniu pokiwał głową.

- Oczywiście, nie mam prawa niczego sugerować - ciągnęła pośpiesznie panna Carnaby. - O ile wiem, te wypadki śmiertelne były całkiem naturalne. Jedna, zdaje się, zmarła na zapalenie płuc w następstwie grypy, inna w związku z wrzodem żołądka. Nie było żadnych podejrzanych okoliczności, jeśli rozumie pan, co mam na myśli, poza tym one nie umarły w Sanktuarium Zielonych Wzgórz, lecz we własnych domach. Nie wątpię, że wszystko jest w porządku, niemniej jednak.... no cóż, nie chciałabym, żeby to samo przydarzyło się Emmie.

Splotła dłonie, spoglądając błagalnym wzrokiem na Poirota.

Ten zaś przez dłuższą chwilę siedział w milczeniu. Kiedy znów się odezwał, w jego głosie zaszła wyraźna zmiana. Stał się poważny i głęboki.

- Czy poda mi pani albo wyszuka nazwiska i adresy tych członków sekty, którzy umarli w ostatnim czasie?

- Naturalnie, panie Poirot.

- Mademoiselle - rzekł detektyw - myślę, że jest pani kobietą odważną i zdecydowaną. Ma pani zdolności aktorskie. Czy chciałaby pani podjąć się zadania, które może się wiązać z niebagatelnym niebezpieczeństwem?

- Niczego bardziej nie pragnę - odparła nieustraszona panna Carnaby.

- Ryzyko może być poważne - przestrzegł detektyw. - Rozumie pani, albo to ślepy strzał, albo poważna spraw. Żeby się o tym przekonać, będzie pani musiała stać się jedną z członkiń Wielkiego Stada. Proponuję, żeby wyolbrzymiała pani wysokość spadku, który pani właśnie odziedziczyła. Od tej chwili jest pani bogatą kobietą bez sprecyzowanego celu w życiu. Niech pani posprzecza się z Emmeline na temat religii, którą przyjęła. Proszę jej wmawiać, że to jedna wielka bzdura. Ona będzie chciała panią przekonać. Da się pani namówić na wizytę w Sanktuarium Zielonych Wzgórz, a tam ulegnie pani sile perswazji i magnetyzmowi doktora Andersena. Czy można powierzyć pani takie zadanie?

Panna Carnaby uśmiechnęła się skromnie i mruknęła:

- Myślę, że poradzę sobie z tym bez kłopotu!
II
- I cóż mi pan przynosi, przyjacielu? Nadinspektor Japp spojrzał w zamyśleniu na małego

człowieczka, który zadał to pytanie.

- Nie to, co bym chciał, Poirot - odrzekł ponuro. - Nienawidzę tych długowłosych maniaków religijnych jak zarazy. Ogłupiają tylko ludzi. Ale ten gość jest ostrożny. Nie można się do niego przyczepić. Wygląda to wprawdzie na zwariowaną imprezę, ale nieszkodliwą.

- Czy dowiedział się pan czegoś o doktorze Andersenie?

- Sprawdziłem jego przeszłość. Był obiecującym chemikiem, ale wyrzucono go z jakiegoś niemieckiego uniwersytetu. Zdaje się, że jego matka była Żydówką. Zawsze interesował się mitami i religiami Wschodu, poświęcał temu cały wolny czas, pisał o tym artykuły... niektóre z nich są w moim odczuciu zupełnie zwariowane.

- A więc możliwe, że to autentyczny fanatyk?

- Muszę przyznać, że to bardzo prawdopodobne!

- A co z tymi nazwiskami i adresami, które panu dałem?

- Ano nic. Panna Everitt zmarła na zapalenie wrzodu żołądka. Lekarz jest absolutnie pewny, że nie było żadnych machlojek. Pani Lloyd umarła na zapalenie płuc połączone z bronchitem. Lady Western zmarła na gruźlicę. Chorowała na nią już wcześniej, zanim jeszcze związała się z tą grupą. Panna Lee umarła na dur brzuszny... podobno w następstwie zjedzenia jakiejś sałatki gdzieś na północy Anglii. Trzy z nich zachorowały i umarły u siebie w domu, a pani Lloyd umarła w hotelu na południu Francji. Nic nie wskazuje na związek tych zgonów z Wielkim Stadem ani z posiadłością Andersena w Devonshire. Według Cockera wszystko jest w absolutnym porządku.

Herkules Poirot westchnął.

- A jednak, mon cher, wydaje mi się, że będzie to dziesiąta praca Herkulesa. Doktor Andersen to olbrzym Geryon, moją zaś misją jest go zniszczyć.

Japp spojrzał na niego zaniepokojony.

- Poirot, nie czytał pan ostatnio jakiejś szemranej literatury?

- Moje uwagi są jak zawsze trafne, mądre i na temat - odrzekł Poirot z godnością.

- Mógłby pan sam stworzyć jakąś nową religię - rzekł Japp. - Na przykład pod wezwaniem: .,Nie masz nikogo mądrzejszego nad Herkulesa Poirot, amen". Powtarzać ad libitum!
III
- Cudowny jest tutejszy spokój - powiedziała panna Carnaby, oddychając głęboko i z zapałem.

- A nie mówiłam, Amy? - odparła Emmeline Clegg.

Dwie przyjaciółki siedziały na zboczu wzgórza, spoglądając na głęboki błękit morza. Wokół nich trawa była soczystozielona, a ziemia i skały ognistoczerwone. Mała posiadłość zwana Sanktuarium Zielonych Wzgórz zajmowała cypel o powierzchni około sześciu akrów, połączony ze stałym lądem tak wąskim paseczkiem ziemi, że była to nieomal wyspa.

Pani Clegg pomrukiwała sentymentalnie:

- Czerwona ziemia, ziemia wybrana i obiecana, gdzie dopełni się potrójne przeznaczenie... Panna Carnaby westchnęła głęboko i rzekła:

- Uważam, że Mistrz tak pięknie to ujął na wczorajszym kazaniu.

- Poczekaj na dzisiejszy festiwal! - odrzekła przyjaciółka. - Pełny Rozkwit Paszy!

- Nie mogę się doczekać - powiedziała panna Carnaby.

- Przekonasz się, że to wspaniałe przeżycie duchowe.

Panna Carnaby przebywała w Sanktuarium Zielonych Wzgórz od tygodnia. Jej komentarze po przyjeździe brzmiały: "A to co za bzdury? Wiesz, Emmie, żeby taka rozsądna kobieta jak ty..." i tak dalej.

Podczas wstępnej rozmowy z doktorem Andersenem od razu jasno sprecyzowała swoje stanowisko.

- Nie chciałabym, żeby źle zrozumiano powody mojego przyjazdu tutaj, doktorze. Mój ojciec był pastorem anglikańskim i nigdy nie zachwiałam się w swojej wierze. Nie pociągają mnie pogańskie doktryny.

Potężnie zbudowany, złotowłosy mężczyzna uśmiechnął się do niej miłym, pełnym wyrozumiałości uśmiechem. Spojrzał pobłażliwie na krępą, wojowniczą postać siedzącą sztywno na krześle.

- Droga panno Carnaby, jest pani przyjaciółką pani Clegg i jako taką serdecznie panią witamy. Proszę mi wierzyć, nasze doktryny nie są pogańskie. Wszystkie religie są u nas mile widziane i wszystkie cenimy na równi.

- To niedobrze - odrzekła nieodrodna córka świętej pamięci wielebnego Thomasa Carnaby.

Mistrz odchylił się na krześle i mruknął głębokim głosem:

- Wiele jest pokoi w domu Pana mojego... Pamięta pani, panno Carnaby?

Po tej rozmowie panna Carnaby szepnęła do przyjaciółki:

- To rzeczywiście niezwykle przystojny mężczyzna.

- O tak - przyznała pani Clegg. - I taki uduchowiony.

Panna Carnaby zgodziła się od razu. Była to prawda, czuła to, tę atmosferę anielskości, uduchowienia...

Wzięła się w karby. Nie po to tu przyjechała, żeby stać się ofiarą fascynacji, duchowej czy innej, Wielkim Pasterzem. Wyobraziła sobie Herkulesa Poirot. Wydawał jej się dziwnie daleki i dziwnie doczesny...

- Amy - przywołała się do porządku - weź się w garść. Pamiętaj, po coś tu przyjechała.

Jednakże z upływem dni stwierdzała, że aż nazbyt łatwo poddaje się urokowi Zielonych Wzgórz. Spokój, prostota, wyśmienite, choć proste jedzenie, piękne kazania i pieśni o miłości i wielbieniu, poruszające słowa Mistrza, odwołujące się do najczystszych wartości ludzkości - wszelkie konflikty i brudy życia nie miały tu prawa wstępu. Tutaj panowały wyłącznie miłość i spokój. Tego dnia zaś miał się rozpocząć wielki letni festiwal, festiwal Pełnej Paszy, podczas którego ona, Amy Carnaby, miała przejść inicjację i stać się jedną ze Stada. Festiwal odbywał się w błyszczącym, białym budynku z betonu, zwanym przez nowicjuszy Świętą Zagrodą. Wyznawcy zbierali się tam tuż przed zachodem słońca. Ubrani byli w owcze skóry i sandały. Ramiona mieli odkryte. W środku zagrody, na wysokiej platformie, stał doktor Andersen. Ten potężny mężczyzna o złotych włosach, błękitnych oczach, jasnej brodzie i regularnych rysach twarzy nigdy jeszcze nie wyglądał bardziej zniewalająco. Ubrany w zieloną szatę, trzymał w dłoni złoty kij pasterski.

Kiedy go uniósł ponad głowę, wśród zebranych zapadła śmiertelna cisza.

- Gdzie są moje owieczki? Odpowiedź padła z tłumu wiernych:

- Jesteśmy tutaj, o pasterzu.

- Natchnijcie swe serca radością i dziękczynieniem. To święto radości.

- To święto radości i jesteśmy radośni.

- Nie zaznacie więcej smutku ani bólu. Jest tylko radość!

- Tylko radość...

- Ile głów ma Pasterz?

- Trzy głowy: głowę ze złota, głowę ze srebra i głowę z dźwięcznego mosiądzu.

- Ile postaci ma Pasterz?

- Trzy postacie: postać z .ciała, postać z rozkładu i postać ze światła.

- W jaki sposób zostaniecie przyjęci do Stada?

- Sakramentem krwi.

- Czy jesteście gotowi przyjąć ten sakrament?

- Jesteśmy gotowi.

- Zakryjcie oczy i wyciągnijcie prawe ramiona.

Wierni posłusznie przewiązali oczy zielonymi szarfami, rozdane im uprzednio w tym celu. Panna Carnaby, śladem pozostałych, wyciągnęła prawe ramię.

Wielki Pasterz przechodził między rzędami wyznawców. Rozległy się ciche krzyki i jęki, bólu lub ekstazy.

- To jedno wielkie bluźnierstwo! - powiedziała w duchu panna Carnaby. - Taka histeria religijna jest godna ubolewania. Muszę zachować absolutny spokój i obserwować reakcje innych. Nie dam się omamić, nie...

Podszedł do niej Wielki Pasterz. Poczuła, jak bierze ją za ramię, poczuła ostry, kłujący ból, jakby od ukłucia igłą. Głos Pasterza powiedział cicho:

- Sakrament krwi, który przynosi radość... Przeszedł dalej.

Wkrótce padł rozkaz:

- Odsłońcie oczy i napawajcie się radością ducha!

Słońce właśnie zachodziło. Panna Carnaby rozejrzała się. Razem z innymi wyszła powoli z Zagrody. Nagle poczuła się podniesiona na duchu, szczęśliwa. Opadła na miękką trawę. Jak mogła myśleć, że jest samotną, niechcianą kobietą w średnim wieku? Życie jest cudowne... ona sama jest cudowna! Mogła myśleć... marzyć. Nie było takiej rzeczy, której by nie potrafiła osiągnąć!

Przepełniała ją potężna fala uniesienia. Obserwowała przechodzących obok niej innych wiernych - zdawało się, że nagle urośli do niebotycznych rozmiarów.

- Jak drzewa kroczące - powiedziała sama do siebie głosem pełnym czci.

Uniosła dłoń. Był to gest pełen zdecydowania - tak, mogła-panować nad całą Ziemią. Cezar, Napoleon, Hitler - biedne mizerne istoty! Nie mieli pojęcia, czego może dokonać ona - Amy Carnaby! Jutro zarządzi pokój na świecie, powoła Braterstwo Międzynarodowe. Nie będzie więcej wojen, biedy, chorób. Ona, Amy Carnaby, zaprojektuje Nowy Świat.

Lecz pośpiech nie jest konieczny. Czas jest nieskończony... Minuta następuje po minucie, godzina po godzinie. Panna Carnaby poczuła ociężałość kończyn, ale jej umysł był cudownie wolny. Mógł ogarnąć w każdej chwili cały wszechświat. Spała, lecz nawet podczas snu marzyła... Przestrzenie... wielkie gmachy... nowy cudowny świat...

Stopniowo świat zaczął się kurczyć. Panna Carnaby ziewnęła. Poruszyła zesztywniałymi kończynami. Co się wydarzyło od wczoraj? Zeszłej nocy śniło jej się...

Na niebie stał księżyc. W jego świetle panna Carnaby z trudem dojrzała tarczę zegarka. Ku jej zdumieniu, wskazówki pokazywały za kwadrans dziesiątą. Wiedziała, że słońce zaszło o ósmej dziesięć. Zaledwie nieco ponad półtorej godziny temu? Niemożliwe. A jednak...

- Bardzo to dziwne - powiedziała w duchu panna Carnaby.
IV
- Musi pani ściśle zastosować się do moich poleceń - oświadczył Herkules Poirot. - Rozumie pani?

- Oczywiście, panie Poirot. Może pan na mnie polegać.

- Czy powiedziała już pani o swoim zamiarze dofinansowania sekty?

- Tak, panie Poirot. Rozmawiałam z Mistrzem... przepraszam, z samym doktorem Andersenem. Ze wzruszeniem powiedziałam mu, jak cudownym objawieniem był dla mnie pobyt u niego... jak pojechałam tam, by szydzić, a wyjeżdżam, by wierzyć. Ja... naprawdę, te słowa przyszły mi całkiem naturalnie. Widzi pan, doktor Andersen ma wiele magicznego czaru.

- Właśnie widzę - skwitował Poirot sucho.

- Był tak przekonujący. Ma się wrażenie, że on wcale nie dba o pieniądze. "Proszę dać tyle, ile pani może - powiedział z tym swoim rozbrajającym uśmiechem. - A jeżeli nie może pani dać nic, nie szkodzi. I tak należy pani do Stada". "Ależ doktorze - powiedziałam. - Nie jestem aż taka biedna. Właśnie odziedziczyłam spora sumkę po dalekim krewnym i chociaż nie mogę pobrać pieniędzy, dopóki wszystkim formalnościom nie stanie się zadość, to jednak jest coś, co chciałabym uczynić natychmiast". Wyjaśniłam, że spiszę testament i że chciałabym zapisać wszystko naszemu bractwu. Powiedziałam, że nie mam bliskich krewnych.

- A on łaskawie przystał na ten zapis?

- Podszedł do tego bardzo spokojnie. Powiedział, że będę żyła jeszcze wiele lat, że wie, iż mam przed sobą długie lata radości i spełnienia duchowego. On mówi tak poruszająco.

- Na to wygląda - rzekł sucho Poirot. - Czy wspominała pani o swoim zdrowiu?

- Tak, panie Poirot. Powiedziałam, że mam chore płuca, że to się powtarzało, ale że ostatnia kuracja w sanatorium przed kilkoma laty chyba mnie wyleczyła.

- Znakomicie!

- Chociaż nie mogę zrozumieć, dlaczego muszę mówić, że choruję na płuca, skoro jestem zdrowa jak ryba.

- Może być pani pewna, że to konieczne. Wspomniała pani o swojej przyjaciółce?

- Tak. Powiedziałam mu w najgłębszym zaufaniu, że kochana Emmeline, oprócz majątku, który odziedziczyła po mężu, wkrótce dostanie jeszcze większą sumę od ciotki, która jest do niej ogromnie przywiązana.

- Eh:bien, to powinno zapewnić pani Clegg bezpieczeństwo na pewien czas!

- Panie Poirot, czy pan naprawdę podejrzewa coś złego?

- Właśnie zamierzam się o tym przekonać? Czy w Sanktuarium spotkała pani pana Cole'a?

- Kiedy tam pojechałam ostatnio, był tam jakiś pan Cole. To bardzo dziwny człowiek. Nosi jasnozielone szorty i jada tylko kapustę. To bardzo gorliwy wierny.

- Eh hien, wszystko układa się pomyślnie. Proszę przyjąć wyrazy uznania za pani pracę. Teraz wszystko już jest przygotowane na festiwal jesienny.
V
- Proszę zaczekać, panno Carnaby.

Pan Cole chwycił pannę Carnaby za ramię, wpatrując się w nią błyszczącymi, rozgorączkowanymi oczyma.

- Miałem widzenie... nadzwyczajne widzenie. Muszę pani o tym opowiedzieć.

Panna Carnaby westchnęła. Trochę się bała pana Cole'a i jego widzeń. Czasami była niemal pewna, że pan Cole to szaleniec.

Przekonała się, że jego widzenia bywają dosyć żenujące. Przywodziły jej na myśl pewne śmiałe ustępy z tej nowoczesnej niemieckiej książki o podświadomości, którą czytała przed przyjazdem do Devonu.

Pan Cole, z błyszczącymi oczyma i rozedrganymi wargami, zaczął opowiadać z ożywieniem.

- Medytowałem, koncentrując się na pełni życia i najwyższej radości, aż nagle, mając otwarte oczy, ujrzałem...

Panna Carnaby zebrała się w sobie, z nadzieją, że to, co ujrzał pan Cole, nie będzie podobne do tego, co widział ostatnim razem - rytualnego aktu ślubu boga i bogini w starożytnej Sumerii.

- Ujrzałem - pan Cole nachylił się ku niej, oddychając ciężko i wpatrując się w nią (naprawdę!) oczami szaleńca - proroka Eliasza, zstępującego z nieba na ognistym rydwanie.

Panna Carnaby odetchnęła z ulgą. Eliasz był już lepszy, nie miała nic przeciwko niemu.

- Później - ciągnął pan Cole - były ołtarze Baala... całe setki ołtarzy. ,,Patrz, pisz i świadcz o tym, co będzie ci dane zobaczyć" - zawołał do mnie głos.

Zamilkł.


- Tak? - mruknęła uprzejmie panna Carnaby.

- Na ołtarzach leżały ofiary, skrępowane bezbronne, czekające na cios noża. Dziewice, całe setki dziewic, pięknych nagich dziewic...

Pan Cole mlasnął. Panna Carnaby zarumieniła się.

- Wtem nadleciały kruki, kruki Odyna. Leciały z północy. Spotkały się z krukami Eliasza i razem krążyły na niebie, pikowały, wydziobywały oczy ofiarom... słyszałem jęki i zgrzyt zębów, a głos krzyknął: "Patrz na sakrament, w tym bowiem dniu Jehowa i Odyn połączą się braterstwem krwi!" A potem księża rzucili się na swe ofiary, wznosząc noże, kalecząc je i...

- Przepraszam na chwileczkę.

Panna Carnaby z desperacją wydarła się z rąk prześladowcy, który ślinił się w sadystycznym zapamiętaniu.

Czym prędzej zaczepiła Lipscomba, który zajmował domek przy bramie wjazdowej na teren Zielonych Wzgórz i który nader szczęśliwie "pojawił się w pobliżu.

- Czy przypadkiem nie zauważył pan mojej broszki? - zagadnęła go. - Musiałam ją gdzieś tu zgubić.

Lipscomb, który był doskonale odporny na słodycz i spokój Zielonych Wzgórz, warknął tylko, że nie widział żadnej broszki. Nie jego sprawa szukać zagubionych rzeczy. Próbował pozbyć się panny Carnaby, lecz ona nie odstępowała go, paplając o swojej broszce, dopóki nie znalazła się w bezpiecznej odległości od zapamiętałego pana Cole'a.

Z Wielkiej Zagrody wyszedł sam Mistrz. Ośmielona jego dobrodusznym uśmiechem, panna Carnaby odważyła się odkryć przed nim swe myśli.

- Czy Mistrz nie sądzi, że pan Cole jest... jest... Mistrz oparł jej dłoń na ramieniu.

- Musisz się wyzbyć strachu - powiedział. - Miłość doskonała usuwa strach. - Ale ja myślę, że pan Cole jest obłąkany. Te jego widzenia...



1   ...   11   12   13   14   15   16   17   18   19


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna