Agatha christie



Pobieranie 1,09 Mb.
Strona13/19
Data24.10.2017
Rozmiar1,09 Mb.
1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   ...   19

Poirot wstrzelił się z pytaniem.

- Pani Larkin? Mój drogi, nie ma sensu pytać mnie, kim ona jest. Kim są ludzie w dzisiejszych czasach? Powiadają, że dobrze jeździ konno i widać, że jest bardzo zamożna. Jej mąż był kimś w City. Umarł, nie rozwiodła się. Ona tu mieszka od niedawna, sprowadziła się zaraz po Graniach. Zawsze uważałam, że...

Lady Carmichael przerwała. Otworzyła usta, oczy wyszły jej z orbit. Pochyliła się i nożem do papieru, który trzymała w ręku, uderzyła Poirota po kostkach dłoni. Nie bacząc na jego syk bólu, wykrzyknęła z podnieceniem: - Ależ to jasne! Wiec to dlatego pan tu przyjechał! Podstępny potworze, musi mi pan zaraz wszystko opowiedzieć!

- Ale o czym?

Lady Carmichael wymierzyła następny żartobliwy cios, którego detektyw zwinnie uniknął.

- Poirot, niech pan nie będzie jak ten ślimak w skorupie! Widzę, że już panu drgają wąsy. To jasne, że sprowadziła tu pana jakaś zbrodnia... i bezwstydnie mnie pan podpytuje! Niech no pomyślę... czyżby chodziło o morderstwo? Kto umarł ostatnimi czasy? Tylko stara Louisa Glimore, ale ona miała osiemdziesiąt pięć lat i była schorowana. Na pewno nie o nią chodzi. Biedny Leo Stevenson złamał kark na polowaniu i leży cały w gipsie... wiec to też nie on. A może nie chodzi o morderstwo? Jaka szkoda! Nie przypominam sobie żadnej kradzieży biżuterii w ostatnim czasie... A może szuka pan po prostu jakiegoś przestępcy... Czy chodzi o Beryl Larkin? Otruła męża? Może to z powodu wyrzutów sumienia jest taka dziwna?

- Madame, madame - przerwał jej Herkules Poirot. - Zbyt prędko wyciąga pani wnioski.

- Bzdura. Pan coś kombinuje, Poirot.

- Czy jest pani na bieżąco z klasyką, madame?

- A co klasyka ma z tym wspólnego?

- Ano to, że podjąłem rywalizację z moim wielkim poprzednikiem, Herkulesem. Jedną z prac Herkulesa było okiełznanie klaczy Diomedesa.

- Niech mi pan nie wmawia, że przyjechał pan tutaj trenować konie... w pańskim wieku i w nieodłącznych lakierkach! Nie wygląda mi pan na takiego, który choć raz siedział w siodle!

- Konie, madame, są w tym wypadku symboliczne. Były to dzikie klacze, które żywiły się ludzkim mięsem.

- Bardzo to nieładnie z ich strony. Zawsze uważałam, że ci starożytni Grecy i Rzymianie byli niesympatyczni. Nie mogę pojąć, dlaczego księża z takim upodobaniem cytują klasyków... po pierwsze, nie sposób zrozumieć, o co im chodzi, a po drugie zawsze byłam zdania, że tematyka klasyków niezbyt pasuje do księży. Tyle tam kazirodztwa, i te kompletnie gołe posągi... ja wprawdzie nie mam nic przeciwko temu, ale wie pan, jacy są księża... denerwują się nawet, jeżeli dziewczyna przyjdzie do kościoła bez pończoch! Zaraz, o czym to ja mówiłam?

- Sam już nie wiem.

- Przypuszczam, ohydo w ludzkiej skórze, że nie powie mi pan, czy pani Larkin zamordowała swojego męża? A może Anthony Hawker jest tym mordercą z Brighton?

Spojrzała na niego z nadzieją, lecz twarz Herkulesa Poirota pozostała nieprzenikniona.

- A może chodzi o fałszerstwo? - Lady Carmichael nie zaprzestała domysłów. - Niedawno spotkałam panią Larkin w banku, z samego rana. Właśnie realizowała czek na pięćdziesiąt funtów... pomyślałam sobie wtedy, że to mnóstwo pieniędzy jak na gotówkę. Ależ nie, odwrotnie, gdyby sfałszowała czek, to przecież by wpłaciła pieniądze, dobrze mówię? Poirot, jeżeli dalej będzie pan tak siedział jak sowa i nic nie mówił, to chyba czymś w pana rzucę!

- Musi pani uzbroić się w cierpliwość - rzekł Herkules Poirot.
IV
Ashley Lodge, rezydencja generała Granta, nie była zbyt wielką posiadłością. Położona na zboczu wzgórza, miała niezłe stajnie i wybujały, nieco zapuszczony ogród.

Wnętrze domu pośrednik handlu nieruchomościami określiłby zapewne jako "całkowicie umeblowane". Posążki Buddy siedzącego ze skrzyżowanymi nogami spoglądały ze swoich wnęk, mosiężne tace z Benares i stoliki zagracały podłogi. Procesje słoni ozdabiały gzymsy kominków, na ścianach zaś wisiały przedmioty ze zmaltretowanego mosiądzu.

W samym środku tego anglo-indyjskiego domostwa zasiadał w wielkim, podniszczonym fotelu generał Grant, opierając obandażowaną nogę na sąsiednim krześle.

- Podagra - wyjaśnił - Cierpiał pan kiedyś na podagrę, panie, hm... Poirot? Cholernie psuje humor! Wszystko przez mojego ojca. Całe życie pił porto, tak jak i dziadek. Odbiło się to na mnie. Napije się pan? Może zadzwoni pan na tego mojego chłopaka?

Pojawił się służący w turbanie. Generał Grant, zwracając się do niego per Abdul, kazał mu przynieść whisky i wodę sodową. Kiedy służący wrócił, generał nalał gościowi porcję tak solidną, że Poirot zmuszony był zaprotestować.

- Niestety, nie mogę dotrzymać panu towarzystwa, panie Poirot. - Generał ze smutkiem spojrzał na karafkę.

- Mój lekarz twierdzi, że to dla mnie trucizna. Niech pan nie myśli, że on ma o tym jakieś pojęcie. Kupa ignorantów, ci lekarze. Potrafią tylko psuć ludziom życie. Cieszą się, jak mogą pozbawić człowieka jedzenia i picia i kazać mu wsuwać jakieś papki w rodzaju gotowanej ryby. Gotowana ryba, fuj!

Powodowany oburzeniem, generał nieostrożnie poruszył chorą nogą i ryknął z przeszywającego bólu. Przeprosił gościa za swoje zachowanie.

- Jestem jak niedźwiedź, którego rozbolała głowa. Jak mnie łapie atak podagry, dziewczęta schodzą mi z oczu. Ja tam ich nie winie. Słyszałem, że poznał pan jedną z nich?

- Tak, miałem tę przyjemność. Pan, zdaje się, ma kilka córek?

- Cztery - odparł generał posępnie - I ani jednego chłopaka. Cztery zatracone dziewuszyska. W dzisiejszych czasach to jeden wielki kłopot.

- Słyszałem, ze wszystkie są urocze.

- Wcale niezłe, wcale niezłe. Tyle że nigdy nie wiem, co one tam kombinują. Dziś nie sposób utrzymać dziewcząt pod kontrolą. Swobodne czasy... wszędzie za dużo swobody. Co mężczyzna może na to poradzić? Przecież nie mogę ich zaniknąć pod kluczem.

- Sądzę, że są bardzo popularne w sąsiedztwie?

- Niektóre stare zołzy ich nie lubią - odrzekł generał Grant. - Tutaj niejedna stara baba stroi się na podlotka. Człowiek musi uważać. Jedna z tych błękitnookich wdówek o mało mnie nie złapała... przychodziła tu do mnie i mruczała jak kotka: "Biedny generale Grant, pan musiał mieć takie ciekawe życie". - Grant puścił oko i przytknął palec do nosa. - Za bardzo to było oczywiste, panie Poirot. Ale w sumie uważam, że to nie najgorsze miejsce pod słońcem. Jak na mój gust może tylko trochę zbyt prężne i hałaśliwe. Lubiłem wieś wtedy, kiedy była to prawdziwa wieś, bez ryku samochodów, jazzu i wiecznego, przeklętego radia. Nie pozwolę na radio pod moim dachem i dziewczęta wiedzą o tym. W końcu człowiek ma prawo do chwili spokoju we własnym domu. Poirot delikatnie skierował rozmowę na Anthony Hawkera.

- Hawker? Hawker? Nie znam go. Zaraz, tak, a jednak go znam. Paskudny facet o zbyt blisko osadzonych oczach. Niech pan nigdy nie ufa ludziom, którzy nie potrafią patrzeć prosto w oczy.

- Zdaje się, że jest zaprzyjaźniony z pańską córką, Sheilą?

- Z Sheilą? Nie wiedziałem. Dziewczęta o niczym mi nie mówią. - Krzaczaste brwi opadły niżej nad nos, sterczący z czerwonej twarzy, a świdrujące niebieskie oczy wbiły się w Herkulesa Poirot. - Chwileczkę, panie Poirot, o co właściwie chodzi? Mógłby mi pan powiedzieć, co pana do mnie sprowadza?

- Trudno to wyjaśnić - odparł detektyw powoli. - Chyba sam dobrze nie wiem. Mogę powiedzieć tylko tyle: pańska córka Sheilą - a może wszystkie pańskie córki - znalazły sobie nieodpowiednich przyjaciół.

- Wpadły w złe towarzystwo, tak? Trochę się tego obawiałem. Czasami słyszy się to i owo. - Spojrzał na detektywa patetycznie. - I co ja mam z tym zrobić, panie Poirot? Co ja mam zrobić?

Detektyw z zakłopotaniem potrząsnął głową.

- Co jest nie w porządku z tą paczkę, do której one się dostały? - zapytał generał Grant.

Poirot odpowiedział pytaniem:

- Czy zauważył pan, generale Grant, żeby któraś z pańskich córek była markotna, podniecona, a potem przybita, zdenerwowana... zmienna w nastrojach?

- Do diabła, gada pan, jakby zachwalał jakiś specyfik. Nie, nic takiego nie zauważyłem.

- Całe szczęście - stwierdził poważnie Poirot.

- Co pan chce przez to powiedzieć, do diabła?

- Narkotyki!

- Co takiego?! - ryknął generał.

- Ktoś usiłuje zrobić z pańskiej córki Sheili nałogową narkomankę. Kokaina bardzo szybko powoduje przyzwyczajenie. Wystarczy tydzień lub dwa. A kiedy już się człowiek przyzwyczai, zapłaci każdą cenę, zrobi absolutnie wszystko, byleby otrzymać kolejną dawkę narkotyku. Może pan sobie wyobrazić, jak bogaty połów wyciąga z tego osoba, która handluje narkotykami.

Detektyw w milczeniu słuchał gniewnych przekleństw, które posypały się z ust starego generała. Po chwili, kiedy pierwszy ogień już wygasł i zakończył się szczegółowy opis tego, co on, generał Grant, zrobi z tym takim a takim synem, kiedy dostanie go w swoje ręce, Herkules Poirot powiedział:

- Najpierw, jak podaje w przepisach wasza niedościgniona pani Beeton, zająca trzeba złapać. Kiedy już złapiemy naszego handlarza narkotyków, z największą przyjemnością przekażę go w pańskie ręce, generale.

Detektyw wstał i potknął się o bogato rzeźbiony stolik. Odzyskał równowagę opierając się o generała i mruknął:

- Tysiąckrotnie przepraszam i błagam pana, generale, błagam, niech pan nie mówi ani słowa na ten temat swoim córkom.

- Co? Już ja z nich wycisnę całą prawdę, ot co!

- Otóż nie wyciśnie pan nic. Jedyne, co pan usłyszy, to kłamstwa.

- Do diabła, ależ...

- Zapewniam pana, generale Grant, że musi pan się pohamować. To sprawa najwyższej wagi... rozumie pan? Najwyższej!

- Zgoda, jak pan chce - warknął stary wojak. Poddał się, lecz nie był przekonany. Lawirując ostrożnie pomiędzy mosiężnymi precjozami z Benares, Herkules Poirot wyszedł.
V
Salon pani Larkin był pełen ludzi.

Sama pani Larkin mieszała koktajle przy bocznym stoliku. Była to wysoka kobieta o jasnokasztanowych, zebranych w kok włosach. Miała zielonoszare oczy o wielkich czarnych źrenicach. Poruszała się swobodnie, z jakby złowróżbnym wdziękiem. Wyglądała na niewiele ponad trzydzieści lat i dopiero po bliższym przyjrzeniu się widać było zmarszczki w kącikach oczu, zdradzające, że miała o dobre dziesięć lat więcej niż się wydawało na pierwszy rzut oka.

Herlukesa Poirot przyprowadziła tam pewna energiczna pani w średnim wieku, przyjaciółka lady Carmichael. Detektyw otrzymał koktajl, wraz z poleceniem, by zaniósł drugj kieliszek siedzącej pod oknem dziewczynie. Dziewczyna była drobna, jasnowłosa, o lekko zaróżowionej, podejrzanie anielskiej twarzy. Jej oczy, na co Poirot natychmiast zwrócił uwagę, miały czujny, nieufny wyraz.

- Za pani nieustające zdrowie, mademoiselle - wzniósł toast detektyw.

Skinęła tylko głową i wypiła. Nagle powiedziała:

- Pan zna moją siostrę.

- Pani siostrę? A, więc pani jest jedną z panien Grant?

- Nazywam się Pam Grant.

- A gdzie się dziś podziewa pani siostra?

- Jest na polowaniu. Wkrótce powinna wrócić.

- Spotkałem pani siostrę w Londynie.

- Wiem.


- Mówiła pani?

Pam Grant kiwnęła głową. Nagle zapytała:

- Czy Sheila miała jakieś kłopoty?

- A więc nie powiedziała pani o wszystkim? Dziewczyna potrząsnęła głową.

- Był tam Tony Hawker? - spytała.

Zanim Poirot zdążył odpowiedzieć, otworzyły się drzwi i wszedł Tony Hawker w towarzystwie Sheili Grant. Ubrani byli w myśliwskie stroje. Sheila miała ubrudzony błotem policzek.

- Ogólne cześć, wpadliśmy się czegoś napić. Manierka Tony'ego całkiem wyschła.

- O wilku mowa - mruknął Poirot.

- Raczej o diable! - warknęła Pam Grant.

- Ach tak? - rzucił ostro detektyw.

Beryl Larkin podeszła do nowych gości.

- Jesteś już, Tony. Opowiedz, jak poszło. Wylosowaliście Zagajnik Gelerta?

Z wprawą zaciągnęła go do sofy przy kominku. Poirot ujrzał, jak Hawker odchodząc odwrócił głowę i spojrzał na Sheilę.

Sheila spostrzegła Poirota. Zawahała się, po czym podeszła do pary pod oknem.

- A więc to pan był wczoraj u nas w domu? - odezwała się gwałtownie.

- Ojciec pani powiedział? Potrząsnęła głową.

- Abdul mi pana opisał. Sama zgadłam.

- Pan się widział z ojcem? - zawołała Pam.

- A, tak - odparł detektyw. - Mamy wspólnych znajomych.

- Nie wierzę - powiedziała ostro Pam.

- W co pani nie wierzy? Że pani ojciec i ja możemy mieć wspólnych znajomych?

Dziewczyna zarumieniła się.

- Niech pan nie udaje głupiego. Chodzi mi o to, że miał pan inne powody...

Odwróciła się do siostry.

- Dlaczego nic nie mówisz, Sheilo?

Sheila wzdrygnęła się.

- Czy... czy to w związku z Tonym Hawkerem?

- A dlaczego akurat w związku z nim? - odpowiedział pytaniem Poirot.

Sheila zarumieniła się i odeszła do innych gości.

- Nie lubię Tony'ego Hawkera! - wybuchnęła gwałtownie Pam Grant przyciszonym głosem. - Ma w sobie coś... coś złowróżbnego... i ona też... mam na myśli panią Larkin. Proszę im się teraz przyjrzeć.

Poirot spojrzał w ślad za jej wzrokiem.

Hawker nachylił głowę ku pani domu. Wydawało się, że ją pociesza. Pani Larkin na chwilę podniosła głos.

- ...ale ja nie mogę czekać. Chcę dostać zaraz.

- Les femmes - odezwał się Poirot z uśmiechem - zawsze muszą mieć wszystko od razu, prawda?

Pam Grant nie odpowiedziała. Z opuszczoną głową nerwowo skubała fałdy plisowanej tweedowej spódnicy.

- Pani się krańcowo różni od siostry, mademoiselle - powiedział detektyw swobodnym tonem.

Poderwała głowę, zniecierpliwiona banałami.

- Panie Poirot, co Tony dawał Sheili? - zapytała. - Co to jest, to co ją tak zmieniło?

Spojrzał jej prosto w oczy.

- Czy kiedykolwiek zażywała pani kokainę, panno Grant? - spytał.

Potrząsnęła głową.

- Nie! A więc o to chodzi? Kokaina? Ale czy to nie jest niebezpieczne?

Sheila Grant podeszła do nich z nowym kieliszkiem w ręku.

- Co jest niebezpieczne? - powiedziała.

- Rozmawiamy o skutkach zażywania narkotyków - odparł Poirot. - O powolnej śmierci umysłu i ducha... o niszczeniu tego wszystkiego, co w człowieku jest prawdziwe i wartościowe.

Sheila Grant wstrzymała dech. Zakołysała kieliszkiem, rozlewając napój na podłogę. Tymczasem Poirot mówił dalej:

- Sądzę, że doktor Stoddart wyjaśnił pani dokładnie, co pociąga za sobą ta śmierć za życia. Tak łatwo zacząć, a tak trudno skończyć. Ten, kto z premedytacją czerpie korzyści z degradacji i cierpienia innych ludzi, jest wampirem żywiącym się ludzkim ciałem i krwią.

Odwrócił się. Za plecami usłyszał głos Pam Grant, mówiący: "Sheila!" i szept, ledwie dosłyszalny szept Sheili Grant:

- Manierka...

Herkules Poirot pożegnał się z panią Larkin i wyszedł do holu. Na stoliku, obok szpicruty i czapki, leżała myśliwska manierka. Poirot podniósł ją. Widniały na niej inicjały: AH,

- Manierka Tony'ego jest pusta? - mruknął do siebie. Potrząsnął nią delikatnie. Nie usłyszał bulgotu płynu.

Odkręcił nakrętkę.

Manierka Tony'ego Hawkera nie była pusta. Była pełna... pełna białego proszku...
VI
Herkules Poirot stał na tarasie domu lady Carmichael, błagalnie przekonując dziewczynę.

- Pani jest bardzo młoda, mademoiselle. Wierzę, że nie wiedziała pani, nie zdawała pani sobie sprawy z tego, co pani i pani siostry robicie. Jak klacze Diomedesa żywiłyście się ludzkim mięsem.

Sheila wzdrygnęła się i zachlipała.

- Brzmi to straszliwie, tak pan to ujął. Ale to prawda! Nie zdawałam sobie z tego sprawy aż do tego wieczoru w Londynie, kiedy doktor Stoddart ze mną rozmawiał. Był taki poważny, taki szczery. Zrozumiałam wtedy, jakie to straszne, to co zrobiłam... Przedtem myślałam, że to coś... coś jakby kieliszek po pracy. Coś, za co ludzie chętnie zapłacą, ale co w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia.

- A teraz? - zapytał Herkules Poirot.

- Zrobię wszystko, co pan każe - odparła Sheila.

- Ja... porozmawiam z innymi. Doktor Stoddart pewnie nigdy już się do mnie nie odezwie...

- Wprost przeciwnie - rzekł Poirot. - Zarówno doktor Stoddart, jak i ja jesteśmy skłonni pomóc pani ze wszystkich sił w rozpoczęciu nowego życia. Może nam pani zaufać. Ale jedną rzecz musimy załatwić - musimy zniszczyć pewną osobę, zniszczyć całkowicie, a tylko pani i pani "siostry" możecie tego dokonać. Tylko i wyłącznie wasze zeznania mogą doprowadzić do wyroku skazującego.

- Pan myśli o... moim ojcu?

- Nie o pani ojcu, mademoiselle. Czyż nie mówiłem pani, że Herkules Poirot wie wszystko? Na policji bez trudu rozpoznano pani zdjęcie. Nazywa się pani Sheila Kelly i jest pani notoryczną złodziejką okradającą sklepy, skazaną kilka lat temu na dom poprawczy. Po zwolnieniu skontaktował się z panią człowiek tytułujący siebie generałem Grantem i zaproponował pani objęcie tej posady... posady "córki". Obiecywał mnóstwo pieniędzy, zabawy, rozrywki. Pani zaś miała jedynie pokazywać "wąchadlo" znajomym, udając, że to kto inny je pani dostarczył. To samo się tyczy pani "sióstr".

Przerwał na moment.

- Niestety, mademoiselle... tego człowieka należy zdemaskować i skazać. A potem...

- Potem?

Poirot zakaszlał i rzekł z uśmiechem:

- Zostanie pani poświęcona służbie bogom...
VII
Michael Stoddart patrzył na Poirota ze zdumieniem. - generał Grant? - wybąkał. - Generał Grant? - Otóż, mon cher. Cała ta mise en scene* była, jak byś to powiedział, "mocno fałszywa". Te posążki Buddy, te mosiądze z Benares, ten służący Hindus! No i podagra! Podagra to przecież przeżytek. Cierpią na nią jeszcze bardziej podeszli w latach panowie... ale nie ojcowie dziewiętnastoletnich córek.

Co więcej, sprawdziłem to. Wychodząc potknąłem się i oparłem o tę rzekomą chorą nogę. Dżentelmen ów tak się przejął tym, co mówiłem, że nawet tego nie zauważył. O tak, fałszywy jest nasz generał, bardzo fałszywy. Tout de meme*, pomysł był wcale dobry. Emerytowany generał po służbie w Indiach, dobrze znana karykaturalna postać z chorą wątrobą i cholerycznym usposobieniem, osiedla się nie wśród innych emerytowanych wojskowych, o nie, on sobie znajduje milieu* o wiele za drogie dla przeciętnego emerytowanego żołnierza. Takie, gdzie jest wielu bogaczy, ludzi z Londynu, gdzie ma znakomite pole do rozprowadzania towaru. A któż by podejrzewał cztery żywe, atrakcyjne młode dziewczęta? Jeżeli cokolwiek wyjdzie na jaw, będą uważane za ofiary, to pewnik!

- Co pan właściwie zamierzał, wybierając się do tego starego drania? Chciał mu pan popędzić kota?

- Tak. Chciałem się przekonać, co z tego wyniknie. Dziewczęta otrzymały rozkazy. Anthony Hawker, w rzeczywistości jedna z ofiar, miał zostać kozłem ofiarnym. Sheila miała mi powiedzieć o manierce w holu. Prawie nie mogła się na to zdobyć... ale ta druga warknęła na nią: "Sheila"! i w końcu jakoś to wykrztusiła.

Michael Stoddart wstał i zaczął krążyć po pokoju.

- Wie pan, nie zamierzam stracić z oczu tej dziewczyny - oświadczył. - Mam pewną teorię na temat skłonności przestępczych u młodocianych. Jeżeli zbadać ich przeszłość rodzinną, to niemal zawsze okazują się...

- Mon cher - przerwał mu Poirot - żywię najgłębszy szacunek dla pańskiej wiedzy. Nie wątpię, że w wypadku panny Kelly pańskie teorie sprawdzą się co do joty.

- W wypadku innych też.

- Być może. Niewykluczone. Ale mała Sheila jest jedyną, co do której jestem tego najzupełniej pewny.

Okiełzna ją pan, to pewne! Prawdę mówiąc, to już teraz je panu z ręki.

Michael Stoddart spłonął rumieńcem.

- Głupstwa pan gada, Poirot.


PAS HIPOLITY

I
"Po nitce do kłębka" - zwrot ten, choć niezbyt może oryginalny, Herkules Poirot powtarzał z upodobaniem, dodając, że nigdy nie było to bardziej widoczne niż w wypadku skradzionego Rubensa.

Sprawa Rubensa specjalnie go nie interesowała. Po pierwsze dlatego, że Rubens nie należał do jego ulubionych malarzy, a ponadto okoliczności kradzieży były ze wszech miar pospolite. Podjął się jednak tego zadania, chcąc oddać przysługę Alexandrowi Simpsonowi, który był w końcu jego przyjacielem, a także z pewnych powodów osobistych, mających związek z klasyką.

Kiedy kradzież stała się faktem, Alexander Simpson wezwał Poirota i wypłakiwał przed nim swą niedolę. Skradziony Rubens był niedawnym odkryciem, nie znanym dotychczas arcydziełem, lecz jego autentyczność nie ulegała najmniejszej wątpliwości. Wystawiono go w Galerii Simpsona, skąd skradziono go w biały dzień. Działo się to w tym okresie, kiedy rzesze bezrobotnych stosowały taktykę blokowania przejść dla pieszych czy też wdzierania się do hoteli klasy Ritza. Do Galerii Simpsona wtargnęła niewielka grupka takowych demonstrantów i zaległa na podłodze, rozpościerając transparent z napisem: "Sztuka to luksus. Nakarmić głodnych". Wezwano policję, ciekawscy gapie zaczęli się tłoczyć, a kiedy już przedstawiciele prawa silą usunęli demonstrujących, zauważono, że nowy Rubens został zgrabnie wycięty z ramy i również usunięty!

- Widzi pan, to był nieduży obraz - wyjaśnił Simpson. - Ktoś mógł go zwinąć pod pachę i wyjść sobie spokojnie, podczas gdy wszyscy gapili się na tych zwariowanych bezrobotnych.

Okazało się, że ludzie ci zostali opłaceni w zamian za odegranie w kradzieży niewinnej roli. Mieli demonstrować w Galerii Simpsona, ale prawdziwy powód tej akcji poznali dopiero po wszystkim.

Herkules Poirot pomyślał, że była to wcale zabawna sztuczka, nie rozumiał jednak, co mógłby zrobić w tej sprawie. Dowodził, że przy tak banalnej kradzieży można z pełnym zaufaniem zdać się na policję.

- Niech pan posłucha, Poirot - rzekł Alexander Simpson. - Ja wiem, kto ukradł ten obraz i gdzie on teraz jedzie.

Według właściciela Galerii Simpsona płótno ukradła międzynarodowa szajka przestępców z inspiracji pewnego milionera, któremu odpowiadało zdobywanie dzieł sztuki po' zadziwiająco niskich cenach - i bez żadnych pytań! Rubens, powiedział Simpson, ma być przemycony do Francji, gdzie przejdzie w ręce milionera. Policja angielska i francuska były w pogotowiu, Simpson jednak przewidywał, że zawiodą.

- A jeśli obraz dostanie się w ręce tego łajdaka, sprawa stanie się o wiele trudniejsza. Bogatych trzeba traktować z szacunkiem. I właśnie w tym momencie wkroczy pan. Sytuacja będzie delikatna. Pan jest odpowiednim człowiekiem do takiego zadania.

Ostatecznie Herkules Poirot dał się nakłonić do podjęcia się tej sprawy, choć bez entuzjazmu. Zgodził się wyruszyć natychmiast do Francji. Powierzone zadanie niezbyt go interesowało, ale to właśnie dzięki niemu zapoznał się ze sprawą zaginionej uczennicy, ta zaś zainteresowała go, i to bardzo.

Po raz pierwszy usłyszał o niej od nadinspektora Jappa, który wstąpił do niego w chwili, gdy Poirot wyrażał uznanie swojemu służącemu za spakowanie walizek.

- Ha! - huknął Japp. - Wybieramy się do Francji, co?

- Mon cher, wy w Scotland Yardzie jesteście nadzwyczaj dobrze poinformowani - zauważył Poirot.

Japp zachichotał.

Ma się swoje wtyczki! Simpson wciągnął pana w tę sprawę Rubensa. Wygląda na to, że nam nie ufa! No więc ja tak trochę ni z gruszki, ni z pietruszki, bo chciałbym, żeby pan się zajął czymś zupełnie innym. Skoro i tak jedzie pan do Paryża, pomyślałem, że mógłby pan upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Na miejscu jest tam już detektyw inspektor Hearn, współpracujący z Francuzami... zna pan Hearna? Dobry chłop, ale nie staje mu wyobraźni. Chętnie poznałbym pańskie zdanie o tej sprawie.

- O jakiej to sprawie pan mówi?

- Zaginionego dziecka. Znajdzie się to w wieczornych gazetach. Wygląda na to, że dziewczynka została porwana. Nazywa się King, Winnic King.

Przeszedł do faktów.

Winnie jechała do Paryża, by wstąpić do specjalnej ekskluzywnej szkoły z internatem dla dziewcząt z Anglii i Ameryki - do szkoły panny Pope. Przybyła do Londynu rannym pociągiem z Cranchester, a następnie pod opieką pracowniczki Elder Sisters Ltd., która to firma zajmuje się między innymi eskortowaniem młodych dziewcząt z jednej stacji na drugą, trafiła do rąk panny Burshaw, zastępczyni panny Pope, na dworzec Victoria, skąd wyjechała promem w towarzystwie osiemnastu innych dziewcząt. Dziewiętnaście dziewcząt przepłynęło kanał La Manche, przeszło przez kontrolę celną w Calais, wsiadło do pociągu paryskiego i jadło obiad w wagonie restauracyjnym. Kiedy jednak na przedmieściach Paryża panna Burshaw policzyła swoje podopieczne, okazało się, że jest ich tylko osiemnaście!



1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   ...   19


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna