10-go lutego 1940 roku, Preludium



Pobieranie 148,95 Kb.
Strona1/4
Data13.02.2018
Rozmiar148,95 Kb.
  1   2   3   4

10-GO LUTEGO 1940 roku , Preludium.
Od 17-stego września 1939 roku do 1—go lutego 1940 roku upłynęło niecałe 5 miesięcy. Na okres ten złożyły się różne wydarzenia o charakterze ogólnym jak i lokalnym. Do pierwszych zaliczyć należy zarządzenie głosowania o „dobrowolnym” przyłączeniu zabranych ziem do Sowietów. Oczywiście wynik był z góry przesądzony. Wtedy dziwiło to nas, ale przyszłość pokazała, że % głosujących, sięgający jeśli nie 100, to tuż, tuż 100% jest „normą”, poniżej której nikt i nigdzie nie może zejść. Już przed tym głosowaniem okazało się, że są wprawdzie nieliczni ludzie, którzy niby z konieczności podsuwają innym broszurki propagandowe rodzaju „ niedoścignionego wzoru konstytucji stalinowskiej”. Większość i to przytłaczająca Polaków nie miała i nie chciała mieć nic z tym wspólnego. Tym niemniej dowiodło to, że w ogóle są tacy. Mniej natomiast dziwiło to, że wśród tych, którzy pierwsi zaczęli nosić broń i afiszować się czerwoną opaską, jako milicjanci, byli Żydami. Powiedzenie „poszli wasi, przyszli nasi” pasowało jak ulał. Pierwszych Sowietów widzieliśmy 18.09.39 ze znacznej odległości, bo chyba 3 km odległości. Była to kolumna czołgów na trasie Sielnikowce – Uwsie. Drugi raz będąc w Jastrzębowie u stryjka, obserwowałem przelot dużych samolotów oznaczonych czerwonymi gwiazdami. Zgroza! Po raz trzeci, to przejazd obok naszego domu ciężarówki z kilkunastoma krasnoarmijcami. Było to chyba 2 tygodnie po wkroczeniu ich do Polski. Taki sam przejazd miał jeszcze miejsce późną jesienią konnego patrolu. Drogi były rozmokłe i błotniste. Padał deszcz. Stąd jeźdźcy byli owinięci w peleryny. Widać im było tylko nosy. Na początku chyba grudnia w czasie ponownego pobytu u stryjka (którego już nie było w domu, gdyż został aresztowany, o czym dowiedzieliśmy się dopiero w 1941 po układzie Sikorski – Stalin), przejeżdżał samochód osobowy, który bez powodu(?) zatrzymał się przed mostem. Wysiadł z niego dobrze ubrany mundurowy i energicznymi krokami zbliżył się pod dom. Ja w tym momencie wyskoczyłem przez okno, Staszek natomiast wyszedł przed dom. Spoza węgła stajni słyszałem głośny, nerwowy głos mundurowego. Beształ to jasne, ale prawie nic go nie rozumiałem, gdyż rosyjskiego ani ukraińskiego w tym czasie nie znałem. Z tego co mówił wynikało chyba to, że ma pretensje o to, iż nie pracuje się. Powtarzało się bowiem słowo „rabotać”, z jednoczesnym pokazywaniem na stogi zboża. Po tym krzykliwym monologu oddalił się do samochodu i odjechał . Czy wizyta ta była przypadkowa? Myślę, że nie. Był to rodzaj jakiegoś rozpoznania, w związku z aresztem stryjka albo z przygotowywaniem do wywózki? Kilkanaście dni potem, późnym wieczorem wpadli do domu stryjka milicjanci – ochotnicy. Był wśród nich znajomy stryjka niejaki Warzenica. Był w wieku stryjka. Nosił brodę dobrze mówił po polsku. Ukraińcy jednak uważali go za swego. Przed wybuchem wojny często wstępował do stryjka na pogawędki. Mnie również znał i nieraz zamieniał kilka słów. Teraz jako milicjant rozmawiał tylko jako zausznik nowej władzy. Rozglądał się na wszystkie strony i zadawał różne pytania. Nie podobało mu się, że przebywam u stryjka bez meldowania i nakazał, aby jutro w tej włąśnie sprawie kuzyn Staszek zgłosił się wraz ze mną na posterunku milicji. Wizyta ta zrobiła złe wrażenie i zaniepokoiła. Czułem się nieswojo i to z mojej winy.

Na drugi dzień, zgodnie z poleceniem, poszliśmy na posterunek. Staszek wszedł do środka, ja natomiast pozostałem w poczekalni. Rzucały się w oczy różne plakaty chwalące Sowietów i wyszydzające „ polskich panów”. Jeden z plakatów dosadnie pokazywał jak tłusty mundurowy Polak dostaje kopniaka od czerwonoarmisty... Po kilkunastu minutach wyszedł Staszek. Był zmieszany, ale powiedział. Że już wszystko w porządku. Najbliższe dni pokazały, że była to przysłowiowa cisza przed burzą. U nas w domu w tym czasie nie było oficjalnie żadnego szykanowania. Wiedzieliśmy jednak, że nowe władze okupacyjne mogą zrobić z nami wszystko, natomiast my od nikogo nie możemy liczyć na żadną ochronę. Byliśmy w sytuacji pozostawionej bez ochrony zwierzyny. Tak, tak, to wcale nie przesada.

Chodziliśmy do kościoła, ale nikt nie był pewny, czy z niego wróci. Spotykaliśmy się z sąsiadami i znajomymi, ale niewiele mieliśmy już sobie do powiedzenia. Byliśmy jak gdyby zupełnie innymi ludźmi. Szczególnie odnosiło się to do Ukraińców i Żydów. Wiadomo było, że oni są za, natomiast my Polacy przeciw. Powszechnie stało się tak, że w sklepach nie można było kupić niczego, nawet cukru i odzieży. Elektryczności nie było. Stąd brak nafty, był równoznaczny z ciemnościami egipskimi. W kręgach najbliższych interesowano się jednak nie tylko naftą, lecz wiadomościami politycznymi. A tu jak na złość nic lub prawie nic nikt o tym nic nie wiedział. Wyrażano jednak opinię, że przecież Anglia i Francja tak nas nie pozostawi. Coś tam się mówiło o Sikorskim, ale to było mniej niż tylko słabe echo tego, czego chcielibyśmy usłyszeć. A o tym, czego my Polacy chcielibyśmy, mówiło się z reguły tylko w domu i to ściszonym głosem. Nikt przecież nie zapominał o zalewie, jaki nas ze wszystkich stron otacza. Jak zresztą o tym można było zapomnieć, kiedy co chwilę ktoś znikał. Najbliższym przykładem był brat ojca, stryj Wojciech Król. Pewnej niedzieli pojechał do Tarnopola. Było to zaraz na początku okupacji (chyba 10.39). Z Tarnopola już nie wrócił. Wszędzie, gdzie to było możliwe dopytywano się o losy stryja. Wszystkie pytania pozostawały bez odpowiedzi. Nikt nic o takim nie słyszał. Taka była odpowiedź nowych władz.. Dowiedziano się dopiero o tym dwa lata później, kiedy doszło do tzw. „amnestii „ po umowie Sikorski – Stalin. Okazało się, że został aresztowany na peronie w Tarnopolu zaraz po przyjeździe. Znaleziono przy nim inblanco dowodów, zaświadczeń osobistych. Miał do nich dostęp jako zastępca wójta w Jastrzębowie w chwili wkroczenia Sowietów, kiedy to wójt uciekając w kierunku Rumunii powierzył mu Urząd Gminy. Dowody te rozprowadzane były wśród potrzebujących. NKWD jednak szybko wpadła na trop i postarała się, aby wróg Sowietów otrzymał wyrok kilkunastu lat więzienia. Tak, to był dla NKWD łakomy kęs nie tylko z racji przyłapania go z dowodami osobistymi. Wchodziły tu w grę i inne fakty z życiorysu stryja. Mianowicie, był ochotnikiem w Armii Halera i brał udział w walkach z bolszewikami. Pamiątką z tych walk była miedzy innymi usztywniona noga jako rezultat roztrzaskania kolana. To jedno. Po drugie – był osadnikiem i czynnym działaczem patriotycznym. Nigdy nie ukrywał swojego wrogiego stosunku do nacjonalistów ukraińskich i bolszewizmu w ogóle. Stąd przyłapanie go z dowodami osobistymi, które miały służyć dla licznych potrzebujących, było tylko jednym i wcale nie najważniejszym obciążeniem. Bez tego też by go represjonowano. To pewne.

W tej ponad miarę atmosferze przyszło nam świętować Boże Narodzenie w 1939 i Nowy Rok! Niby tradycji stało się zadość. Był opłatek , siano pod obrusem. Odbyło się także jak zawsze wniesienie w niesienie dorodnego snopa żytniego i ustawienie go w kącie przy stole. Ojciec składając nam życzenia, wyraził nadzieję, że następne święta będą już chyba znowu w wolnej Polsce, a nie jak obecnie. Wszystko pozornie było tak jak być powinno, ale cień okupacyjny był jednak wszechobecny i zatruwał świąteczny nastrój wieczoru wigilijnego. W podobnej atmosferze świętowaliśmy Nowy Rok. Boże narodzenie to także lubiana msza nocna – Pasterka; Nowy Rok to msza również nocna, pożegnanie starego i powitanie Nowego Roku. Niestety, tym razem uroczystości te zredukowane zostały do minimum. Oficjalnie godziny policyjnej nie było, ale każdy z Polaków wiedział, że takie spacery nocne są niebezpieczne. Siedziano zatem przeważnie w domu. Nastąpiły ostre mrozy. Na polach leżał śnieg. W dnie było słonecznie, ale ze względu na mróz nieprzyjemnie. Każdy jakoś tam przykucnął i czekał na lepsze czasy, a przynajmniej na wiosenne ocieplenie. Ani jedno, ani drugie nie nadchodziło. Nadszedł natomiast fatalny dzień 10 lutego 1940 roku. Dzień masowych wywózek Polaków Kresowych za Ural i nie tylko. Tradycyjnie ( w jak najgorszym znaczeniu) trasy prowadzące w głąb Rosji, zwłaszcza na Syberię miały się odtąd zapełnić jak nigdy dotąd. Kiedyś podróżowały tym szlakiem kibitki i kolumny etapowe. Dziś, wydłużone wydawałoby się w nieskończoność, wielowagonowe zestawy pociągów towarowych miały wywieźć z rodzinnych stron w nieznane 2, a może i więcej Polaków, z których ok. 1/3 nigdy już nie wróciła.

Deportacje, pomimo ich masowości, przygotowane zostały przez Sowietów w ścisłej tajemnicy. Tak, od czego jak od czego, ale od tajemnicy i spraw typu policyjnego są oni niedoścignionymi mistrzami. Pod tym względem nikt im, jak dotychczas nie może dorównać.

Zresztą plany deportacji były przygotowywane już od Katarzyny Wielkiej! Potrafił je zrealizować dopiero Stalin.



Jest wczesny ranek 10-go lutego 1940 roku. Wszyscy w domu śpią.

Ja wstaję jako pierwszy. Ubieram się i wychodzę do stajni . Po chwili , wracając z powrotem, ze zdziwieniem widzę, że na ganku prowadzącym do mieszkania, tam gdzie wychodzimy nikogo jeszcze nie było, teraz stoi uzbrojony w karabin z nasadzonym bagnetem sołdat. Zaskoczony tym szybko wchodzę obok niego do wnętrza. W przejściu miedzy pierwszym pokojem ( teraz zimą niezamieszkałym), a drugim stoi drugi sołdat, również z karabinem i bagnetem, w dziwnym szpiczastym nakryciu głowy z czerwoną gwiazdą. W głębi pokoju osoba ubrana w czarny uniform dokonuje rewizji mego ojca. Jest w bieliźnie, na twarzy zmieszanie, nogi trzęsą się. Funkcjonariusz sprawdza czy pod poduszką nie ma broni. Pozostali domownicy albo się ubierają, albo ze zdziwieniem i przerażeniem patrzą, co się tu dzieje. Po chwili granatowy NKWD-zista wyjmuje jakieś papiery i po rosyjsku czyta. Nikt z nas nie znał rosyjskiego, to też nie bardzo wiadomo o co tu chodzi. Wielokrotnie tylko powtarzają się zwroty: Wierchownyj Sowiet, dekret itp. W końcu złowieszcza treść dociera do nas na tyle, że wiemy już, iż mamy się szybko przygotować do podróży. Możemy z sobą zabrać niezbędne rzeczy i prowiant na okres jednego miesiąca. Do stacji będziemy odwiezieni własną podwodą. To co się zaczęło dziać w mieszkaniu można tylko okreslić jako sądny dzień. Pokój, w którym się to dzieje jest nieduży, a ludzi w nim co nie miara: ośmioro domowników, funkcjonariusz od rewizji i czytania, czerwonoarmista , jakiś nieznany osobnik cywilny oraz 2-3 osoby od sąsiadów – Ukraińców. ( mamy nie było w domu, dzięki temu uniknęła wywózki). Wszystko rozbebeszone. Żona brata, Jadwiga zajmuje się małym dzieckiem. Siostra Józia zaczyna wiązać prześcieradłem poduszki i pierzyny. Ktoś tam mówi o garnkach. Ktoś inny otwiera szufladę od stolika, , gdzie są różne drobiazgi. Na wierzchu widnieje tzw. kantarek do ważenia. Bierze go sąsiad rówieśnik mego średniego brata. Podobna rzecz ma się z innymi przedmiotami. W takiej sytuacji, gdy wszystko przestaje być nasze, jest nam obojętne co się z tym stanie, choć trudno i to bardzo z tym się pogodzić. Pomimo tego zamieszania, postanawiam wyskoczyć do naszych polskich sąsiadów Bielskich. Ich domostwo oddalone jest od nas chyba 300m. Nikt mi w tym nie przeszkadza. Już z daleka widać przed ich domem obce sanie i ludzi. Wchodzę do wnętrza. Widok ten sam jak u nas. Żałosny to widok. Razem z Bielskimi w nieznaną podróż szykuje się rodzina Dziurów. Od zwęglenia ich domów przez bojówki podpalaczy 18.09.39, zamieszkali właśnie u Bielskich, jako pogorzelcy. A więc to, co się dzieje z nami jest również sądzone innym Polakom, a przynajmniej tak jest z Bielskimi i Dziurami. Co się dzieje u innych nie wiem. No czas wracać. Przecież mogą odjechać beze mnie. W tym momencie nawet mi do głowy nie przyszła, aby wypadało się oddzielić od ojca i najbliższych. A był to chyba błąd. Trzeba było wiać. Z drugiej jednak strony nie bardzo było dokąd. Jest środek ostrej zimy. Mroźno i śnieżnie. Najbliżsi krewni mieszkają w Zabojkach i Chodaczkowie ( 20-25 km stąd). A tu wokół wsie o przewadze ludności Ukraińskiej. Kto się odważy w zaistniałej sytuacji udzielić schronienia? Wracam więc do domu. Właśnie podwoda (sanie) gotowa do odjazdu. Przy niej krząta się brat Józek. Przypadła mu rola ostatniego powożącego własnymi końmi. Myślę, że nie musiał tej roli spełniać, ale spełnił, gdyż przywiązanie do koni własnych i nie tylko było zadziwiające. Był przy nich do końca. I oto nadchodzi moment, który można śmiało porównać do pożegnania konduktu pogrzebowego. Wsiadamy, chyba trafniejsze byłoby powiedzenie przyczepiamy się do sań i ruszamy. Wszystko co było nasze przestało nim być. Nawet konie z sańmi, choć jeszcze je powozi mój brat Józek, już nie są nasze. Jedziemy oczywiście pod konwojem tych samych, którzy rankiem wtargnęli do naszego domu. Konie wypoczęte więc raźnie kroczą, jak gdyby nigdy nic. Opuszczamy podwórze, skręcamy w lewo w kierunku Słobody Złotej. Po raz ostani spoglądamy na nasze chatynki, na sad i pola.

Nikt nas nie żegna, nikt nam nie współczuje, nikt nie płacze. Jesteśmy sami wraz ze swymi niecodziennymi kłopotami, rozterkami, lękami. To co się już stało można określić jako tragiczne! A czy dalsze losy będą mniej tragiczne? Mijamy przydrożny krzyż, przy którym ojciec przed paru laty posadził 2 jesiony. Krzyż ten stał już od wielu, wielu lat. Znajdowały się na jego korpusie ślady po jakiejś strzelaninie jeszcze z okresu I-szej wojny światowej. Wjeżdżamy do zwartej zabudowy wsi. W niektórych oknach tkwią twarze miejscowych. Patrzą na nas. Chyba też nie bardzo jeszcze wiedzą o akcji wysiedlania. Po wspięciu się na pagórek wjeżdżamy na rozległy plac folwarczny. Od razu widać, że nie będziemy tu sami. Stoi tu już kilkanaście sań z tobołami. Ludzi prawie nie widać. Skryli się w pomieszczeniach folwarcznych. Jest przecież mroźna zima. A poza tym tak chcą ci, którzy nas pilnują, łatwiej jest przypilnować nas skupionych w pomieszczeniach. Plac folwarczny jest oczywiście obstawiony przez konnych sołdatów. Wchodzimy do jednego z dawnych czworaków. Pełno tam takich jak my. Zaczynają się wzajemne wypytywania: co się dzieje? Co z nami będzie? Dokąd nas wiozą? Co będzie z pozostawionym dobytkiem? I tak dalej itd. Odpowiedzi na to są nijakie. Któż może wiedzieć co uknuto na Kremlu przeciwko nam. Co mądrzejsi jednak ni mają wątpliwości, iż jedziemy w głąb Rosji. Przy tej okazji padają życzenia, że dobrze byłoby gdyby nas nie wieziono zbyt daleko, a także aby były to rejony możliwie o cieplejszym klimacie. Marzenia. Tymczasem na plac folwarczny stale wjeżdżają nowi. Coraz wyraźniej wyłania się obraz, że wywózce poddani zostali prawie wszyscy okoliczni Polacy. Ukraińców nie ma wśród nas. Są to najwyżej mieszane małżeństwa. A więc stało się to, czego mój ojciec obawiał się kiedy to jeszcze, grubo wcześniej przed 1939 rokiem w rozmowach powtarzał, że dopóki są tu Polacy, do póty będzie Polska”. Teraz Sowieci robią tak aby było inaczej, to znaczy, aby tu Polaków nie było.

Jest wczesne popołudnie, my wciąż tkwimy na folwarku. Niecierpliwimy się. Ale dokąd się mamy spieszyć? W niekończących się rozmowach czasem ktoś głośno pociesza się, że tak nie może być, że przecież Anglia i Francja ujmie się za nami itp. Tak czepianie się tej myśli będzie jedyną dla nas nadzieją. Była ona zupełnie nie realna, ale poza nią nic nie przemawiało na naszą korzyść. Wreszcie ktoś daje polecenie, aby przygotować się do odjazdu. Sanie powoli zaczynają ustawiać się. Tworzy się długi sznur. Na przodzie i z tyłu konwojenci. Ruszamy. Okazuje się, że jedziemy nie do najbliższej stacji PKP położonej stąd tylko 2 km, ale do Kozowy odległej o 5-6 km . Po wyjeździe ze wsi chwilami silna zadymka. Zaczyna się ściemniać. Mróz coraz większy. Każdy owija się w co tylko może. Marzniemy, szczególnie nogi, ręce i twarz. A więc wszystko sprzymierzyło się przeciwko nam. Również i pogoda. Tak, Sowieci wybrali szatański okres na takie przedsięwzięcie. Jak w takich warunkach przeciwstawić się deportacji. Bezcelowe wydają się nawet pojedyncze ucieczki. Nie ma zresztą dokąd? W innej porze to co innego.

Wjeżdżamy do miasteczka Kozowa. Ileż to razy tą samą drogą przejeżdżałem tu w dni targowe, czyli w poniedziałki? Nigdy zapewnie nikomu z tej kolumny nie przyszło do głowy, że przyjdzie mu kiedyś odbyć taką podróż jak ta. Na stacji i torach migocą pojedyncze żarówki elektryczne. W pewnym momencie skręcamy pod górkę w lewo. Każą nam szybko zsiadać. Każdy bierze jakiś tobołek. Bratowa trzyma dziecko na rękach. Brat Józek z żalem oddaje lejce i bat towarzyszącemu, cywilnemu Ukraińcowi, poczym podchodzi do głów koni i żegna je głaskając i poklepując. Dla brata to kolejna tragedia. Konie u niego zawsze stały w pobliżu pierwszego miejsca. Mnie też żal, ale tylko Krasej. Była u nas jak tylko sięgałem pamięcią. Inne konie sprzedawano i kupowano, Krasa pozostawała. A teraz rozstajemy się i to w tak brutalnych okolicznościach! Po chwili wdrapujemy się do towarowego wagonu. Jest oszroniony na zewnątrz i wewnątrz. Do wagonu ładują zgodnie z wykazem sołdata, kilka rodzin. Daje to razem chyba 42-e osoby? Ciasnota, ale pomału każdy zajmuje jakiś kąt, czy skrawek na... Rozmowy, rozmowy, rozmowy. Ale nie tylko. Ojciec nasz np. milczy i milczy. Jest skrajnie załamany. Brzemię różnych kłopotów przeżył w swym życiu niemało, ale ten przewyższa wszystkie dotychczasowe. Z pewnością przeczuwa, że to już początek końca. Jest już niemłody (62lata), dość wątłego zdrowia i bardzo wyniszczony, choć obłożnie dotychczas nigdy nie chorował. Myśli chyba o Mamie.. co się z nią teraz dzieje?

Wśród tych rozmów słychać głównie wzdychanie do Boga, aby nas wziął pod swoją opiekę. Ktoś mówi, że bolszewicy mają nas w swoich rękach i będą chcieli pozbawić wiary i polskości. Powinniśmy się nie dać. W duchu przyrzekam sobie, że co jak co ale wiary i polskości nikt mi nie potrafi odebrać. Zaśpiewano czasem głośno pieśń religijną. Rozmowy trwały do późnych godzin. W pewnym momencie zasnąłem. Zimno jednak budziło co kilka czy kilkanaście minut. Trwało to do rozwidnienia się. Miejsce miałem na górnej pryczy przy zamkniętym okienku. Szpary były nieduże, ale coś niecoś udało się zobaczyć. Pozostali pytali co widzę? Cóż mogłem odpowiedzieć poza słowami, że nic takiego. Czas dłużył się. Nikt się z nami nie kontaktował. Drzwi były zaryglowane. Słychać było tylko wyraźne skrzypienie kroków. To byli oczywiście wartownicy. Dopiero gdzieś około godziny 8-9-ej drzwi się otwarły i padło polecenie, aby ktoś udał się z wiadrami po wodę. Osobą tą był brat Władek. Spacer ten był oczywiście pod strażą. Wodę wkrótce przyniesiono. Zaimprowizowano palenie w piecyku żelaznym. Matki małych dzieci zaczęły coś tam dla nich gotować, bo głośnym płaczem o to się dopominały. Światło dzienne pozwoliło na rozglądnięcie się po wnętrzu wagonu. Po prawej i lewej stronie drzwi były 2 piętrowe prycze z nieheblowanych desek. Środek wagonu miał być wolny, ale tylko w teorii. Po przeciwnej stronie drzwi ustawiony był piecyk żelazny i tuż przy nim prowizoryczny sedes. Chwilowo sedes ten był drożny, ale nie trwało to długo. Silny mróz teraz i w następnych dniach i tygodniach powodował stałe jego zamarzanie. W rezultacie to, co miało być odprowadzane otworem na tory, gromadziło się wewnątrz sedesu jak w zamkniętym kuble. Ale nikt się tym specjalnie nie przejmował. W wagonie i bez tego był taki zaduch, że drożność sedesu lub jego brak, niewielki miał na to wpływ. Sedes był dość kłopotliwym przybytkiem. Nie był on niczym osłonięty. Toteż w dzień załatwianie potrzeb było b. Krępujące zarówno dla delikwenta jak i dla otoczenia.

A przecież nie zawsze dało się odczekać z potrzebą aż się ściemni. Sytuację ratował półmrok jaki panował w wagonie również w ciągu dnia. Pomimo tego piekiełka do większych kłótni nie dochodziło. Ani teraz, ani później, choć powodów do spięć było nie mało. Czas się bardzo dłużył. Każdy tu obecny przyzwyczajony był do ciągłego ruchu i krzątania się przy gospodarstwie od rana do wieczora. Tymczasem teraz na powierzchni małego wagonu zgromadzono tyle rodzin i ludzi. Zamknięci w tym pudle wraz z tylu problemami mieli prawo do zdenerwowania, niecierpliwości i wybuchu. W wagonie jednak tylko maleństwa popłakiwały od czasu do czasu. Pozostali z rezygnacją przeważnie pozostawali zamknięci sami w sobie. W godzinach nocnych i rannych na dworze trzymał trzaskający mróz. Przed południem słońce nieco łagodziło temperaturę. Dzień był bardzo ładny i zupełnie nie pasował do nastroju panującego w naszych sercach i umysłach. Przez szparę okienka obserwowałem co się dzieje na zewnątrz. Zasięg był ograniczony, ale od czasu do czasu torami obok przetaczał się pociąg lub pojedyncza lokomotywa. Nasz zestaw stał wciąż w bezruchu. Dlaczego staliśmy – padały niekiedy pytania? Tak, to już objawy zniecierpliwienia. Ja też chciałem by pociąg ruszył, obojętnie dokąd. Ale on nie ruszał. Stało się to dopiero około 13-ej, kiedy to wolno, obok nas przejechała lokomotywa. Maszynista w mundurze jeszcze polskiego kolejarza. Lokomotywa była cała obmarznięta, sapała i pykała. Wkrótce po tym wagon drgnął. Był to znak, że doczepiono lokomotywę. Nieszczęśnicy zamknięci w wagonie jak by się ożywili. Upłynęło jednak jeszcze trochę czasu nim pociąg ruszył. Dokąd? Nikt nie wiedział. Jedno było pewne, że jedziemy na wschód. Teraz prawie nie odrywałem oczu od szpary. Chcę widzieć jak najwięcej. To przecież pożegnanie znajomych stron. Przeważa biel śnieżna. Po paru minutach stacja Słoboda – Tertopulka, to właśnie ta stacja, na której niedokończyłem ... z 17/18-go września. Pociąg się zatrzymuje. Może tu dołączono Sękowa.

Po kilku dalszych minutach zbliżamy się do stacji Denysów – Kopczyńce. Wytężam wzrok. Chcę rzucić okiem na dom stryjka Wojtka. Dzięki dobrej pogodzie wszystko widać jak na dłoni. Przejeżdżamy przez most nad rzeką Strypą. W niej nauczyłem się pływać i często się kąpałem. Zimą sam lub ze Staszkiem (syn stryja) penetrowałem pobocze Strypy zarośnięte wysokimi trzcinami i tatarakiem. Tu po raz pierwszy podziwiałem spuszczanie wianków, które odbywało się każdego roku na pożegnanie wiosny i powitanie lata, czyli 24-go czerwca. Tu przeżywałem wiele przyjemnych chwil, gdyż przez 2-3 lata przebywałem u Stryjków.

Tu 9.02. 1940 rozstałem się jak się okazało na zawsze z moją matką.... Myślę, co też się teraz z nimi dzieje? Czy podzielili nasz los? Tak, podzielili. Z tym, że Staszek wybrał ucieczkę. Natomiast Stryjna z synową Janką i małym Adasiem pojechali na daleki Sybir.

Staszka po kilkunastu dniach pojmano. Przebywał w tym czasie w Zabojkach u Mikołaja Fudaleja. Ktoś o tym doniósł. Przyszli w nocy i zabrali, zarówno Staszka jak i gospodarza. Obydwaj otrzymali wieloletnie wyroki. Staszek przeżył (uratowała go tzw. amnestia z 1941r) natomiast M. Fudalej nigdy do domu już nie wrócił. *Po amnestii Staszek dostał się do armii Andersa i z nią przeszedł dalszy szlak z Monte Cassino włącznie. Przeżycia, więzienne , a później trudy frontowe zaprowadziły go po wojnie do brytyjskiego zakładu psychiatrycznego, gdzie w 1965 roku zmarł. Bardzo lubiłem Staszka. Pomimo, że był ode mnie starszy o 15 lat, odnosił się do mnie jak do równego. Zabierał mnie często na polowanie, na pobliskich polach i przyrzecznych oczeretach. Gdziekolwiek wyjeżdżał konną furmanką zawsze zabierał mnie ze sobą. Lubił opowiadać i słuchać opowiadań. Ale to już przeszłość. Teraz tylko przez chwilę wpatruję się w tak dobrze znaną okolicę. Zabudowania stryjka znikają z oczu. W Denisowie – Kopczyńcach nie zatrzymujemy się. Stało się to natomiast w Chodaczkowie Wielkim. * Urodziłem się i do 9-go roku życia mieszkałem w pobliskich Zabojkach. Najbliższą stacją PKP był właśnie Chodaczków. Tu po raz pierwszy w życiu zobaczyłem pociąg jadący po szynach. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Brat Józek odwoził kogoś do pociągu lub odwrotnie. Przy okazji zabrał mnie ze sobą. No i w taki własnie sposób po raz pierwszy zobaczyłem lokomotywę z wagonami. Do Chodaczkowa dość często przyjeżdżałem ze Staszkiem. Tu mieszkali liczni krewni jego matki, a mojej stryjnej. Wiele razy też przejeżdżałem przez Chodaczków z bratem Józkiem w drodze z Zabojek do Słobody – Jankowiec. Pierwszy raz widziana lokomotywa podążała w kierunku Tarnopola, a więc na wschód. Teraz transport nasz podążał w tym samym kierunku. Tamten jednak pociąg był osobowym, nasz towarowym, choć załadowany w całości ludźmi. Tamten nie był pod strażą i był polski. A ten? Przez szparę chcę zobaczyć jak najwięcej, ale widzę tylko budynek stacyjny i część wsi. Mnie tymczasem zależało , aby sięgnąć wzrokiem 2,5 km dalej na północ, gdzie leżą Zabojki, gdzie przyszedłem na świat, gdzie odcięto mnie od pępowiny rodzicielki...



  1   2   3   4


©operacji.org 2017
wyślij wiadomość

    Strona główna